Tajemnica Renu/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Strug
Tytuł Tajemnica Renu
Pochodzenie trylogia Żółty krzyż
tom I
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

V

Baronowa Rita von Tebben-Gerth snuła się po wielkim domu ojcowskim od okna do okna i przystawała co chwila, patrząc na zachód słońca. Zawsze, od dziecka misterjum zachodu przykuwało ją do siebie swoją tajemniczością. W tej godzinie przejmowała ją trwoga, stwarzało się w niej pojęcie o jakowymś końcu wszystkiego. Gdy wielka, purpurowa tarcza dotykała linji horyzontu i zanikała szybko, ginąc w oczach, przejmował ją zarazem ból i zachwyt. Umierał dzień, odchodził na zawsze wraz ze wszystkiem, co przyniósł był w godzinach swoich od rana, odchodziły myśli, zdarzenia. Nie powtórzą się nigdy, zabrał je czas, to ogromna cmentarzysko przeszłości, kędy każdy żyjący człowiek składa codzień ze siebie cząstkę za cząstką, zanim sam któregoś dnia nie odejdzie cały. Żałowała dnia, starała się zatrzymać i zapamiętać każdą swoją myśl, najdrobniejsze wydarzenie domowe, swoje przelotne nastroje i beztreściwe zadumy, melodje, które usiłowała odtworzyć tego dnia, te własne, nieuchwytne, szepczące w jej duszy. I swoje wszystkie niepokoje, i łzy, i wizje, których może być jeszcze nieskończona mnogość, ale tamte, dzisiejsze nie powtórzą się wszak nigdy...
Smutek codzienny, znajomy. Nigdy nie mogła go opanować, bo chwytał ją podstępnie, zawsze niespodziany. Znikał w dnie pochmurne, wówczas stwarzały się niepewne, fantastyczne szare godziny, dzień odchodził niepostrzeżenie. Ale gdy wielkie pokoje willi „Zyglinda“ zapełniały się kosemi smugami czerwonego blasku, odczuwał się niechybnie urok złowrogi, dręczył i upajał. Poprzez czarne nagie konary dalekich drzew przegląda jeszcze ostatni skrawek rozżarzonego słońca i żal w duszy przeobraził się nagle w napad strachu. Rita odskoczyła od okna i pędem przelatując pokoje, ślizgając się na zakrętach na posadzce hallu, pobiegła na górę po dwa schody na raz. Minęła pierwsze piętro, potknęła się na fałdzie dywanu, przewróciła się, zerwała się i skoczyła na kręcone schody, prowadzące do tak zwanej rotundy na szczycie baszty.
Goniła słońce. Ale gdy zdyszana stanęła w oknie, nie było już słońca. Obłoki, które czekały tej chwili, rozpoczęły symfonję zachodu. Zapalały się łagodnie, niedostrzegalnie. Rozpościerały się zjawy powiewne i ciskały na siebie nawzajem rzutami barw, mieniły się, gasły i odradzały się, igrały na niebie. Błąkały się wśród nich strzępy melodji, utkanej z westchnień zachwytu i smutku. Rita pogrążyła się w zamyśleniu nad jakąś sprawą niewiadomą. Szukała jej w mozole dumania, w tęsknocie rozjątrzonego marzenia i natrafiała wciąż na przeszkody, które myliły jej drogę.
Niepotrzebnie wdała się we wspomnienia odległych czasów jakiegoś lata, spędzonego w lasach Turyngji... Było tam zielone jeziorko leśne, w którem kąpała się przed zachodem słońca. Przypomniał się zapach mułu i starych kłód, gnijących na dnie, i przenikliwy, cichy szelest trzcin nadbrzeżnych, i tajemnicze głosy ptactwa wodnego, i rozkoszne aż do zawstydzenia cielesne wrażenie ogrzanej wody. Jakże wówczas była szczęśliwą!
Nie, to zupełnie nie to... Nieraz bywała szczęśliwą pustem szczęściem bez żadnej treści. Takiego szczęścia nie warto wspominać. Otrząsnęła się, żeby zapomnieć o leśnem jeziorku i o innych głupstwach, które pchały się do głowy. Niebo na zachodzie pociemniało, przejęło ją zimno w nieopalanej rotundzie, a wraz z dreszczem zimna zakradł się strach. Czuła go w pobliżu, pełzał jak gad wśród cieniów zmierzchu w pustej okrągłej izbie. Uciekła przed nim jak przerażone dziecko.
Dopadła pierwszego piętra i przebiegała pokoje, odkręcając wszędzie światło. Szybko zapuszczała story w oknach. Rozejrzała się po salonie, poprawiła szkic Böcklina, przekrzywiony przy sprzątaniu, przestawiła kilka doniczek na oknach i zasiadła do roboty w swoim zacisznym gabineciku. Tę serwetę o nieokreślonem przeznaczeniu haftowała od trzech lat. Gruby srebrzysto-biały adamaszek już się przybrukał w robocie, ale wciąż jeszcze siedziała w jedynym rozpoczętym narożniku, któremu daleko jeszcze było do końca. Przerzucała w skrzyneczce motki jedwabiu, długo nawlekała igłę i dziubnęła nią parę razy w pysznie zarysowaną ciemnopurpurową różę, której część już uwypuklała się wspaniale na połyskliwem tle tkaniny. Jakże oddawna nie mogła odejść od tej róży...
Ongiś zaczynała tę robotę z tajemną myślą, że gdy ją ukończy — skończy się wojna. Śmieszny zamiar pochłonął ją całkowicie na parę tygodni i wówczas to powstało dookoła obrzeżenie z poprzeplatanych gałązek z kolcami, same kwiaty odkładała na później. Od tej pory w ciągu trzech lat nie mogła rozkwitnąć w pełni nawet ta jedna jedyna róża — jak gdyby wojnie sądzonem było trwać jeszcze długie, długie lata.
I teraz utknęła już po paru chwilach. Zaczęła nadsłuchiwać. W całym domu panowała cisza i to ją drażniło niewymownie, w takiej ciszy zjawiały się zazwyczaj złe głosy, bywało ich całe mnóstwo. Najgorszy był głos morza, rytmiczne, ciężkie westchnienie przypływu. Od małego dziecka nie mogła tego znosić. Bezgraniczny przestwór morza zawsze zdejmował ją strachem, ale ten niemilknący, uporczywy jego odzew pogrążał ją zawsze w ciężkiem zgnębieniu. Zawstydzano ją, upominano, przymuszano, wzywano do niej lekarzy, wreszcie, gdy w piętnastym roku życia w Nordawey, w piękną letnią noc nawiedził ją pierwszy atak nerwowy, rodzice dali za wygraną i odtąd Rita nie widziała już morza. Zjawiało się czasami straszyć ją we śnie, a w ostatnich latach odzywało się chwilami na jawie na tle ciszy wieczornej. Ale dość było szmeru, słowa ludzkiego, turkotu wozu za oknem, by spłoszyć zły głos. Teraz, opędzając się od morza, odruchowo, nie wybierając, zanuciła prastarą, głupią i tajemniczą piosenkę szwabską, którą śpiewała jej niegdyś piastunka:

Ćwir, ćwir, świerszczyku,
Twój tatuśko na wojnie —
Ćwir, ćwir...
A mamuśka na Pomorzu
A Pomorze, a Pomorze
Właśnie się spaliło —
Ćwir, ćwir...


Rozrzewnił ją biedny świerszczyk, jak dawniej, gdy była malutką — nikogo nie miał na świecie, bo ojciec poszedł na wojnę — nawet nie wiedziała wtedy co to wojna — a matka zgorzała razem z całym ogromnym krajem... I ćwierka smutno, skarży się za piecem biedna sierotka. Chciała powtórzyć zwrotkę, ale głos jej się załamał w dręczącem rozżaleniu nad świerszczykiem. Postanowiła pracować nad różą przez całą godzinę, nie, będzie nad nią siedziała do dziewiątej, dopóki nie wróci ojciec, trzebaż się czemś zaprzątnąć. Haftowała zapamiętale w ciągu paru minut, ale niebawem wśród ciszy zaczęły się kształtować jakieś podejrzane szmery. Opędzała się od nich potrząsając głową, ale chwilowo odpędzone powracały i szemrały, układając się w znajomy rozwleczony rytm.
Przeklęte morze! Nie darmo bała go się od dziecka. Przeczuwała już wówczas, co ją czeka... Litości, potężne, złe morze! Oszczędź mnie, nie gub jego, który jest teraz na twej łasce... Jakiej daniny, jakiej ofiary żądasz, ty nienasycone?
Potężnie zawrzało hukiem i gromem, i wściekłym zamętem. Odpowiedziało jej morze urągowiskiem, zalewem szyderczego śmiechu, ślepą nieprzebłaganą siłą, odtrącało ją precz i szalało nad nią orgją straszliwych swoich głosów. Wśród ryku zwichrzonych fal przebijały się głuche potężne wybuchy, wycie pocisków...
...Przenikliwy zgrzyt żelaza — to rozpędzony torpedowiec-niszczyciel najeżdża na wątłą łódź i roztrąca ją swoim taranem... Cudem znikła mu z drogi, grąży się, opada na dno, ponad nią tuż przeleci grobowy jęk śrub wroga, a dalej walą i grzmią bez końca potwornej mocy granaty, wybuchając w głębinie...
Długo nad tem miejscem krąży nieprzyjaciel i nie odchodzi, pilnuje zdobyczy, idzie za jej śladem, gdy uszkodzona łódź, rażona podwodnym wybuchem, próbuje pełznąć resztą sił i wymknąć się wrogowi. Idzie za nią oleisty ślad wyciekającego paliwa — widzi to wróg — już mu nie ujdzie... Żyje ostatnią resztką siły, jeszcze się wlecze i mija wciąż ukryte, zawieszone w głębi miny, omija je cudem, jeszcze i jeszcze raz, aż któraś wreszcie potrącona rozszczepi, rozniesie w drzazgi nieszczęsną łódź... Nie, za łaską Boga ominęła je wszystkie, zapada noc, zdradziecki ślad przestanie prowadzić wroga. Ocalona łódź doczeka dnia i dowlecze się do swego portu...
Gdy nagle coś ją zahamuje, coś ją ogarnie miękkim, potężnym uściskiem. Już związana jej żywa siła, oplecione śruby, stery... Ani naprzód, ani wtył. Ani się pogrążyć ani wypłynąć... Straszliwe widmo głębiny, prężna, nieustępliwa, stalowa siećośmiornica trzyma swą zdobycz i nie puszcza. Nie wypuści jej nigdy.
Szumi morze, wzbiera fala, szerokim płaszczem zalewa wybrzeże, cofa się i znów dźwiga się potężny wał i powraca, naciera w szelestach, w poświstach, w jękach, w ślepym zajadłym gniewie. Dziś niema sposobu ukryć się przed groźbą morza. Dzisiaj przebija się wycie fal przez wszystkie głosy i dźwięki świata. Nie zagłuszy go łomot pociągu, przechodzącego przez most na Renie, ani syrena parowca na rzece, ani ostry warkot samochodów ciężarowych, które przechodzą pod samemi oknami drogą od portu. Głowa pełna okropnej wrzawy...
Rita rzuciła robotę, zerwała się i stała przez chwilę, walcząc ze strachem. Za tym razem był on nowy, zupełnie inny, niż kiedykolwiek. Dzisiaj już nie da rady. Czyż poniży się i zadzwoni na pokojową? Czy ucieknie z domu i poleci do Noodtów, do Streindorffów na okropne nudy, czy do Furbrigerów, do domu smutku i żałoby, czy wreszcie do szalonej kobiety, Grety von Senden? Ojcze, ojcze, dlaczego ciebie niema przy mnie w złej godzinie?...
Rita umiała się trzymać na wodzy, w ciągu trzech lat wynalazła i wyrobiła w sobie i opanowała przeróżne sposoby na tę zmorę swego żywota, na lęk o męża. Była dumna ze swej siły, umiała zawsze poskromić się i taić mękę nawet przed ojcem, nawet przed mężem, gdy spędzał z nią dni urlopu, nawet w najgorszej chwili pożegnania, gdy wyruszał z powrotem na morze. Była jego odpocznieniem i siłą, ona go pokrzepiała w chwilach upadku ducha, słuchała bez drżenia jego straszliwych opowieści i tych najwstydliwszych, najtajniejszych wyznań dzielnego człowieka, którego zmogła wojna... Ona z uśmiechem niezawodnej wróżbiarki twierdziła zawsze, że minie wojna, a on wróci do niej żywy i cały i zaczną nowe życie... Teraz wymykała się samej sobie, snać nadszedł i dla niej kres opamiętania i woli, snać stargały się już w walce nerwy. Albo też...
— Nie! Nie! Ja nie chcę! Nie!!
Dziko przebrzmiał jej krzyk w zacisznym gabinecie. Nie poznała własnego głosu, był jakiś cudzy, okropny. Wydarł się z niej przemocą... Przeraziła się — tego jeszcze nie było.
Nie śmiała spojrzeć na portret Fell’a, odwracacając oczy od tej ściany, chyłkiem wymknęła się z pokoju. Zeszła na dół i długo chodziła po cichych dywanach ogromnego pustego ojcowskiego salonu. Był on urządzony ze staroświeckim zbytkiem, nie oglądającym się na żadną modę, ciężkie meble, ciężkie kotary, rozległe grubo złocone ramy obrazów i luster, dwa ogromne kominy, obłożone bogato błękitno-czarnym marmurem, rzeźbionym w wymyślne barokowe reljefy. Starodawny kryształowy pająk, szeroko rozpięty u pułapu, lśnił w zmroku lodowatym połyskiem. Było tu posępnie i przeraźliwie cicho. Od ogromnych okien padała ostatnia poświata zmierzchu, tam gdzieś w dali zachodu leżało jeszcze pasmo mętnej czerwieni, migotała pierwsza gwiazda. Rita ulękła się ciszy, szybko podbiegła do ściany i czterokrotnie przekręciła kontakt. Pod nagłym zalewem blasku salon rozstąpił się we wszystkie strony i okazał swój wspaniały obszar. Wykwitły po bokach źwierciadeł światła kinkietów, zapaliły się świeczniki na kominach. Wielki żyrandol mienił się i grał tęczowemi barwami w tysiącach kryształowych szkiełek. Znikły strachy zmierzchu, pustki i ciszy.
Od małego dziecka nigdy nie pamiętała Rita żeby w tym salonie choć raz jeden odbył się bal, żeby ta przestrzeń zapełniła się wystrojonymi gośćmi. Zawsze stał pustką, zapomniany w tym domu i niepotrzebny. Zakradała się tu czasami przez szereg ciemnych pokojów, w strachu i zgrozie i wiedząc, że to nie wolno, zapalała wszystkie światła. Siadała na purpurowej kanapie, przymykała oczy, i patrzyła na świetny bal. W oczach się ćmiło od ruchliwej masy ludzi, od różnobarwnych strojów, odurzała wrzawa mnóstwa głosów, lśniły się klejnoty, ordery, wspaniałe mundury. Czerwoni lokaje roznosili na tacach wino i ogromne torty. Nagle tłum gości rozstępował się, ustawiał się po obu stronach i czekał w skupieniu patrząc ku drzwiom — ani słowa, ani szmeru — wszyscy patrzą ku drzwiom i mała Rita patrzy, a serduszko jej zamiera z ciekawości...
Czasami na tę chwilę wpadał Kurt i fikał koziołki po dywanach, wówczas cały bal znikał. Czasami ukazywał się w majestacie sam cesarz ze świtą generałów i wówczas orkiestra uderzała poloneza, tłum gości ustawiał się w pary, a cesarz na przedzie wiodąc — kogo? Mamę! Tak wypada, wszak ona jest gospodynią, to ona przyjmuje cesarza w swoim domu...
Czasami we drzwiach stawała skromna dziewczyneczka, ubożuchno ubrana, zawstydzona i najśliczniejsza ze wszystkich, kochaneczka jedyna — Kopciuszek z bajki... Teraz nic jej się nie ukaże, jakże dawno przestała być dzieckiem... Zasiadła jednak na czerwonej kanapie, w tym samym prawym kącie, przymknęła oczy.
Blask świateł przesączał się przez jej rzęsy, wnętrze salonu zadrgało. Naprzód poruszyły się zasłony na oknach, wydęły się jak żagle, potem zachybotały się lustra — tak samo zaczynało się wówczas. Na ogromnym obrazie Kaulbacha, który był chlubą ich domu i całego miasta i przedstawiał jakąś uroczystość na dworze Karola Wielkiego, wszczął się ruch i zamęt jaskrawych plam barwnych. Trwało to długo, wreszcie jeden z rycerzy, ten w długim powłóczystym zielonym płaszczu aksamitnym, który zawsze stał za tronem królewskim wsparty na mieczu, przekroczył złotą ramę i wyszedł na środek salonu. Za nim wykradł się śliczny biały chart, który na obrazie leżał tuż nad dolną ramą u stóp królewskich z głową opartą na łapach i patrzał uważnie i tak rozumnie na każdego, kto stanął przed obrazem. Straszne i ciekawe! Co oni będą tu robili?
Baronowa von Tebben-Gerth za sprawą dobrej wróżki, która usłyszała jej pragnienie, stała się zpowrotem małą dziewczynką. Cóż za radość! Jak piękne jest wszystko! Wszędzie tajemnice, baśni i niema rzeczy niemożliwych. Cokolwiek zachcieć lub bodaj pomyśleć zaraz się staje.
...Chart Karola Wielkiego już ją dostrzegł, choć schowała się pod stół i patrzała ukradkiem z pod aksamitnej serwety z frendzlami do samej ziemi. Rycerz nic nie widzi i z upodobaniem przegląda się w lustrze, ale chart psiem czuciem wie nawet, co ona sobie myśli. Patrzy na nią, przekrzywiwszy głowę z nastawionemi uszami, podchodzi, obwąchuje ją i przyjaźnie merda ogonem. Kochany pies — wyciągnęła rękę, żeby go pogłaskać, ale chart odskoczył, przypadł do ziemi i szczeknął wesoło. Zrozumiała, o co tu idzie — on chce się bawić. I ona aż się wydzierała do zabawy, latać, gonić się z chartem, wskakiwać na fotele, chować się przed nim, uciekać, ach, tyle miejsca w salonie...
Ale co robić z rycerzem? I rycerz snać się domyślił, że im przeszkadza, bo odrazu stanowczym krokiem rusza ku drzwiom, wlokąc za sobą po ziemi zieloną pelerynę. Cóż to będzie, gdy się ukaże w jadalnym pokoju, gdzie właśnie nakrywają do wieczerzy? Co na to powie Hans? Co powie Margareta? Nic nie powiedzą, bo nie zobaczą żadnego rycerza, takie rzeczy nie dla nich. Nikt w domu się na tem nie zna — jedna ona, mała Rita.
Ale miły chart już się gdzieś podział... W salonie zmroczyło się, Wszystkie żarówki naraz zczerwieniały i ledwie, ledwie znaczyły się jakąś przykrą konającą poświatą. Trwało to dość długo i sprowadziło nieprzezwyciężoną senność. Gdy się ocknęła w jednem z luster między oknami ujrzała odbicie ognia na kominie i jakąś osobę siedzącą na taborecie i zapatrzoną w płomień. Obok stał drugi taboret. Nie odrazu poznała kto to siedzi, gdyż wciąż jeszcze była małą Ritą i takiej osoby nie było wówczas. Musiałoby minąć kilkanaście lat, żeby wiedzieć kto to jest.
Gdy się to stało, poznała Kurta. Siedział w potarganym, obłoconym mundurze polowym i grzał sobie ręce. Zmarły brat nigdy jeszcze jej się nie zjawił. Ze zgrozą zapatrzyła się w lustro, nie śmiąc obrócić się i spojrzeć na prawo, gdzie był kominek. Kurt był obrośnięty, zaniedbany, ze zwichrzonemi włosami, nigdy go takim nie widziała. Strach zjawiał się i mijał — dlaczegoby się miała bać? Wszak to jej brat rodzony... Patrzała chciwie, ale zupełnie nie wiedziała, co z nim począć, czy można odezwać się do niego? Podejść? Gdy się tak biedziła, na tle ognia ukazała się nowa postać. Była cała czarna z czerwonemi połyskami od płomienia na skórzanej kurtce. Człowiek ten był cały zlany wodą i świecił się w ogniu. Wsparł się o marmur komina i dopiero Kurt podniósł ku niemu głowę. Długo patrzyli na siebie, a serce Rity kurczyło się i kurczyło, jakby ktoś zaciskał je coraz mocniej. Wreszcie Kurt uczynił ręką ruch jakby zapraszający. Człowiek w skórzanej kurtce wystąpił, stanął na chwilę w pełnem świetle płomienia i usiadł ciężko na taborecie przed ogniem. W przelocie dostrzegła jego czoło, jego oczy...
— Fell... To ty?...
Wargi jej drgały, szeptały bezdźwięcznie. Skończyło się widowisko małej Rity. Przyszło niewołane widmo prawdy, która się oto spełniła gdzieś daleko w przestrzeni świata, w przepaści morza.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Andrzej Strug.