Tajemnica Miksteków/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Tajemnica Miksteków
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V
CZARNY JELEŃ.

Następnego ranka udał się wódz Komanczów wraz z hrabią i przewodnikiem na skraj lasu, z którego roztaczał się daleki widok. Nagle rozległ się głuchy huk.
— Co to było? — zapytał Czarny Jeleń.
— To strzał — odparł przewodnik.
— Nie, to odgłos detonacji — rzekł hrabia, domyślając się, co zaszło.
Patrzyli w stronę strumienia. Nagle ujrzeli dwóch oddalających się jeźdźców. Był to Bawole Czoło i jakiś Indjanin. Hrabia zwrócił uwagę na konia cugowego, który okryty był cały kocami. Zrozumiał natychmiast, że pod niemi ukryte są skarby.
— Co to za ludzie? — zapytał Czarny Jeleń.
— Należą do plemienia Miksteków — odparł hrabia.
— Plemię Miksteków zginie i przepadnie — zabrzmiała pogardliwa odpowiedź.
— No, nie pójdzie ci z nimi tak gładko. Przyjrzyj się ich wodzowi, Bawolemu Czołu.
— Więc to jest Bawole Czoło! — wykrzyknął Czarny Jeleń, obrzucając dalekiego jeźdźca ponurym wzrokiem. — Bliska już chwila, w której zginie przy palu w obozie Komanczów!
Wróciwszy do ruin świątyni, Czarny Jeleń polecił wywiadowcy, by gotował się do drogi. Człowieka tego ubrano w strój cywilizowanego Indjanina; otrzymał starą strzelbę i najgorszego konia, jaki tylko się znalazł. Do hacjendy miał przybyć od strony południowej. —
Bawole Czoło stał z dzierżawcą i Niedźwiedziem Sercem przy oknie, gdy nadjechał wywiadowca.
— Uwaga! — zawołał Apacz z drwiącym uśmiechem.
— Dlaczego, co się stało? — zapytał Arbellez.
— Nasz brat zwraca nam uwagę, że jest to oczekiwany wywiadowca — objaśnił Bawole Czoło.
— Nie należy wszak do plemienia Komanczów — rzekł don Pedro.
— Tak, to Majo, lub Opata.
— A jak mam go traktować?
— Uprzejmie. Nie powinien się domyślić, że jesteśmy przygotowani do walki.
Don Pedro zszedł na podwórze. Indjanin powitał go uprzejmie, pytając:
— Czy jestem w hacjendzie del Erina, w której rządzi don Pedro Arbellez?
— Tak.
— A gdzież jest don Pedro?
— Ja nim jestem.
— Ach, przepraszam, czy udzielicie mi gościny?
— Bądźcie moim gościem w imię Boże! Skąd przybywacie?
— Przybywam przez góry z Durango.
— To daleka droga.
— Tak. Mieszkałem tam przez lat parę, ale gorączka mnie wygnała. Tu klimat lepszy. Czy nie potrzebujecie vaquera, sennor?
— Nie.
— Ani cibolera?
— Także nie.
— A może jednak przydałbym się na coś?
— Mam ludzi dosyć, ale możecie zostać i odpocząć z drogi.
— Dziękuję. Zostanę czas jakiś. Żeby tylko nie ci dzicy!
— Czy boicie się Indjanina?
— Jednego nie, ale pięciu, dziesięciu, o i jak jeszcze! Idą słuchy, że Komanczowie mają ochotę przekroczyć granicę.
— Ależ to plotki! Nie wierzę, aby się odważyli. A więc rozgośćcie się w czeladnej, jedzcie i pijcie dosyta!
Don Pedro oddalił się, zostawiając Indjanina w przekonaniu, że w całej hacjendzie nikt nie przypuszcza, by wróg mógł być niedaleko. Wywiadowca nasz, jak widać, niezbyt był zmęczony, gdyż włóczył się po folwarku do południa, po południu zaś wsiadł na koń i odjechał. Okólną drogą wrócił do Komanczów, którzy oczekiwali go z niecierpliwością. Gdy opowiedział o swej wyprawie, na twarzy Czarnego Jelenia zabłysnął uśmiech krwiożerczy:
— Straszne będzie przebudzenie się hacjendy. Synowie Komanczów powrócą z łupem obfitym i wieloma skalpami!
Na wielkiej radzie wojennej postanowiono wyruszyć z nastaniem zmroku. O północy mieli być tuż przy hacjendzie. Według ułożonego planu miano ją okrążyć z czterech stron; potem, na znak wodza, Komanczowie przedostaną się przez mur i otoczą dom cały. Pięćdziesięciu z pośród nich przez okna wedrze się do wnętrza, a wtedy nastąpi rzeź. —
Podczas gdy plan ten omawiano w gruzach świątyni, druga rada wojenna odbywała się w hacjendzie.
— Czy rakiet jest poddostatkiem? — zapytał Bawole Czoło.
— Owszem. Nasi vaquerzy nie wyobrażają sobie święta bez racy — odparł don Pedro. — A dlaczego pytasz o to?
— Najważniejsza rzecz, to odebrać im konie, by nie mogli szybko uciekać. Trzeba uważać, gdzie je zostawią. W odpowiedniej chwili rzucimy tam płonące rakiety i pochodnie.
— Doskonale!
— Trzeba jednak do tego ludzi odważnych i ostrożnych.
— Mam takich. Kiedyż zaczniemy sypać szańce?
— Postanowiliśmy wprawdzie zaczekać, aż nastaną ciemności. Ponieważ jednak wywiadowca odjechał tak bardzo uspokojony, nie przypuszczam, by nas szpiegowali jeszcze. Możemy zaczynać!
Rozpoczęła się żmudna praca.
Zszedł na niej wieczór; w godzinę przed nadejściem północy Apacz ruszył na zwiady. Wziął dwóch dobrze uzbrojonych służących, którzy mieli ze sobą tyle rakiet, że możnaby niemi spłoszyć stadninę koni.
Niedźwiedzie Serce wrócił po chwili, lecz sam.
— Widziałeś ich?
— Tak.
— Gdzie są?
— Zsiedli już z koni. Otoczyli mur; wierzchowce stoją przy źródle.
— Ilu wartowników ich pilnuje?
— Tylko trzech.
— Uff! Nasi dwaj ludzie podołają zadaniu!
Don Pedro udał się do pokoju, w którym oba dziewczęta czuwały, jak zwykle, przy chorym. Były blade, gotowe na wszystko.
— Czy wróg już idzie? — zapytała Emma.
— Tak. Chory śpi?
— Mocno.
— W takim razie możecie objąć swój posterunek. Oto lonty!
Emma i Karja pośpieszyły na ganek, gdzie w każdym rogu, obok stosów drzewa, polanych naftą, leżały ciężkie kamienie. Stało tam również kilka nabitych armat, które obsługiwać miały kobiety.
Noc była cicha. Dolatywał tylko szmer strumienia, albo dalekie rżenie źrebaka, idące od pastwisk. W oczekiwaniu walki niejedno serce biło mocniej, niż zwykle.
Nagle rozległo się głośne rechotanie żaby. Naśladownictwo dźwięków było tak łudzące, iż jedynie świadomość o napadzie Komanczów pozwoliła mieszkańcom folwarku domyślić się, że jest to znak do ataku.
Stary vaquero Franciszek wyprosił sobie obsługiwanie armaty, która miała bronić głównego wejścia do domu. Nabił ją szkłem, gwoździami i kawałkami żelaza; pod serape,[1] który narzucił na działo, palił się lont. Staruszek czuwał przy swojej armacie, nasłuchując każdego szmeru.
W oknie, na prawo od wejścia, stał Apacz; w oknie lewem zaś wódz Miksteków. Obydwaj mieli strzelby w ręku i patrzyli w ciemność badawczo, przenikliwie. Po raz drugi odezwało się rechotanie żaby; i w tej samej chwili zawrzało przy murze, jak w ulu. Dwieście głów wychyliło się z poza niego, dwieście ciemnych, zręcznych postaci zeskoczyło na podwórze. Pięćdziesięciu zebrało się właśnie, aby wtargnąć do domu. Wtedy Apacz przyłożył swą strzelbę do ramienia i zawołał:
Ankhuan selkhi no-khil — Ognia!
Wypalił. Ledwie padł jego strzał, Emma i Karja przyłożyły lonty do prochu, tak, że odrazu zapłonęły cztery ognie, oświetlając jaskrawo cały teren walki. Indjanie stanęli jak wryci.
Stary Franciszek zobaczył teraz pięćdziesięciu zbitych na kupę wrogów; stali w odległości zaledwie piętnastu metrów. Wypalił więc ze swego działa. Skutek strzału był straszny. Skłębione postacie wiły się po ziemi. Franciszek wystrzelił raz jeszcze. I tym razem pocisk nie chybił. Strzelano z innych armat, ze wszystkich okien, z ganku; wtem... zatrzeszczało coś woddali. Łuna oblała horyzont. Po chwili słyszeć się dało rżenie i parskanie setek przerażonych koni, które rzuciły się do panicznej ucieczki, aż ziemia zadrżała pod kopytami.
Komanczowie wydawali okrzyki bezsilnej furji. Byli bowiem wszyscy jasno oświetleni i tworzyli cel zupełnie wyraźny. Pokoje stały ciemne, o strzelaniu nie mogło być mowy. Nie spodziewał się wróg takiego przyjęcia; niemal w pierwszych minutach był zdziesiątkowany. Pozostała jedynie ucieczka...
Nie ustępował tylko Czarny Jeleń. Wzywał swych ludzi, by nie uciekali — napróżno! Rzucił jeszcze okiem na plac walki: trup na trupie! Widząc, że wszystko zgubione, i on postanowił się cofnąć. W chwili, gdy przełaził przez mur, zobaczył go Apacz i zawołał:
— Arika-tugh, Czarny Jeleń!
Nie mógł, niestety, Niedźwiedzie Serce zgładzić wroga, bo w strzelbie zabrakło naboi.
— Czarny Jeleń! — zawołał raz jeszcze, odrzucając strzelbę i wyciągając z za pasa tomahawk. — Czarny Jeleń pokazuje wrogowi plecy!
Po tych słowach zeskoczył z okna, przebiegł przez podwórze, przesadził mur.
— Niechaj Czarny Jeleń się wstrzyma! — zawołał do uciekającego. — Woła go Niedźwiedzie Serce, wódz Apaczów. Czy wódz Komanczów będzie uciekał przed nim?
Usłyszawszy te słowa, zatrzymał się Arika-tugh.
— Tyś Niedźwiedzie Serce? — Podejdź więc bliżej, a oddam twe wnętrzności sępom na pożarcie!
Zwarli się, walcząc tylko na tomahawki. Niebawem się okazało, że Niedźwiedzie Serce ma przewagę nad przeciwnikiem. Ale... oto zbliżyła się jakaś postać ze strzelbą w ręku: to hrabia Alfonso!
Hrabia został za murem; nie miał ochoty nastawiać karku na strzały. Czekał wyniku walki. Widząc zapasy dwóch wodzów, podszedł do nich i ztyłu uderzył Niedźwiedzie Serce kolbą w głowę tak mocno, że zwalił się na ziemię wódz Apaczów. Czarny Jeleń wyciągnął nóż, by zabić wroga i oskalpować, ale hrabia zatrzymał go słowami:
— Zasługuje na inną śmierć!
— Masz rację — odparł Czarny Jeleń. — Prędko do koni!
— Do koni? Niema ich przecież!
— Niema?
— Tak. Przestraszyły się rakiet i pochodni.
— Uff! W takim razie uciekajmy pieszo!
Wzięli Apacza pod ramiona i powlekli po ziemi.
Czas był najwyższy. Bawole Czoło bowiem zauważył, że Apacz wyskoczył za Czarnym Jeleniem i zrozumiał, jakie mu grozi niebezpieczeństwo. Zorganizował więc wypad na folwark w poszukiwaniu towarzysza. Niestety, nigdzie go nie można było znaleźć...
Niedźwiedzie Serce leżał omdlały przez kilka godzin. Gdy otworzył wreszcie oczy, ujrzał najpierw ognisko, a potem gromadę dzikich czerwonych postaci, pochylonych nad niem. Niedźwiedzie Serce był związany; po jego prawej ręce siedział Czarny Jeleń, po lewej hrabia Alfonso.
Zauważywszy, że Apacz otwiera oczy, hrabia rzekł:
— Zbudził się nareszcie!
Oczy Indjan, siedzących przy ognisku, zwróciły się ku jeńcowi. Wszyscy słyszeli o Niedźwiedziem Sercu, wszyscy znali głośne i sławne jego imię, ale tylko niewielu widziało go na własne oczy. Był spokojny tym granitowym spokojem, który cechuje Indjanina. Głowa bolała go od ciosu hrabiego; pamiętał jednak o wszystkiem, co zaszło.
— Tchórzliwa żaba Apaczów jest w naszej niewoli — rzekł Czarny Jeleń.
Apacz uśmiechnął się pogardliwie; czuł, że nie powinien milczeć w tej chwili.
— Wódz Komanczów uciekał jednak przed tą żabą.
— Psie! Arika-tugh pokonał Niedźwiedzie Serce.
— To nikczemne kłamstwo! Ani tyś mnie pokonał, ani tamten. Napadliście na mnie podstępem. Oto wszystko, co powiem; ani słowa więcej. Niedźwiedzie Serce pogardza wojownikami, którzy jak pchły uciekają na widok walecznego wroga!
— Będziesz ty jeszcze skomlił, gdy cię weźmiemy na męki.
Apacz nie odpowiedział. Wszyscy czuli, że żelazny ten człowiek dotrzyma obietnicy milczenia, zwrócili się więc do swego wodza:
— Noc się rozwidnia. Wkrótce trzeba będzie iść dalej. Zasiądźmy więc, aby odprawić sąd nad tym, który zowie się wodzem Apaczów.
Otoczyli go zwartem kołem, a Czarny Jeleń, podniósłszy się, wygłosił długą mowę, w której wyliczał występki Apacza wobec Komanczów. Zakończył słowami: — Zasłużył na śmierć!
— Czy weźmiemy go do wigwamów? — zabrzmiało pytanie.
Po długiej naradzie postanowiono dla wygody zabić wroga na miejscu.
— Jaką ma zginąć śmiercią? — zapytał Arika-tugh.
I znowu długo naradzano się nad tem pytaniem; decyzja była trudna; niezwykły jeniec musiał przecież umrzeć pośród mąk niezwykłych. Podczas narady hrabia, który milczał dotychczas, podniósł się i zapytał:
— Czy wolno mi powiedzieć słów parę mym czerwonym braciom?
— Tak — rzekł Czarny Jeleń.
— Czy człowiek ten należy częściowo i do mnie?
— Nie! Przyrzekłeś go nam.
— A kto go obezwładnił?
— Ty.
— Czy spełniliście to, coście mi obiecali?
— Nie. Było to ponad nasze siły.
— W takim razie upadają wzajemne obietnice i jeniec należy tylko do tego, kto go obezwładnił. Niechaj zginie taką samą śmiercią, jaką dla mnie przeznaczył. Przywiążemy go do tego samego drzewa — niechaj ginie od krokodyli. Będzie znosił te same piekielne męki, których ja tak dotkliwie zaznałem!
Komanczowie wydawać zaczęli radosne okrzyki na znak zgody; oczy wszystkich zwróciły się ku Apaczowi; chcieli wyczytać z jego twarzy, jakie wrażenie wywarł na nim wyrok. Twarz ta była jak z kamienia; Niedźwiedzie Serce nie drgnął nawet powieką.
— Czy mamy dosyć lass?
— Nie zbraknie ich, a zresztą tutaj leżą jeszcze te same, na których wisiałeś.
— Dobrze! W takim razie zwiążmy go tak samo, jak mnie związał, — rzekł Alfonso.
Tak się stało.
Poczem Czarny Jeleń zapytał szyderczo:
— Czy wódz Apaczów ma jeszcze jakąś prośbę?
Niedźwiedzie Serce obrzucił wzrokiem wszystkich szesnastu wrogów, którzy stali teraz obok niego. Gdy się tylko obudził z omdlenia, zauważył, że leży nad sadzawką góry El Reparo i wiedział, jaki los go czeka; dlatego też wyrok nie wywarł na nim wrażenia. Obrzucił Komanczów spojrzeniem, jakby notując sobie w pamięci rysy każdego i rzekł:
— Wódz Apaczów nigdy o nic nie prosi. Zginiecie wszyscy, jak tu jesteście. Oto wszystko! Shosh-in-liett nie będzie ryczeć, ani wrzeszczeć, jak to czynił biały hrabia! Powiedziałem. Howgh!
Jeden z najmocniejszych Komanczów wdrapał się na drzewo; nie upłynęły dwie minuty, a Niedźwiedzie Serce wisiał nad wodą w pozycji, w jakiej niedawno jeszcze tkwił hrabia. I znowu krokodyle zebrały się wokoło ofiary...
Komanczowie przyglądali się czas jakiś, jak Niedźwiedzie Serce z najwyższym spokojem podnosił swe nogi z pod paszcz aligatorów, poczem, nacieszywszy się tym widokiem, powrócili do swoich spraw.
— Czy bracia moi zmierzają do swych pastwisk? — zapytał hrabia.
— Najpierw musimy dokonać zemsty — ponuro odparł Czarny Jeleń.
— Czy pójdziecie za mną, gdy was poprowadzę do zemsty?
— Dokąd?
— Powiem o tem później, skoro przekonamy się, czy tylko my jedni uniknęliśmy śmierci.
— Musisz o wszystkiem powiedzieć zaraz — rzekł wódz Komanczów — nie mamy bowiem szczęścia z naszym białym bratem.
— I mnie nie bardzo się powiodło z mymi czerwonymi braćmi. Niechaj więc rozproszą się teraz i szukają swych towarzyszy. Później, skoro się zbierzemy, powiem, jak zemstę wywrzeć.
— Gdzie się spotkamy?
— Tu, na tem miejscu.
— Dobrze, spróbujemy. Może tym razem szczęście nam bardziej dopisze...
Poszli, by szukać reszty niedobitków. Hrabia został jeszcze przez chwilę, sycąc się widokiem wiszącego nad krokodylami wroga, poczem odszedł również. Miał zamiar udać się do strumienia i zbadać, co tam robił Bawole Czoło w wigilję tego dnia. To było główną przyczyną, dla której namówił Komanczów, aby się oddalili.
Zaledwie hrabia odszedł, twarz Apacza rozjaśniła się, usta wydały okrzyk radości. Ponieważ przeciągnięto mu lasso pod ramionami, mógł podźwignąć się nieco, zupełnie jak na trapezie.
Mógł unieść nogi. Ale to jeszcze niewiele.
Udało mu się chwycić lasso rękami i wreszcie przytrzymać je na wysokości pół metra kolanem. Zginając więc ciało i chwytając lasso na przemian to rękami, to kolanami, windował się wgórę, aż, spocony wysiłkiem, dzięki olbrzymiej mocy swych mięśni, dostał się na konar. Przyległszy tam napoprzek, spoczywał z minutę. Wisząc bowiem przez cały czas swej pracy nogami do góry, dostał zawrotu głowy.
Narazie wymknął się krokodylom, lecz niebezpieczeństwo było jeszcze wielkie. Gdyby zjawił się teraz któryś z Komanczów, albo gdyby nie mógł oswobodzić się z pęt, byłby zgubiony. Leżał na grzbiecie wpoprzek gałęzi tak, jak się leży na ręce, by wykonać ćwiczenie na krzyżu. Zgiął kolana i w ten sposób dosięgnął rzemienia, który krępował mu nogi. Znalazłszy węzeł, zaczął go rozpętywać. Trwało to bardzo długo, ale wreszcie dokonał swego. Teraz miał nogi swobodne i mógł się podnieść. Usiadł więc na konarze tak, że związanemi na plecach rękami mógł dosięgnąć tego miejsca na gałęzi, gdzie przywiązany był górny koniec lassa. Po długich wysiłkach, podczas których krew mu się z palców puściła, zdołał wreszcie rozwiązać rzemień i zleźć z drzewa, choć ze związanemi rękami. Nie udałoby mu się to z pewnością, gdyby drzewo rosło prostopadle, ale na szczęście wisiało ono pochylone nad wodą.
Apacz jechał na konarze, jak na koniu, aż dostał się wreszcie do pnia. Owinął się dokoła niego nogami, ciało spuścił i wisiał znowu głową nadół. Puszczając i ściskając raz po raz pień kolanami, dostał się wkońcu na ziemię. Siły wyczerpał do cna, ale był ocalony.
— Uff!
Wydał z siebie tylko tę jedną zgłoskę. Poczem spojrzał jeszcze na krokodyle, które leżały przy brzegu i patrzyły nań, kłapiąc straszliwie szczękami, i pośpieszył do lasu, aby się w nim ukryć.
Trzeba było teraz uwolnić ręce. Przeciskając się między krzakami i skałami, rozglądał się badawczo, dopóki nie znalazł pożądanego objektu. Była to krawędź skały, tak ostra, że można nią przeciąć rzemień. Oparł się grzbietem o skałę i tarł tak długo rękami o krawędź, dopóki rzemień nie pękł. Teraz był wolny zupełnie. —
Walka, która z początku szalała na dziedzińcu folwarku, toczyła się teraz dalej w otwartem polu. Przeobrażona w szereg poszczególnych zapasów, odsunęła się daleko od domu i trwała przeszło godzinę.
Bawole Czoło zwołał załogę hacjendy. Wokoło leżeli pozabijani Indjanie, w ciemności nawet można było rozpoznać, że zginęło ich przeszło stu.
— Popamiętają nauczkę i nie wrócą tak prędko — rzekł Arbellez, uradowany zwycięstwem.
— Czy widzicie te ochłapy, don Pedro, — odezwał się stary Franciszek, Wskazując na Indjan, leżących przy wejściu do domu. — To dzieło mojej armaty. Ciała poszarpane na strzępy.
— Nie wszystko jeszcze skończone — odparł Bawcie Czoło. — Musimy zniszczyć resztę Komanczów.
— Gdzież ich szukać?
— Czy po tamtej stronie strumienia niema tropów?
— To prawda!
— Z tego należy wnosić, że uciekli w tym właśnie kierunku. Zapewne w stronę El Reparo, gdzie zebrali się przed dokonaniem napadu. Musimy ich tam poszukać. Czy powierzycie mi dwudziestu vaquerów? — zwrócił się do Arbelleza.
— Chętnie — odpowiedział don Pedro.
— Gdzie też może być Niedźwiedzie Serce? — zapytał Franciszek.
— W niewoli — odparł wódz Miksteków.
— To niemożliwe, dlaczegóż tak sądzisz? — zawołał ze strachem don Pedro.
— Bo go tu niema.
— Może nie wrócił jeszcze z pościgu?
— Nie; nie przypuszczam.
— W takim razie nie żyje, albo też ranny!
— Nie, znaleźlibyśmy go bowiem. Popędził za Czarnym Jeleniem. Komanczowie, będąc w przeważającej liczbie, porwali go zapewne.
— Musimy Apacza oswobodzić! — zawołał Franciszek.
— Oswobodzimy z pewnością — odparł twardo Bawole Czoło. — Wezmę jego strzelbę, aby dostarczyć mu broni. A więc na koń!
Dwudziestu ludzi dosiadło koni i ruszyło galopem. By zmylić czujność wroga, zatoczyli łuk i przybyli o świcie na El Reparo od strony południowej.
— Zsiądźcie z koni — rozkazał Bawole Czoło.
— Poco? — zapytał Franciszek.
— Musimy podkraść się do nieprzyjaciela, konie-by nam przeszkadzały. Niech Sanchez zostanie przy nich.
Vaquero został przy koniach, reszta pod osłoną drzew wdrapała się na górę. Gdy dotarli na szczyt i stanęli na płaskowzgórzu, było już zupełnie jasno. Posuwali się ku ruinom z największą ostrożnością. Nagle usłyszeli okrzyk:
— Uff!
Ujrzeli nieuzbrojonego Indjanina, śpieszył do nich.
— Czy to możliwe? Niedźwiedzie Serce! — zawołał jeden z vaquerów.
— Tak, to on. To Apacz! — wykrzyknął radośnie Bawole Czoło.
— Więc nie był w niewoli?
— Ależ oczywista, że był pojmany. Czy nie widzicie, że nie ma przy sobie broni? Był schwytany przez wroga i zbiegł.
Apacz mknął przez polanę, jak strzała; po chwili stanął przed nimi.
— Uff! — powitał go Bawole Czoło. — Brat mój, Niedźwiedzie Serce był w niewoli?
— Tak.
— Nieprzyjaciół było zbyt wielu, więc go zwyciężyli?
— Nie. Walczyłem z Czarnym Jeleniem. Wtem podeszła ztyłu zdradziecka blada twarz i uderzyła mnie kolbą w głowę. Padłem ogłuszony. Obudziwszy się, ujrzałem, że jestem wśród Komanczów. Blada twarz stała nade mną.
— Któż jest tą bladą twarzą?
— Hrabia.
— Uff! A więc żyje! Krokodyle go nie pożarły?
— Niestety, żyje. Te psy Komancze znalazły go i ocaliły. To on poprowadził ich na folwark; walczył po ich stronie.
— Walczył przeciw swojej własności! Przeciw własnym ludziom! Zdejmiemy z niego skalp. Gdzie jest, gdzie się ukrywa?
— W górach. Ma się spotkać z Komanczami nad sadzawką.
— Aha! Tam się zbiorą?
— Byli już tam. Zeszli na równinę, by zebrać rozproszonych towarzyszy, ale wrócą.
— Czy brat mój jest tego pewien?
— Tak. Wisząc bowiem na drzewie, słyszałem ich rozmowę.
— Na jakiem drzewie?
— Nad krokodylami.
Bawole Czoło aż się otrząsnął.
— Wisiałeś tam, nad aligatorami? Tak samo, jak hrabia?
— Tak samo. Przywiązano mnie na lassach z jego namowy.
— Jakże się brat mój uwolnił?
Niedźwiedzie Serce odparł z lekceważeniem:
— Wódz Apaczów nie boi się ani Komanczów, ani krokodyli. Zaczekał, aż wróg odejdzie, a potem się oswobodził.
— Niedźwiedzie Serce jest mądrym i dzielnym wojownikiem, jest ulubieńcem Wielkiego Manitou — rzekł Bawole Czoło. — Inny nie dałby sobie tak szybko rady. Kiedyż Komanczowie wrócą nad sadzawkę?
— Tego nie mówili. W każdym razie ukryjemy się i zaczekamy na nich.
— Tylko uważajmy, by nie zostawiać śladów. Oto twoja strzelba, przyniosłem ci ją.
— Tomahawk zabrał mi Czarny Jeleń — rzekł gniewnie Apacz. — Lecz odda go razem ze swoim. Dajcie mi prochu i kul, a poprowadzę was.
Otrzymał, czego żądał, poczem pomknęli wszyscy przez las, zacierając za sobą ślady. Dotarli wreszcie na skraj lasu, otaczającego staw. Nikt z Komanczów nie powrócił jeszcze. Ukryli się więc, by, sami niewidzialni, mogli obserwować okolicę.
Po udzieleniu wskazówek, jak strzelać, by nie marnować na jednego nieprzyjaciela dwóch kul, zeszli się obydwaj wodzowie.
— Co będzie, gdy Komanczowie zobaczą, że wódz Apaczów im uciekł? Domyślą się, że sprowadzi pomoc.
— Nie zauważą ucieczki.
Po tych słowach wyszedł z zarośli i podszedł do drzewa cedrowego, na którem wisiał. Wpobliżu pnia leżały jeszcze lassa, któremi był przywiązany. Wziął ostry kamień i rozciął dolną część rzemieni tak, że wyglądały, jakby się rozdarły same. Potem wlazł na drzewo i przywiązał rzemienie do konara podobnie, jak były umocowane poprzednio. Teraz pozory przemawiały za tem, że krokodyle ściągnęły wiszącego.
Kiedy wrócił po tej krótkiej pracy, rzekł doń Bawole Czoło:
— Brat mój postąpił roztropnie. Komanczowie nie będą ani na chwilę przypuszczać, żeś uciekł.
Leżeli cicho w kryjówce i czekali. Po upływie pewnego czasu rozległ się tętent. Nadjechali dwaj Komanczowie.
— Uff! — zawołał jeden z nich, nie widząc idjanina na drzewie.
— Uciekł! — zawołał drugi.
— Nie! Lasso przerwane. Już go pożarły krokodyle.
— Nie wejdzie do Wiecznych Ostępów, pożarły go bowiem zwierzęta. Dusza jego błądzić będzie wśród tych nieszczęsnych cieni, które trawi rozpacz i ból. Przeklęty jest Apacz w tem i przyszłem życiu!
— Zsiadajmy z koni. Zaczekamy tu na resztę!
Zeskoczywszy, zabrali się do uwiązywania wierzchowców.
— Oskalpujemy ich? — zapytał Apacz.
— Dobrze, ale nie masz przecież noża.
Pshaw! Nóż wezmę od któregokolwiek z nich.
Oparł strzelbę o drzewo i posunął się naprzód. Miksteka mu towarzyszył. Dostawszy się na skraj zarośli, pomknęli jak dwa tygrysy ku Komanczom, nieprzeczuwającym złego. Niedźwiedzie Serce pochwycił jednego z nich za gardło, wyrwał mu nóż z za pasa i nożem tym przebił serce. W przeciągu dwóch minut Apacz miał już w ręce skalp swego wroga. Bawole Czoło dotrzymał mu kroku. Komanczowie nie mieli nawet czasu krzyknąć.
— Co zrobimy z trupami? — spytał Bawole Czoło.
— Damy je krokodylom na pożarcie.
Potwory zwietrzyły bliskość ludzi. Wysunąwszy się na powierzchnię, podpłynęły ku brzegowi. Znowu czekały na ofiarę. Wodzowie zabrali broń wrogom i rzucili ich trupy do wody. Toż dopiero rzuciły się wygłodniałe aligatory na żer! Nie upłynęła nawet minuta, a obydwa trupy znikły w ich paszczach. Nie zostało z nich nic prócz kawałka ręki z dwoma palcami. Wzburzone przez zwierzęta fale wyrzuciły ten szczątek na brzeg.
Apacz i Bawole Czoło zatarłszy ślady, wrócili do kryjówki.
Niezadługo rozległ się znowu tętent kopyt. Czarny Jeleń pędził na czele jakichś trzydziestu wojowników. Widząc, że Apacza niema, rzekł podejrzliwie:
— Gdzież Apacz? Czyżby umknął?
Podjechawszy tuż nad wodę, zobaczył tam połowę ręki. W jednej chwili zeskoczył z konia, podniósł ją i zaczął się bacznie przypatrywać.
— Uff! Pożarły go! To kawałek jego lewej ręki. Obejrzeć lassa!
Po wykonaniu tego rozkazu stwierdzono niezbicie, że krokodyle ściągnęły Apacza z drzewa i pożarły.
— Odszedł w świat ciemności!
Po tych słowach Czarny Jeleń rzucił do wody pozostały kawał ręki, który aligatory łapczywie połknęły.
Wszyscy rozłożyli się teraz na brzegu.
Po jakimś czasie przybył jeszcze oddział zabłąkanych; nad stawem tedy zasiadło około pięćdziesięciu Komanczów. Nie badali sąsiedniego lasu, co świadczyło o tem, że nie zabawią tu długo. Czarny Jeleń pierwszy przerwał milczenie.
— Kto widział bladą twarz?
— Mówisz o hrabi?
— Tak.
Okazało się, że nikt nie widział hrabiego.
— Poszukać jego śladów!
Wstali, aby wykonać rozkaz wodza.
— Położenie staje się niepewne — szepnął Apacz.
Bawole Czoło potwierdził skinieniem głowy.
— Tu zatarliśmy ślady, lecz jeżeli pójdą dalej, znajdą je. Trzeba zaczynać. Dam hasło!
Zakaszlał głośno na znak, że można wziąć się do dzieła.
Zaledwie przebrzmiał ostry jego kaszel, z zarośli wysunęły się lufy dwudziestu strzelb.
— Ognia! — krzyknął Bawole Czoło.
Na to słowo huknęły dwadzieścia dwa strzały, a potem jeszcze dwa z dubeltówek wodzów. Tyluż Komanczów padło ugodzonych śmiertelnie. Reszta zerwała się i popędziła do koni. Vaquerowie odnowili nabój.
Ponieważ zginęło przeszło dwudziestu, Komanczowie byli przekonani, że w zaroślach kryje się jeszcze więcej białych. Nie próbowali więc już ataku, lecz rzucili się do ucieczki. Gdy się spierali, kto którego dosiędzie konia, padła druga salwa, niemal tak samo skuteczna, jak pierwsza.
Niedźwiedzie Serce pilnował Czarnego Jelenia. Zawczasu wydał swym ludziom rozkaz, by nie strzelali do wodza Komanczów, który teraz uciekać zaczął z niedobitkami wojowników. Wtem wyszedł Apacz z zarośli i, podniósłszy strzelbę, zmierzył tylko w konia, bowiem żywcem chciał dostać wodza Komanczów. Huknął strzał; zwierzę ugodzone śmiertelnie, przewaliło się, zrzucając jeźdźca. W dwóch skokach stanął Apacz przy Czarnym Jeleniu, zanim jeszcze wódz Komanczów zdołał podnieść się z ziemi.
Czarny Jeleń, jak wszyscy Komanczowie, nie strzelał dotąd, więc broń miał nabitą. Zerwawszy się z ziemi, wymierzył do Apacza:
— Psie — zawołał — żyjesz jeszcze? A więc giń!
Niedźwiedzie Serce odtrącił na bok lufę; strzał chybił.
— Wódz Apaczów nie zginie z ręki tchórzliwego Komancza. Ale duszę twoją zabiorę, aby służyła mi w Wiecznych Ostępach!
Po tych słowach ogłuszył Komancza kolbą, aby ponieść go na miejsce, gdzie Arika-tugh siedział niedawno w otoczeniu swych wojowników. Tam czekał spokojnie, dopóki wódz Komanczów nie odzyskał przytomności.
Vaquerowie nie ścigali tych kilku z pośród wrogów, którzy zbiegli, nie uważali ich bowiem za niebezpiecznych. Rzucili się natomiast na poległych, aby im zabrać broń i amunicję.
Obaj wodzowie zaś siedzieli przy Czarnym Jeleniu, nie troszcząc się o łupy.
Gdy zaczęli wiązać wodza Komanczów, odzyskał przytomność.
— Czarny Jeleń może zaśpiewać swą pieśń śmiertelną, pozwalam mu na to przed zgonem — rzekł Apacz.
Wódz Komanczów milczał.
— Komanczowie śpiewają jak wrony, lub żaby, dlatego wolą się nie popisywać — szydził Bawole Czoło.
Jeniec wciąż milczał.
— W takim razie umrzesz bez śmiertelnej pieśni — rzekł Shosh-in-liett.
Teraz dopiero zapytał Czarny Jeleń:
— Powiesicie mnie na tem drzewie?
— Nie — odparł Apacz. — Nie chcę cię dręczyć; pożrą cię krokodyle, jak mnie miały pożreć. Najpierw jednak zdejmę ci skalp, aby po powrocie pokazać dzielnym synom Apaczów, jakim podłym tchórzem był Czarny Jeleń. Odbieram swój nóż i tomahawk.
Po tych słowach wyjął z za pasa jeńca wymienione przedmioty.
— Czy chcesz mnie naprawdę oskalpować? — zapytał jeniec z przerażeniem.
— Tak. Skóra twoja do mnie należy.
— Zdejmiesz ją ze mnie żywcem?
— A jakże. Czy mam szukać twego skalpu w brzuchu krokodyla, gdy cię już połknie?
— Zabij mnie przedtem!
— Boisz się? W takim razie nie zaznasz litości!
Po tych słowach wziął nóż, lewą ręką pochwycił czuprynę jeńca, prawą zaś wykonał trzy prawidłowe cięcia, zdejmując mu włosy z głowy. Po chwili miał skalp w ręce.
Czarny Jeleń ryknął z bólu.
— Jesteś tchórzem! Krzyczysz jak squaw — rzekł Niedźwiedzie Serce.
— Rzucimy go do wody — dodał Bawole Czoło. — Ale nogami, bo nie jest wart, abyś go ręką dotknął.
— Mój brat ma rację. Rzucę go krokodylom, jak zgniłe ścierwo, którego nie można wziąć do ręki. Waleczny wódz Komanczów ryczał jak stara baba. Niechaj więc nie ma grobowca ani na szczycie górskim, ani w dolinie. Ludzie jego plemienia nie będą mogli odbywać pielgrzymek, by sławić jego imię, bowiem zniknie w brzuchu krokodyli.
Jak mówiliśmy już, punktem honoru dla Indjanina, zwłaszcza zaś dla wodza Indjan, jest nie okazać nigdy trwogi, nie wydać jęku, nawet wśród cierpień najdokuczliwszych. Czarny Jeleń ryknął z bólu, przez co postąpił niegodnie. Dlatego też Niedźwiedzie Serce nogami strącił go do wody, gdzie natychmiast rzuciły się nań aligatory...
Udali się następnie do koni, by wrócić na hacjendę. Apacz dosiadł wierzchowca jednego z Komanczów. —
Opuściwszy sadzawkę, hrabia Alfonso zszedł z góry, aby szukać groty ze skarbem królewskim. Na dawnem miejscu jednak znalazł tylko gruzy; nadaremnie szperał w nich przez kilka godzin. Widać skarby zostały zabrane.
Zakląwszy siarczyście, skierował kroki na szczyt góry, aby się spotkać z Komanczami. Naraz usłyszał tętent. Po chwili stanęło przed nim ośmiu jeźdźców.
— Dokąd pędzicie?
— Uff! To blada twarz! — rzekł jeden z nich. — Jedziemy do doliny.
— Poco? Przecież nasi ludzie na górze.
— Zabici! — brzmiała odpowiedź.
— Zabici? Jakże się to stało?
— Blade twarze napadły na nas i zabiły cztery razy po dziesięć naszych braci.
— Do djabła!
— Wodza naszego, Czarnego Jelenia, pożarły krokodyle, przedtem zaś oskalpował go Apacz.
— Apacz? Jaki?
— Niedźwiedzie Serce.
— Do stu tysięcy djabłów! Przecież powiesiliśmy go na drzewie!
— Ale odzyskał wolność. Oswobodzili go zapewne vaquerowie. Gdybyś przy nim pozostał, nie stałoby się to z pewnością.
— Czyście to widzieli na własne oczy?
— Musieliśmy uciekać; ponieważ jednak nie wysłali za nami pościgu, więc dwóch powróciło, by ich śledzić.
— Tak; stało się źle. Wszystko przepadło!
— Wszystko, z wyjątkiem zemsty!
— Tak, zemsta! — odparł po namyśle hrabia. — Cóż teraz zamierzacie czynić?
— Wrócimy do wigwamów po nowych wojowników.
— Nie przynosząc ze sobą ani jednego skalpu?
— Wielki Duch odwrócił się od nas.
— Ani też żadnych łupów nie przywożąc?
— Zdobędziemy je później.
— Cóżbyście powiedzieli, gdybym już teraz postarał się dla was o zdobycz bogatą i użyteczną?
— Przecież sam nic nie masz, nawet konia!
— Wezmę sobie konia z pastwisk hacjendy; potem wrócę do stolicy Meksyku, wy zaś będziecie mi towarzyszyć.
— Do Meksyku? A pocóż to?
— Będziecie moją strażą; niełatwa to bowiem podróż. Jeżeli zgodzicie się na nią, otrzymacie sute podarki.
— O jakich myślisz podarkach?
— Wybierzecie je sami. Jestem hrabią, wielkim wodzem, mam wszystko, czego możecie zapragnąć.
— Czy masz broń, proch i ołów?
— Ile tylko chcecie.
— I perły dla naszych squaw?
— Ależ naturalnie!
Indjan zaczynała pociągać obietnica hrabiego.
— Dobrze, będziemy ci towarzyszyć, będziemy twoją strażą. — Tylko musisz każdemu dać strzelbę, tomahawk i po dwa noże. Nie obejdzie się również bez kul i ołowiu.
— Wszystko otrzymacie.
— I perły?
— Dostaniecie perły, łańcuchy z drogich kamieni i pierścienie.
— Zgoda; idziemy z tobą. Ale pamiętaj: zginiesz, jeżeli nas oszukasz. Dwóch tylko z tobą nie pójdzie; muszą wrócić do obozów naszych, aby sprowadzić mścicieli!
— Czy nie można wyprawy odłożyć?
— Nie. Zemstę musimy wywrzeć czem prędzej.
— Dobrze więc. I sześciu wystarczy.
Wylosowano więc dwu wojowników, bo nikt nie chciał iść dobrowolnie. Woleli jechać do Meksyku po bogate dary, aniżeli wracać ze wstydem i hańbą do rodzinnych siedzib. Pozostałych sześciu wybrało z pomiędzy siebie starszego, poczem, rozstawszy się z dwoma posłannikami, udali się na poszukiwanie wierzchowca dla hrabiego.
Pozostali dwaj, cały swój spryt natężając, miast udać się wprost na północ, gdzie leżało nieszczęsne pobojowisko, postanowili użyć dróg okólnych. Skręcili więc ku południowemu stokowi góry El Reparo, by uniknąć spotkania z wrogiem. I właśnie z tego powodu spotkało ich to, czego chcieli uniknąć.
Vaquerowie, ograbiwszy zwłoki Indjan z broni, rzucili je na pożarcie krokodylom, które od lat nie miały już tak obfitej uczty. Teraz czeladź hacjendy gotowała się do powrotu.
W chwili, gdy wyjechali z lasu i mieli właśnie skręcić w dolinę, Apacz zatrzymał nagle konia.
— Uff! — zawołał, wskazując przed siebie.
— To Komanczowie! — rzekł Bawole Czoło.
— Będziemy ich mieli — dodał Apacz.
— Trzeba ich wziąć żywcem. Żwawo, gotujcie lassa!
Kiedy Komanczowie, nie widząc wroga, zbliżyli się, vaquerowie wypadli z lasu. Dzicy stanęli jak wryci, poczem spięli konie do ucieczki. Nic im to nie pomogło. Ścigający schwytali ich po niedługim pościgu. Komanczowie bronili się z całych sił. Coprawda zranili kilku vaquerów, ale wkońcu, schwytani na lassa, musieli przecież ulec.
Apacz przystąpił do nich i rzekł:
— Jeżeli nie odpowiecie na nasze pytania, zdejmiemy wam skalpy i powiększycie liczbę ofiar, pożartych przez krokodyle.
Wzdrygnęli się przed śmiercią, jaką zginął ich wódz. Jeden z nich zapytał:
— Co chcesz wiedzieć?
— Ilu z was pozostało przy życiu?
— Ośmiu.
— Gdzie tamtych sześciu?
— Zostali przy hrabi.
— A gdzież on jest?
— Tego nie wiemy.
Na to Apacz wyciągnął nóż ze słowami:
— Jeżeli nie powiecie prawdy, żywcem zedrę wam skórę z głowy.
— A jeżeli powiemy?
— W takim razie umrzecie śmiercią mniej bolesną i szybszą.
— Czy zostawisz nam skalpy i pochowasz nas z bronią?
— Uczynię to, chociaż nie zasłużyliście, wy, psy przeklęte!
— Pytaj więc dalej.
Dzicy wierzą, że bez skalpu, bez broni, bez prawdziwego pogrzebu nikt nie przedostanie się do Wiecznych Ostępów.
— Gdzież jest hrabia?
— Udał się na pastwiska białych twarzy, aby tam ukraść konia dla siebie. Później chce się dostać do Meksyku, dokąd go ma odprowadzić tych sześciu pozostałych towarzyszy, których wziął dla obrony.
— Cóż im obiecał za to?
— Strzelby, noże, proch i kamienie drogocenne dla ich squaw.
Bawole Czoło potrząsnął głową:
— Hrabia nie potrzebuje takiej opieki. Mógłby przecież znaleźć ją wśród białych. Albo to jeszcze większy tchórz, aniżeli przypuszczam, albo też nosi się z jakiemiś tajemniczemi zamiarami. Mówicie szczerą prawdę?
— Nie kłamiemy.
— W jakim kierunku ruszyli?
— Prosto na wschód.
— Gdzie rozstaliście się z nimi?
— Tam, gdzie na wschodzie góra dotyka doliny.
— Spotkaliście go podczas ucieczki, on zaś wracał z doliny?
— Tak.
— Wiem już, gdzie był. Znajdę jego ślad. Odpowiedzieliście na wszystko, wzamian zginiecie śmiercią szybką.
Po tych słowach podniósł dwururkę i przestrzelił głowy obydwóch; nie drgnęli nawet powieką na widok luf.
— Sanchez i Juanito — rzekł Apacz — przysypiecie tych Komanczów kamieniami, chcę bowiem dotrzymać słowa. My zaś pójdziemy tropem hrabiego: może przecież uda nam się pochwycić zdrajcę.
Bystry wzrok Bawolego Czoła i Niedźwiedziego Serca odnalazł z łatwością ślady hrabiego i jego towarzyszy. Wiodły one ku pastwiskom, których nikt nie pilnował, bo wszyscy vaquerowie znajdowali się jeszcze w hacjendzie. Ślady świadczyły, że schwytano jednego konia, poczem hrabia wraz z towarzyszami udał się w kierunku południowym. Szli za śladami jeszcze jakąś godzinę, poczem Bawole Czoło rozkazał się zatrzymać.
— Dalej nie pójdziemy — rzekł. — Jesteśmy potrzebni na folwarku; wiemy już, że hrabia udał się w kierunku Meksyku. Nie ujdzie nam; znajdziemy go, choćby się krył pod ziemią.
Wrócili do hacjendy.
Tam życie już wracało do codziennego trybu. Vaquerowie, pozostali dla obrony, uprzątnęli zwłoki Indjan i znieśli szańce, usypane przed najazdem. Don Pedro powitał ich radośnie:
— Dzięki Bogu, że przybywacie! Już byliśmy o was niespokojni. Jakże się powiodło?
— Czarny Jeleń nie żyje — odparł Bawole Czoło.
— A inni?
— Zginęli. Uszło tylko sześciu.
— Dokąd się udali?
— Do Meksyku. Odprowadzają hrabiego. Lecz i oni nam nie ujdą.
— A więc sądzicie, że teraz jesteśmy bezpieczni? — zapytał Don Pedro, — że możemy wrócić do spokojnego życia? Ale co zrobimy z trupami, gdzie je pogrzebiemy?
Przez twarz Bawolego Czoła przemknął tajemniczy półuśmiech.
— Nie będziemy chyba zanieczyszczać powietrza hacjendy. Najlepiej pochować je wpobliżu góry El Reparo. Czy mogę zatrzymać jeszcze na dziś moich dwudziestu vaquerów? Z ich pomocą pogrzebię trupy.
— Skoro jesteś pewien, że nic już nie grozi hacjendzie, zatrzymaj ich.
— Cóż się dzieje z bratem naszym, Piorunowym Grotem?
— Leży jeszcze bez przytomności.
— Trzeba zajrzeć do niego.
Obaj wodzowie weszli do domu. Bawole Czoło zaprowadził Apacza do pokoju swojej siostry, w którym złożył był złoto i klejnoty, przeznaczone dla Ungera. Karja leżała w hamaku, patrząc nieruchomo przed siebie. Na widok wchodzących zerwała się i zapytała:
— Przybywacie jako zwycięzcy? A on? Czy go już mają krokodyle?
— Nie! — odparł Bawole Czoło, obrzucając ją badawczem spojrzeniem.
— Nie? — rzekła ponuro. — Więc uniknął zasłużonej zemsty?
Bawole Czoło rad był, że Karja myśli nie o miłości, tylko o krwawej zemście.
— Te psy Komancze — rzekł — uwolniły go. Na jego miejscu powiesiły brata mego, wodza Apaczów, który cudem tylko uniknął śmierci.
Indjanka obrzuciła Apacza zdumionym wzrokiem. U jego pasa wisiało kilka nowych skalpów. Karja rozkoszowała się wprost piękną, rycerską postacią Niedźwiedziego Serca, a na myśl, że krokodyle mogły go rozszarpać, doznała dziwnego, nieznanego jej dotychczas wrażenia. Bladość wielka okryła jej lica.
— Powiesili wodza Apaczów? Przecież stoi tu przede mną! — rzekła.
— Sam uwolnił się z pęt. Potem zwyciężył wroga.
— To bohater — rzekła Karja, darząc Apacza spojrzeniem pełnem podziwu. — A więc hrabia zdołał umknąć?
— Uciekł do Meksyku, do swego wuja. Odprowadza go sześciu Komanczów.
Karja wyprężyła się, jakby gotowa do skoku, i zapytała:
— Pozwoliłeś mu uciec? Daj mi konia; doścignę tego łotra i zabiję!
Bawole Czoło uśmiechnął się; był zadowolony z siostry.
— Zostań — rzekł. — Nie ujdzie nam. Będę go ścigał.
— Zabijesz go przy spotkaniu?
— Tak! Znieważył córkę Miksteków, musi więc zginąć z mej ręki.
— Albo z mojej — dodał Apacz.
— Uff! Czy brat mój chce mi towarzyszyć do Meksyku?
Indjanin, czując na sobie gorący wzrok Karji, rzekł:
— Karja jest siostrą wodza Apaczów, muszę ją więc pomścić.
Wyciągnęła ręce do obu, a oni mocno je uścisnęli.
— Niedźwiedzie Serce jest naprawdę bratem i przyjacielem wodza Miksteków; zabiorę go więc ze sobą — rzekł Bawole Czoło. — Ale chodźmy teraz do naszego białego przyjaciela.
Obładowani skarbami, przeznaczonemi dla Ungera, weszli wszyscy troje do pokoju chorego, przy którym czuwała Emma. Była blada, oczy miała zaczerwienione od łez.
— Nie trzeba płakać, sennorita! — rzekł Bawole Czoło. — Zobaczę, co się dzieje z chorym.
Zdjął Ungerowi bandaż, opatrzył go i powiedział:
— Nie umrze!
— Naprawdę? — zawołała Emma.
— Jestem tego pewien.
— Jak długo będzie jeszcze chorował?
Bawole Czoło zamyślił się. Po chwili rzekł:
— Tego nie wiem, ale w każdym razie chorobę przetrzyma.
— Opiekę będzie miał pieczołowitą.
— W to nie wątpię. Czy mogę moją siostrę o coś zapytać?
— Proszę bardzo.
— Unger rozmawiał z panią o skarbie Miksteków, nieprawdaż? Sennorita wie, że był wraz ze mną w grocie tajemnej?
— Tak. Wszakże hrabia tam właśnie go zranił.
— Skarb został przeniesiony na inne miejsce, ale postanowiliśmy dać pewną drobną część jego Piorunowemu Grotowi. Leży teraz chory. Czy zechce pani w jego zastępstwie dar nasz przyjąć i zachować?
— Owszem — odrzekła. — Ale cóż takiego przynieśliście?
— Niech moja siostra zobaczy sama!
To mówiąc, Bawole Czoło odsłonił skarby. Zabłysły jak promienie słoneczne. Emma zapomniała na chwilę o swym chorym narzeczonym i, klaszcząc w ręce, zawołała:
— O Dios! Co za cuda! I wszystko to ma należeć do sennora Ungera?
— Wszystko należy do niego — odpowiedział spokojnie wódz Miksteków.
— Będzie teraz o wiele bogatszy ode mnie i od mego ojca — rzekła Emma.
Bawole Czoło spojrzał na chorego.
— Piorunowy Grot zostanie małżonkiem pani, nieprawdaż?
— Tak — odrzekła, rumieniąc się aż po skronie.
— I nigdy go pani nie opuści?
— Nigdy! Ale skąd to pytanie?
— Nieustanna obecność mojej siostry będzie mu bardzo potrzebna. Mówił sennoricie o swojej ojczyźnie; skąd pochodzi?
— Z Moguncji.
— Czy ma krewnych?
— Brata żeglarza.
— Gdyby Unger nie potrzebował tych pieniędzy, chciałbym, aby je otrzymał brat jego. Czy mogę liczyć na panią w tym względzie?
— Owszem. Mnie te bogactwa nie pociągają. Ojciec mój dość jest zasobny, bym mogła wraz z mężem żyć w dostatku. Dobrze więc byłoby, gdyby brat mego przyszłego męża skarby te otrzymał.
Bawole Czoło zapytał:
— Czy lekarz, po którego posłano, jeszcze nie przybył?
— Nie.
Indjanin raz jeszcze przystąpił do łoża chorego. Emma, pochylona nad skarbami, bawiła się lśniącymi łańcuchami i pierścieniami. Gdy przepuszczała je przez palce, wydawały cichy, metaliczny dźwięk, który dziwnie podziałał na chorego. Pod wpływem tego dźwięku bowiem Unger otworzył szeroko powieki, rozglądając się dokoła. Wyraz oczu jego był bezdennie smutny. Miało się wrażenie, że chory widzi wprawdzie obecnych, ale ich nie poznaje.
— Zostałem zabity — wyszeptał.
— Na Boga, mówi! — krzyknęła Emma, śpiesząc do łoża. — Co powiedziałeś, najdroższy? — zapytała drżącym głosem.
Chory spojrzał na nią i powtórzył:
— Zostałem zabity.
— Bredzi! — zawołała Emma. — Antonio, czy mnie nie poznajesz?
— Poznaję cię.
— Więc powiedz, jak mi na imię.
— Nie wiem.
— Matko Boska! Nie poznajesz więc swojej Emmy?
— Znam ją, ale zostałem zabity.
Wybuchnęła płaczem. Po chwili zapytała:
— A tych dwóch wodzów nie poznajesz?
— Znam ich, ale nie wiem, jak się nazywają.
— Znasz chyba Bawole Czoło i Niedźwiedzie Serce?
— Tak; ale zostałem zabity.
— Nieprzytomny, mówi od rzeczy! — rozpaczała Emma.
Bawole Czoło położył rękę na jej czole i zapytał:
— Czy zechce mi sennorita odpowiedzieć szczerze na pewne pytanie, ale tak, jakby pani odpowiedziała Wielkiemu Duchowi, gdyby ją zapytał?
— Odpowiem.
— Co pani uczyni, jeżeli przyjaciel mój Piorunowy Grot na całe życie zostanie w takim stanie, jak w chwili obecnej?
— Nie opuszczę go nigdy, nigdy. Ale wyzdrowieje chyba, odzyska przytomność?
— To nie jest wykluczone, chociaż mózg ma wstrząśnięty. Niech moja siostra da mi rękę na to, że go nie opuści!
Emma zanosiła się łzami. Podała rękę obydwu Indjanom i rzekła:
— Jestem narzeczoną Ungera i zostanę małżonką jego bez względu na to, co się z nim stanie. Proszę tylko, aby został ukarany ten, który jest sprawcą nieszczęścia.
— Nie uniknie kary; przysięgłem na to — odparł Bawole Czoło.
Rozległ się tętent konia. Emma podeszła do okna.
— To lekarz — powiedziała. — Powie nam, czego należy się obawiać, czego spodziewać.
Po chwili hacjendero wprowadził lekarza, który, wysłuchawszy relacji o przyczynie i przebiegu choroby, przystąpił do łoża.
Chory, z twarzą wykrzywioną, nie wydawał dźwięku. Zdawało się, że usiłuje zapanować nad bólem.
Lekarz zapytał Ungera, czy wie, kim jest.
— Wiem — brzmiała odpowiedź, wypowiedziana tonem niezmiernie smutnym.
— A jak się pan nazywa?
— Tego nie wiem.
— Czy nie zna pan sennora Ungera?
— Znam go. Ale zostałem zabity.
— Gdzież on jest teraz?
— Nie wiem.
— A kto pana zabił?
— Tego również nie wiem.
Takie były odpowiedzi chorego.
Lekarz pokiwał głową.
— Wstrząs mózgu — rzekł po chwili. — Trudno tu będzie coś pomóc. Zioła, któremiście obłożyli głowę chorego, są jedynym ratunkiem dla niego. Może, gdy się zagoją rany, wróci świadomość i pamięć. Nie należy jeszcze uważać wszystkiego za stracone.
Gdy lekarz wraz z don Pedrem i Indjanami opuścił pokój, Emma padła na kolana przed chorym i, ujmując jego rękę, zapytała:
— Czy naprawdę mnie nie poznajesz?
— Znam cię — wyszeptał.
— Wymień więc moje imię, choćby raz jeden!
— Nie znam go.
— A czy kochasz mnie?
— Tak — odparł z głębokiem smutkiem.
— Nie opuszczę cię nigdy, nawet gdybyś na zawsze pozostał chory.
— Nie jestem chory, zostałem tylko zamordowany! —
Tymczasem na folwarku ładowano na konie trupy Komanczów, aby je przewieźć na El Reparo. Zdjęto z nich odzież, którą don Pedro podarował służbie. Trupy, naładowane na konie, utworzyły długi łańcuch.
Z pośród dwustu Komanczów pozostało tylko sześciu, którzy znajdowali się w drodze do stolicy Meksyku. Aligatory miały znów wspaniałą ucztę. Bawole Czoło nie poinformował bowiem don Pedra, który był chrześcijaninem, o tem, jak się odbędzie „pogrzeb“ na El Reparo. W rzeczywistości grobem Komanczów stała się sadzawka, w której żerowały krokodyle. — — —


Przypisy

  1. Koc.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.