Tajemnica Miksteków/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Tajemnica Miksteków
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV
SADZAWKA KROKODYLI.

Tymczasem Apacz wraz z Karją i vaquerem zbliżali się również do El Reparo. Spóźnili się bardzo, Indjanka bowiem zbłądziła wśród nocy.
— Oto strumień — rzekła Karja do Niedźwiedziego Serca. — Już niedaleko do groty.
Apacz szukał czegoś na ziemi.
— Uff! — rzekł, wskazując na ślady, — hrabia jechał tędy ze swoimi ludźmi. Musimy ostrożnie postępować.
Ruszyli dalej. Wódz na czele. Nagle zatrzymał się, ujrzawszy muły, pasące się spokojnie w krzakach. Zeskoczył z konia. Dając znak ręką, by czekano na niego, znikł w zaroślach. Po chwili wydał okrzyk zdziwienia. Karja i vaquero już byli przy nim. Na ziemi leżały trupy zabitych służących. Zeskoczyli wszyscy z koni.
— To służba hrabiego! — zawołała Karja. — Kto zabił tych ludzi?
Apacz szczegółowo badał ziemię. Teraz posunął się nieco dalej, przeszukał sąsiednie krzaki i, zwracając się do Karji, rzekł:
— Tecalto.
Dosiadł konia i ruszył przodem. Karja i vaquero za nim. Jeszcze nie dotarli do miejsca, gdzie leżał jeniec, gdy stanął przed nimi jakiś człowiek. Był to Bawole Czoło. Słyszał stuk kopyt końskich i wyszedł naprzeciw. Rozpoznawszy siostrę i Niedźwiedzie Serce, wystąpił z krzaków.
— Uff! Tecalto! — rzekł Apacz. — Gdzie jest Piorunowy Grot?
— Zabity — brzmiała odpowiedź.
— Kto go zabił? — syknął Indjanin strasznym głosem.
— Hrabia Alfonso.
— Gdzie?
— Tego nie mogę tutaj powiedzieć — odparł Bawole Czoło, wskazując wzrokiem pastucha. — Chodźcie do hrabiego. Pojmałem go.
W oczach Alfonsa wyraźnie widniał przestrach. Lecz ani Karja, ani Niedźwiedzie Serce nie obdarzyli go nawet spojrzeniem wzgardy. Miksteka zwrócił się do wodza Apaczów:
— Niech mój brat pilnuje tego człowieka, dopóki nie wrócę.
Oddalił się, aby zajrzeć do groty. Odrazu zauważył, że Unger leży w innej pozycji, niż przedtem. Ujął więc za puls. Serce biło! Unger oprzytomniał zapewne na chwilę i poruszył się; teraz leżał znowu zupełnie nieruchomo. Bawole Czoło wyniósł go ostrożnie z groty i ułożył na trawie, przy jeńcu.
Apacz chwycił za strzelbę.
— Jeżeli umrze mój biały brat — rzekł — biada mordercy! Niechaj dzikie bestje rozszarpią jego ciało, Shosh-in-liett, wódz Apaczów, to powiedział. Howgh!
Nachylił się nad Ungerem.
— Ma straszną ranę w głowie. Czaszka zgruchotana! Trzeba sporządzić nosze i przenieść go do hacjendy. Ja tymczasem poszukam zioła oregano, które leczy każdą ranę, usuwa każdą gorączkę.
Podczas gdy vaquero oddalił się, aby upleść nosze, a Apacz szukał rośliny, Bawole Czoło został sam ze siostrą.
— Gniewasz się na mnie? — zapytała cicho.
Tecalto nie spojrzał nawet na nią, rzekł tylko:
— Dobry duch opuścił córkę Miksteków.
— Tylko na niedługi czas!
— Ale w czasie tym stało się wiele smutnych rzeczy. Czy kochałaś hrabiego?
— Tak.
— Czy wierzyłaś, że jest ci wzajemny?
— Tak.
— I wierzysz, że chciał cię uczynić swą małżonką?
— Tak. Mam na to pismo od niego.
— Uff! Masz je jeszcze?
— Leży w moim pokoju.
— Czy dasz je swemu bratu?
— Weź je! Czy mi przebaczysz?
— Przebaczę ci, jeżeli będziesz we wszystkiem posłuszna.
— Będę posłuszna! Cóż mam uczynić?
— O tem dowiesz się później. A teraz siadaj na koń i wracaj do hacjendy. Powiedz tam wszystkim Indjanom, którzy są dziećmi Miksteków, by tu przybywali co prędzej. Powiedz im, że wódz ich, Tecalto, tak rozkazał, a wtedy przybędą na pewno!
— Już jadę.
Dosiadła konia i pomknęła, jak strzała.
Po upływie jakiegoś kwadransu wrócił Niedźwiedzie Serce z ziołami; wycisnąwszy je, owiązał liśćmi głowę przyjaciela.
Vaquero przygotował tymczasem z gałęzi i koców zabitych służących miękkie, wygodne nosze. Umieściwszy je na dwóch koniach, złożono na nich Ungera.
— A co będzie z hrabią? — zapytał vaquero.
— Należy do mnie — odparł Bawole Czoło. — Pojedziesz z Piorunowym Grotem do hacjendy. Niedźwiedzie Serce zaś zostanie ze mną.
Vaquero oddalił się z rannym Ungerem. Obydwaj Indjanie milczeli przez dłuższą chwilę. Wreszcie Bawole Czoło przeciął więzy, krępujące nogi hrabiego. Gdy jeniec wstał, Tecalto przywiązał go rzemieniem do swego konia. Poczem rzekł do Apacza:
— Niech mój brat jedzie za mną.
Dosiedli koni i ruszyli.
Można sobie wyobrazić, jakie męki zaczęły się teraz dla hrabiego, który musiał biec za koniem. Po jakiejś godzinie wjechali do gęstego dziewiczego lasu. Pośrodku wznosiły się mury starożytnej świątyni Azteków. Był tu kiedyś gmach w kształcie piramidy, otoczonej krużgankami i grubym murem. Teraz leżał w gruzach. W jednym z krużganków utworzyła się sadzawka. Tam zaprowadził Bawole Czoło przyjaciela swego i jeńca.
Sadzawka z biegiem czasu przekształciła się w rodzaju małego jeziora, nad którem rosły wysokie drzewa. Tutaj zeskoczyli obaj wodzowie z koni. Miksteka usiadł wśród wysokiej trawy i skinął na Apacza, by zajął obok miejsce. Po dłuższem milczeniu Bawole Czoło zapytał:
— Czy brat mój kocha człowieka, zwanego Piorunowym Grotem?
— Kocham — odparł Apacz krótko.
— Ten biały chciał go zabić.
— Jest mordercą, mój biały brat bowiem może umrzeć.
— Jaka jest kara dla mordercy?
— Śmierć!
— Niech więc śmierć poniesie.
Znowu nastąpiła długa chwila milczenia; potem Bawole Czoło zaczął na nowo:
— Czy brat mój zna naród Miksteków?
— Znam.
— Był najbogatszym w Meksyku.
— Tak; miał skarby ogromne.
— Czy brat mój wie, co się z niemi stało?
— Nie wiem.
— A czy wódz Apaczów zachowa milczenie?
— Usta jego są jak zamknięta studnia.
— Dowie się więc, że Bawole Czoło jest tym, który strzeże skarbu.
— Niechaj mój brat, Bawole Czoło, zniszczy te skarby. W złocie mieszka zły duch. Gdyby ziemia była cała ze złota, wolałby Serce Niedźwiedzie raczej śmierć, aniżeli życie.
— Brat mój posiada mądrość starych wodzów. Ale inni ludzie kochają złoto. Ten hrabia przybył tutaj, aby skarb zrabować.
— Uff! Któż wskazał mu drogę?
— Karja, córka Miksteków.
— Karja? Siostra Bawolego Czoła? Uff!
— Tak — ponuro odparł Bawole Czoło. — Dusza jej była niewinna, zaćmiła ją miłość do białego kłamcy. Przyrzekł siostrze Tecalty, że ją pojmie za żonę, lecz chciał tylko zabrać skarb, a potem Karję opuścić.
— Hrabia jest oszustem!
— Jaka jest kara dla oszusta?
— Śmierć!
— A jaka dla oszusta, który równocześnie jest mordercą?
— Śmierć podwójna.
— Mój brat dobrze powiedział!
Znowu zapanowało milczenie. Obydwaj Indjanie sprawiali wrażenie straszliwego, nieubłaganego trybunału, od wyroków którego niema apelacyj. Miksteka sam dałby sobie radę z hrabią, lecz wziął ze sobą Apacza, by zemście swej nadać formy prawa. Teraz tworzyli obaj sąd prerjowy, którego tak bardzo lękają się przestępcy.
Mówili narzeczem Apaczów, a więc Alfonso ich nie rozumiał; czuł jednak instynktownie, że los jego rozstrzyga się w tej chwili. Dygotał ze strachu na myśl o krokodylach, o których mówił Bawole Czoło.
Bawole Czoło zapytał znowu:
— Czy brat mój wie, gdzie znaleźć można śmierć podwójną?
— Niech mi to powie wódz Miksteków.
— Tam! — Bawole Czoło wskazał na wodę.
Apacz nie rzucił nawet spojrzeniem we wskazanym kierunku, zapytał tylko, jakby to było zupełnie naturalne:
— Krokodyle tam mieszkają?
— Tak. Zobaczysz je!
Miksteka podszedł ku sadzawce, wyciągnął ramiona i zaczął wołać:
Nikan! Tlatlaka! — Chodźcie tu!
Na to wołanie coś poruszyło się w wodzie. Po chwili wypłynęło na brzeg z dziesięć krokodyli. Były to bestje długości jakichś czterech metrów. Ciała ich przypominały konary pokryte mułem, głowy wyglądały potwornie; otwierały co chwila swe paszcze, pokazując straszliwe kły. Widać było, że są głodne.
Hrabia wydał okrzyk przerażenia.
Obydwaj Indjanie obrzucili go spojrzeniem, pełnem najwyższej pogardy. Indjanin bowiem nie ruszy powieką nawet wtedy, gdy cierpi najsroższe męki. Wierzy w to, że ktoś, kto przy palu męczeńskim wyda choćby jeden, jedyny jęk boleści, nigdy nie dostanie się do Wiecznych Ostępów, jak czerwoni nazywają niebo. Dlatego już dzieci przyzwyczaja się, aby bez jęku znosiły bóle. Dlatego też niemal wszyscy czerwoni pogardzają białymi, którzy bezporównania gwałtowniej reagują na cierpienia wszelkiego rodzaju.
— Czy widzisz te wspaniałe okazy? — pytał Bawole Czoło. — Żaden z nich nie liczy mniej niż dziesięć razy dziesięć zim. — A tu masz lassa, które przyniosłem ze sobą. Zabrałem je służącym hrabiego.
— Rozumiem mego brata — odparł Niedźwiedzie Serce krótko.
— Jak sądzisz, czy wysoko może skoczyć krokodyl ponad powierzchnię wody?
— Tak. Na jeden metr, jeśli ciałem nie dotyka dna jeziora.
— A jeśli dotyka ogonem?
— Wtedy może na podwójną wysokość podskoczyć.
— Doskonale! Weźmy półtora metra. W takim razie nogi tego człowieka będą na wysokości półtora metra ponad wodą. Kto wdrapie się na drzewo? Ja, czy ty?
— Ja — odpowiedział Apacz.
Po tej rozmowie obydwaj podnieśli się z ziemi, podeszli do hrabiego i, przeciągnąwszy mu lasso podwójnie pod ramionami, związali Rodrigandzie ręce na plecach. Do lassa, którem Alfonso był przepasany, umocowano dwa inne; końce ich ujął w ręce Apacz i zaczął wspinać się na drzewo.
Hrabia zrozumiał, że taniec się zaczyna. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło, w oczach zaczęło wirować,
— Litości, litości! — zajęczał.
Obydwaj sędziowie nie zwracali na te jęki najmniejszej uwagi.
— Litości! Uczynię wszystko, czego zażądacie, tylko nie wieszajcie mnie nad temi krokodylami! Litości!
I na to pozostali głusi surowi sędziowie. Bawole Czoło ujął hrabiego za ramię i ciągnął w kierunku drzewa.
— Litości! Dam wam wszystko, hrabstwo całe, wszystkie posiadłości, całą Rodrigandę. Zrezygnuję ze wszystkiego co mam, tylko darujcie mi życie!
Teraz dopiero przemówił wódz Miksteków:
— Czemże jest dla nas Rodriganda, hrabstwo twoje, czem wszystkie twoje włości! Widziałeś skarby Miksteków, a jeszcze masz czelność ofiarowywać mi swą nędzę? Spójrz lepiej na te bestje, które nigdy dotąd nie jadły żadnego białego hrabiego. Dopóki starczy ci sił, będziesz mógł podciągać wgórę nogi, by ich nie urwały bestje, lecz gdy słabnąć zaczniesz, urwą ci je z pewnością i zdechniesz, jak pies; trup twój zgnije, spadnie do wody i wtedy pożrą go z rozkoszą. Oto jaki jest koniec białego hrabiego, który w pogardzie swojej chciał oszukać Indjankę!
— Litości! — skomlał Alfonso w śmiertelnym strachu.
— A ty, czy miałeś litość, gdyś ranił serce Indjanki? Zresztą, czy to jedyny twój występek? Wahkonda nie pozwolił, aby człowiek wiedział wszystko. Nie znam twego życia, ale przysiągłbym, że wiele złego rozpleniłeś. Krokodyle cię pożrą, chociaż tyś nędzniejszy, aniżeli te zwierzęta. Wahkonda życie dał im, aby karmiły się padliną, ale człowieka stworzył na to, aby krzewił dobro. A twoja dusza jest stokroć podlejsza od duszy tych zwierząt!
Po tych słowach przyciągnął Alfonsa, który bronił się rozpaczliwie, tuż nad wodę. Opór hrabiego pokonał, związując mu nogi rzemieniem.
— Litości! Zmiłowania! — jęczał Rodriganda.
Nic to nie pomogło. Bawole Czoło zaniósł go pod drzewo, Apacz wspiął się tymczasem na nie, trzymając lasso w zębach. Umocowawszy rzemienie na gałęziach, zaczął zapomocą lassa podciągać do góry swą ofiarę. Pomagał mu Bawole Czoło. Wszystko szło wolno, ale sprawnie.
Hrabia jęczał bez przerwy. W pierwszej chwili zawołał:
— Puśćcie mnie, puśćcie! Będę wam służył jak ostatni pies, jak ostatni niewolnik!
— Tylko hrabia ma niewolników, my, wolni Indjanie, nie znamy ich!
Widok aligatorów przerażał. Sadzawka była dla nich za mała, a przytem brak było pożywienia. Z tego powodu już zaczęły pożerać się wzajem, tak, że jednemu brakowało nogi, drugi zaś miał wydarty kawał ciała. Wietrząc ofiarę zebrały się wszystkie pod drzewem. Machając olbrzymiemi ogonami, pożerały hrabiego pożądliwym, głodnym wzrokiem, otwierały i zamykały szczęki. Kłapanie to było niezwykle hałaśliwe; zdawało się, że ktoś uderza mocnemi, drewnianemi deskami.
Alfonso szalał:
— Puśćcie mnie, bestje, łajdaki!
— Mój brat niech ciągnie mocniej — zawołał Bawole Czoło do Apacza.
— Bądźcie przeklęci na wieki! — wołał Alfonso.
— Wystarczy — rzekł Bawole Czoło, mierząc okiem znawcy odległość gałęzi od wody i porównywując ją z długością lassa. — Mój brat otoczy gałąź lassem i zacieśni węzeł!
Apacz wykonał polecenie. Bawole Czoło trzymał dotychczas jedną ręką swego jeńca, drugą zaś podpierał drzewo, na które wdrapał się Apacz. Wymagało to niezwykłej siły.
Nadeszła chwila decydująca.
Hrabia ryczał nieludzkim głosem:
— Wyście nie ludzie, djabły wcielone!
— Nie; właśnie jesteśmy ludźmi, którzy djabłu wymierzają sprawiedliwość, — odpowiedział Bawole Czoło. — Jazda!
Rozległ się przeraźliwy krzyk. Bawole Czoło wypuścił bowiem hrabiego z ręki, potężnie go trąciwszy. Hrabia, przywieszony do drzewa, znalazł się nad wodą. Kołysał się na lassie tam i zpowrotem, a ile razy zbliżał się w tem kołysaniu, podobnem do ruchu wahadłowego, nad powierzchnię wody, krokodyle podskakiwały do góry, by go schwycić.
— Wszystko w porządku — rzekł Bawole Czoło.
Obydwaj Indjanie stanęli na brzegu i przyglądali się, jak kołys hrabiego, zawieszonego na lassie, coraz bardziej powolniał, aż wreszcie skazaniec zawisł na gałęzi w pozycji pionowej.
Okazało się, że Bawole Czoło świetnie wszystko wymierzył i przewidział. Hrabia wisiał w ten sposób, że krokodyle mogły go w każdej chwili chwycić za nogi. Musiał je więc podciągać do góry, gdy się tylko która z bestyj zbliżała. Było jasne, że w miarę wycieńczenia, zwierzęta zaczną go pożerać kawałkami. Wiele zgrzeszył w swem życiu hrabia Alfonso, ale ta śmierć okrutna była chyba zapłatą za wszystkie jego przewiny.
— Sprawa skończona, wracamy, — rzekł Apacz, sam przejęty strasznym widokiem.
— Idę za mym przyjacielem — odparł Bawole Czoło.
Odprowadził ich nieludzki ryk skazanego na śmierć. —
Gdy przybyli do ujścia strumienia, znaleźli tam znaczną siłę Indjan, przysłanych przez Karję. Wszyscy należeli do przeznaczonego na zagładę szczepu Miksteków. Bawole Czoło zwrócił się do Apacza z następującemi słowy:
— Dziękuję memu bratu, że pomógł mi odbyć sąd nad bladą twarzą i ukarać ją. Niechaj wraca do hacjendy i czuwa nad raną Piorunowego Grotu. Ja przybędę tam dopiero jutro, gdyż tutaj czeka mnie jeszcze wielka praca.
Niedźwiedzie Serce udał się natychmiast w powrotną drogę. —
Bawole Czoło skinął na pozostałych Indjan. Otoczyli go kołem, czekając na rozkazy. Wódz przemówił do nich:
— Jesteśmy synami szczepu, który musi zginąć. Blade twarze przynoszą nam śmierć. Szukają naszych skarbów, ale dotychczas nie zdobyli ich. Ojcowie wasi pomogli mym przodkom ukryć te skarby i nikt z nich nie zdradził tajemnicy. Czy potrafilibyście milczeć tak samo, jak ojcowie wasi?
Skinęli głowami na znak, że umieliby tak samo strzec tajemnicy, a najstarszy z pośród nich odezwał się w te słowa:
— Przeklęte niechaj będą usta, któreby zdradziły miejsce tajemne któremukolwiek z pośród białych.
— Wierzę wam. Ja jeden wiedziałem, gdzie się znajdują te skarby; ale i jeden z białych dowiedział się o tajemnicy. Wie on, gdzie spoczywa część złota, dlatego trzeba ją przenieść gdzie indziej. Czy będziecie mi pomocni?
— Będziemy.
— Przysięgnijcie na dusze ojców, braci i dzieci, że nie zdradzicie nowej kryjówki i, że nikt z was niczego ze skarbów nie ruszy.
— Przysięgamy! — odrzekli wszyscy.
— Zostawcie tedy wasze konie i chodźcie ze mną!
Czerwonoskórzy udali się z Bawołem Czołem do groty, która wnet zakipiała ruchem i pracą. Tylko jeden z pośród nich pozostał, aby pilnować koni i straż trzymać.
Praca trwała całą noc. Nad ranem przed grotą stało kilkanaście worów z ziarnami złota i odłamkami złotemi. Wskazując na nie, Bawole Czoło rzekł:
— Nakryjcie to płachtami i naładujcie na konia. Będzie to podarunek Miksteków dla jedynego białego, który oglądał skarby własnemi oczyma, otrzymał bowiem na to moje przyzwolenie. Niechaj dar ten przyniesie mu szczęście!
Bawole Czoło wrócił jeszcze do groty. Ta jej część, którą widział Unger, była zupełnie pusta. Bawole Czoło rozejrzał się bacznie dokoła, podszedł do miejsca, gdzie na ziemi leżał lont, zapalił go od pochodni i śpiesznie grotę opuścił.
Po paru minutach nastąpił wybuch; ziemia zadrżała; z gór i skał wydobywać się zaczął brunatny dym; wnętrze groty waliło się w gruzy; pękało. Wejście zostało zasypane, skarby znowu ukryte.
— Przysięgnijcie raz jeszcze dozgonne milczenie — rzekł Bawole Czoło do swych ludzi.
I raz jeszcze przysięgli, poczem ruszyli w drogę. —
Przybywszy do hacjendy zastał Niedźwiedzie Serce dom cały w wielkim smutku. Emma czuwała niestrudzenie u łoża narzeczonego. Pomagała jej Karja. Don Pedro wysłał najlepszego jeźdźca na najlepszym z koni do Monclovy po lekarza. Gdy Niedźwiedzie Serce pojawił się na ganku, starzec począł go rozpytywać o szczegóły, mówiąc doń indjańskim zwyczajem przez ty.
— Wracasz sam? A gdzie Tecalto?
— Został u stoku El Reparo.
— Cóż tam robi?
— Nie wiem.
— Podobno kazał, by doń przybyli Indjanie? W jakim celu?
— Nie pytałem o to.
— A gdzie jest hrabia Alfonso?
— Tego nie powiem.
Starzec był oburzony: nie wiem, nie pytałem o to, tego nie powiem, cóż to za odpowiedzi!
— Mój brat nie powinien pytać o rzeczy, o których mówić nie mogę. Wódz Apaczów zna tylko czyny, nie lubi słów.
— Mimo to chciałbym wiedzieć, co się tam działo.
— Może Karja opowie...
— I ona milczy, jak zaklęta.
— Bawole Czoło opowie wszystko, gdy wróci. A teraz niechaj mnie brat mój zaprowadzi do łoża Piorunowego Grotu, bym mógł obejrzeć ranę.
W pokoju Ungera zastali u łoża chorego oba dziewczęta. Emma zatopiona była we łzach, Indjanka w smutnem milczeniu. Ranny rzucał się na łóżku. Musiał go trawić ból niezmierny, nie jęczał jednak. Oczy miał zamknięte. Gdy Niedźwiedzie Serce wziął głowę Ungera w swe ręce, twarz chorego wykrzywiła się cierpko.
— No i co? — zapytał Indjanina don Pedro.
— Nie umrze! Trzeba mu tylko ciągle przykładać zioła.
— Jutro przybędzie lekarz.
— Zioła oregano są mądrzejsze od lekarzy. Czy brat mój ma wśród pastuchów jakiegoś dobrego jeźdźca i strzelca?
— Tak. Jest nim stary Franciszek.
— Niech się tu stawi. Pojedzie ze mną do Komanczów.
— Co takiego? Do Komanczów? W jakim celu?
— Odebraliśmy jeńców, zabiliśmy kilku z pośród nich. Przyjdą tutaj, aby się zemścić.
— Tutaj, czy to możliwe. Tu, tak daleko?
— Czerwonoskórzy nie znają odległości, jeżeli chodzi o zemstę lub oskalpowanie wroga. Przybędą z pewnością.
— Pocóż iść im naprzeciw?
— Chcę widzieć i wiedzieć, kiedy i jaką drogą przybędą.
— Czy nie lepiej, byś został tutaj? Rozstawimy warty.
— Piorunowy Grot chciał iść naprzeciw Komanczów. Ponieważ leży, złożony ciężką niemocą, musi go wyręczyć wódz Apaczów!
— Niechże się tak stanie, jak chcesz. Każę zawołać Franciszka.
Stary pastuch zgodził się natychmiast towarzyszyć wodzowi Apaczów. Wkrótce wyruszyli w drogę, zaopatrzeni we wszystkie przedmioty, potrzebne do zwiadów. —
Gdy mężczyźni opuścili pokój, Emma wybuchnęła znowu płaczem. Uspokoiwszy się nieco, zaczęła całować Ungera w czoło i usta; pod wpływem pocałunków twarz rannego wypogadzała się, ustępował z niej wyraz cierpienia.
— Poznaje mnie; wie, że to ja go pieszczę, — rzekła Emma do Indjanki.
— Nie widzi cię przecież — odparła Karja.
— Dusza jego wyczuwa moją obecność. Poco brat twój wziął go na górę El Reparo! Nie byłoby tego strasznego nieszczęścia.
— Tecalto miał jak najlepsze zamiary. Chciał mu darować część królewskich skarbów.
— Cały zaś skarb tyś chciała oddać hrabiemu — rzekła Emma z goryczą.
— Nie potrafisz zapomnieć mi tego?
— Przebaczam ci, bo miłość tobą kierowała. Ach, żeby tylko wrócił do zdrowia!...
— Ziele oregano uzdrowi go.
Przy trupach obydwu sług znaleziono podróżne rzeczy hrabiego. Karja postanowiła je przeszukać. Nie było wśród nich nic godnego uwagi z wyjątkiem listu, który hrabia otrzymał w dniu ucieczki. List ten Karja ukryła, korzystając z chwili, w której Emma pochyliła się nad chorym. —
Niedźwiedzie Serce i towarzyszący mu vaquero Franciszek gnali na rączych koniach meksykańskich jak wicher. Około wieczora Niedźwiedzie Serce nagle osadził bieguna, zsiadł, schylił się i rzekł do towarzysza podróży:
— Czy widzisz te ślady licznego hufca jeźdźców?
— Idą od północy.
— Zbaczają na zachód.
— Trzeba się przyjrzeć tropom dokładnie.
Po chwili rzekł pastuch:
— Jest ich około dwustu.
Niedźwiedzie Serce skinął potakująco głową, poczem wskazał na świeży jeszcze zupełnie ślad kopyta.
— Możemy uważać to za szczęśliwy przypadek — odparł pastuch. — Byli tu przed niespełna kwadransem.
Niedźwiedzie Serce wyprostował się i wskoczył na siodło:
— Naprzód! Muszę ich zobaczyć!
Podążyli śladami. Już o zmroku ujrzeli w przełęczy niedalekiej góry długą, wężową linję jeźdźców.
— To Komanczowie — rzekł Apacz.
— Ależ oczywiście. Idą na hacjendę.
— Do rana zostaną w górach — odrzekł Niedźwiedzie Serce. — Niech mój brat wraca zaraz do domu i powie swemu panu, że wróg się zbliża. Ja zostanę i śledzić go będę, muszę bowiem wiedzieć o każdym jego kroku.
Po tych słowach Niedźwiedzie Serce oddalił się, nie zapytawszy nawet, czy towarzysz zrozumiał dobrze polecenie i czy je spełni.
Per dios! — mruknął Franciszek. — Dziwny człowiek z tego Indjanina. Idzie przeciw dwustu zbrojnym wrogom, zostawia mnie bez pożegnania, nawet nie zatroszczy się o to, czy go usłucham.
Jak najprędzej trzeba było zanieść do hacjendy groźną wiadomość. Franciszek nie szczędził więc konia. O północy stanął na folwarku. Wszyscy już spali, tylko Emma czuwała nad rannym. Vaquero zwrócił się do niej. Emma zbudziła ojca, który kazał wejść Franciszkowi do sypialni.
— Czy to prawda, co powiedziała Emma, że Komanczowie gotują napad?
— Prawda, sennor.
— Kiedyż to się stać może, chyba nie dziś?
— Nie; dziś na pewno nie.
— Czy jest ich wielu?
— Około dwustu.
— Madonna, co za nieszczęście! Zniszczą całą hacjendę!
— Tego nie należy się obawiać — odparł Franciszek. — Mamy przecież ręce i dosyć broni.
— Jak daleko stąd ujrzeliście wroga?
— Trzeba jechać kłusem jakie sześć godzin. Komanczowie ukryli się w górach; z pewnością nikt nie ujrzy ich przed nocą jutrzejszą.
— Trzeba przygotować wszystko do obrony. Co za nieszczęście, że sennor Unger ranny!
— Przecież są zdrowi Niedźwiedzie Serce i Bawole Czoło.
— Bawole Czoło nie wrócił jeszcze z Reparo. Należy go sprowadzić.
— Czy mam się udać po niego?
— Tyś zmęczony.
— Ja? Chyba tylko mój koń. Ale wezmę innego i w drogę!
— A czy wiesz, gdzie przebywa Tecalto?
— Nie.
— Pod górą El Reparo, u ujścia środkowego strumienia.
— Dobrze, znajdę go z pewnością. Czy mam zbudzić służbę?
— Tak. Niechaj wszyscy będą wpogotowiu.
Zaalarmowawszy służbę, Franciszek skoczył na konia, by zawiadomić Bawole Czoło o niebezpieczeństwie, które zawisło nad hacjendą. W kwadrans po jego odjeździe w całym folwarku rozpalono tyle ogni, że chyba żaden Indjanin nie odważyłby się podkraść.
Franciszek znalazł Bawole Czoło pod górą, w chwili gdy wódz Miksteków gotował się właśnie do powrotu. Rzekł do niego:
— Wracajcie do hacjendy! Komanczowie wpobliżu.
W oczach wodza Miksteków zabłysło zadowolenie.
— Skąd wiesz o tem? — zapytał.
— Sam ich widziałem.
— Gdzie?
Franciszek zdał relację.
— No jeśli tak, to jeszcze mamy czas, — rzekł Bawole Czoło. — Ci Komanczowie stracą niejeden skalp pod hacjendą. Jeżeli Niedźwiedzie Serce ich śledzi, niema się czego obawiać. —
Przygalopowawszy do hacjendy, zastali cały folwark w podnieceniu.
Bawole Czoło pokiwał głową na widok przygotowań wojennych don Pedra i rzekł do niego:
— Czy uważasz Komanczów za głupców?
— Nie, w żadnym razie!
— Pocóż więc te przygotowania?
— Na miłość Boską, czy nie mamy się bronić?
— Ależ owszem, tylko inaczej. Komanczowie wyślą z pewnością wywiadowców, którzy zechcą nas śledzić. W dzień nie natrą. A jeżeli chcemy odeprzeć napad nocny, nie powinni nawet przeczuwać, że się ich spodziewamy.
— Masz rację.
— Trzeba więc przygotować się pokryjomu. Ile masz tu dusz na hacjendzie?
— Czterdzieści.
— To wystarczy. Czy każdy domownik uzbrojony?
— Mają wszyscy dobre strzelby. Mam nawet armaty.
— Armaty? — spytał zdziwiony Indjanin.
— Tak jest, cztery.
— Nic o tem nie wiem. Skądże to?
— Kowal je przygotował podczas twojej nieobecności.
— Kowal? A czy są co warte? — pytał Tecalto z niedowierzaniem.
— Wypróbowaliśmy je. Lufy sklecono z mocnego drzewa, a na niem silne obręcze.
— W takim razie doskonale. Będziemy strzelać szkłem, gwoździami i starem żelaziwem. Ponadto trzeba wiele pochodni. Napad nastąpi zapewne dzisiejszej nocy. Cały folwark musi być pogrążony w zupełnych ciemnościach, by się Komanczom zdawało, że wszystko śpi. Gdy już będą blisko, zapalimy setki świateł i wtedy łatwo nam będzie strzelać do celu.
— Przygotuję więc pochodnie na dachu domu.
— Dobrze.
— A gdzie umieścimy armaty?
— Na wszystkich czterech rogach budynku, pod osłoną usypanych szańców. Lecz któż to?
Przed Bawołem Czołem stanął na spienionym koniu jakiś jeździec. Był to Niedźwiedzie Serce.
— Skąd tutaj? — zawołał don Pedro. — Skąd przybywasz?
— Śledziłem Komanczów — odparł Apacz, zeskakując z konia.
— Gdzież są?
— Na górze Reparo.
— Na górze Reparo? Czy tam zatoczyli obóz?
— Tak. Przybyli o północy.
— Od której strony rozbili namioty?
— Od północnej.
Uff! A jeżeli — przy tych słowach Bawole Czoło zatrzymał się i rzekł zupełnie cicho do Apacza: — jeżeli znajdą hrabiego?!
— Pewnie już dawno załatwiły się z nim krokodyle — odparł również szeptem wódz Apaczów. —
Komanczowie szli w sile dwustu ludzi. Prowadził ich słynny wódz, znany Arika-tugh, Czarny Jeleń. Po bokach jego jechało dwóch konnych, doskonale obeznanych z okolicą. Czerwoni parli na estancję[1].
Komanczowie nie przeczuwali nawet, że śledzi ich Niedźwiedzie Serce. Gdy przybyli pod górę Reparo i zatrzymali się w gęstym lesie u północnego jej stoku, Czarny Jeleń zapytał jednego z towarzyszących mu konnych:
— Czy syn mój nie zna tu miejsca, w którem możnaby się ukryć na przeciąg dnia?
Zapytany namyślał się przez chwilę, poczem odrzekł:
— Znam. Na szczycie góry.
— Cóż to za miejsce?
— To ruiny świątyni, której krużganki pomieścić mogą tysiące zbrojnych.
— A więc pójdę wraz z tobą i zbadamy to miejsce. Pozostali niech tutaj czekają.
Mimo ciemnej nocy udało się Komanczom, dzięki niezwykle rozwiniętemu zmysłowi orjentacyjnemu, odnaleźć w gęstym lesie mury świątyni. Przeszukali je dokładnie i, nie znalazłszy śladu człowieka, już mieli zawrócić, gdy się nagle zatrzymali. Przeraźliwy, nieludzki krzyk przeszył powietrze.
— Co to być może? — zapytał Czarny Jeleń.
Krzyk się powtórzył.
— To głos człowieka — rzekł przewodnik.
— Tak. Głos człowieka, ogarniętego śmiertelną trwogą! Ale skądże głos ten pochodzi?
— Trzeba iść za nim, trzeba poszukać!
Doszli do sadzawki. Już byli bardzo blisko źródła tych okrzyków nieludzkich. Jakkolwiek Indjanie szczycą się, i słusznie, żelaznemi nerwami, wrzask ten nawet ich wprawił w przerażenie.
— Jest tu, w wodzie — rzekł przewodnik.
— Nie; nad wodą. Słuchaj!
— Woda rusza się i burzy, jakby wpobliżu były krokodyle.
Na wodzie znowu ukazał się cały szereg smug.
— To z pewnością krokodyle. Czy widzisz te smugi na wodzie?
— I człowiek między nimi? Nie, to niemożliwe!
— Człowiek jest nad nimi, na tem drzewie.
Przy tych słowach wskazał Arika-tugh na drzewo cedrowe, przy którem stali.
— W takim razie jest przywiązany.
Znowu rozległ się ryk. Wiedzieli teraz, że pochodzi z przestrzeni, położonej między wodą a koroną drzewa.
— Czego chcesz, kto woła? — zapytał głośno Czarny Jeleń.
— Ratunku! — brzmiała odpowiedź.
— Gdzie jesteś?
— Wiszę na drzewie.
— Jakto? Nad wodą?
— No tak. Chodźcie tutaj!
— Ktoś ty taki?
— Hiszpan!
— Blada twarz należy do hiszpańskiego narodu — szepnął wódz do przewodnika. — W takim razie niech wisi! — Mimo to zapytał jeszcze:
— Któż cię powiesił?
— Wrogowie!
— Jacy?
— Dwaj czerwonoskórzy.
— Uff! — rzekł Czarny Jeleń — więc powiesili go tutaj, by dokonać zemsty. — Jacy Indjanie? — zwrócił się do wiszącego.
— Jeden z nich to Miksteka, drugi jest Apaczem — brzmiała odpowiedź. — Ratujcie, siły mnie już opuszczają, niedługo krokodyle rozerwą mnie na sztuki!
— Miksteka i Apacz — rzekł cicho wódz Komanczów. — Przecież to nasi wrogowie. Może warto uratować tego człowieka? Rozniećmy ogień, musimy mu się przyjrzeć!
Nazbierali nieco suchych, cienkich gałęzi, złożyli je na brzegu sadzawki i zapalili zapomocą punksu[2]. Widać teraz było wiszącego na drzewie człowieka, który raz po raz podnosił nogi, gdyż krokodyle usiłowały je schwytać.
— To okrutna zemsta — rzekł Czarny Jeleń. — Zbadamy tego człowieka.
Wdrapał się na drzewo, wziął w rękę lasso i podciągnął na niem wiszącego tak, że zabezpieczył go przed dzikiemi bestjami. Hrabia — on to bowiem był — poznał po barwie wojennej Indjan, że ma przed sobą Komanczów. Odgadł wszystko i wyczuł, że jest uratowany.
— Dlaczego powiesili cię na drzewie ci dwaj ludzie? — spytał wódz.
— Ponieważ walczyłem z nimi. Byliśmy wrogami.
— Dlaczegóż więc nie zabiłeś tych psów? Przecież Apacze i Mikstekowie to tchórze.
— Tak, ale to byli Niedźwiedzie Serce, wódz Apaczów, i Bawole Czoło, wódz Miksteków.
— Co takiego? Niedźwiedzie Serce i Bawole Czoło? — Gdzież oni są?
— Uwolnij mnie, a będziesz ich miał!
— A więc dobrze!
Po tych słowach wódz Komanczów przeciął wszystkie więzy, krępujące hrabiego. Hrabia, mimo wyczerpania, siedział teraz na gałęzi o własnych siłach.
— Jestem wolny, wolny! — zawołał; po chwili zaś wykrzyknął: — Ale teraz zemsty, zemsty!
— Będziesz jej mógł dokonać — odparł wódz Komanczów, poczuwszy w hrabim przyszłego sprzymierzeńca. — Ale pocóż tak krzyczysz? Las ma uszy. Czy niema nikogo wpobliżu?
— Nikogo! Nikogo nie było na całej górze z wyjątkiem mnie i tych krokodyli. Do końca życia nie zapomnę tej okropnej nocy!
— Nie zapominaj i myśl o zemście! No, złaź z drzewa.
Znalazłszy się na ziemi, hrabia poczuł dopiero naprawdę, że jest uratowany.
— Dziękuję wam. Żądajcie, czego chcecie; zrobię wszystko!
Gdy usiedli na trawie, hrabia, wyciągnąwszy zbolałe członki, zapytał:
— Należycie do plemienia Komanczów?
— Tak. Jestem ich wodzem. Zowią mnie Arika-tugh, Czarny Jeleń.
— Idziecie na wroga?
— Tak. Czy znasz osadę hacjenda del Erina?
— Doskonale!
— Jak się nazywa człowiek, który ją zamieszkuje?
— Pedro Arbellez.
— Czy ma córkę?
— Tak.
— Mieszka u niej Indjanka z rodu Miksteków?
— Tak, to Karja, siostra Tecalty.
— Siostra Bawolego Czoła? — powtórzył wódz zdziwiony. — Uff! Tego nie wiedzieli Komanczowie, bo na pewno pilnowaliby jej z większą ostrożnością. Obydwie były u nas w niewoli
— Wiem o tem.
— Wiesz o tem?
— Tak, gdyż mieszkają u mnie.
— U ciebie? Mówisz zagadkami! Przecież mieszkają w hacjendzie?
— I cóż z tego? Hacjenda właśnie należy do mnie.
— Do ciebie? Więc tyś Pedro Arbellez?
— Nie. Nazywam się hrabia Alfonso de Rodriganda. Arbellez jest tylko moim dzierżawcą.
— Ach tak — odparł surowo wódz Komanczów, podnosząc się z ziemi. — W takim razie powiesimy cię znowu nad wodą, by cię pożarły krokodyle.
Alfonso był tak pewny swego, że zapytał z uśmiechem:
— Dlaczegóż to?
— Ponieważ jesteś obrońcą obydwu kobiet.
— Usiądź, Czarny Jeleniu! Nie jestem wcale ich obrońcą, przeciwnie, wrogiem, a twoim przyjacielem. To one są winne, że powieszono mnie tutaj, a tyś mi życie uratował. Odpłacę ci za to sowicie — wydam w ręce Komanczów trzech ich największych wrogów: Bawole Czoło, Niedźwiedzie Serce i Piorunowy Grot.
— Piorunowy Grot? Czy mówisz o Itinti-ka, wielkim prerjowcu? Gdzież on jest?
Wódz Komanczów był jakby w gorączce. Uniesiony nadzieją, że dostanie w ręce tych trzech ludzi, tracił spokój, właściwy swej rasie, i zdawał się nie panować nad sobą.
— Powiem wszystko, jeżeli złożysz obietnicę. Przyszedłeś, by napaść na hacjendę?
— Tak — przyznał wódz Komanczów.
— Czy napad się uda?
— Czarnego Jelenia jeszcze nikt nigdy nie zwyciężył!
— Jest was wielu?
— Dziesięć razy po dwadzieścia.
— Dwustu? To wystarczy. Będziesz miał wszystkich trzech sławnych wodzów i skalpy wielu mieszkańców hacjendy, będziesz mógł zabrać wszystko, co znajdziesz na folwarku, ale pod jednym warunkiem: uszanujesz dom, który jest moją własnością!
Wódz Komanczów odrzekł po długiej chwili namysłu:
— Niech się stanie, jak chcesz! Gdzież są ci trzej ludzie?
— Wszyscy trzej są właśnie w hacjendzie — odrzekł hrabia z uśmiechem zadowolenia. — Ale pamiętaj, mam twoje słowo!
— Wódz Komanczów nie zwykł nie dotrzymywać słowa. Dom do ciebie należy i będzie należał. Do Komanczów należeć będą zato trzej wrogowie, skalpy wszystkich mieszkańców folwarku i wszystko, co w nich znajdziemy. Czy hacjenda zbudowana z kamienia?
— Tak, otacza ją gruby mur. Zaprowadzę was. Dostaniecie się do domu, gdy wszyscy jego mieszkańcy będą pogrążeni w głębokim śnie. Zbudzą ich wasze noże i tomahawki!
— Czy dzierżawca posiada broń?
— Tak, ale to mu się nie zda na wiele.
— Ilu jest ludzi na folwarku?
— Około czterdziestu.
— Cztery razy po dziesięć? To znaczy siedem razy po dziesięć, gdyż każdy z trzech wodzów wart jest dziesięciu.
— Piorunowego Grotu nie należy brać w rachubę. Jest ranny, może nawet nie żyje. Zdzieliłem go maczugą przez głowę!
— A więc walczyłeś z Piorunowym Grotem? Kto walkę podjął z tym wodzem, ten jest z pewnością dzielnym wojownikiem.
— Nie jestem tchórzem, choć spotkałeś mnie w niewoli.
— Czy sądzisz, że przeczuwają najście nasze?
— Nie słyszałem, by kiedykolwiek mówiono o tem.
— Wyślę kogoś na zwiady.
— Byleby go tylko nie zauważyli!
— Przeciwnie. Pójdzie prosto do folwarku.
— W takim razie jest zgubiony!
— Nie! To nie człowiek z plemienia Komanczów, to czerwonoskóry chrześcijanin. Pochodzi z meksykańskiego szczepu Opatów. Okażą mu ufność, a on tymczasem zbada dokładnie, czy są przygotowani do odparcia napadu.
Po tych słowach Czarny Jeleń polecił przewodnikowi przyprowadzić swych ludzi do ruin świątyni, do których udał się teraz wraz z hrabią. Wchodząc, hrabia raz jeszcze spojrzał na sadzawkę, nad której wodą przeżył najstraszniejsze godziny swego życia; aligatory leżały na brzegu i patrzyły tępym, nieruchomym wzrokiem na ofiarę, której nie udało im się pożreć...


Przypisy

  1. Estancja — folwark, hacjenda.
  2. Krzesiwo prerjowe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.