Ta druga/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Ta druga | |
| Wydawca | Wydawnictwo „Globus“ | |
| Data wyd. | 1930 | |
| Druk | Drukarnia „Sztuka“ | |
| Miejsce wyd. | Lwów | |
| Tłumacz | Kazimierz Bukowski | |
| Tytuł orygin. | La seconde | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
— Listonosz nie przyniósł nic o jedenastej godzinie. Jeśli Farou nie napisał wczoraj wieczorem przed udaniem się na spoczynek, to była z pewnością próba nocna.
— Tak sądzisz, Fanny?
— Z pewnością. „Mieszkanie bez kobiety” nie jest trudne do inscenizacji, ale mała Asselin nie nadaje się zupełnie do roli Zuzanny.
— Jest jednak bardzo piękna, — rzekła Jane.
Fanny wzruszyła ramionami.
— Moja biedna Jane, cóż jej z piękności? Do roli Zuzanny nie jest potrzebna piękna kobieta. To było dobre dla Kopciuszka, jak Dorilys. Widziałaś sztukę na pierwszem przedstawieniu?
— Nie.
— To prawda, jestem niemądra... Tysiąc dziewięćset dziewiętnaście!
— Sztuka nie postarzała się, — rzekła Jane.
Fanny zwróciła ku niej oko, napół przysłonięte kosmykiem czarnych włosów.
— O tak, moja droga. Jak wszystkie sztuki, nawet Farou‘a. Tylko Farou nie starzeje się.
— Tem lepiej dla ciebie! — rzekła Jane.
— I dla małej Asselin w tej właśnie chwili, — dokończyła Fanny.
Zaśmiała się dobrodusznie i obrała ze skórki soczystą brzoskwinię.
Jane wskazała jej głową małego Farou‘a, ale mały Farou zbierał paluszkiem miał cukru, lizał go i jakby nie słuchał, co mówiono.
— Pojmujesz, — ciągnęła dalej Fanny Farou, — Asselin miała w sztuce rolę na tournee, ponieważ tournee obejmuje Deauville, plaże i kasyna. Cóż to znaczy takie tournee po kasynach, jeśli się ma, jak Asselin, samochody, kochanków, suknie, płatną reklamę, wkońcu wszystko, co zapobiega temu, aby tournee zmieniło się w zwyczajną katastrofę... Rozumiesz mnie, blada Jane?
— Rozumiem.
Była blada i roztargniona, co zdarzało się jej przez cztery dni w tygodniu. Usprawiedliwiła się pospiesznie:
— Wyobraź, sobie, spałam źle...
Mały Farou podniósł na nią niespodziewanie błękitne swoje oczy, więc zwróciła się do niego odruchowo:
— ...A powtóre mam wrażenie, że w boazerii był szczur...
— I odchylona żaluzja i sowa w platanie, nie licząc wiatru, który wyje „hu, hu“ pod drzwiami, i okien w kuchni, które robią „tiketak“, — ciągnęła Fanny. — Co, Jane? Nie zapomniałam jeszcze o tem?
Zaśmiała się i skłoniła ich do śmiechu.
— Zrozum to, moja droga Jane, że masz równe prawo do bezsenności, jak do letargu. Jest gorąco, żyje się swobodnie, Farou poci się, wymyśla i kinie, a Asselin „odbiera“ za to!
— Podziwiam... — zaczęła Jane...
Ale spostrzegła znów błękitne oczy małego Farou‘a, wyblakłe w pełnem świetle południa, i urwała.
— Mały Farou, podaj mi porzeczki, please.
Usłuchał skwapliwie i ręka jego zetknęła się z ręką Jane pod koszykiem z plecionego srebra chińskiego. Skurczył palce ruchem identycznym z porywem odrazy i zaczerwienił się tak bezmyślnie, że Fanny wybuchnęła śmiechem.
— Jest jeszcze ta o czwartej, — rzekła po chwili Jane.
Fanny, która gryzła dalej brzoskwinię, zapytała zmoczonemi ustami:
— Co... ta o czwartej?
— Poczta.
— Ach!... — rzekła Fanny i podniosła palcem kosmyk włosów. — Zapomniałam o tem. Ta poczta nie przynosi nigdy nic z Paryża. Chcesz pić, mały Farou?
— Tak, dziękuję.
— Komu dziękujesz?
— Dziękuję mamie.
Zarumienił się, ponieważ był blondynem i macocha wydawała mu się nieco brutalna. Potem zapadł znów w swoje młodzieńcze marzenia, w których dzikie jego nazwisko Farou stosowało się do niego jak chałupa z kory lub słomiana przepaska. Nie mógł się wysłowić, zmarszczył brwi, otworzył czyste usta i ukrył pod zwyczajną martwotą skrytą chciwość i delikatność, którą dręczyło jedno słowo, jeden śmiech. Miał szesnaście lat.
Cień werandy pozwalał na to, że w czasie każdego południowego posiłku przesuwano aż do progu hallu wielki stół, uprzątnięty z gazet i przyborów do szycia, Kiedy wielki Farou przybywał do rodziny, cztery nakrycia tłoczyły się na żelaznym, ozdobionym ornamentami stoliku, który nie opuszczał terasy.
— Zjadłam za dużo, — westchnęła Fanny, wstając pierwsza od stołu.
— Na odmianę, — rzekła Jane.
Leniwie dotarła do szerokiej kanapy i wyciągnęła się na niej. W pozycji leżącej wydawała się bardzo piękna. Miała skórę białą, czarne długie włosy, usta i oczy łagodne i wypukłe, ale była dumna tylko z swojego nosa, krótkiego, srebrzystego, o zaokrąglonych nozdrzach.
— Utyjesz Fanny Farou! — zagroziła jej Jane, stojąca koło niej.
Zamieniły spojrzenie pełne złośliwej pewności. Jedna wiedziała, że jest piękna i leżąc tak rozciągnięta ukazywała odwrócony uroczy swój nos i delikatną brodę kobiety gwałtownej i bardzo dobrej. Druga wyprężyła piękne ciało, ochronione od zatłuszczenia, głowę uwieńczoną jasnemi włosami, jeśli jasnym można nazwać kolor delikatnego popiołu, lekko złocistego na karku i srebrzystego na skroniach. Ogarnięta szczerą i fizyczną troską Jane pochyliła się, wsunęła pod kark Fanny płócienną poduszkę i osłoniła sztywnym tiulem ramiona i nagie kostki:
— Tak! I nie ruszaj się, bo muchy wpełzną pod tiul... Śpij, leniwa, niepoprawna, łakoma Fanny — ale tylko pół godziny!
— Co będziesz robiła, Jane, w taki upał?... Gdzie jest Jan?... Nie wolno mu, gdy słońce tak praży.... Powiem ojcu...
Ubezwładniona gwałtownym snem smakoszów Fanny szepnęła coś jeszcze, potem zamilkła. Jane przyglądała się jeszcze przez chwilę odprężonej twarzy, jej kształtom i południowej cerze, potem odeszła.
Pod rytm bijącego serca Fanny spłodziła banalny i niewytłumaczony sen. Widziała hall, terasę, dolinę bez wody, zwyczajnych gości willi. Ale wisząca w powietrzu fiołkowa burza przejmowała lękiem zwierzęta i ludzi, a nawet sam krajobraz. Jane ze snu stała pod werandą, śledziła wzrokiem pustą aleję w dole terasy i płakała. Fanny obudziła się nagle i usiadła, ściskając dwiema rękami ciężki żołądek. Przed nią stała pod werandą prawdziwa Jane, nieruchoma i bezczynna. Uspokojona Fanny chciała ją zawołać. Ale Jane pochyliła głowę i oparła czoło o szybę, a słaby ten ruch oderwał z jej rzęs łzę, która stoczyła się po policzku, zabłysła na omszonej krawędzi wargi, spadła aż do gorsetu, gdzie dwa palce chwyciły ją delikatnie i rozgniotły jak miękuszkę chleba. Fanny położyła się znowu, przymknęła oczy i zasnęła.
— Mamo! Poczta!
— Co! Już czwarta? Jak długo ja śpię? I dlaczego Jane... Gdzie jest Jane?
— Tutaj, na drabinie, — odparł wysoki i przytłumiony głos, który Wielki Farou nazywał głosem anioła.
Oszołomiona snem i marzeniem sennem Fanny szukała Jane w powietrzu, jak gdyby szukała ptaka, a Jan Farou wybuchnął wyjątkowo śmiechem.
— Dlaczego ty się śmiejesz, mały głuptasie? Wyobraź sobie, że w chwili, gdy mnie zbudziłeś, śniło mi się....
Ale uświadomiła sobie wkońcu, że wielki biały list tańczył przed nią w ręce Jana i chwyciła go szybko.
— Odejdź, posłańcze! Albo nie, zostań, Janku. Jest to list od naszego Farou do nas wszystkich, moje dzieci...
Czytała jednem okiem, bo drugie było przysłonięte kosmykiem czarnych włosów. Wysoko podpięta suknia ściskała jej piersi. Oddawała na łup spojrzeń tę nieokreślenie niedbałą piękność, co nadawało jej wyraz trochę kreolski, tylko trochę, jak mawiał Farou. „George Sand“. Podniosła rękę, prosząc o uwagę.
„Po wczorajszych i przedwczorajszych próbach“, czytała, „mam wszelkie podstawy do przypuszczania, że zespół tournee będzie znakomity i „Mieszkanie bez kobiety“ będzie lepiej grane niż na pierwszem przedstawieniu... Mała Asselin....“ Hoho, Jane!... „Mała Asselin zadziwia wszystkich i nawet mnie. Pracujemy jak anioły. Daliśmy spokój scenom zazdrości, atakom nerwowym, omdleniom i innym banialukom, i to niedość wcześnie. Ach, moja Fanny, gdyby kobiety wiedziały, jak nudne wydają się mężczyźnie, jeśli on nie pragnie być przyczyną ich łez ani ich rozkoszy!...“
Fanny podniosła palcem kosmyk włosów i zrobiła komiczną minę zgorszonej:
— Słuchaj, Jane, słuchaj Jane (Janie odejdź), wygląda to, jakby się ten biedny Farou, że tak powiem, poświęcił?
— I mnie się tak wydaje, — rzekła Jane.
Usiadła na kanapie obok swojej przyjaciółki i gładziła łagodną dłonią jej włosy, poprawiając delikatny, błękitny przedział, który dzielił je ponad lewą brwią.
— Już jesteś uczesana... A ta twoja spódnica cała zaśrubowana fałdami... Mam dosyć tej sukni. Jutro przyniosę z miasta piękną materję żółtą lub bladoniebieską i do powrotu Farou‘a w sobotę będziesz miała nową suknię.
— Tak? — rzekła obojętnie Fanny. — Czy to potrzebne?
Spojrzały na siebie, wypukłe, czarne oczy o gęstych rzęsach rzuciły pytające spojrzenie szarym oczom jasnej przyjaciółki. Jane potrząsnęła głową:
— Ach, podziwiam ciebie, Fanny... Jesteś doprawdy nadzwyczajna.
— Ja?
— Tak, jesteś nadzwyczajna. Przypuszczasz bez drgnięcia, bez gniewu, nawet bez żadnego snobizmu, że Farou... poświęcił się.
— Muszę, — rzekła Fanny. — Gdybym nie przypuszczała, to coby się stało? Zupełnie to samo.
— Tak... tak... Jednak przyznam się... tak, przyznam się...
— Że na mojem miejscu nie czułabyś się dobrze?
— Nie to chciałam powiedzieć, — rzekła wymijająco Jane.
Wstała i poszła aż do terasy, aby się upewnić, czy mały Farou, umiejący znikać jak płatek śniegu na ciepłej szybie, nie słucha ich:
— Poprostu, Fanny, sądzę, że mężczyzna, należący do mnie, który wziąłby mnie za żonę... Ale dowiedzieć się, że ten mężczyzna zwąchał się teraz z jakąś kokotą z teatru i wywnioskować z tego filozoficznie, że „on się poświęcił“, że „zawód tego wymaga“ — och, nie, nie... Podziwiam ciebie, ale — nie potrafiłabym tak nigdy!
— Doskonale, Jane. Na szczęście nikt nie wymaga od ciebie, abyś to potrafiła!
Jane skoczyła ku Fanny i przytuliła się do jej nóg.
— Fanny, nie gniewasz się na mnie? Mam dnie, w których nie jestem nic warta, jestem niezręczna, zła, nieszczęśliwa. Znasz mnie dobrze, Fanny...
Ocierała o białą suknię policzki i malutkie okrągłe uszy i szukała czołem ręki swojej przyjaciółki.
— Masz takie piękne włosy, moja mała Jane, — szepnęła Fanny.
Jane zaśmiała się wymuszonym śmiechem:
— Mówisz mi to, jak gdyby to mogło służyć mi za usprawiedliwienie!
— W pewnej mierze, Jane, w pewnej mierze. Nie mogę gniewać się na Jane, która posiada tak piękne włosy. Nie mogę łajać Jana, gdy ma bardzo niebieskie oczy. Twoje włosy, cera i oczy, wszystko to pokryte jest srebrnym, delikatnym popiołem, pyłem księżycowym, jakimś...
Jane zwróciła ku niej zagniewaną twarz, pełną nagłych łez i krzyknęła:
— Nie mam nic pięknego! Nie jestem nic warta! Zasługuję na to, aby mną pogardzać, obdzierać ze skóry, bić!
Położyła znów głowę na kolanach Fanny i łkała głośno, gdy tymczasem pierwsze odgłosy burzy huczały cicho i lekko, ciskane od wierzchołka do wierzchołka echami małych gór.
„To jej kryzys, myślała cierpliwa Fanny. Czas burzy“.
Jane uspokoiła się już, wzruszyła ramionami, aby zadrwić z siebie i wytarła dyskretnie nos.
„Jednak, pomyślała Fanny, powiedziała „kokota teatralna“ i „zwąchać się“. Nigdy nie słyszałam, aby użyła jakiegoś wyrazu ulicznego lub mocnego słowa. Odskok od zwyczajnej mowy w jej ustach wygląda jak jakiś gwałtowny ruch. Gwałtowny ruch wśród takiego upału!... To rzecz niezwykła!“
— Co robimy po obiedzie?
Jane, która trwała w błagalnej pozycji u nóg Fanny, podniosła głowę:
— Nie zechciałabyś pójść do miasta i napić się herbaty u piekarza? Wrócilibyśmy pieszo...
— Och! — skrzywiła się przerażona Fanny.
— Nie? — Tyjesz, Fanny.
— Tyję zawsze, gdy jest gorąco i gdy mam więcej niż dziesięć tysięcy franków w kasie. Znasz dobrze „porządek rzeczy“ i wiesz, że nie pomijam żadnej okazji do chudnięcia.
— Tak... Chcesz, abym ci umyła włosy? Nie, nie chcesz. Chcesz wyciskać sok z porzeczek i borówek, które zostały z śniadania? Garść cukru, trochę wiśniówki, wylewa się sok na przedwczorajszy tort Savoie, który nabrzmiewa, podaje się osobno garnuszek świeżego kremu i jest na wieczór gotowa przystawka, która nic nie kosztuje.
— Tak się robi w pensjonacie, — rzekła z odrazą Fanny, — Nie lubię odmładzanych przystawek.
— Jak chcesz, droga Fanny! Niechaj Bóg uchowa ciebie nadal od pensjonatów, gdzie nauczyłam się wielu użytecznych rzeczy...
Łagodność wyrzutu znudziła Fanny, która oparła się o plecy Jane i wstała.
— Z tego wszystkiego, — zawołała, — świeży krem i sok porzeczkowy... Tak, zgadzam się! Ale pod jednym warunkiem, Jane...
— Boję się...
— Że zajmiesz się sama tym klejnocikiem kulinarnym, Ja napiszę parę słów do Farou‘a, potem pójdę pokropić się świeżą wodą i...
— I?...
— I to wszystko. To okropnie dużo!
W pozycji stojącej wydawała się mniejsza niż w pozycji leżącej. Brakowało jej pewnego rodzaju obronnej kokieterji i kołysała się w biodrach z ufnością nieco pospolitą. Jane śledziła ją wzrokiem.
— Fanny, kiedy zdecydujesz się nosić przepaskę?
— Kwestja temperatury, moja droga. Pięć stopni poniżej zera, a będę nosiła przepaskę. Zbadaj termometr. I nie pozwól, aby świeży krem zjawił się dzisiaj wieczorem. Tak go lubię...
Jane zbliżyła się do niej i wyciągnęła obrębek z jej spódnicy, potem przyszpiliła lekką ręką kosmyk długich czarnych włosów.
— Idź, niedobra Fanny! Wszystko będzie dobrze dzisiaj wieczorem. Postaram się nawet przywołać Jana na obiad, bębniąc w misę, jak w farmach, gdy rzuca się kurom ziarna. Jakie ty dajesz zajęcie swojej przyjaciółce!
Śmiała się bez przymusu i już zbierała do stulonej dłoni opadłe na obrus płatki kwiatów, zdmuchiwała okruszki, wypróżniała popielniczkę...
„Moja przyjaciółka?... Tak, jest moją przyjaciółką. Jednak, moja przyjaciółka, to zbyt mocno powiedziane...“ myślała Fanny, wspinając się po schodach, stopień po stopniu. „Kto mi okazał kiedyś tyle przyjaźni? Nikt. Jest więc moją przyjaciółką, prawdziwą przyjaciółką. To ciekawe, że w myślach nie nazywam Jane moją przyjaciółką...“
Zrzuciła suknie, gdy znalazła się sama w pokoju o dwóch łóżkach. Wszystkie gałęzie drzew dotykały balkonu i drapały w nocy zamknięte okiennice. Niedbały właściciel zapomniał od dwóch lat obcinać gałęzie i wielki, otwarty otwór w listowiu zamykał się powoli. Miejscowość ta, obsadzona drzewami, falista, przesiąknięta była smutkiem krajów bez wody. Rzeki nie było, morze o sto mil, żadne jezioro nie podwajało nieboskłonu. Fasada domu i jego terasa, oświetlone rano słońcem, przybierały znów o drugiej godzinie prawdziwe swoje oblicze, poprzecinane beleczkami, okapami i czekoladowemi okiennicami, które pagórek z naprzeciwka oświetlał wskutek odblasku fałszywem światłem, naśladującem w smutny sposób słońce. Fanny, oparta o balkon, ledwie okryta koszulą, przyglądała się krajobrazowi, którego nie spodziewała się zobaczyć więcej, opuszczając go ubiegłego lata.
„Tak chciał Farou, pomyślała. Dwa lata, jedno po drugiem, w tym samym kraju, to się nam rzadko zdarzało. Z chwilą, gdy się Farou‘owi tutaj podoba...“
Odwróciła się i zmierzyła za sobą pokój, obszerny jak stodoła, powiększony cieniem napół zamkniętych okiennic.
„Wszystko jest tutaj za wielkie. Ale gdy się ma dwie służące? Gdyby nie było Jane, możnaby oszaleć“.
Słuchała żwawych kroków, przemierzających hall w parterze.
„Ona jest zdumiewająca. W taki upał! I taka miła, poza swojemi atakami wrażliwości. Drobinkę zbyt użyteczna jak na przyjaciółkę... Tak: drobinkę zbyt użyteczna...“
Spostrzegła w lustrze swoją postać, brunatną i zaniedbaną, z rękami na biodrach, z rozpadającemi się włosami, i skarciła siebie:
„Co za gęba! I jak tu uważać Jane za zbyt użyteczną przyjaciółkę! Ja nie umiem nawet przepisywać na maszynie rękopisów Farou‘a!“
Skoczyła do świeżej wody, jak gdyby chciała tem udowodnić ruchliwość gospodyni, uczesała się, wdziała letnią suknię w różowe kwiaty, z ubiegłego roku, i zasiadła do pisania. Znalazła kartkę białego papieru, żółtą kupiecką kopertę, zadowolniła się tem bez skrupułów i zaczęła pisać list do Farou‘a.
Drogi Wielki Farou!
Pozostawiam jednej lub dwom małym Asselin urozmaicanie twego życia i streszczam w dwóch słowach nasze życie: nic nowego. Czekamy na ciebie. Ruchliwa Jane wymyśla wyborowe potrawy. Mały Farou wygląda, jak zawsze, znudzony. Wkońcu twoja leniwa Fanny...“
Z terasy doleciała piosnka angielska.
„Ach, pomyślała Fanny, to dzień, w którym Jane opłakuje Davidsona“.
Zawstydziła się tego żartu, potem rozkoszowała się swoim wstydem.
„Co! To chyba nie jest niegodziwe, co pomyślałam. W dniach, w których przypomina sobie Meyrowicza, woła Jana Farou‘a: „Chodź, Janie, nauczę cię popularnego tańca polskiego!“ A kiedy przyjdzie kolej na Quemere‘a, wygrzebuje wspomnienia hippiczne, starą smutną czułość dla jakiejś bretońskiej, dereszowatej i łęgowatej kobyły...“
Napudrowała jeszcze raz twarz i spostrzegła, jak na najbliższym pagórku rósł cień drugiego pagórka.
„To smutna miejscowość. Co w niej widzi pięknego Farou? Wracać już drugie lato do tego samego kąta. Nie zdarzyło się to nigdy w ciągu dwunastu lat naszego małżeństwa. Nawet nie zauważyłam, że tutaj jest smutno. Lato w przyszłym roku...
Ale straciła odwagę wobec przyszłości dwunastu miesięcy.
„Trzeba wpierw wiedzieć, czy sztuka będzie skończona i czy Farou będzie mógł korzystać z swojej drugiej tury w „Wodewilu“. A jeśli wznowią „Atalantę“ w Teatrze Francuskim, w październiku... Och, nie myślmy już o tem: to najmądrzej.“
Nie nauczyła się innej mądrości.
„Najbardziej pilne jest to, że Farou wraca tutaj pracować nad trzecim aktem. Jesteśmy wszyscy tacy głupi, gdy jego tutaj niema...“
Delikatny podmuch uniósł gałęzie, dotykające balkonu i ukazał biały spód liści lipowych. Fanny skończyła list i udała się na balkon, gdzie oparła się z rozpuszczonemi włosami i odsłoniętem ramieniem. Jane stała pod nią, z ramionami skrzyżowanemi na niskim murze terasy i nachyliła się również nad krajobrazem Franche-Comté, w którym brakowało rzeki, stawu, śmiechu wody, odblasków, mgły, zapachu gąbczastego i ukwieconego brzegu. Fanny rzuciła z góry śpiewny krzyk, który spadł na okrągłą głowę z krótkiemi i pięknie uczesanemi włosami koloru popiołu, o złotych żyłkach, a Jane przekręciła kark, nie odwracając się, jak to robią koty.
— Założę się, że znowu spałaś?
— Nie, — rzekła Fanny, — nawet i to nie. Wyobraź sobie, ten kraj przejmuje mnie wstrętem.
Jane poruszyła się i oparła biodra o ceglany mur.
— Nie? Niemożliwe? Od kiedy? Powiedziałaś to Farou‘owi? Nie mogłabyś więc...
— Mój Boże, Jane, poco tyle hałasu! Czy nie mogę już wypowiedzieć tak prostego sądu, abyś nie zakręciła się w kółko wśród bezładnych słów i nie uderzyła głową o mur?
Śmiała się pochylona i potrząsała chorągwią czarnych włosów, zarzuconych na ramię.
— „Moje długie włosy spadają aż do podnóża wieży“, — śpiewał Jan Farou, zdążając ku terasie przez stromą górkę.
— Jeszcze jeden, — krzyczała Fanny, — który śpiewa, tak samo fałszywie jak ojciec!
— On nie ma głosu Wielkiego Farou‘a, — rzekła Jane. — Janie, spróbuj powiedzieć jak Wielki Farou, gdy wraca: „Ach, te kobiety! Jakie ja mam kobiety w domu!“
Jan przeszedł koło niej bez odpowiedzi i znikł w hallu, a Jane pokiwała głową ku balkonowi pierwszego piętra:
— Moja droga, jakie on mi rzucił spojrzenie! Panicz nie lubi żartów!
— Nie lubi się żartów w jego wieku, — rzekła zamyślona Fanny. Obdzieramy żywcem skórę z tego dziecka, wbrew naszej woli.
Usłyszała na schodach kroki i zawołała:
— Janie!
Chłopak otworzył drzwi pokoju i zatrzymał się w progu:
— Słucham, mamo.
Miał na sobie letnie ubranie, prawie nędzne, zniszczoną koszulę tennisową, spodnie z białego płótna, zazielenione na kolanach, za krótkie, pas i pantofle, któremi pogardziłby syn ogrodnika. Czekał, aż odezwie się Fanny i otwierał usta, aby oddychać, ukazując cierpliwie swojej macosze zadyszaną, czystą, ruchliwą i nieprzeniknioną twarz szesnastoletniego dziecka.
— Jużeś gotów!... Skąd przychodzisz?
Zwrócił głowę ku oknu, aby wskazać w nieokreślony sposób, że przyszedł z pól, z całego pola, z fioletu zmierzchu i zieloności łąk... Błękitne jego oczy błyszczały zwierzęcem życiem, prawie bezładnem, ale ukazywały tylko błękit, tylko blask. Jane zaczęła znów nucić na dole swoją angielską piosnkę, a Jan Farou zamknął gwałtownie drzwi za sobą i wrócił do swego pokoju.
„Jaki trzpiot! — pomyślała Fanny, — Już zakochał się w Jane, Byłoby to bardzo dobrze, gdyby ona była dla niego bardziej uprzejma.”
Obiad zgromadził ich troje na terasie. W nieobecności Farou‘a Fanny i Jane promieniowały niepewną wesołością, gdy Jan Farou, bez względu na to, czy ojciec był obecny czy nieobecny, zachowywał nietolerancyjne milczenie, rzadko przerywane.
— To ciekawe, — rzekła Fanny, wznosząc głowę ku białemu niebu, — jaki niewdzięczny jest tutaj koniec dnia. Słońce zachodzi dla innych, tam, poza...
— Góry mają oblicze monotonne, — rzekła Jane.
— Maeterlinck, — mruknął Jan Farou.
Obie kobiety wybuchnęły śmiechem a mały Farou zgromił je spojrzeniem.
— Mam dosyć waszej wesołości amputowanych! — krzyknął, opuszczając stół.
Fanny wzruszyła ramionami i odprowadziła go wzrokiem.
— On się staje niemożliwy, — rzekła Jane. — Jak możesz pozwolić, Fanny...
Fanny podniosła łagodnie białą rękę:
— Pst, Jane!... Nic nie rozumiesz.
— Jesteś tak niesłychanie dobra...
Potrząsnęła głową a delikatne jej włosy zadrgały na czole i na malutkich, prawie okrągłych jej uszach, Kiedy chciała przekonać Fanny, otwierała szeroko swoje szare oczy, nakrapiane złotem i podnosiła górną wargę, ukazując cztery krótkie i białe ząbki, Ale Fanny nie zwróciła uwagi na to, co nazywała „dziecięcą twarzą“ Jane. Paliła bez zadowolenia i zgasiła papierosa, przygniatając go kciukiem, z ukrytą zawziętością.
— Nie, Jane, nie mów mi ciągle, że jestem dobra. Pozwól powiedzieć sobie jeszcze raz, że nie rozumiesz zupełnie tego dziecka.
— A ty? — zapytała Jane.
— I ja nie, to możliwe. Wiem tylko to, że robimy często małego Farou a nieszczęśliwym. Szczególniej ty. Bo on jest naturalnie zakochany w tobie. A ty obchodzisz się z nim niekiedy z nieco surową niedbałością.
— Och, zaiste, on nie marnuje czasu!
— Mój Boże, jak ty się łatwo oburzasz, Jane! Jesteś piękna a mój pasierb liczy szesnaście lat. Wiem doskonale, że Jan nie odważy się nigdy i nie będzie może pragnął nigdy złożyć ci „wyznania“...
— I dobrze zrobi.
Jane wstała i oparła się o niski mur terasy.
„Otóż masz, pomyślała Fanny. Odpowiedział mi oschle jak kół i będzie mi rozprawiać o edukacji, jaką otrzymują młodzieńcy w Anglji. Jest to bezwzględnie dzień Davidsona.“
Ale Jane odwróciła się i ukazawszy uśmiechniętą twarz dziecka, mającego około trzydzieści lat, zawołała:
— Czy nie sądzisz, Fanny, że to denerwujące, gdy już od tygodni nie można znaleść koło siebie ani jednego przedmiotu bardzo zimnego, lub przynajmniej świeżego w dotknięciu? Mury są gorące po północy, srebrne naczynie jest ciepłe, a posadzka kamienna... To jest męczące...
— Czyja to wina? Tego przeklętego Farou‘a... Chce kończyć tutaj sztukę...
— Powinnaś się bronić, Fanny, bronić nas, nas wszystkich! Aż do pokojowego, który umiera z przygnębienia...
Zmarszczyła popielate brwi, podkreślone delikatnem pociągnięciem ołówka, i spojrzała surowo na okolicę, usypiającą wśród suchego wieczora.
— Ale ty ciągle potakujesz... Gdyby chociaż to niewolnicze „tak, mój drogi“, pomogło ci do czegoś... Doprawdy, kobiety są...
— Kss!... Kss! — syknęła Fanny.
Jane zamilkła, zaczerwieniła się po swojemu, to znaczy, że szaro-brunatna jej cera stała się jeszcze ciemniejsza.
— Mieszam się do nieswoich rzeczy, wiem o tem...
— Och, cóż to szkodzi!
Fanny zmiarkowała naraz, że tak dwuznaczne rozgrzeszenie mogło dotknąć Jane i dodała:
— Jane, nie bądź tak szydercza wobec małego Farou. On ma szesnaście lat. To przykre dla młodego chłopca.
— I ja miałam szesnaście lat. A nikt się nie litował nade mną.
— Ale ty byłaś dziewczyną. To zupełnie co innego. A zresztą — rzekła Fanny w odpowiedzi na patetyczne spojrzenie — w tym wieku, lub nieco później, rzucałaś z rozpaczy przechodniom przez mur róże...
— To prawda, to prawda, — potwierdziła wzruszona nagle Jane. — Masz rację, jak zwyczajnie, Fanny... Mówię ci, że jestem zła, niegodziwa, nieszczęśliwa...
Przyciskała do siebie ramiona Fanny, opierała policzek o jej czarne, lekko związane włosy, powtarzając:
— Jestem zła... zła...
— Dlaczego? — zapytała Fanny, która troszczyła się rzadko o uprzejme kłamstwo.
Jane zwróciła ku różowemu niebu naiwną twarz i pokazała cztery swoje ząbki:
— Czy ja wiem!... Życie nie obsypywało mnie pieszczotami... Dawne krzywdy wysuwają swój obrzydliwy pysk... Najdroższa Fanny, najdroższa Fanny, zatrzymaj mnie... Nie mów Farou‘owi, że byłam taka... niemożliwa w jego nieobecności...
Siedziały tak, aż do godziny zapalenia lampy, przytulone do siebie, mówiąc mało, wskazując palcem nietoperza, gwiazdę, słuchając szumu świeżego wiatru w drzewach, wyobrażając sobie czerwony zachód słońca, którego nie widywały nigdy, chyba że wspięły się na przeciwległy pagórek.
Na pierwszej terasie, w dole, zaskrzypiał żwir. Jane zawołała łagodnie:
— Halo, Janie Farou!
— Słucham, — odparł ochrypły młody głos.
— Zagramy na gramofonie? Albo wyłożymy pasjansa?
— Dobrze... Tak... Co pani chce, — rzekł nadąsany głos.
Ale przybiegł tak szybko, że Fanny zadrżała, widząc go tuż koło nich, całego białego, prócz twarzy i ramion, i oświetlonego tragiczną obwódką, otaczającego nimbem wiek młodzieńczy.
Jane wzięła go po bratersku za łokieć i poprowadziła do stołu gry, którego zielone sukno, podziurawione przez czerwie, cuchnęło pleśnią i starem cygarem.
— Hello, boy!
„Jest to bezwzględnie dzień Davidsona“, pomyślała zadowolona Fanny.
— Słyszysz?
— Słyszę.
— Ciągle ta scena ze skradzionemi listami?
— Tak. Wczoraj rano daje mi piętnaście stronic do przepisania. W pięć minut potem odbiera je w sposób... no, w taki sposób!...
— Wiem, rzekła Fanny, śmiejąc się. — Jak gdybyś mu zabrała kość, którą ogryzał. Cóż chcesz! Tworzy nagle i błyskawicznie. Jak podobają ci się dwa pierwsze akty?
— Są wzniosłe, — rzekła Jane.
— Tak, — rzekła zamyślona Fanny. — To jest niepokojące.
Poszept mszy, modlącego się tłumu, rozpoczynającego się buntu, dobywał się z domu. Kiedy ucichał, słychać było poważne odpowiedzi, rzucane z wysokości powietrza przez ostatnie pszczoły, pracujące na wierzchołkach lip i na powojach.
Zgrzytliwy krzyk dzikiego zwierzęcia przerwał tajemnicze nabożeństwo, odprawiające się za odchylonemi okiennicami. Nie zadrżały jednak obie kobiety, ani Jan Farou, rozciągnięty na trzcinowym szezlongu z książką w bezczynnych rękach.
— Ciągle ten sam koniec sceny, Branc-Ursine schwytany w chwili włamywania się do szuflady, — rzekła Fanny. — Jeśli obaj Farou zaczną pisać sztuki i wymrukiwać je, gdzie się człowiek ukryje?
Błękitne oczy Jana zabłysły.
— Nie będę nigdy pisał sztuk, mamo, nigdy.
— Łatwiej zrezygnować, niż zacząć próbować, — odparła Jane.
— Nie zawsze najłatwiejszą rzeczą jest zrezygnować, — rzekł Jan.
Zaczerwienił się, że ośmielił się odpowiedzieć i Fanny ujrzała, jak za uchem młodego chłopca i wzdłuż nagiej szyji zaczęła bić żywiej krew.
— No, Jane, nie dręcz dłużej twego małego towarzysza!
— Lubię przedrzeźniać się z nim, to prawda, — rzekła wesoło Jane. — Tak mu z tem do twarzy. Nie wiem już którego to dnia był uroczy z łzą między rzęsami...
Groziła mu wesoło ręką, na której błyszczał srebrny naparstek, Fanny podniosła czoło z czarną jedwabną przepaską:
— Jakto? I on także?
— On także? — powtórzyła Jane. — Wytłómacz to droga Fanny, wytłómacz to!
Śmiała się, szyła i rzucała na wszystkie strony szczęśliwy, szary wzrok, okolony bursztynem, Medaljon zachodzącego słońca chwiał się na nagich jej włosach i jakby z radością znosiła ten niewdzięczny wieczór letni, pachnący rozgrzanym granitem.
— Pewnego dnia, — rzekła Fanny... — zaraz, to było w dniu, w którym przyszedł list od Farou‘a i nie wiedzieliśmy — on również — że może wrócić tak prędko...
— Było to w środę, — rzekła Jane, nie podnosząc oczu.
— Może... Spałam po śniadaniu i gdy się obudziłam, zobaczyłam ciebie, stojącą pod werandą, na której jesteśmy... Na rzęsach twoich zawisła łza, która spłynęła po twoim policzku, a ty chwyciłaś ją tak, oboma palcami, jak poziomkę, jak ziarnko ryżu...
Słuchając ją Jane przeszła od uśmiechu do nadąsanej psoty, potem do pieszczotliwego wyrzutu. Wskazała rozszczepioną małą brodą Jana Farou.
— Fanny, Fanny, miej wzgląd na moje tajemnice, na moje odruchy humoru, przed słuchaczem jeszcze... jeszcze...
Umilkła naraz i na twarzy jej odmalowało się pewnego rodzaju zdumienie. Fanny odwróciła głowę i spostrzegła swego pasierba stojącego, z ustami jakby otwartemi do krzyku. Podniósł w górę oba ramiona i uciekł, przeskakując schody terasy.
— Co mu się stało?
— Nie wiem, — rzekła Jane. — Podniósł ręce, widziałaś? I uciekł.
— Boję się o niego...
— Niema, doprawdy, powodu, — rzekła Jane.
Zdjęła z palca delikatny przyrząd do tkania i zebrała starannie z sukni niteczki.
— Jest on takim, jakim się jest w jego wieku, — ciągnęła dalej. — Rozjuszony romantyzm. To przejdzie.
— Tak sądzisz?
Fanny złożyła machinalnie bryt surowego płótna, serwetę, którą ozdabiała czerwonemi kwiatami o wielkich niezgrabnych punktach. Poszła się przechylić przez mur, służący do oparcia, i zawołała:
— Jesteś, Janie?
Doleciał z dołu drwiący głos, naśladujący jej głos:
— „Jesteś wilku?“
— Głupie stworzenie! — krzyknęła Fanny, — Usłyszysz ty ode mnie! Maniery aktora, grającego główną rolę!... Ty...
Nie dokończyła, wyprostowała się i zakręciła w swoich pięknych biodrach, które pochodziły, jak twierdził Wielki Farou, z lepszych czasów. Usłyszała bliżej głos swego męża.
— Już skończył, — rzekła szybko do Jane.
— Na dzisiaj... — odparła powątpiewająco Jane.
Oparte o siebie ramionami patrzyły jak nadchodził Farou. Szedł krokiem sennym i wyłaniał się powoli z swego dnia pracy, w czasie którego wymruczał, wymamrotał lub wyryczał na głos swój trzeci akt i zdjął nieświadomie kołnierzyk, surdut z shantungu, krawatkę i kamizelkę, Nosił o sześć cali nad ziemią siwiejącą głowę, kędzierzawą czuprynę, która spadała na czoło, mieszała się z jego brwiami i przysłaniała żółte oczy. Wielki, zmęczony, mocny, może brzydki, pewny, że się podoba, kroczył zwyczajnie tak, jak gdyby szedł do walki lub biegł do pożaru, a gdy przechodził przez wieś, aby kupić papierosy, matki przywoływały do siebie dzieci.
Patrzał na obie kobiety, nie widząc ich, i skubał różę. Przebywał jeszcze w ponurym i luksusowym buduarze, w którym adwokat Brane-Ursine doprowadzi do tego, że dokona gwałtu na sekretarzu i wykradnie listy kompromitujące jego kochankę, piękną panią Houcquart, której nie kocha.
— Piękny Farou! — zawołała czule Fanny.
Jeszcze łagodniejszy głos Jane naśladował żartem:
— Piękny Farou!
A naśladownictwo było tak wierne, że zdumiona Fanny usłyszała jakby echo.
Farou, trafiony podwójnym głosem i powojem hiszpańskim, którego silna woń zagradzała mu drogę, zatrzymał się i zanucił swoją zwyczajną piosnkę:
— Ach! te kobiety! Te kobiety! Jakie ja mam w domu kobiety!
Ziewnął, wydawało się, że się obudził i odkrył wszechświat. Podciągnął spadające spodnie z shantungu i podrapał się w głowę. Nie był podejrzliwy ani zalotny, przeważnie szczęśliwy i młody, w czterdziestym ósmym roku życia, jak mężczyźni, którzy zadawalniają się w codziennem swojem życiu tylko towarzystwem kobiet.
— Która zawołała mnie pierwsza? — rzekł Wielki Farou.
Nie czekał na odpowiedź i zaczął tańczyć i śpiewać pięknym fałszywym głosem jakiś zaimprowizowany kuplet, klnący pospolitemi i wojskowemi wyrazami pana Branc-Ursina, piękną panią Houcquart i ich postępowanie, Ale spostrzegł nagle swego syna, wstępującego po stromych schodach terasy, urwał zakostniały i zażartował dla podziwiających go Fanny i Jane:
— Baczność! Szpicle!
— Skończyłeś, Farou?
Fanny okazywała tylko cichy niepokój. Wzruszeniem ramienia Farou wyratował już tyle trzecich aktów... Spojrzał na nią surowem okiem, ale bez złości.
— Czy skończyłem? Masz zbyt przesadne wyobrażenie!
— Ale postąpiłeś naprzód?
— Czy postąpiłem naprzód? Tak, naturalnie, postąpiłem naprzód. Wyrzuciłem całą scenę.
— Och! — rzekła Fanny, — to tak, jak gdyby rozbił wazę.
— To tęga praca, moja mała. Jane, proszę się przygotować do przepisania definitywnego tekstu?
Klasnął w dłonie i zaczął się przechadzać krokiem dzikusa.
— Do dzisiaj było bardzo źle. Ale dzisiaj...
— Jak się sprawował dzisiaj pan Branc-Ursine? Czy ten mistrzowski łotr ukrył listy w bezpiecznem miejscu?
Fanny, zajęta czesaniem Wielkiego Farou, złożyła swój bazarowy grzebień i ustawiła się z boku, aby zrobić miejsce odpowiedzi.
— Wołałbym, — rzekł od niechcenia Farou, — aby Jane dodała do licznych swoich znajomości także znajomość grafologji.
— Mogę się nauczyć! — zawołała Jane. — Są podręczniki... Znam doskonałą książkę... Dlaczego?
— Zapewniano mnie, że grafolog, przywiązany do znaków pisma, do kresek i kółek i, nie potrafi czytać — to znaczy rozumieć — powierzonego mu tekstu.
Jane zaczerwieniła się gwałtownie.
— Czy to jest nagana?
— Żart.
— Który potraktuję poważnie.
Żółte oko Farou‘a zabłysło:
— Niech pani nie robi miny zapracowanej szwaczki, Jane, to mnie nie przejmuje.
Przygryzła wargę, powstrzymała dwie łzy, a Fanny zgromiła Farou‘a, jako żona, przyzwyczajona do takich wyskoków:
— Farou! Jesteś brutalny! Nie wstydzisz się? Wszystko to przez tego pijaka Branc-Ursine‘a! Słuchaj, Farou, czy on ciągle jeszcze wykrada listy z szuflady?
— A co ma robić innego?
Skrzywił się i potarł palcem swój miły nos.
— Nie obawiasz się, że to zanosi trochę kinem... lub melodramatem?
— Melodramatem! Widzicie ją!
I zadrwił z niej wyniośle.
— Tak, — upierała się Fanny. — Zapewniam cię.
Rozłożył wielkie ramiona:
— Cóżbyś ty więc zrobiła, gdybyś wiedziała, że w kasie jest szuflada, schowek, a w nim listy człowieka, który był kochankiem... Niech się pani porządnie wysapie, Jane, i niech pani przyjdzie powiedzieć nam swoje zdanie... Cobyś zrobiła, Fanny?
— Nic.
— Nic, — powiedział tym samym tonem głos Jane.
— Ach, moje biedne małe! Mówcie tak, ale...
— Nic, — rzekł stanowczo Jan Farou, który wrócił z wieczorem, uspokojony zmierzchem.
— Choroba! — mruknął Farou.
— Z chwilą, kiedy Jan jest zdania, że nie należy nic robić... Chodź tutaj trochę, psychologu... Nie jesteś teraz w humorze...
— To z gorąca, mamo.
— Faktem jest... Znam kogoś, — obwieścił Wielki Farou — kto będzie spał tej nocy na małej kanapie! To ja!
— Nie, to ja, — rzekła Fanny.
— A ja na terasie, — przelicytowała Jane.
— A ja nie, — rzekł Jan.
— Dlaczego, Janie?
— Jest pełnia księżyca, mamo. Koty i chłopcy biegają po nocy.
W wzrastającym zmierzchu wyglądał cały fosforyzujący z włosami, oczyma i lśniącemi zębami, i drżał jak źródło. Ojciec zmierzył go jednem spojrzeniem, pozbawionem ojcowskiej miłości i dumy.
— W twoim wieku... zaczął Farou.
— ...„zabiłem już i spłodziłem człowieka“ — zacytował malec.
Pochlebiony Farou uśmiechnął się.
— No! no!...
— A to pięknie, — zganiła go Jane.
— To tylko cytata, — rzekł powolnie Farou.
Pełne spojrzenie młodzieńca spoczęło na Farou, pełne spojrzenie, puste czy brzemienne w tajemnice, nieodgadnione.
Zagwizdał pociąg wieczorny i smutno trudził się po torze, okalającym najbliższy pagórek, nad wsią, już pokrytą błękitnym cieniem. Księżyc o wygasłej czerwieni opuścił widnokrąg i wspiął się na niebo.
— Dokąd pani idzie, Jane?
— Wielki inkwizytorze, odchodzę aż do dolnej terasy i wracam. Zjadłam zbyt obfite śniadanie.
— Trzy łyżki ryżu i garść porzeczek, — rzekła Fanny.
— Nie schodzisz, Fanny?
— Wspinać się potem z powrotem!.. — rzekła przerażona Fanny.
Biała suknia i piosenka angielska oddaliły się. Fanny podniosła ciężką rękę swego męża i położyła ją na swoich ramionach. Pozwalał robić wszystko ze sobą i leniwe jego palce dotykały tylko piersi Fanny. Pochyliła głowę i ucałowała rękę, kosmatą jak liście szałwi, bielszy i delikatniejszy jej przegub, zieloną żyłę. Rozbrojona i ufna ręka uległa tej niemal trwożliwej pieszczocie.
— Jaka ty jesteś miła, — odezwał się nad głową Fanny rozmarzony głos Farou‘a.
Trwożliwe usta przycisnęły do siebie silniej przegub, rękę męską, stworzoną do rękojeści pługa, motyki, ciężkiej broni, a władającą tylko piórem. Oparty o ramię swojej żony Farou stał z otwartemi oczyma i jakby spał.
„Może on śpi juź?“ pomyślała Fanny.
Nie miała odwagi rozerwać ich przyjacielskiego uścisku. Wdychiwała z bezwładnie spoczywającej ręki i z ramienia zdrowy zapach ciepłej skóry, wonnego alkoholu. Nie myślała: „Ten, który każe mi dźwigać ciężar swego ramienia, był i jest jeszcze moją wielką miłością“. Ale nie było ani jednej linji na dłoni, ani jednej okrągłej zmarszczki dokoła przywiędłego przegubu ręki, któreby nie obudzały w niej miłosnych wspomnień, gorączkę służenia, pewność należenia do jednego mężczyzny i tylko do niego.
Koci szelest rozchylił liście, lekkie ciało obsunęło się po pniu lipy.
„To Jan, — pomyślała Fanny, — Pilnuje na dole Jane“.
Chciała zaśmiać się i zwrócić uwagę Farou‘a, potem rozmyśliła się. Cień drzew przed księżycem rozświegotał żwir błękitem i niebo stało się po chwili niebem nocnem.
— W Bretanji nie mielibyśmy takiego gorąca, — westchnęła półgłosem Fanny.
Farou cofnął ramię i spostrzegł, że nie jest sam.
— W Bretanji? Dlaczego w Bretanji? Czy tu nie jest nam dobrze?
— Och, ty... ty jesteś jaszczurką, lubiącą piaski!
— Pracuje się tutaj nieźle... Chciałabyś stąd wyjechać?
— Och, nie, nie teraz... Powiedziałam to na rok przyszły... Nie wrócimy tutaj w roku przyszłym?
Dwa szerokie ramiona wzniosły się na znak niewiadomości.
— Jest tutaj wiele rzeczy uciążliwych... Jest za gorąco i za mało słońca... Chłopak ma złe pomieszczenie w swoim pokoju, który jest literalnie podzwrotnikowy. Trzeba mu zmienić miejsce.
— Ależ naturalnie.
— Jesteś zdumiewający!... Przecież niema innego pokoju dla niego.
— Niedorzeczność. Znajdzie się zawsze inny pokój.
— Tak... Pokój od wschodu.
— Od jakiego wschodu?
— Pokój, który zajmuje Jane.
— Jeśli zajmuje go Jane, nie jest wolny.
— Ale czy Jane będzie mieszkać z nami w roku przyszłym?
Farou zwrócił się ku swojej żonie z szczerością.
— Nic nie wiem. Skąd mam o tem wiedzieć? Poco o tem myśleć?
— Z powodu Jana...
— Co? On narzeka?
— Pst, Farou... On niema zwyczaju narzekać. Ale skoro to ma krępować Jane!
— Ach, tak?
Fanny ujrzała, jak brwi Farou‘a zmarszczyły się nad żółtemi oczyma, w których lśnił blask księżyca. Wiatr potoczył tuż przy ziemi kilka koron i spalone liście. Lekki krok naśladował szelest liści na źwirze i na końcu terasy ukazała się biała suknia Jane. Na przeciwległym krańcu Jan wylądował lekkim skokiem na ziemi, opuściwszy główną gałęź lipy.
— Moje dzieci, — zawołał Farou, — nie wiem czy odczuwacie podobnie jak ja, ale ja padam ze snu.
— To znaczy, że wszyscy powinniśmy pójść spać, — rzekł Jan.
— Otóż to właśnie, A pani, Jane, niech się uda do swego pokoju od wschodu.
— Ja mam pokój od wschodu?
Potrząsnęła głową, aby rozrzucić swoje włosy.
— Tak, Pyłku księżycowy! Pokój od wschodu, Chłodniejszy od innych. Doniosła mi o tem Fanny.
— Z jakiej racji? — zapytała mimowoli Jane. — Och, przepraszam! Jestem źle wychowana.
— Niekiedy, — potwierdził Farou. — Niech pani da łapkę. Dobrej nocy, Jane. Chłopcze, goń naprzód.
— Och, papo... Za kwandrans dziesiąta! W taki piękny czas! Czy to nie szkoda!
Znudzony kamerdyner wlókł się po willi, zapalając tu i tam biedną, czerwonawą elektryczność. Farou przeszedł hall, ziewnął wrzaskliwie na schodach, potrząsnął z roztargnieniem rękę syna i Jan Farou zaczął za zamkniętemi drzwiami swego podzwrotnikowego pokoju śledzić wszystkie ruchy Jane, zdradzane przez skrzypiące deski podłogi.
Przenikane wierzycielami, aktorami, przeciągami, i jednodniową służbą życie Fanny Farou toczyło się w Paryżu niemal spokojnie. Fanny zabierała spokój ze sobą razem ze swoim wełnianym pledem z miękkiej wełny o długich włosach, chwytających okruszki ciastek. Gestykulujący cień Farou‘a spadł na nią w czasie próby „Mieszkanie bez kobiety“, na której Fanny grała na fortepianie za kulisami w czasie aktu nocnej zabawy.
— Wyglądasz jak napół wyłuskany orzeszek wśród tych czarnych twoich wstążek, — powiedział jej Farou przy pierwszem spotkaniu.
Źle ubrana włóczyła owego dnia na jednym z swoich trzewików urwany kauczuk podwiązki.
— Jesteś biała jak kolorowa dziewczyna, chodź ze mną, — rozkazał jej w ośm dni potem.
— Ale... moi rodzice... Jestem... jestem panną, — wyznała przerażona Fanny.
— Och, co za nudna historja!... Tem gorzej, pobierzemy się, cóż chcesz!
Farouowie — troje, licząc małego Jana, uznanego za ślubne dziecko, — wegetowali w Paryżu. Potem sztuki Farou‘a, bogate w nieco ciężkie piękności, w brutalności, które uważał za zupełnie proste, powędrowały z Batignolles na bulwary, przyzwyczaiły się przekraczać setne przedstawienie, a postać i charakter intymnego Farou‘a dopomagały Farou-autorowi. Porto-Riche uznał go za „ordynarnego“, ponieważ był istotnie ordynarny wobec PortoRiche‘a. Odrzucił, jako upokarzającą pańszczyznę, współpracownictwo pewnego członka Akademji. Bataille potraktował z góry „genialną, niestrawną i rozbrajającą głupotę“ Farou‘a. „Flisak“ z sztuki w trzech aktach Flersa i Caillaveta podobny był do Farou‘a, który pozował niekiedy na włóczęgę, znajdę, wobec tych, którzy nie wiedzieli, że pewien ojciec Farou oddawna uczył historji dwunastoletnich uczniów w jakiemś nieznanem gimnazjum.
Gdy przyszła popularność, Farouowie żyli jak książęta i nie domyślali się tego. Jako książęta mieli wśród reporterów, redaktorów kroniki, publiczności i aktorów szklany dom. Ale najbardziej nieprzenikliwy jest lśniący szklany dom. Farou, przystrojony na wzór monarchy w głośne i krótkie przygody, nie przestał dla tej bagateli podobać się Fanny, W czasie martwych sezonów zadłużali się po książęcemu, ale nie przestali lubić, jak książęta, najskromniejszych przyjemności, Farou wpadał w zachwyt przed dymiącym półmiskiem i cenił często bezczynność. Za zamkniętemi drzwiami, bez surduta, zabawiał się ilustrowanemi czasopismami, a tymczasem Fanny, z jedną nogą obutą, a drugą nagą, z długiemi swojemi włosami spadającemi bezładnie wzdłuż policzków, pochylała swój miły pyszczek antylopy nad kartami i po dwadzieścia razy rozpoczynała pasjansa.
Młody towarzysz dzielił te zabawy. Jan Farou opierał na ramieniu Fanny chłopięce czoło, potem, nieco później, brodę młodzieńca i doradzał macosze:
— Źle rozłożyłaś trefle, mamo!
Dziecko, które uważano za miłe dla jego piękności i czułe dla jego błękitnych oczu, obdarzało Fanny roztargnioną czułością, ale stawało u jej boku za każdym razem, gdy odczuwało, że Fanny jest niezadowolona z Farou‘a albo zmartwiona. Fanny okazywała swojemu pasierbowi życzliwość raczej ogólną niż szczególną, uważając go za tajemniczą emanację Wielkiego Farou.
— Jesteś pewny, że nie posiadasz żadnej fotografji jego matki? — zapytała Fanny swego męża. — Chciałabym bardzo zobaczyć twarz tej kobiety...
Farou odpowiedział ruchem rozkładanych ramion, ruchem, pozwalającym ulatywać wszystkim wspomnieniom, żalom, odpowiedzialnościom:
— Nie mogę znaleść ani jednej!... Ale miłe stworzenie, tylko, biedaczka, niebardzo uczciwa...
— Inteligentna?
Złociste, błędne oko Farou‘a spoczęło ze zdumieniem na żonie.
— Wiesz, że mało ją znałem...
„Wierzę w to“, pomyślała Fanny. „Czy on powie o mnie to samo, jeśli kiedyś“...
Nie odważyła się przekroczyć tego „jeśli kiedyś“ czarodziejską fanfaronadę, bo nie mogła wyobrazić sobie życia bez Farou‘a, bez jego obecności, jego szeptu odprawienia mszy, sposobu zamykania drzwi kopnięciem nogi dla ukarania opornego trzeciego aktu, głodu kobiet, cichych godzin, w czasie których szeptała mu do ucha czułe pochwały dzikuski:
— Jesteś miły.., jesteś miły jak szałwia.., miły jak paznokieć... Jesteś miły jak leżący jeleń...
Traktował ją tak dalece jako swoją ulubienicę, że nie odmawiała mu prawa, wspólnego wszystkim rządzącym despotom, zasiania kilku bękartów.
— Piękny Farou! Zły Farou! Nieznośny Farou!
Głośno lub w duszy określała go bez komentarzy, jak wierna, której wystarcza litanja. W pierwszych latach starała się obsługiwać swego pana zarówno w dzień jak w nocy. Ale niecierpiliwy Farou zniechęcił ją w jej gorliwości początkującej sekretarki, Pozostała więc na stanowisku miłośnicy, fatalistki, skłonnej do dzieciństwa, smakoszostwa i dobroci, leniwej jak te, które brzemię ciężkiego przywiązania czyni znużonemi już w środku dnia.
Od czasu, gdy na zwycięskie „no, co ty na to?“ Farou‘a, w głębi loży parterowej w komedji Francuskiej, Fanny rzuciła odpowiedź (kończyła się próba generalna „Atalanty“): „Scena między Pieratem a Klarą Cellerier jest bezwarunkowo za długa. Gdybyś wprowadził w środku kogoś, ktoby wniósł kawę lub depeszę, scena zaokrągliłaby się lepiej i to odświeżyłoby publiczność“, Farou nie zapytywał jej nigdy więcej o zdanie, które mimo to zawsze wypowiadała, Jeśli Farou, rozgoryczony na krytykę, rzucał żonie jakieś „Masz tobie!“, obciążone żółtem i cięźkiem jak złoto spojrzeniem, Fanny dawała w tym wypadku dowód niesłychanej wolności ducha i wysłowienia. Wynurzała się, nalegała, wznosząc swoje wielkie brwi z wyrazem rezygnacji i beztroski.
— Mnie jest wszystko jedno, zrobisz jak zechcesz. Jednak nie zmusisz mnie, publiczność, abym uważała za naturalne to, że kobieta chce się zabić dla takiej błahostki...
— Błahostka? — wykrzykiwał Farou. — Zdrada? I to zdrada z rozmysłem, taka dokładna, jak ta! Błahostka! To niesłychane!
Fanny wznosiła nos, spoglądała na Farou‘a z pod rzęs z wyjątkową bezczelnością:
— Nie jest to może błahostka. Ale chcesz, abym ci powiedziała, czem jest czyn Djonizego? Odruchem mężczyzny, niczem innem. Odruchem mężczyzny!
Odsuwał ją od dyskusji, cokolwiek zrobiła, niekiedy z dyplomacją, której używał tylko w tym wypadku. Najczęściej przerywał rozmowę nagłym okrzykiem:
— Boże, moja spinka do kołnierzyka! A list do Coolusa? Gdzie jest list do Coolusa? W mojem wczorajszem ubraniu? Więc nie wypróżnia się moich kieszeń? Nie?
Uganiając, gubiąc pantofel, siejąc szyldkretowe widełki, przytrzymujące niemodne jej włosy, Fanny zmieniła kolor, spojrzenie, mowę i dwanaście lat małżeństwa nie wyleczyło jej z tej osobliwej czci, w której talent i słowa Farou’a odgrywały mniejszą rolę, niżby sądził. Skora do wzruszeń ustatkowała się dostatecznie, aby się przyzwyczaić do niepewności. Między Farou‘a a wierzycieli wkładała swoją cierpliwość, pozbawioną pomysłowości, szlachetność nieposzlakowanej urzędniczki. Ale przekroczywszy „zaliczkę u Blocha“ i cesję praw do kina, nie sięgała poza sprzedaż samochodu, futra lub zastaw pierścionka.
— To ciekawe, jak pani jest mało nowoczesna! Niech się pani wydobędzie raz z kłopotów, do kroćset! — radziła jej Klara Cellerier z Komedji Francuskiej.
Ta wielka aktorka średniej wartości, bardzo znana, bez żadnych szans do sławy, potrząsała z litości złocistemi, krótko uciętemi włosami, wciśniętemi w małe kapelusze, Klara Cellerier, szczupła w młodych, czarnych sukniach, ubrana śmiało, nie zdradzała niczem swoich sześćdziesięciu ośmiu lat, chyba wyrażeniem „Do kroćset!“, pewną wojskową pustotą i skłonnością do mówienia o jakimś mężczyźnie: „To jest piękny kawaler.“
— Niema takiego, którymby pogardziła, — zapewniała Berta Bovy.
Klara traktowała Fanny jak młodą krewną z prowincji, z wielką dobrocią teatralną, wyrażeniami „Chodźmy, dziewczynko!“ receptami na piękność i adresami partackich krawczyń, Ale Fanny ubierała się źle z roztrzepania i przechowywała suknie przez dwa lata, chociaż widziano u niej niekiedy futra. Miała wydrę z „Atalanty“, błękitne lisy z „Skradzionych winogron“, które sprzedała w chwili, gdy „Zamiana“ padła z wielkim hałasem, aby ukarać Farou‘a, że wmieszał do wojny historję kochanków, niepamiętających o wojnie.
Fanny zapamiętała ten ciężki zwrot: żadnych pieniędzy, albo bardzo mało, mały Farou chory na zapalenie błony śluzowej, pokojówka uciekła z obawy przed zakażeniem, W tej właśnie chwili policja schwytała w kancelarji Farou‘a kamerdynera i oskarżyła go o obrazę moralności. Tymczasem Farou, odsunąwszy się od świata, męczył się nad czwartym aktem swojej nowej sztuki i biadał, waląc pięściami w stół i drzwi, że jego stenotypistka, pani Delvaille, odważyła się urodzić dziecko przed wyjściem na świat czwartego jego aktu.
— Wszystko się na nas uwzięło! — krzyczał z daleka, za zamkniętemi drzwiami.
— Masz słuszność, — beczała cicho Fanny, wstając z nieprześcielanego łóżka, z matowemi włosami, i wyciskając cytrynę dla gorączkującego małego Farou‘a.
Pewnego rana o szpitalnem świetle, wśród pokładów kurzu, dywanów z zagiętemi rogami, łupin cytryny, wlekących się pantofli, woni źle regulowanego piecyka i wody kolońskiej na wilgotnych kompresach, Fanny, obudziwszy się na kanapie, na której wyciągały się w nocy ochrypłe wołania: „Mamo... jest mi gorąco... chcę pić“, uczuła, jak wzbiera w niej gniew zwierząt, bliskich śmierci i kobiet, mających piękną brodę.
„Mam dość tego. Gospodyni spóźnia się, nie mamy pieniędzy, aby zapłacić sobie pielęgniarkę. Farou uważa to za rzecz zupełnie naturalną i myśli tylko o swoim trzecim akcie,.. Idę zbudzić go i powiedzieć, co o tem myślę, oddać mu jego bębna i oświadczyć, mu, że teraz kolej na niego, aby...“
Ale mały Farou wyjęczał imię „Mamy“ i Fanny usłuchała, jakby po raz pierwszy, tego dziecka, które nawet w gorączce wzywało pomocy kobiety obcej... Zaczęła znów grzać wodę, płókać miednicę, wyciskać cytryny i mlec kawę.
Tego samego rana zadzwoniła powabna młoda kobieta, poprosiła „mistrza“ i oświadczyła mu, że pani Delvaille, która „urodziła szczęśliwie tęgiego chłopaka, ważącego ośm funtów“, nie może absolutnie objąć swoich obowiązków przed upływem trzech miesięcy. Ofiarowała swoje tymczasowe usługi milczącemu i dzikiemu Farou‘owi, który przyjął je skinieniem głowy. W ciągu następnych dni panna Jane Aubaret z zachęcającą życzliwością jadła śniadanie z Farouami na rogu stołu, prześcielała łóżko chorego chłopca, dopingowała Fanny przy pomocy żółtek jaj bitych z winem. Powoli Jane pokazała to, co umiała zrobić. Wspomagała ją Fanny, która nabrała ochoty. Obie były równe czterem służącym, jedna bowiem pilnowała z pod oka drugą. Z podobnego sposobu czyszczenia żółtego obuwia, wymywania miednicy bez uciekania się do pomocy mineralnego mydła, bicia jaj w puharku i niecenia ognia w piecu bez brudzenia palców, wywnioskowały w milczeniu, że są dobremi robotnicami, urodzonemi wśród drobnej burżuazji francuskiej, upartemi pracownicami, nie zważającemi na swój trud ani na mozół swego potomstwa. W świecie biednej burżuazji, dumnej i pełnej skrupułów, wpaja się jeszcze w dziewczęta, że przed godziną nauki, łóżka powinny być odwrócone i posłane, rower wyczyszczony, wełniane pończochy i rękawiczki namydlone w miednicy.
Taka współpraca była owocna. Młody kamerdyner, zakochany w teatrze, zajął miejsce satyra, wróciła pokojówka, zapach sera z kartoflami i eukanstyki tworzył ostre i świeże kadzidło, a mały Farou miał 37 stopni gorączki, Porwany tem Wielki Farou śmiał się do brunetki Fanny i blondynki Jane, — do swego rozciągniętego syna, przeźroczystego jak skorupa, wydobył z mielizny swój trzeci akt, dostał się do teatru „Vaudeville“ pod samym nosem Pierre Wolffa, podjął „tęgą zaliczkę“ u Blocha i zgromił przyjaźnie Fanny:
— Fanny, radzę ci, idź i wybierz sobie futro. Nie zwlekaj długo, Fanny! Ogarnęła go pieszczotliwie błyszczącem spojrzeniem pięknych oczu, musnęła Farou‘a ustami i słodkiemi, sklepionemi nozdrzami i uważała się za uszczęśliwioną; nierozsądna, zapłaciła lekarza.
— Nie zapomnij, — rzekł nieco później Farou, — o podarunku dla Jane, ponieważ nie jest już potrzebna. Naturalnie zegarek na rękę.
Ale ani Farou ani Fanny nie mogli przewidzieć, że w chwili pożegnania Jane padnie im w ramiona z płaczem, z bezładnemi prośbami w których dorozumieli się szczerego zmartwienia i żalu z powodu rozstania się z „mistrzem“, obawy przed niebezpieczną samotnością i potrzebę poświęcenia się takiej przyjaciółce jak Fanny... Fanny zalała się łzami, nyktalopiczne oczy Farou‘a rozbłysły zwilżone, a Jane oświadczyła nagle, że skromny majątek uwalnia ją od najbardziej przykrej alternatywy: konieczności życia na koszt swoich nowych przyjaciół lub przyjmowania od nich pensji.
Burżuazyjna cyganerja, podobnie jak druga cyganerja, daje się oślepić bezinteresownej przyjaźni. Farouowie, znalazłszy się sam na sam, wychwalali zalety Jane i chełpili się przyjemnością, że ją odkryli i wynaleźli.
— Ta dziewczyna jest doskonała, — mówił Farou, — wprost doskonała!
— Nie wiem, czy jest „doskonała“, — odpowiedziała Fanny, — ale warta jest więcej od twoich komplementów w stylu „świadectw“. Wyobraź sobie, że to ona skroiła i uszyła mi tę suknię z lamy, abym mogła skończyć plisowaną spódnicę z czarnego „marocain“.
— Piękny sposób rehabilitowania tego, co ja obniżam, i używania jej do robót krawieckich!... Zresztą — dodał Farou ze wzrokiem pełnym lwiej łagodności — Jane podobna jest do tych wytwornych osób, które idą szyć u bogatych z odrazy do zetknięcia się z biednymi...
Fanny zaśmiała się mimowoli:
— Niechaj mnie Bóg uchowa od tych pochlebnych rzeczy, które mógłbyś powiedzieć o mnie, Farou!
Utraciwszy powaby nowej krewnej, nieznanej niańki, niewidzianej przyjaciółki, Jane nie zrzekała się żadnej z swoich zasług. Znosiła humory Farou‘a, objawy jego wesołości, niekiedy bardziej raniące niż szały wściekłości, pisała szybko na maszynie, telefonowała, Zapamiętywała numery telefoniczne teatrów, nazwiska generalnych sekretarzy, pochlebiała „tym damom“ z biur sprzedaży biletów teatralnych. Nazywała Quinsona „znakomitym przyjacielem“ i powiedziała, bez żadnych pozorów zdumienia nieład finansowy pary małżeńskiej, przyzwyczajonej do obywania się bez rzeczy koniecznych i domagającej się chciwie tylko rzeczy zbędnych.
Blondynka — jeśli delikatny kolor popielaty, kolor srebrnej topoli, jest kolorem blond — dopuszczona do wanny Farouów, Jane poznała skandaliczne uświęcenie, które dłużna jej była publiczność uprawnionych.
— Z kim śpi ta piękna popielata dziewczyna? Sądzę, że z brunetką Fanny?
— Ależ nie, mój drogi, z tym kozłem Farou, który zaszczyca ją tytułem sekretarki i narzuca ją swojej żonie...
Farou, zapytany bez ogródek przez Klarę Cellerier, załatwił się z tem jednem słowem:
— Niech pani nie natęża swojej wyobraźni, miła przyjaciółko. Szanuję, podobnie jak pani, klasyków. Między Jane — która jest moją córką naturalną — a mną chodzi poprostu o niewinny stosunek kazirodczy!
— Gdzie jest Jane? — zapytywała co chwila Fanny, przyzwyczajona spotykać wszędzie, gdzie spojrzała, miłą i ruchliwą młodą kobietę.
Obecność Jane mogła uchodzić za zbytek Fanny. Siedm lat starszeństwa upoważniało Fanny do pewnej swobody, Jane do uprzejmości damy do towarzystwa lub skrzętnej siostrzenicy. Farou, wróciwszy do domu, witał się z Jane jak z meblem. Ale napierał na jej nieobecność:
— Gdzie jest Jane?
— Zdaje mi się, że w swoim pokoju, — odpowiadała Fanny. Wróciła od Perugji.
— Ona kupuje teraz trzewiki u Perugji? O, do djaska!
— A dlaczego nie miałaby kupować sobie trzewików u Perugji, skoro ma ochotę? Ponieważ ma nogę trochę mniejszą od mojej, a ja lubię próżnować, Jane zabiera z sobą wełnianą pończochę i próbuje dla mnie trzewiki... Chcesz, abym ją zawołała?
— Nie, poco?
— Pytałeś się o nią w tej chwili...
— Tak?... Chciałem ją poprosić o szklankę wody mineralnej...
— Na to jest kamerdyner. Niebawem każesz Jane prać swoje chusteczki.
— No, a ty?
Zamienili śmiech zrozumienia i wzajemnego wyrzutu, „Gdzie jest Jane?“, zapytywał z ściągniętemi ustami i lękliwemi oczyma mały Farou, który zatrzymywał się jakby przed rozpiętą liną, przed pustem krzesłem Jane, A uszczypliwa Fanny odpowiadała mu czasem głośno, zanim coś jeszcze powiedział.
W lipcu Farouowie opuszczali Paryż i udawali się na wywczasy letnie, do miejscowości, wybranej z ogłoszeń „Życia na wsi“ lub poleconej przez Klarę Cellerier.
Farou potrzebował odosobnienia w czasie tygodni kapryśnej pracy, bez metody i miary, pewności, że nie spotka tych, jak nazywał, „pysków“. Poza Paryżem ukrywał z trudnością niezdatność do przyswojenia sobie wspaniałych dóbr: morza, słońca, lasu. Zwierzał się Fanny z swoim niepokojem, z dumną lękliwością przed pospólstwem.
— Mówią, że Pau jest bardzo piękne, — poddawała Fanny, — Czy wiesz, że nie znam Dinard? Nie uważasz, że to śmieszne, nie znać Dinard w moim wieku?
— Nie uważałbym tego za śmieszne — mruknął Farou — gdybym musiał trzy razy dziennie oglądać gębę tego Maxa Maureya!
— Cóż on ci zrobił? Czy nie był dla ciebie uprzejmy?
— Ależ tak?
— A więc co?
— To niema jedno z drugiem nic wspólnego, moja mała... Nie rozumiesz. Moureya bawi ubieranie się w lecie trzy razy dziennie. Mnie nie. Chcę raz na zawsze spędzać moje lata sam, bez bucików i kołnierzyka.
Zadowalniał swoją władzę wodza szajki cygańskiej w czasie organizowania odjazdów. Zmienna służba towarzyszyła Farouom, którzy odjeżdżali, zaopatrzeni w dwa nowe kufry i dwadzieścia źle związanych tobołków, do lekko spleśniałych willij, do ponuro umeblowanych zamków, do domków o cieńkich murach, do miejsc opuszczonych przez nowoczesną turystykę, ale w których Klara Cellerier zaznała niegdyś przelotnych rozkoszy. Maszyna do pisania, ostatnie nowości powieściowe, rękopisy Farou‘a, słownik, kufry i pled Fanny szukały miejsca, a Jana Farou puszczono w pole.
„Co się stanie z Jane bez nas i z nami bez Jane?“, zapytywała siebie bezradna Fanny, gdy lipiec zagrażał przyjacielskim miodowym miesiącom.
Ale uspokoiła się, gdy usłyszała Farou‘a:
— Jane, weźmie pani ze sobą „pierwszy“ i „drugi i wszystkie zapiski „trzeciego“. Maszynę do pisania da pani kamerdynerowi, który zaniesie ją do pociągu.
„Załatwione“, westchnęła Fanny.
Była znów przyjaźnie usposobiona dla teraźniejszości i gnieździła się jeszcze raz wśród okien, trzcinowych foteli, nowej książki, kapy angora, pudła z cukierkami i skórzanej poduszki. Pewnego dnia musiała jedna zrobić miejsce przeszłości Jane.
— Powinna pani wiedzieć o mnie wszystko, Fanny! — zaczęła Jane nieco uroczyście.
— Dlaczego? — zapytała Fanny, u której grzeczność ustępowała przed przyzwoitością.
— Ależ, Fanny, umarłabym ze wstydu, gdybym ukrywała przed panią... Po przyjęciu, jakie mnie tutaj zgotowano! Musi pani wiedzieć, kim jestem, zarówno z dobrej jak złej strony, aby mnie pani osą? dziła...
Po tym wstępie oko Fanny, czarno-błękitne jak u pełnokrwistych klaczy, umykało, czepiało się z lękiem chmury, lampy, przechodnia na ulicy, unikało Jane i jej czułego spojrzenia, Jane i jej lotnej fryzury, Jane i jej prostej sukni, tak prostej, że nie można jej było nie zauważyć.
„Dlaczego, myślała w duchu Fanny, nudzę się już jak na przeróbce sztuki amerykańskiej? I poco cały ten protokół drzewa genealogicznego, posiadłości ziemskich, w ognisku rodzinnem, gdzie nikt nie bada nikogo? Czy to potrzebne? Czy to stosowne?“
Już Jane opowiadała, że jako córka bez posagu profesora rysunków — „może pani zobaczyć dzieła mego ojca w liceum Dugnay — Trouin, między innemi pierwszorzędny szkic węglem „Osły w żłóbku” — wodziła, popychała i obijała w ogródku Saint-Mandé, wśród ogołoconych z kwiatów bzów i wawrzynów w skrzynkach, duszę dziką, gotową na wszystko, szaloną, duszę biednej młodej dziewczyny, bez żadnego zawodu.
Jane nie mówiła o tem przed Farouem. Czekała, aż koniec posiłku zagna go do pracy lub próżniactwa. Czekała również, zostawszy sam na sam z Fanny, aż ta opuści książkę na kolana lub obudzi się świeża („Co nowego, Jane“?) po drzemce popołudniowej.
Ponieważ Jane nie rozpoczynała od początku, Fanny nie wiedziała właściwie nigdy, czy Meyrowicz, niezwykłej piękności Polak, zresztą komunista, odebrał Jane Davidsonowi, czy też otrzymał ją z wolnych, niebezpiecznych rąk samego Davidsona, kompozytora angielskiego.
„Czy oni mają tylko jednego w Anglji?“ myślała Fanny.
Znała przynajmniej dokładnie Antoniego de Quémeré, pierwsze nieszczęście Jane.
— Kiedy czekałam na ojca przy końcu małej terasy, — opowiadała Jane, — czekałam na niego tak długo przed umówioną godziną, o tak pochylona, że dostałam bolesnego kurczu tutaj, w okolicy żołądka. Dostałam przytem zawrotu głowy, nie mając na co patrzeć... Trzymałam w ręce kwiat i wywijałam nim... Dziewczęta są demonami, pani wie o tem...
„Nie, nie wiem“, odpowiedziała w duchu Fanny.
— „...i w najgorszych chwilach myślałam: „Skoro przejdzie jakiś mężczyzna, opuszczę kwiat“... Opuściłam w końcu kwiat, który spadł między uszy konia... ale na koniu siedział jeździec.
„Brawo!“ zawołała w duchu Fanny. „Jakie piękne zakończenie dla pierwszego aktu! Gdybym tak zaproponowała Farou‘owi?“
Ale natychmiast skrzywiła się.
„Dlaczego to podobne jest także do sztuki angielskiej?... Meyrowicz bił przynajmniej Jane. Tak ona twierdzi, pokazała mi także miejsce, w którem ten wstrętny sadysta poparzył ją... Nieszczęścia Jane wywierają na mnie takie wrażenie, nawet mniejsze, jak „Złamana Lilja“ w kinie...“
— Farou, — powiedziała raz do swego męża, — wytłómacz mi, dlaczego, gdy kobieta niezamężna mówi o kochankach, których miała, nazywa ich zwyczajnie swojemi „nieszczęściami“? A dlaczego ci sami mężczyźni nazywają się „szczęściem nr. 1“ i szczęściem nr. 2“ i t. d., gdy kobieta jest zamężna?
— Daj mi pokój, — odparł gruby rozmarzony głos. — I nie nudź mnie.
— Farou, będę myślała, że nic a nic nie wiesz. Czy możesz jednak zrozumieć, dlaczego Jane mówi z pogardą i przekleństwem o mężczyznach, którzy z nią spali?
Farou jakby się zamyślił.
— Ależ oczywiście, rozumiem. To jest naturalne.
— O!
— To jest zaszczytna pozostałość wstydu samicy. Skrucha. Dążenie do lepszego.
— Farou, jesteś komiczny!
Ogarnął ją surowem spojrzeniem swoich żółtych oczu, jak gdyby Fanny była jego trzodą albo ogrodem warzywnym, otoczonym murami.
— To ty nie rozumiesz. Jesteś bardzo niezłożony. Jesteś potworem. A zresztą kochasz, co cię pozbawia wszelkiego sprytu.
Objęła go rękami za szyję i potarła o niego swój biały nosek.
— Ty mnie trzymasz w garści, — rzekł Farou, odsuwając ją od siebie. — Jesteś logiczna i mocna jak trzeci akt. Pozwól mi pracować. Przyszlij mi Jane, szklankę oranżady, winogrona, lekkie rzeczy...
— Sympatyczny drugi akcik... ten z łóżkiem? — poddała mu złośliwie Fanny.
— Spokój, Fanny! Nie masz dowcipu! Nie masz dowcipu! Jesteś jedyną pospolitą kobietą, jaką znam. Pilnuj swoich spraw!
Pogłaskał ciężką, łagodną ręką czarne włosy swojej żony, a ona zapytała go cicho, bez zuchwałości, czy ją kocha:
— Nie wiem, moja droga...
— Jakto?
— Nie, nie zauważyłem nigdy, że cię kocham. Ale gdybym przestał cię kochać, zauważę to natychmiast. I byłbym bardzo szczęśliwy...
Zmierzyła go od stóp do głów z wyrachowaną natarczywością, ponieważ wiedziała, że błagalne spojrzenie ukazywało wiele białka dokoła czarnych jej źrenic:
— Och,... bardzo nieszczęśliwy?... Ty możesz być bardzo nieszczęśliwy?...
— Spodziewam się, że nie, — rzekł trochę lękliwie. — Nigdy nim nie byłem... I ty również nie?
Wzruszyła ramionami na znak, że nie wie, potrząsnęła głową.
— Nie... Nie...
„Nie, powtórzyła w duchu. Nieprzyjemności, kupa nieprzyjemności... Masz miłostki poza mojemi plecami. Masz wstrętny charakter Farou‘a — a ja czuję się niepotrzebna... Ale to wszystko nic nie znaczy... Nie... Nie...
— Piękny Farou... Niedobry Farou... Farou bez manier...
Nuciła wzruszona półgłosem, aby nie słyszał, że nitka jej głosu drżała jak fontanna pod wiatrem...
„Bardzo nieszczęśliwy... Czy on może być bardzo nieszczęśliwy? Albo smutny? W każdym razie nie jest zły. Ale nikt jeszcze nie miał sposobności powiedzieć ani usłyszeć, że jest dobry. Ani zresztą wesoły. Że nie wygląda na człowieka teatru! Kocha jednak teatr... Nie, nie kocha teatru, lubi pisać sztuki. Dlaczego jestem taka, że upodabniam jego zawód i sztukę do kapryśnej pracy kobiety? Nie, nie zupełnie do pracy kobiety, ale do łatwego zawodu. Ale gdyby to był zawód łatwy, niezliczona ilość innych zdobyłaby w nim powodzenie. Jeśli Farou zdobył powodzenie, to dlatego, że ma duży talent. Czy ma duży talent?“
Doszedłszy do szczytowego punktu swoich domysłów Fanny doznała takiego samego nieprzyjemnego uczucia, jak naprzykład wtedy, gdy wyobrażała sobie zbyt plastycznie wyścigi byków, krwotok, upadek. Wyrwała się z jakiejś przyciągającej próżni, która ją wabiła, i wybuchała zwyczajnemi nawoływaniami:
— Gdzie jesteś, Jane?... Jane! Zgubiłam moją kredkę od ust!... Jane! Gdzie jest błękitny flakon? Niosę kwiaty z dołu!
Nikt jej nie odpowiedział. Ziewnęła, zmęczona zbyt wczesnem obudzeniem się tego rana. Przechyliwszy się przez ceglany parapet podziwiała wzgórek, potem ścieżkę na równinie i drogę, wysadzaną młodemi płatkami:
„No, to wszystko! Ależ odbyłam drogę! Będą zdumieni.“
Powietrze pachło jeszcze zmierzchem rannym. Wiatr z północnego wschodu orzeźniał cały kraj, zbierając i rzucając na wzgórek, na którym stała „Villa Dean“, woń żywicy i macierzanki z małego łańcucha porosłych trawą gór, i przykry zapach garbnika z niskiej dębiny.
„Ten dom, to pustynia! Gdzie oni wszyscy są?“
Słaby dźwięk naczynia stołowego rozległ się w kuchni, wychodzącej na przeciwległą, zazielenioną i jakby gąbczastą stronę willi. Wśród żółtego żelaza, pustych i strasznych mebli, Fanny poczuła się nagle sama i opuszczona w tym nieznanym i nielubianym kraju... Rzuciła na stół wielki i przywiędły już bukiet różowych konopi i dzwonków.
— Farou! — krzyknęła.
— Jestem obecny za niego! — odpowiedział Farou tak blisko, że drgnęła.
— Jesteś tutaj? Jakto, jesteś tutaj?
— Co się stało? Czy owce wlazły znowu w owies?
Wiedział, że „Farou“, to nazwa, nadawana psom owczarskim i lubił się tem zabawiać.
Zagrodził sobą drzwi holu, stojąc w nich ubrany w jasne ubranie, zaniedbany i schludny, z odkrytą głową, z sękatą laską w ręce. Zaczął się śmiać, ponieważ Fanny otworzyła ze zdumienia usta w całej długości, jak ryba. Rozgniewała się:
— Dlaczego śmiejesz się? Po pierwsze, nie byłeś w holu, ponieważ wzięłam właśnie stamtąd wielki czerwony dzbanek! Byłeś na przechadzce... Nie, nie byłeś, ponieważ wracam z łąki. Którędy byś przyszedł? Nie jesteś szpilką ani duchem! Słyszysz, Farou? A powtóre masz szeroki nos. Nie zauważyłam nigdy, że masz nos tak szeroki! Dlaczego stroisz sobie ze mnie żarty? Dlaczego nic nie mówisz?
Śmiał się, pokazując rozrzedzone zęby, zęby wybrańca szczęścia. Fanny zniżyła ton z powodu tych ust podwojonych krwistą czerwienią i przysposobiła swoją twarz wypielęgnowanej służącej.
— Skończyłaś? — zapytał Farou.
— Naturalnie, skończyłam. Nie jesteś więcej wart!
Przyglądała się pięknej pogodzie w źrenicach Farou‘a i zaczęła półgłosem jedną z „Litanij Farou‘owskich“, których słowa i muzykę skomponowała niegdyś w czasach złagodzonej miłości:
— Kolor starego bursztynu... kolor złoty w gniewie... kolor płonącego topazu... kolor cukru jęczmiennego zakonnic Moreta...
Niepokój przemknął się przez oczy, które opiewała i zmęczone powieki Farou‘a zatrzepotały.
— Ach, Farou... — westchnęła pochlebiona Fanny...
Ale opanowała się natychmiast i pohamowała swoją przyjemność z niezręczną i konwencjonalną wstydliwością, Farou, idąc za wzrokiem Fanny, ujrzał swego syna, przebranego i upiększonego, w błękitnym fartuchu, związanym silnie w pasie. Uciekł się do swego tradycyjnego żartu:
— Baczność! Szpicle!
— Ach, macie go! — zawołała Fanny. — Skąd ty przychodzisz, vergissmeinnicht? Skąd przychodzisz zimorodku? Gdzie jest Jane?
— Nie wiem, — odparł grzecznie Jan Farou.
— Chyba nie przychodzisz tak ubrany ze wsi?
— Wielu z świata mechaników chodzi w takiem ubraniu, — rzekł Jan tym samym tonem.
Spokojny, wydawał się drgać z niecierpliwej nieruchomości, błękitne jego ubranie z niebieskiego płótna rozjątrzało błękit jego oczu, a wiatr unosił nad jego czołem płomień złocistych włosów.
— Przyznaj, że robi się z niego bardzo piękny chłopak, — szepnęła cichutko Fanny swojemu mężowi.
— Bardzo, — potwierdził krótko Farou. — Ale co za sposób ubierania się!...
— Słuchajże! Niema ani grosza. Czekam do ostatniej chwili aby uzupełnić garderobę małego. Doprawdy, wiesz, zostanie przy końcu wakacyj bez koszuli?
— Nie czekaj, Fanny. Ta szelma „Atalanta“ wreszcie sprzedana. Spraw mu jedwabne kalesony — ale z umiarkowaniem.
Podał jej czek i list, którego nie mogła przeczytać.
— Angielski?
— Amerykański, madame. Pięćdziesiąt.
— Tysięcy?...
— Yes. To samo kroi się za „Skradzione winogrona“.
— Janie! Chodź tutaj, Janie!
— Słyszałem, — rzekł z daleka mały Farou. — Brawo, papo! Dziękuję, papo!
— To dzisiaj rano, mój Farou? Kiedy byłam na łące? Błogosławiona niech będzie ręka, która mnie obdarza!
Cała rozgorączkowana od zadowolenia podniosła czarny kosmyk z prawego oka i nachyliła się, aby ucałować szybko silną rękę, trzymającą jeszcze czeki i list z Ameryki. Spostrzegła na suchych palcach fioletowe i tłuste odciski i wydała dziecinny okrzyk:
— Ach, byłeś u Jane, kazałeś sobie przełożyć list! Oto atrament maszynowy, który ona ma w swoim pokoju! Złapany!
— Nieinaczej! — rzekł Farou, oglądając poplamione ręce. — Nieinaczej! Do licha! Co za oko!
— Wsadzisz je do twojej następnej sztuki! Ofiarowuję je dla twojego Branc-Ursine‘a!
Parskała śmiechem i smagała Wielkiego Farou‘a długą łodygą różowego konopia. Wierciła się dokoła niego, nieco zadyszana, ruchliwa i okrągła. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy spotkała się ze wzrokiem małego Farou‘a, wzrokiem surowym, pełnym pogardliwej czystości.
„Jane ma słuszność, pomyślała obrażona. Ten mały staje się niemożliwy...“
— Jane! — zawołała przejmującym głosem. — Ja—a—ne!
— Czego ty chcesz od niej jeszcze? — burknął Farou.
— Aby poszła ze mną do wsi! Podpisz swój czek, Farou, udam się do małej filji Kinga... Przyniesiemy dobrego cukrowanego szampana od kupca korzennego, ciepły placek, no, splądrujemy poprostu sklep... Ja—a—ne!
Jane zjawiła się z rękami na uszach. Miała na sobie różową płócienną suknię, skurczoną od prania, ale miłą przy jej szaro-brunatnej cerze, włosach jaśniejszych przy czole. Usiłowała wetknąć jakieś słowo między krzyki Fanny.
— Jaka ty jesteś... Jaka ty jesteś czuła na pieniądze, Fanny!.. Jaka... Usłyszy cię rzeźnik...
— Kpię sobie z niego! — zapiszczała Fanny, — Cisnę mu te jego tysiąc ośmset franków, O tak, prosto w twarz! Janie, pobiegnij do garażu i powiedz Fraisierowi, aby wyprowadził wóz... Ach, moje dzieci, jak to miło! Wielki Farou, jesteś asem! Jane, na co masz ochotę?
— Ja? Na nic... Na nic...
— Słyszysz, Farou? Zmuś ją, Farou, zmuś ją, aby coś chciała!
Obróciła się jednym skokiem, aby go wziąć za świadka. Daleki od tej tryskającej radości pochylił kędzierzawą głowę o długich brunatnych lokach, przetkanych bielą, i jakby słuchał milszego głosu i patrzał w spokojniejszą twarz.
— Co? — zapytała Fanny słabym głosem.
Farou podniósł wzrok, powracający z daleka.
— Idźcie, idźcie! A wracajcie prędko! Mam już specjalny apetyt...
Zdjęły wielkie kapelusze z białej słomki i żółtego płótna i pobiegły na stromą ścieżkę. Fanny ciągnęła za rękę Jane, która poddawała ramię, stawała się miękka, gibka, aby nie ciężyć i nie opierać się, podatna, nieco nieobecna. Farou patrzał, jak chodziły i zachował na twarzy tę łagodność, wyrażającą u niego najdzikszą niewinność. Czuł zbliżanie się swego syna i zmienił spojrzenie.
— Nie idziesz z niemi?
— Nie, papo.
I dodał:
— Jeśli ty pozwolisz.
Słowa wypowiedziane były powolnie i padły zbyt późno, aby Farou mógł je pojąć jako zamaskowane zuchwalstwo. Podniósł oczy ku synowi, który siedział bokiem na murze i bawił się okrągłemi kamyczkami żwiru i chciał przemówić do niego szorstko, jak do kobiety. Powstrzymał się, przyjrzawszy się lepiej obcemu człowiekowi, pochodzącemu od niego, ledwie dojrzałemu, a którego postać, pozycja, nachylona beztroskliwie nad próżnią, były wyłącznie męskie, wyposażone w ten nadmiar męskości, który wydobywa się często z słabego ciała i triumfuje swoim urokiem. Farou pohamował swoją zawziętość i przekroczył ją rozsądnie.
— Co będziesz robił?
Jan Farou zapomniał się.
— No... będę czekał na nie. Nie poszły na długo.
Farou wyjął z trudem rękę z kieszeni, aby zaprzeczyć i rzekł zmienionym gruntownie tonem:
— Nie... Myślę: co będziesz robił?
Ach!... Tak...
Spróbował, jak broni, pokornej prośby:
— Pozwolisz mi... wyjechać... oddalić się? Znajdziesz coś dla mnie, naprzykład u twoich przyjaciół Secrestatów, w Argentynie...
Farou zwrócił głowę ku stromej ścieżce, po której przed chwilą toczyły się żółta i różowa suknia jak dwie związane i wirujące korony i piękna jego twarz dojrzałego człowieka złagodniała.
— To zależy, — odparł bez porywu. Zależy to naturalnie od warunków, w jakich będę mógł... będziemy mogli urządzić i zapewnić tobie daleki pobyt...
Jan chwycił się tej połowicznej zgody.
— Rozumie się! Zresztą nic nie nagli... Jeśli pozwolisz, po powrocie do Paryża spotkam się z Secrestatami we Francji, Jest kwestja mojej służby wojskowej, ale do tego czasu przebędę prawie trzy lata w południowej Ameryce i zapoznam się z życiem handlowem.
Natężał młody głos, przesadzał w zwięzłości i szybkości słów, aby uwidocznić pewną zwiotczałość, która przytłumiła i osłabiła słowa ojca. Każdy z nich, patrząc na drugiego, nienawidził odmiennego typu ludzkiego. Farou zranił się o syna błękitno-metalicznego, naszywanego złotem, gwałtownego, twardo rżniętego, o tajemniczych załamaniach światła, gdy Jan Farou czerwienił się, dotykając ociężałej miękkości Wielkiego Farou, zmiennego, kapryśnego i pozbawionego zmysłu przyszłości, jak to bywa u kobiet rozpustnych.
Farou przymusił się z łatwością do milczenia, ale mniej łatwo do gestu, który podniósł ciężką jego rękę aż na ramię syna.
— Możemy zejść trochę na ich spotkanie, — rzekł.
„Nie... Nie..“ protestował w duchu Jan Farou, buntując się pod muskularnem brzmieniem. „Nie... Nie...“
Mimo to zniósł ciężar ramienia z zawiłą boleścią. Trochę włochate palce, które wisiały koło jego policzka, ich zapach brunatnej skóry, tytoniu, perfumy, rozjątrzały dumne serce chłopaka, dręczyły je pragnieniem płakania i całowania tej zwieszającej się ręki....
Powstrzymał się, ponieważ zrozumiał już z goryczą, że co wolno dziecku, to nie powinno przekraczać wieku dzieciństwa. Przystosował swój krok do kruku Farou‘a i usuwał się, ilekroć ścieżka była za wąska, aby iść w jednym rzędzie.
„Niemożliwy, to powiedziane za mocno. Byłam zdenerwowana tym czekiem. Przesadziłam wówczas znacznie. Jest to biedny, bezczynny chłopak, którym nikt z nas nie zajmuje się jak należy... Nie jest wcale niemożliwy. Jest nawet miły...“
— Janie, słyszysz? — rzekła głośno Fanny. — Jesteś bardzo miły.
Zwrócił ku niej żywo głowę, uśmiechnął się i skinął jej głową jak natrętowi i znowu wpadł w czynną nieruchomość.
— Janie, nie dasz do roboty czterech... nie, tylko trzy ubrania u Brennana, Mówię trzy, bo lepiej mieć trzy ubrania i narzutkę niż,,. Podejm mi nożyczki, Janie Farou, a będziesz kochany!
Skoczył i padł na nożyczki jak piłka, podał je Fanny i drugim skokiem wrócił na swoje krzesło.
— Więc nie jesteś mego zdania, że lepsza będzie narzutka? Nie pochlebiam ci, ale wiesz, tym razem Klara Cellerier powie o tobie: „Piękny kawaler!“ Nieźle ją naśladuję, co?... Hej, Janie Farou! Co ty oglądasz? No, co ty oglądasz?
— Brązową gąsienicę. — rzekł Jan.
Kłamał. Spojrzenie jego, o płonącym błękicie, utkwiło ślepo w żółtym poroście na murze. Zamieniony cały w słuch słuchał, z braku słów rozpraszanych przez wiatr, tonacji dwu głosów, rozmawiających na pierwszej terasie, o piętnaście stóp niżej. Fanny, która szyła na zwyczajnem miejscu, na progu holu, nie mogła nawet dosłyszeć szeptu głosów. Jan mierzył odległość — dwa, trzy kroki — oddzielającą go od ceglanej poręczy i grubość skrzypiącego żwiru. Wyliczył również, że stary ślaz, spoczywający okrakiem na poręczy na końcu terasy, pozwalał głowie, ukrytej w listowiu, przechylić się niewidzialnie ku dolnej terasie. Naprężenie uwagi i obliczanie wychudziły jego brunatną i różową twarz, centkowaną piegami na policzkach. Usta miał zamknięte i nie mrugnął nawet okiem. Wkońcu odetchnął, jakby do skoku i zawołał głośno, tonem dziecinnym:
— Potrzymam ci motek, mamo, ale to będzie cię kosztowało jeszcze jedną krawatkę!
Potem puścił się ku ślazowi, wsunął bezszelestnie pod listowie głowę i ramiona i wystawił ponad mur tylko czoło i oczy.
Fanny patrzyła na niego zdumiona, z igłą w ręce. Z szeroko rozwartemi oczyma i odchylonemi ustami objawiała swoje zdumienie z tą naiwnością, która bawiła Farou‘a.
Po chwili wstała, a Jan, słysząc ją, nakazał jej ruchem odrzuconych wtył ramion, aby zachowywała się cicho. Wobec tego wetknęła energicznie igłę w płótno, które wyszywała, postąpiła naprzód drobnemi, cichemi krokami i stanęła koło swego pasierba pod listowiem ślazu.
Farou, stojąc na dole, rozmawiał z Jane. Chmura, która napływała od strony zachodu słońca, o nienaturalnej i kwaśnej czerwieni, zabarwiła w nieokreślony sposób wolne, białe jego ubranie. Siedząc na murze po damsku prowadził djalog krótkiemi zdaniami i patrzał na wysuszoną dolinę, Ruchem ręki odrzucił wtył swoje długie włosy i szepnął „Fuu“ znużonym tonem, Fanny pomyślała, że chciał powiedzieć: „Co za przeklęty upał!“ albo „Nie pozbędę się tego czwartego aktu!“ Wydał się jej zwyczajny, zmęczony, piękny i miły, Jane, w różowej sukni, trzymała w ręce kartki maszynowego pisma. Zbliżyła się do Farou’a, podała mu jedną kartkę, którą odsunął od siebie ze śmiechem, protestując zapewne: „Ach, nie, dosyć!“ Ale Jane nalegała i Farou, który wstał, odepchnął ją ruchem ramienia, tak poufałym a zarazem pozbawionym względów, że Fanny poznała ten ruch, ruch flisaka, którym posługiwał się Farou, aby odrzucać krawatkę, grzebień i pieszczotę, proponowane przez zakochaną i małżeńską rękę... Ku wielkiemu jej zdumieniu Jane nie okazała żadnego gniewu i ze śmiechem oparła się o drabinę, wspartą o ścianę. Śmiała się wesoło i podniosła ręce, potrząsając palcami w powietrzu... Dźwięk jej głosu dotarł aż do górnej terasy, a w okrzyku „Ho, ho, ho, co za brednie!“, Fanny poznała intonację, nieprzypominającą głos Jane:
„Naśladuje mnie, słowo daję...“
Zwróciła się do młodego chłopca, śledzącego koło niej. Aby zapewnić sobie nieruchomość, ściskał on obiema rękami krawędź muru i okazywał swoją siłę woli, zdolność szpiegowania, milczenia i zrozumienia, Nie wydawał się ani zdumiony, ani zmartwiony, tylko ogarnął Fanny rozkazującem spojrzeniem, nakazującem milczenie, godność postawy, jeśli nie postępowania...
Na dole Farou przyjął z niechęcią wesołość Jane, która przestała się śmiać i skupiła na twarzy wyraz najszczerszej i najswobodniejszej brutalności... Zerwała gałązkę, którą gryzła, rzuciła ją Farou‘owi w nos i z nieco teatralną powolnością odeszła ku schodom.
— Prędko, prędko, na miejsce! — rozkazał spiesznie Jan Farou, szepnąwszy do ucha Fanny.
Twarde palce chłopca pchnęły Fanny aż na szezlong, Kiedy Farou zjawił się pierwszy w górze schodów Fanny siedziała i trzymała nitkę motka grubego, czerwonego sznureczka, który gmatwał siedzący u jej nóg Jan Farou, bawiąc się jak kot.
— Wzruszający obrazek rodzinny, — zadrwił Farou.
Żółte jego oko było jasne i surowe.
„Jest w złym humorze“, pomyślała Fanny.
Drgnęła i z trudem oderwała się od swego rytualnego spokoju, zawstydzona, że pozostawiła pod listowiem ślazu swoją twarz i zdenerwowanie kobiety szpiegującej, Jan Farou, siedzący u jej stóp z rękami w motowidle, zaczął śpiewać ostrym głosem, „On przesadza“, pomyślała Fanny, i chciała z oburzeniem zrobić mu wyrzut: „Jak ośmielasz się...“ Ale dziecko rzuciło jej czujne spojrzenie: „Nie skończyliśmy jeszcze“, więc zamilkła.
— Fanny, — rzekł znowu łagodnym głosem Wielki Farou, — to głupie, co powiedziałem. Nie zwracaj na to uwagi.
Pohamowała lekkiem skrzywieniem ust płacz, który zwilżyłby jedynie piękne, wypukłe jej oczy i czuła przerażenie, że odczuwała dla Farou‘a tylko podziw i wdzięczność, chęć usprawiedliwienia się i wyznań...
— Nie, nie, — zaprotestowała, wbrew klęczącemu chłopcu, który nie spuszczał z niej wzroku.
Ale z kolei zjawiła się na terasie Jane i zmieszanie Fanny ustąpiło miejsca uwadze, nakazującej spokój wewnętrzny. Odzyskała gibkość ruchów i mowy i ucieszyła się w duchu.
— Ach, jesteś wreszcie! — zawołała.
— Co się stało? — zapytała Jane. — Czekałaś na mnie? Nie byłam daleko.
— Tak... tak... — rzekła lekko Fanny, potrząsając głową i czarnym lokiem.
Spojrzała na Jane z ciekawością:
„I ona także?... Z Farou‘em? Co? Od kiedy?... Czyżby to była prawda?... Nie cierpię. To taka bagatela!... To prawda, że przyzwyczaiłam się... Ta piękna Vivica, która tańczyła w trzecim akcie „Skradzionych: winogron”... A ostatnio mała Asselin...
Ale przypomniała sobie pewną bladość Jane, jej roztargnione i smutne usposobienie, jej gwałtowne łzy. Kiedyż to wszystko było?
„Ach, tak, w dniu, w którym czytałam jej list, z którego wydawało się, że Farou „poświęcił się” dla małej Asselin...”
Jane usiadła, otworzyła książkę, porzuconą na stoliczku z ozdobnego żelaza, udała, że czyta, potem podniosła głowę ku szaremu niebu, zapowiadającemu deszcz:
— Moje dzieci, jak szybko zbliża się koniec lata! Janie, bądź tak uprzejmy i daj mi moje okrycie bez rękawów, które zostawiłam... hm... zostawiłam...
— Wiem, — rzekł Jan, który puścił młotek i pobiegł.
Uważająca na rozmowę Fanny, przepełniona nowemi wstrząsami, słuchała Jane z osłupieniem.
„Aleź to moja książka, którą ona czyta!... To mój pasierb, któremu wydaje zlecenia, to w moim domu...“
Czuła, jak krew uderza jej lekko, potem coraz szybciej, za uszami i ściska gardło, i przypomniała sobie czasy, gdy była gwałtowna i zazdrosna. Utkwiła niespokojnie wzrok w twarzy Farou’a.
„Czy nie stanie się coś? Czy nie powinno coś się stać?“
Ale Farou marzył, oparty brzuchem o ceglany mur, wielki, ociężały, prosty, zamyślony. Zwrócił nieco głowę ku Jane:
— Dobra ta książka?
— Taka sobie, — odparła, nie ruszając się.
Jan Farou przyniósł okrycie bez rękawów, położył je na ramionach Jane, jak gdyby bał się poparzeć i znikł. Hałas otwieranych kredensów i poruszanych chochli oznajmił godzinę obiadu. Nikt nic nie mówił i Fanny wypadało wołać o pomoc, błagać aby błąd i nieświadomość spadły na nią, albo też wściekłość, krzyki, coś w rodzaju walki... Farou ziewnął i oznajmił: „Idę umyć ręce“, a Jane, która wstała nagle, przybrała swoją minę młodziutkiej dziewczyny:
— Och! A winne brzoskwinie, które są w lodowni! Będą za zimne!
Pospieszyła i w przechodzie ogarnęła Fanny lekkim pocałunkiem, złożonym na ślepo, pocałunkiem, który Fanny przyjęła bez odrazy i przykrości.
Spała mało, nie poruszała się wcale. Świt ukazał jej Farou‘a, spoczywającego w największem z dwóch łóżek. Zmęczona, badała go szczegółowo i nie myślała już o nim, ani o sobie samej. Zauważyła, że miał istotnie szeroki nos, a zatem jedno oko odsunięte od drugiego. „Mówią, że to oznaka pamięci“. Jeden świeży powiew wystarczył, aby ją przejąć dreszczem i już wyciągnęła z pod kołdry piękną nogę, zamierzając pójść i schronić się w drugiem łóżku, około wielkiego ciała, nieruchomego, nieczułego i gorącego. Powstrzymała swój odruchowy rozpęd, cofnęła nogę i położyła się z powrotem.
„Jestem śmieszna. Pomyślałby kto naprawdę, że Farou zdradza mnie po raz pierwszy. Ile on miał już kochanek, od czasu gdy mnie poznał! Ile on ich już miał!“
Wyliczała je cicho i była obojętna, niemal ubawiona wymienianiem ich. Niewyraźny odgłos kroków na podłodze, stłumiony kaszel kobiecy ostrzegły ją, że ktoś czuwa lub obudził się o świcie.
„To ona. Jestem pewna, że to ona. I ona nie śpi. Czeka na dzień, czeka... Jest to dziewczyna, która powinna zresztą czekać cudownie, mimo swoich lekkich wybuchów. Na co ona czeka? Jesteśmy mimo to dziewczyną rozsądną. Wiemy doskonale, że Farou...
Ale uległa w tej samej chwili spokojnemu wstrząsowi, który przestawił krótki okres czasu i pozwolił jej przeżyć sierpniowe popołudnie, wypoczynek z ciężkiem trawieniem, sen pełen burzy i oczekiwań, wśród którego Jane płakała skrycie. Po śnie rzeczywistość, podobna do snu, ukazała jej Jane stojącą i płaczącą, ukrywającą łzę. Jedna łza, jedna jedyna, chwycona i zgaszona palcami jak żar... Wśród tylu łez gniewu lub rozkoszy, jedyna łza, której ciężaru perły pragnęłaby Fanny nie znać przez całe życie, jedyna łza, która mogła stworzyć Fanny zupełnie nową, odmłodzoną, żywą, pośród jasnej i swobodnej atmosfery nieszczęścia.
Wstała powoli, zwinna i pełna przezorności, jak gdyby się poruszała wśród ciemności. Śpiący Farou westchnął, obrócił się, uformowawszy na sobie całą kołdrę jak wielki fałd fali. Złośliwość publiczna i niedbałaść samego Farou‘a zmuszała dwadzieścia razy Fanny, aby sobie wyobrazić to ciało mężczyzny, walczące dla przyjemności, poskramiające delikatne ciało kobiece... Niejeden fałd jej pamięci ukrywał wspomnienia gorzkich łez, nocy bezsennych, listów zabranych a potem zwróconych tajemnie Farou‘owi. Imiona, nieznane pisma, dające się zmazać, rysunki... Ciszy następowały szybko, mogła je obliczyć i robiła przyjemną minę, czekając na nie.
„Nie znam niczego bardziej godnego podziwu nad dumną pobłażliwość Fanny Farou dla swego wstrętnego męża!“ wykrzykiwała Klara Cellerier piskliwym młodym głosem starej damy.
„Nie jest wcale trudno być dumną a nawet pobłażliwą, skoro rządzi się samemu czemś, nawet zdradą... Od kiedy to nie jestem już sama, aby cierpieć w moim domu z powodu Farou‘a?“
Zebrała jednym ruchem ramiona sznur czarnych włosów, które wydawały się jej natrętne:
„Och! te włosy! trzy cięcia nożyczek...“
Zazdrościła krótkim włosom, jak srebro, miód, żyto, które wiatr rozwiewał na czole Jane.
„Ho, ta blondyna musi się tam nudzić na górze! Płacze tak łatwo. Muszę ją krępować...“
Uczuła, że się rumieni, przytknęła zaciśniętą pięść do zębów i rzuciła wściekłe spojrzenie na śpiącego mężczyznę, któremu nie zakłucał snu szary poranek, zwolna nasiąkający różowem światłem. Leżąc na grzbiecie, odchylił okrągło usta, a cała jego twarz wyrażała poważną naiwność. Pogardliwa wesołość ogarnęła Fanny:
„Moźnaby przysiąc, że zacznie śpiewać!“
Badała szczegółowo szeroki nos Farou‘a, płaską przestrzeń, zmarszczoną pionowym fałdem, rozdzielającym brwi, proste i krótkie rzęsy. Dół twarzy zaczynał się starzeć, obwisły, ale lica, wzmocnione zagadkowem szczęściem, szyja okrągła jak drzewo, splątane gniazdo włosów, pogodna pospolitość, przypominały mitologję i fauna. Fanny odwróciła się od otwartych ust:
„Czuć go menażerją, na czczo, jak wszystkich...“
Szeroka ręka Farou‘a, z odwróconą dłonią, wyciągnęła się przy końcu ramienia o wiciowatych żyłach, otwarła się ku Fanny jak hołd zaufania, i ze zdumieniem musiała rozpłynąć się w czułości nad tym szponiastym kwiatem.
„Ach, teraz muszę uważać na wszystko... Muszę się wziąść w karby, rozmyślać, decydować...“
Udała się cichym krokiem ku łazience, napięta uwagą, głucho zaślepiona swoją świeżą żałobą.
— Słuchaj, Janie, nie leż tutaj!... Janie, wstań... Co się stało? Jeśli nie jesteś chory, nie pozwalani ani na chwilę, aby się w taki sposób opuszczać! Janie! Upadłeś?... Upadłeś?
Fanny nie miała odwagi potrząsnąć nim, ale była oburzona, że przytomne dziecko leżało na nasypie drogi, jasne i spoczywające jak zabite koźlę. Długie jego ciało jechało na grzbiecie zbocza ze zwieszonemi włosami i nogami. Dziwny kolor, pokrywający zielenią jego twarz, zdradzał bladość pod półksiężycowemi wypiekami piegów. Błękitne i wilgotne spojrzenie wzniosło się aż do Fanny.
— Upadłem... — szepnął. — Tak mamo, upadłem.
Podniosła miękką rękę, która nie uścisnęła jej ręki.
— Gdzie cię boli?
— Nigdzie, dziękuję.
Zamknął oczy i oddychał długo. Niepewna Fanny, która szukała na nim śladów upadku i krwi, nabrała mimowoli podejrzenia co do bezwładności, osłabienia a nawet bladości tego dziecka, przesiąkniętego tajemnicami.
— Zabawiłaś bardzo długo w mieście, mamo...
Mówił z zamkniętemi oczami, głosem obojętnym.
— Dobryś sobie... Tak długo, dopóki nie zakupiłam wszystkiego... Skąd wiesz jednak, że zabawiłam długo?...
Powtóre czekałam, aż poczta zostanie rozdzielona... Nie mogłam wiedzieć, że znajdę cię na tej drodze jak skoszony kwiat... A zresztą są nowiny! Gdybyś wiedział, co jest w tej depeszy, którą niosę dla Farou‘a... Ach, widzę, że cię to ocuciło...
Jan usiadł swobodnie. Ale pod jego powiekami pozostała jakby fioletowa mgła.
— Depesza z Wodewilu... Nie rób miny, jak gbybyś ją znał przed Farou‘em... „Drogi mistrzu, proszę wracać natychmiast, trzeba bezwłocznie rozpocząć próby z „Niemożliwej niewinności“...
— Boże, jak ja nie lubię tego tytułu, — wybełkotał Jan.
— ...„próby. Pełen głębokiego podziwu. Silvestre.“
— Jest „drogi mistrzu“ i „pełen głębokiego podziwu“? Ho, ho, ho!...
— Dlaczego? To jest poprawnie.
— Bardzo poprawnie, A pierwsza tura „nowości“, przyrzeczona kontraktem Trickowi i Bavoletowi?
— Oni nie są gotowi!
— Nie są gotowi? Jak gdyby ci dwaj byli całym zespołem...
Wracał do sił i snuł przypuszczenia ostrym tonem.
„Wszyscy są zawsze lepiej poinformowani ode mnie”, pomyślała Fanny.
— A zatem? Wyjeżdżamy? — zapytał po chwili milczenia mały Farou.
— Tak... Nie mówmy o wyjeździe, oto Fraisier... Niech Fraisier zaniesie na górę moje paczki... Jeśli pan nie pracuje, niech Fraisier poprosi go, aby zeszedł do mnie. Jeśli pracuje, niech Fraisier nie wchodzi do niego.
— Nie pracuje, — szepnął Jan za plecami szofera.
— Co ty mówisz?
Fanny rzuciła na swego pasierba tak brutalne spojrzenie, że spuścił oczy i wstał, jak gdyby chciał uniknąć uderzenia. Zmierzyła go wzrokiem, bladego, zawstydzonego, świeżo zniesławionego ofiarowaną kompetencją...
— Jeśli nie pracuje, zejdzie. Odpocznę na schodach, Wiesz, że on nie lubi chorych, Jeśli czujesz się lepiej, idź umyj się i uszykuj. Nie chcę, aby cię widział w takim stanie!
Chłopiec usłuchał i wspiął się na ścieżkę. Walczył z zadyszaniem, które mu pozostało z omdlenia. Unosił z sobą we włosach piasek i grudki czarnoziemu, jak młody nieboszczyk, przywrócony ziemi.
Fanny stała się dla niego pobłażliwa dopiero wówczas, gdy znikł.
„To biedny chłopak. W jego wieku można tak szybko zostać łotrem, bohaterem lub desperatem...“
Była dumna, że go osądziła i usiadła na drewnianej ławce stromej ścieżki. Niebo, jeszcze nieoczyszczonego po rannym deszczu, otwierało się nad zachodzącem słońcem. Rozpostarte chmury i góry błyszczały tym samym purpurowym fioletem, fioletem miejscowości Franche-Comté, rywalem lewkonij i powojników. Farou zeszedł. Fanny nie odwróciła głowy.
— Co się stało, Fanny? Nie jesteś cierpiąca?... Nie pracowałem, — dodał. — Niewiele już brakuje do końca... Są rzeczy, których nie należy pisać, kończą się same, ot tak, pisane w powietrzu, śpiewane w pociągu, wynajdywane równocześnie z sytuacjami...
Kreślił na niebie i Fanny rozpoznała w żółtych oczach, w uspokojonych rysach Farou‘a, nawet w zdrowym i rozkosznym zapachu ciała pochylonego nad nią, całkowity urok, który przesycał Farou‘a po miłości. Zacięła się i nie wybuchła płaczem.
— Trzeba jednak odpisać im jak najprędzej, Farou, Masz...
Przeczytał depeszę, wyrżał dwa mściwe i pełne zadowolenia „Och, och!“, potem zmarszczył brwi:
— Nie mam Karola Boyera, więc... Bernstein nie puści go...
— Ale Bernstein jest taki miły...
— To niema z tem nic wspólnego. Miły... Miły... Też sposób wyrażania się o Bernsteinie, jak gdyby był gilem albo kotkiem! Miły!... Jane! — krzyknął, podniósłszy głowę.
— Czego chcesz od Jane?
— Chcę, naturalnie, abyśmy wracali do Paryża... Depesza do Blanchara... Depesza do Marsana... Ach, i ten przeklęty mały Carette... do roli barmana... Adres jego jest u Quinsona...
Wichrzył włosy pełnemi chwytami ręki i zmiękł nagle:
— Znowu zacznie się ta obława na wykonawców ról... Trzydzieści nazwisk. W rezultacie: nikt... Jane! Co ona tam robi, gdy jest potrzebna?... Znowu się czesze, albo smaży konfitury w różowym fartuszku... Anioł domowy... Dobry duch „Vacuum cleaner“... Jane!
Promieniował naturalną dzikością i niewdzięcznością. Fanny słuchała go milcząca i po raz pierwszy zawstydzona. Żółte oko spoczęło na niej.
— Cóż, Fanny? Nie domyślasz się, że to nasz cały rok, a może i następne, które się rozgrywają tam, moje dzieci?... Trick i Bavolet ustąpili... Słowo daję, jest Bóg na niebie! Rusz się, dziewczyno! Czy można jeszcze złapać nocny pociąg? Jane!
— Nie zechcesz jednak, Wielki Farou, abyśmy wsiadali do pociągu o godzinie trzeciej rano? Pociąg bez miękkich siedzeń, zapełniony Szwajcarami... Prawda, Fanny?
Nadbiegła Jane, prędko, ale bez pospiechu.
— Ściśle biorąc, mógłby pan pojechać sam...
Wybuchnął naiwnie:
— Sam? Od kiedy to podróżuję sam, skoro to nie jest potrzebne? A tam, w Paryżu, zamknięty dom, gaz, który trzeba otworzyć, i wszystkie tajemnice... Zresztą, róbcie jak chcecie... Ach, te kobiety! Jestem po tem wszystkiem całkiem głupi!...
Stracił cierpliwość, jak zawsze gdy ustępował i udał się z powrotem do domu z jaskrawym gestem, gardzącym obiema kobietami.
— Zostaw go w spokoju — rzekła półgłosem Jane. — Zarezerwuję miejsca w jutrzejszym dziennym pociągu. Jutro wieczorem o ósmej będziemy w domu, a od dziewiątej do północy będzie rozmawiał z Silvestrem. Cóźby robił w Paryżu z jutrzejszem popołudniem? Trzeba zawsze gotować mu szczęście wbrew jego woli, on jest jak inni... Na każdy sposób nie dostanie Ywonny de Bray... Ach, przydałaby mu się Ywonna de Bray...
Zaśmiała się podrażniona.
— Jeszcze trochę, Fanny, a bylibyśmy mieli przez ciebie odjazd w nocy... „Tak, mój drogi“... Fanny, proszę o Fraisiera, aby zaniósł depesze... Zaraz je napiszę na maszynie. Każda z nas musi spakować jeden kufer, i kufer Farou‘a... Jeśli można zająć Jana, poszlę go na dworzec... Nie, pójdę szybciej od niego... Bieliźniarka spóźniła się z bielizną. Fraisier odbierze ją, gdy będę na poczcie...
Pohamowała się i przybrała roztropnie łobuzerski ton:
— Fanny, chcę, abyś miała wspaniałą suknię na próbę generalną! Przygotowanie do walki... Popatrz, jak moje nozdrza drżą!
Obojętna Fanny pochyliła się nad doliną, na której wykwitały po deszczu pierwsze krokusy. Czerwone wrzosy skupiały krótki i koszący promień.
— To ciekawe, — rzekła wkońcu, — wydawało mi się, że nienawidzę tego kraju... Teraz, kiedy wiem, że nie wrócimy do niego, wydaje mi się przykuwający...
Pragnęła energji i skrytości, ale znajdowała w sobie tylko poniżającą łagodność.
— Nie żałuj go, Fanny. Będziesz miała piękniejsze. Nie należy słuchać Farou‘a w roku przyszłym... W roku przyszłym...
Oparta o Fanny zniżyła ton z zawziętością, która nie wydawała się udaną. Fanny odczuwała w głosie Jane dźwięk sprzymierzeńczy, niechęć, wymierzoną tylko przeciw Farou‘owi. Przyjęła i oparła się o ofiarowane jej ramię, ramię kręte, zwężone w przygubie jak szyja węża, wycięte w przegięciu łokcia, łagodne, zwinne, usłużne:
„Te ramiona są zbyt usłużne... Ale gdybym musiała odczuwać wstręt do wszystkich kobiet, które były z Farouem na „ty“, ściskałabym odtąd tylko ręce mężczyzn...“
Odzyskała odwagę, pozbywszy się swoich skrupułów, i zadowoliła swoją dumę, zwróciwszy się do Jane nieco wyniośle:
— Bądź tak uprzejma, Jane, i znajdź mi inwentarz mebli „Willi Dean“... Ojciec Dean jest taki dokuczliwy...
Jane pomagała jej w trudnych miejscach przy wspinaniu się na górę i odpowiedziała „Tak, tak“, wpatrzona w drzwi pracowni, z której dolatywał wszczęty przez Farou’a głośny hałas zamykanych w przelocie szuflad, stołu skrobiącego podłogę i minorowa skarga obwinionej o coś służącej.
Wieczór i połowa nocy minęły hałaśliwie. O jedenastej godzinie przyszła Farou‘owi do głowy fantazja, aby przerobić jedną scenę czwartego aktu i dyktować ją w hallu. Jego głos, odbijający się od nagich ścian, jego surowa mina natchnionego szaleńca, jego przechadzanie się wystukiwanemi w skrzypiącą podłogę krokami, nabożna łagodność stenografującej Jane, wygnały Fanny aż na terasę. Wilgotna i nieruchoma noc rozpostarła wśród wieczoru zapach róż, przejmującą woń wanilji.
Przed otwartemi drzwiami wirowały sówki jak szary śnieg, a Jan Farou strącał największe potężnemi uderzeniami kapelusza. Skakał niekiedy pionowo jak kot i uwaga Fanny biegła od tego uroczego tańca dziecinnego do improwizowanej, poważnej i trudnej pracy. Nakłaniała siebie do lenistwa i odwracała głowę, ilekroć twarz Farou‘a, przesuwająca się przez prostokąt światła, spoczywającego na terasie, przypominała jej obowiązek cierpienia.
„Jeszcze jedna sztuka Farou‘a... Niepewna manna... Co ja będę robiła w Paryżu? Czy ta historja między nim a Jane, to zniszczenie wszystkiego, czy też to choroba, która przejdzie jak przyszła, zanim się spostrzegę...“
Gorący policzek dotknął zwieszonej jej ręki. Jan Farou usiadł koło niej bezszelestnie na ziemi.
— Czego chcesz? — szepnęła zirytowana.
— Nic, — odpowiedziały niewidzialne usta.
— Cierpisz?
— Naturalnie, — wyznał z dyskrecją cień.
— Dobrze ci tak.
— Czy ja się skarżę?
— Jesteś małym złoczyńcą.
— Ach, mamo, nie jesteś solidarna...
Wilgotny policzek przyciskał jej rękę.
— Nie, — szepnęła dumna Fanny.
Szukała w sobie poomacku jakiegoś stałego punktu, jakiegoś małego stwardnienia osamotnionej siły i odpychała od siebie zarówno skargę jak spisek.
— Co to za głupstwa, no, no...
Potrząśnięcie głową rozburzyło jej włosy, które ześlizgnęły się po jej grzbiecie, chłodne jak żmija.
— Masz szczęście, mamo, — westchnął cień.
Rozgrzebała nogą źwir.
— Nie chodzi o moje szczęście! Nie chodzi o mnie! Nie wmówisz we mnie, że chodzi o mnie! Masz szesnaście lat i pół, jesteś zakochany, nieszczęśliwy, wszystko jest w porządku! Pozbędź się tego!
— Pozbędź się tego! Pozbędź się tego! Sądzisz, mamo, że to rozsądna rada?...
Szeptali z niezwykłą gwałtownością i roztropnością, zabezpieczeni przeciw własnemu uniesieniu nieustannem przechadzaniem się Farou‘a, który przestępował chwilami próg hallu, wyrzucając w noc swoje: „Hm... Hm... Opamiętaj się, mój Didier... Hm... „Bądź tym, którym byłeś przed tym wstrętnym dniem.. Nie, to idjotyczne... Stań się znów tym dzielnym człowiekiem, który miał odwagę powiedzieć mi wczoraj...“
Dyktując, nie zajmował się Jane i kroczył aż do Fanny, jak gdyby chciał ją zmiażdżyć, nie widząc jej. Nie lubiła tych rzadkich ataków pracy publicznej, którą porównywała z pewnego rodzaju ekshibicjonizmem.
— „Opamiętaj się, mój dobry Didier, błagam cię! To nie mówisz ty, ale to ona, która przez twoje usta... Hm... Błagam cię o to... Ach, dosyć tego! Jane, dlaczego pozwala mi pani dyktować to?
— Co, to?
— To „Błagam cię“ i „Opamiętaj się“. I czy przemawiała pani kiedyś do kogoś: „Mój dobry Didier“? Co prawda, uważam, że pani jest zdolna do tego... Niech pani powie: „Mój dobry Farou?“
Fanny i Jan, którzy słuchali uważnie, usłyszeli słaby, zdławiony i nieszczęśliwy śmiech Jane.
— Niema pani najmniejszej ochoty powiedzieć do mnie: „Mój dobry Farou“, co?
— Najmniejszej...
— „Didier, błagam cię o to... Nie zapominajmy, że Wodewil jest pewnego rodzaju teatrem dzielnicowym... „Błagam cię o to, opamiętaj się...“ O trzy na dwunastą są wszyscy bardzo wrażliwi na widowni... „Stań się takim, jakim byłeś wczoraj“... i t. d. i t. d. Ciąg dalszy jak w rękopisie. Dobrej nocy! Fanny, idę! — krzyknął Farou.
Jane uporządkowała za nim papiery, równając je do brzegu, i otrzepała z kurzu maszynę do pisania. Była blada i obojętna jak zmęczona urzędniczka, i Fanny nie dostrzegła w niej żadnego śladu tajemnego triumfu, ani nawet zalotnego wyglądu...
„Czy ja będę myślała wciąż tylko o niej?“ pomyślała z lękiem Fanny.
W tej samej chwili lękliwy wzrok Fanny spotkał się z jej niewidzialnym wzrokiem i wstała, zostawiając Jana Farou‘a zwiniętego we wstydliwą kupkę.
— Idziesz na górę, Fanny?
— Och, tak... Mam już dosyć jutrzejszego dnia... I te twarze paryskie, które się znów zobaczy... Farou zatrzymał ciebie do późna.
— To moje zajęcie. Nie do uwierzenia, jak się dręczy tem małem zakończeniem sceny... Jest to już prawie dziecinne...
Broniła go, oskarżając i to niechętnie. Wsunęła ramię pod ramię Fanny.
— Fanny, dlaczego nie bierzesz mnie nigdy pod ramię, tylko ja ciebie? Jestem zmęczona, Fanny...
— Jest czem!... Ileż to zatrudnień miałaś od tego rana!
„Zatrudnienie pokojówki — wyliczała Fanny — posłańca, sekretarza, zarządcy domu, a w dodatku pół godziny miłości (jestem hojna!)... Doprawdy! Pojmuję doskonale, jakie są ciężary jej położenia, ale jakie są korzyści?...“
Czuła, że jest trochę ordynarna i cała rozbawiona, Ale optymizm jej osłabł, gdy leżąc niedaleko Farou‘a śpiącego z łagodnem chrapaniem, podobnem do świszczącego sagana na wodę, miała przed sobą błękitnawy ekran okna bez firanek. Puste poprzedniego dnia, kształtu złotej i ciemno czerwonej rozety w chwili, gdy oko między niesfornemi powiekami wznosi się powoli ku mózgowym światom czarów, okno nocne przystroiło się w pełzającego węża obrazów, którym Fanny przyglądała się nieruchoma, spoczywająca na sianokosach czarnych włosów i kołysana nadzieją chorej:
„To tylko to? To tylko to?...“
W chwili wyjazdu była mniej wesoła, ale wszyscy byli przyzwyczajeni do oziębłej niezręczności Fanny, powolnej przy wejściach dworcowych, nieco skrępowanej na stopniach samochodów. Kiedy nadszedł czas oddać strażnikom klucze Willi Dean i wsiąść do samochodu, Fanny jakby się obudziła, zawiązała pod uchem końce szala, zasadziła aż do nasady nosa futrzany beret, który zniekształcał gruby jej kok. Przechadzała się niepewnym krokiem po terasie, dotykała klamki zamkniętych drzwi.
— Nie, Fanny, nie, nie zapomniałaś niczego, — zawołała do niej Jane.
„Chciałabym, myślała Fanny, rozpocząć na nowo lato, uzbrojona w to, co wiem. Widziałabym dom, kraj i siebie samą inaczej. Już te puste krzesła nie posiadają tego samego kształtu. Ta wielka budowla jest mniej brzydka. Rozkład pokojów i dwóch pięter wydaje mi się jasny, jak w domu z rozwaloną fasadą...“
Usłyszała śmiechy i ujrzała jak Jan Farou, okryty dla żartu wszystkiemi nałożonemi jeden na drugi płaszczami, odchodził stożkowaty, jak stóg słomy. Zaśmiała się, aby ich naśladować, potknęła się i wykręciła sobie nogę.
— Zawsze te twoje kostki miękkie jak masło! — mruknął Farou.
— Lepiej pan zrobi, jeśli poda jej pan rękę, — odparła Jane.
Szła ostatnia, pełna wdzięku w swoim dziewczęcym nieprzemakalnym płaszczu z blado-błękitnego jedwabiu. Farou zatrzymał się, aby poczekać na nią, wsunął rękę za pas z białej skóry, opinający biodra Jane i pociągnął ją.
— Wio! Hop, hop! Niebieski koniku!
Wyglądał, jak zawsze, przy końcu wakacyj, odziany w pożyczone ubranie, z otwartą bluzką i kamizelką, w kapeluszu zsuniętym na kark. Na czole jego kędzierzawił się gęsty pęk włosów, ozdoba byczków. Zgnieciony fałd spodni i luźna krawatka nie podobały się Jane. Ale Farou, z oczyma jasnemi i wyszczerzonemi zębami, śmiał się i umiał z gracją wzgardzić dobrym tonem.
— Hop! Hop! koniku!
„Co za niewinność!” podziwiała Fanny. „I co to mu ona powiedziała przed chwilą? Że lepiej zrobi, jeśli poda mi rękę... Ileż to razy wypowiadała podobne słowa od trzech — nie, od czterech lat? Nie zwracałam na to uwagi...” Lepiej pan zrobi jeśli poda jej pan rękę...”
Jedwabne pajęczyny zagradzały ścieżkę. Wieczorne słońce, niskie i czerwone, nie suszyło rosy. Sucha i złocista jesień gryzła podnóże małych gór jak rozpętany płomień. Fanny zerwała w przejściu, przez ogrodzenie ogrodu warzywnego fioletowe astry, któremi pogardziła poprzedniego dnia.
Jane chciała w pociągu urządzić „kącik Fanny”, rozwinęła koc z lekkiej kashy, wsunęła tekturowe rozcinacze między kartki nowiutkiej powieści. Ale Fanny nie pragnęła ani troskliwości ani snu.
— Dobrze mi jest, dziękuję, dobrze mi jest, — rzekła roztargnionym głosem.
Piękne, nieco zwierzęce jej oko błądziło po łąkach. Fioletowa arabeska na wylotach jej szala i jaskrawa szminka na ustach harmonizowały ze sobą i wybielały jeszcze bardziej jej cerę śniadej brunetki.
Jan Farou przyrzekł na podjeździe pozostawić kierownicę w rękach Fraisiera, nie jechać aż do ciemnej nocy, przyrzekł szybko i ze złą wolą to, czego od niego żądano.
— Jaki chcesz dziennik, Fanny?
— Na razie nie chcę żadnego, dziękuję. Jest mi dobrze.
„...A co najciekawsze, że nie jest mi wcale źle“, ciągnęła dalej w duchu.
Pierwsze stacyjki przesunęły się wzdłuż pociągu, obładowane altanami z gęstemi czarnemi winogronami. Farou czytał po swojemu gazety.
— Nie zapowiadają... Nie, nie zapowiadają jeszcze.
— Co? — zapytała, poderwawszy się, Fanny.
— No, prób. Skąd ty spadłaś?
— Wiesz, skoro musiałam wstać o piątej rano...
Zakręt toru kolejowego ukazał znów w dali oczom Fanny wzgórek, który opuszczała, kwadratową willę, której nie zobaczy więcej. Nachyliła się, aby ujrzeć znikający jeden z rzadkich domów, który gościł ją przez dwa sezony letnie od czasu małżeństwa.
Jadł śniadanie? Jestem pewna, że nie jadł śniadania!
— Ależ tak, powiedział, że każę sobie przynieść coś do teatru... Jak gdyby Farou miał zwyczaj głodzić się... To śmieszne!...
— Mimo to, kładzie się spać o czwartej godzinie od trzech nocy!
— To cóż? To jest normalne.
— Ach, pani jest spartańska! Spartańska małżonka. Niktby tego po pani nie poznał. Jest to zresztą piękne i wzniosłe, ta surowość, ta pogarda wszelkiego materjalizmu, ta...
Nie doszły jeszcze do tego, aby żebrać o „pokoik przy krawcowych“, ale nastawiały nabożną, zalęknioną twarz, oddaną Farou‘owi poprzez Fanny, i chełpiły się już cynicznym zachwytem, który krąży dokoła autora dramatycznego i sławnych aktorów. Nie nazywały Farou‘a po imieniu, ale mówiły: „On” albo: „mistrz”.
„No cóź, myślała Fanny, On napisał sztukę, tak, napisał jeszcze jedną sztukę. Gdyby był artystycznym stolarzem, gdyby był wynalazł szczotkę elektryczną, łapkę na muchy, serum, czy przyszłyby tutaj i siedziały nachylone jak nad Bożem Narodzeniem?”
Nadęła nieco tłustą brodę i milczała, aby żebraczki poszły sobie. Ale gorliwość ich nie zajmowała się przecież nią.
— Czy to jest utwór tej samej miary co „Atalanta“ i „Mieszkanie bez kobiety“?
— To będzie odłożone, prawda? Panna Aubaret powiedziała mi przedwczoraj, że...
— Ach, istotnie, Jane, pani mówiła przedwczoraj?...
Fanny zwróciła do Jane swój uśmiech Paryża, uszminkowany, tłusty, i Jane, która błyszczała jasna w kącie pokoju, zgasła natychmiast.
— Kto nic nie wie, nie mówi nic, Fanny, Mistrz pozostawia mnie, podobnie jak ciebie, w zupełnej nieświadomości. Ale pani Cellerier dowiaduje się o wszystkiem!
Klara Cellerier paliła, męska jak gimnazjalistka, dmuchając „fuu“. Kapelusz z plecionego łyka w kształcie kubełka, bez krysów, jedyna brzydota czarno-szarego „kompletu“, zaopatrzał ją w podbródek, którego Fanny nie widziała jeszcze u niej. Stara aktorka ubierała się śmiało, z pewnego rodzaju prowincjonalną brawurą, którą narzucała od trzydziestu lat publiczności Komedji Francuskiej.
Przyprowadziła w tym dniu do Fanny jedną z tych młodych aktorek, które umieją zręcznie telefonować od świtu do autora dramatycznego, spotykać go w windzie, tracić głos pod jego spojrzeniem i całować go w rękę dziko i szybko, a potem umierać ze wstydu. Gorejąca w cieniu protegowana Klary Cellerier spodziewała się, że Farou wróci na obiad. Milczała i ograniczyła się do tego, aby zasępić swoją twarz jasnej blondynki konsternacją bliską płaczu, kiedy się dowiedziała, że Farou rzekomo nie sypiał, nie jadał, ani nie wracał do domu od tygodnia.
— Pozna pani, moja mała, pozna pani, co to jest gorączka ostatnich prób, — przyrzekła jej Klara Cellerier.
— Och, pani!... Byłabym tak szczęśliwa, gdybym poznała... Najmniejsza sposobność użycia mnie...
Fanny patrzyła na nią z zimną i poufałą łagodnością:
„Znam ten gatunek. Ta dostanie może swoją rólkę, jest taka uparta...“
Jane nie wstała, aby odebrać z rąk aspirantki pusty kieliszek od wina.
Kilka kobiet czekało na porę udania się na obiad.
„Pójdą sobie, myślała Fanny, gdy uznają porę za wygodną do udania się do domu albo do spotkania się z przyjaciółmi w restauracji. Pójdą powiedzieć, że spędziły „bardzo przyjemną chwilkę u Farouów“... Nie lubię ani tej adwokatki, ani tej wielkiej krawcowej, ani kuzynki Farou‘a, która przychodzi tutaj i uważa za swój obowiązek namalować oczy i nasadzić trochę różu, aby zetrzeć go potem na schodach kolejki podziemnej... Jaki mój dom jest nudny!... A te meble... Nie chcianoby ich nawet na dekorację do drugiego aktu w Scali!... Powinnabym...“
Coś w rodzaju kobiety-ptaka, metalicznie zielone, z odsłoniętemi i nerwowemi nogami, przeszło ponury, kwadratowy salon. Kobieta-ptak, gwiazda music-hallu, rwała się do grania w dramacie i komedji. Malutka jej twarz biednego dziecka, nawet wypudrowana, wydawała się najbardziej małoznaczącym dodatkiem jej akrobatycznego ciała. Kroczyła jak łabaty gołąb, przyzwyczajona do wałkowania olbrzymich scen, wleczenia za sobą cętkowanych trenów i pian upierzenia i do uwydatniania na każdym kroku rozwiniętego muskułu w kształcie serca na swojej marynarskiej łydce. Chwyciła ręce Fanny w swoje zielone rękawiczki westchnęła i jęknęła dystyngowanie, a pełen współczucia jej odwrót wzbudził lekką wesołość.
— Prawdziwa kokota, — rzekła Klara Cellerier. — I pomyśleć, że to prawdopodobnie ona grać będzie w „Nowej skórze“, najbliższej sztuce Farou‘a!
— Ona robi kasę, — rzekła Fanny.
— Umowa nie jest jeszcze podpisana, — rzekła Jane.
Młoda aktorka poruszyła się boleśnie na krześle.
— Niech pani włoży płaszcz, moja mała, zabieram panią — rozkazała jej Klara Cellerier.
Młoda aktorka wykonała parę kroków, z pochyloną głową, jak wygnana, a Klara Cellerier ujęła w obie swoje ręce, jak jajo, głowę Fanny, aby ją pocałować w czoło.
— Moja droga Fanny, co pani zrobiła z swoją nonszalancją?
— Z moją nonszalancją?
— Tak, z pani... jakby to powiedzieć? z pani morbidezzą, — co za piękne zaniedbane słowo! — z pani obojętnością na wszystko... Jak widzę, rozruszała się pani?... Oczywiście, te ostatnie dnie nie dają pani spokoju... Ale jaka to będzie ulga po triumfie! Piękne oczy pełne troski...
Obniżyła lekko, pod swoją dłonią, wielkie powieki Fanny, które podniosły się po pieszczocie.
„Subtelna stara kobieta! Ona widzi wszystko...
Fanny przyglądała się śmiałej twarzy starej sekretarki, jej dokładnemu i trudnemu szminkowaniu się, przywracającemu w wyrazisty sposób zatarte rysy, jej kapeluszowi z plecionego łyka i jej młodocianej, czarnej sukni... Chciała coś odpowiedzieć, gdy wszedł Farou. Młoda aktorka przymknęła oczy, jak raniona, otworzyła usta i chwyciła się ręką za gardło. Pierwsze spojrzenie Farou‘a spoczęło na niej. Wygasły, okryty płatami kurzu, z wilgotnem czołem i zgniecionym kołnierzykiem, wychodził z próby jak z bójki na pięści w jakichś suterenach, albo z nagłego upadku na schodach piwnicy. Ale na widok młodej aktorki rozpromienił się słabym i szczęśliwym uśmiechem uzdrowieńca, i odmłodniał w kilku sekundach, stopniowo, jak rozjaśniający się płomień...
— W jakim stanie! — westchnęła Klara Cellerier.
Farou strzepnął palcami w jej kierunku z niecierpliwością. Patrzał na młodą aktorkę i starał się przypomnieć sobie jej nazwisko.
— Niech mu pani naleje wina, — szepnęła Fanny do ucha Klara Cellerier.
Fanny potrząsnęła głową i wskazała jej brodą Jane, która rozłamywała z pasją cukier do surowych żółtek, polewając je marsalą.
— Do pioruna, — szepnęła Klara, — zdaje się, że ta robota nie bawi panny Aubaret!
Zaśmiały się obie śmiechem, który zawstydził nieco Fanny, a Farou rzekł wkońcu:
— Dzień dobry wszystkim!... Przepraszam panią, Klaro, jestem jak nieżywy. Ale to dziecko, ta mała... Ach, doprawdy, nie wiem jak się ona... ta mała...
Trzymał rękę młodej aktorki za koniec małego palca i kołysał uroczem, nagiem, bezbronnem ramieniem.
— Mała Ines Irrigoyen, — szepnęła Klara Cellerier.
— Piękne nazwisko dla blondynki! — rzekł Farou.
— Ale to jest moje własne, — wyznała słaniająca się młoda kobieta.
— Pięknie, pięknie, wybacza się pani... Co panie tutaj robicie wszystkie stojąco?
— Odchodzimy, odchodzimy, — rzekła Klara. W podobnej chwili...
Jej świetny manewr udanego odejścia poderwał z miejsca a potem wypędził spóźnionych, aż do kuzynki Farou. Klara dreptała w miejscu i powtarzała za niemi:
— No... no... uciekajmy... W podobnej chwili...
— Dobrze poszło? — zapytała Fanny.
Złe wspomnienie zmarszczyło brwi Farou‘a, a żółte jego oczy rzuciły groźne spojrzenie nieobecnej hordzie:
— Tak, tak... Ach, głupcy!... Zresztą cudowni... Będą cudowni... Zwłaszcza...
— Zwłaszcza kto? — zapytała chciwie Klara.
Rzucił jej spojrzenie pełnej zawodowej nieufności.
— Większość będzie cudowna.
— Jacy oni szczęśliwi! — zaryzykowała blondynka. — Trzy zdania w pańskiej sztuce, mistrzu, to wielka rola.
Farou zaśmiał się złośliwie pod nosem, aby jej pokazać, że nie da się oszukać. Fanny znała ten uśmiech trochę murzyński, ten swobodny grymas, marszczący nos i odkrywający usta, którego Farou nadużywał na fotografjach i w interesownych spotkaniach.
— Trzy zdania? Chce pani?
Jakby ogarnięta zawrotem głowy młoda kobieta, zwąca się Ines, chwyciła kurczowo za rękę Klarę i wstrzymała oddech.
— Trzy linje... i zero obok trzech? Mała rólka stenotypistki?... No?... No?... Cóż to za jakaś ohyda, Jane?
Odsunął szklankę, którą podawała mu ręka Jane.
— Znowu ten pani pomysł z surowemi jajami? Niech pani to ustąpi jakiemuś gruźlikowi. Poproszę o trochę wina.
Wypił i zmienił ton.
— Panno... Ines, zechce pani pamiętać, że próba jest o godzinie pierwszej, — rzekł chłodno. — Favier ma rolę, wręczy ją pani. Panna Biset zwróciła ją dzisiaj popołudniu.
— Zwróciła? — powtórzyła głośno Klara Cellerier. — Mój drogi mistrzu, w jakich my żyjemy czasach? Zwróciła? Bizet zwróciła rolę?
— Tak jest. Wyrzuciłem ją, jeśli się to pani podoba.
Klara wyprostowała się po wojskowemu.
— O tak, to mi się podoba! Dla honoru sztuki teatralnej, to mi się podoba! Czy próba generalna będzie odłożona, Farou? Nie? Odbędzie się w oznaczonym dniu? Cudownie! Chodźmy mała. Jakże pan ją uszczęśliwił, drogi mistrzu!
Pociągnęła z sobą młodą blondynkę, która odegrała starannie scenę wyjścia, potknęła się lekko, wyjąkała coś i udała na progu otwartych drzwi dziecko, klaszczące w ręce.
— Nieźle, nieźle, — orzekł Farou, zrywając krawatkę i kołnierzyk. — Brak jej naturalności, a to właśnie potrzebne jest do roli.
— Jest także rola córki dozorcy, — napomknęła Jane w głębi salonu.
Fanny odszukała ją wzrokiem z osłupieniem. Ujrzała ją bladą, z posępnemi i błyszczącemi oczyma.
— Niech pani pójdzie do pokojówki, — odparł spokojnie Farou, — i powie jej, żeby mi przygotowała kąpiel, koszulę i skarpetki. I niech pani pozostawi dla siebie swoje opinje teatralne!
Jane zniknęła bez słowa, ale zamknęła drzwi z hałasem.
— Jak ty do niej mówisz!... — rzekła zawstydzona Fanny.
Leżał z gołą szyją w głębi kanapy i przymknął oczy. Był zmordowany i pewny siebie, zwycięski w swoim wypoczynku.
— Wychodzisz znowu? — zapytała półgłosem Fanny.
— Zapewne, że wychodzę.
— Zjesz obiad?
— Nie. Zmęczyłbym się zbytnio, gdybym zjadł obiad, zasnąłbym natychmiast... Zjem cośkolwiek w teatrze.
— Jesteś zadowolony?
— Dosyć!
Ograniczył się do tego krótkiego słowa i Fanny nie nalegała więcej. Cóźby jeszcze mogła wiedzieć? Znała kilka scen sztuki, nieoczekiwane rozwiązanie, którego nie lubiła wcale, i koniec drugiego aktu, co do którego Farou zapytał ją o zdanie z udaną obojętnością. Czuła się skrępowana, obca jak nigdy zawodowemu życiu swego męża.
„Otóż to... Prawie dwanaście lat pożycia a tak jesteśmy wobec siebie skrępowani, takich sztywnych używamy wyrażeń...“
— Jesteś w tej chwili piękna...
Drgnęła i uśmiechnęła się spiesznie, czując na sobie piękny, żółty wzrok.
— Myślałam, że śpisz, Farou.
— Jesteś piękna, ale masz smutną minę. Może jesteś naprawdę smutna.
Podniósł rękę i opuścił ją bezwładnie na kanapę.
— Wybrałeś dziwną chwilę, Farou...
— Moja droga Fanny, czy to możliwe, abym wybierał?... Przychodzę z pustyni, — rzekł, podniósłszy się i wyprężywszy ramiona. — Ach, ci ludzie... Jest jeden, który nie potrafi grać głównej sceny inaczej, jak ukazując prosty profil. Jeśli każę mu ustawić się bokiem, jest zły. Jest jedna aktorka, która gra swoją scenę rozpaczy z uciętemi i gładko przyczesanemi włosami. Gdybyś widziała, jak ona toczyła głowę na kolanach swego kochanka... Ach, nie! A do tego Silvestre! Co za kryminał!.. Łatwo ci współczuć.
Położył swoje ciężkie ręce na ramionach Fanny i przygłądał się z upodobaniem białej twarzy i wypukłym, brązowym powiekom. Pozwalała przypatrywać się sobie z głębokim niepokojem, przyjemnym jak ból rozkoszy. Trzask podłogi ostrzegł Fanny, że wraca Jane.
— Stwierdzam z przyjemnością, Jane, — powiedział Farou, nie odwracając się — że umie pani, niekiedy zamykać cicho drzwi.
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Opuścił Fanny i zbliżył się gniewnie do Jane.
— Co? Dobroczynny djabliku szkocki! Zdaje mi się, że już się pani uspokoiła?
Wezbrany zmęczeniem śmiał się pijanym śmiechem i mścił za długie dysputy, stłumione wybuchy w teatrze, na scenie...
— Wydawało mi się, że pani nie lubiła aktorów blondynów... Co, Jane?
Fanny przystąpiła do niej i pociągnęła go wtył, jak gdyby nachylał się nad przepaścią:
— Milcz, Farou! — prosiła skwapliwie.
Czuwała nad zrozpaczoną, osobliwie bladą i skłonną do ubliżania Jane.
— Będę się krępował — rzekł bardzo głośno Farou.
I Jane podniosła się, jak gdyby lękając się ciosu, usiłowała już odparować go jasnem czołem i niematerjalnemi włosami. Nieznany grymas zniekształcił dziecinny łuk jej ust, a wzrok jej stał się pełen nienawiści i nikczemny.
— Jane! — krzyknęła Fanny, wyciągnąwszy ręce.
Jej krzyk i ruch wstrząsnęły słabem, skulonem ciałem, którego skurczenie się i nienawiść wywołały w Fanny wspomnienie dawnej, młodej Fanny, łajanej po grubiańsku przez Farou’a, podobnej do tej nieprzyjaciółki, do tej walecznej i pokrytej matową bladością...
— Odejdź! — rozkazała Fanny swojemu mężowi. — Tak, odejdź! A na drugi raz przenieś łaskawie swój humor na mnie, a nie na innych. Nie na innych, przynajmniej przede mną... Jesteś... jesteś niemożliwy przed sztuką. Za trzy dni będziesz... będziesz znacznie lepszy.
Jąkała się lekko i czuła, że drga jej broda. Nie wiedziała już oddawna, co to jest gniew i walcząc ze sobą wstydliwemi siłami, uśmiechała się blado, jak uśmiechają się pewne zwierzęta, zachwycone swoim własnym gniewem. Farou pomylił się co do tego uśmiechu i ustąpił z życzliwością człowieka winnego:
— Obrzydliwy! — westchnął. — Czuję się obrzydliwy. Co za ordynarne bydlę ze mnie!
Podkreślił słowo i powtórzył je tonem banalnej uprzejmości. Fanny złapała oddech i ściskała usta, aby przeszkodzić drganiu brody.
— Jane, czy zechciałaby pani... — zaczął łagodnym głosem.
— Nie! Nie tego wieczora! Jutro wszystko pójdzie lepiej. Idź na swoją próbę, docinaj komu chcesz, Silvestrowi, sprzedawcy programów, ale zostaw nas w spokoju.
— Na próbach niema sprzedawcy programów, — rzekł zgorszony Farou.
— Idź, Farou, idź się kąpać, idź...
Wyszedł, gdy tymczasem Fanny zabrała się natychmiast do zbierania pustych kieliszków do wina i mówiła, aby Jane milczała jeszcze przez jakiś czas.
— Och, och... Nie, doprawdy... Cóż to za wstrętny zawód... Wiesz, Jane, że w tym stanie, w jakim się znajduje, wystarczy odrobina wina, którą wypił, aby go przyprawić o utratę zimnej krwi...
Tymczasem myślała:
„Wyszłam cało! Jak mogła Jane tak się opuścić? Powinna była mówić, krzyczeć, mówić przedewszystkiem...“
Napudrowana i przeczesana Jane różowała sobie usta. Przygryzała je, zjadała świeżą szminkę, potem malowała je nanowo, machinalnie.
— Och, wiesz, Jane, rzekła nagle, — nie byłabym się była lękała odpowiedzieć mu! Nie boję się tego całego Wielkiego Farou‘a! Widziałam gorszych...
Niedowierzała drzwiom, które zamknął Farou i unikała tych samych niebezpieczeństw, co jakaś wojownicza dziewczyna lub drażliwy robotnik. Zwyczajny grymas zmienił znowu jej usta i Fanny drgnęła z niepokoju i osamotnienia.
— Jane, możebyśmy zjadły obiad? Mam wstręt do tych nerwowych wybuchów. Jesteśmy same, Jan jest na zebraniu „Młodzieży Czynnej”...
Jane wzięła ją pod ramię. Stwardniałe jeszcze jej palce tańczyły po ramieniu Fanny i pocałowała ją za uchem pocałunkiem pozbawionym wyrazu.
„Przed dwoma miesiącami, myślała Fanny, byłabym zasiadła do stołu sama lub byłabym złajała ostro pannę... Ale jestem taka bojaźliwa od czasu gdy wiem, że są winni...“
Miała przed sobą stoicką towarzyszkę, która piła, jadła i mówiła. Ale Jane, chwilami przejrzysta, milczała. Wówczas Fanny domyślała się, że przechodzi przez nią cierpienie lub gwałtowność, podobnie jak na twarzy kobiety ciężarnej odbijają się tajemne poruszenia dziecka.
Nieco później tego samego wieczora wrócił Jan Farou. Czuć go było tytoniem i obcym zapachem męskim. Drżał jeszcze od krzyków, jakie wydawały dokoła niego setki zarozumiałych i młodych ust, szalonych i nadaremnych słów, które rzucał w próżnię. Patrząc na niego, odzianego w nowe ubranie, z źle dobranym krawatem, z pełnem zmartwienia obrzmieniem pod oczyma i nowym cieniem na ustach, Fanny porównała go z zabrudzonym owocem. Przerwał swojem wejściem głęboką ciszę szycia i czytania, w którą zatopiły się obie kobiety, siedzące niemal przy sobie pod rodzinną lampą.
— Jesteś zadowolony? Ryczałeś dość? Nałykałeś się dość świństw? Rzuciłeś jakieś nowe zasady? Obaliłeś inne? Masz mdłości?
Fanny nie czekała na odpowiedzi. Wdała się między Jana Farou a Jane, Ale nieomylny Jan patrzał tylko na twarz Jane, Odwrócił się ku Fanny tylko poto, aby zapytać ją oczyma:
„Co się jej stało? Co się działo? Coście jej zrobili?“
Zmęczona Fanny odparła jednem poruszeniem ramienia:
„Ech, daj mi pokój!“
Mały Farou nie odważył się przemówić do Jane, która trzymała go zdala z pogardy, odsunąwszy się od niego przedewszystkiem z pewnego rodzaju monogamicznego wstrętu.
— Tak, — rzekł wkońcu, nie zdając sobie sprawy, że nikt go już o nic nic pytał. — Było wspaniale. Przynieśliśmy zaszczyt naszym ojcom, Nie zaparliby się głupstw, któreśmy wypowiedzieli. Co za wieża Babel!
Zmienił się od chwili powrotu, nabrał pewności siebie, która go umniejszała, Fanny, pełna niekiedy czułości macierzyńskiej, patrzała na nią ze smutkiem.
— Mój ojciec jest w Wodewilu?
— Naturalnie, — rzekła Fanny.
— Dobrze tam idzie?
— On mówi, że tak. Nie zabrał cię tam jeszcze?
— Tak samo, jak ciebie, mamo, A pani, Jane?
— Nie cieszę się żadnemi względami, — odparła Jane, nie odrywając oczu od książki. Słyszałam w Wodewilu od początku prób tylko końcowe próby czytane, zgrzytania zębów i spór między Silvestrem a dekoratorami. Farou ukrywa swoją pracę na scenie, jak doprawdy...
— Jak kot swoje nieporządki w piasku, — rzekła Fanny, która chciała, aby się trochę śmiano. — I zastanawiam się, właściwie dlaczego?
— Z lękliwości, — rzekł Jan.
Jane podniosła na to słowo głowę i spuściła ją natychmiast na książkę z złośliwym uśmieszkiem.
— Nie wmówi chyba mama we mnie, że nie zauważyła nigdy, że mój ojciec jest lękliwy?
— Przyznam się, — rzekła podrażniona Fanny, — że ten szczegół charakterystyczny... nie zwrócił dotąd specjalnie mojej uwagi.
Ale mówiła z wahaniem i namysłem.
— Wierzę ci, mamo, wierzę ci z łatwością... I Jane nie zauważyła tego z pewnością.
Ten pośredni atak nie poruszył Jane. Wzrok Jana ogarniał pożądliwie ramiona, kolana i włosy Jane, ale Fanny dostrzegła w rozpłomienionym błękicie jego oczu, zaczerwienionych od dymu, tylko żarłoczność i urazę bez nadzieji.
„Może zaczyna nienawidzić jej“, pomyślała Fanny.
Tracił powoli życzliwość swojej macochy i zdawał sobie z tego sprawę. Mając swobodę w dostarczaniu mu środków materjalnych, karciła go jeszcze z surowością mamki: „Obciąłeś paznokcie u nóg, wziąłeś twoją wodę z Enos?... Znam ciebie! Twoja zasada, to: „Jedwabne skarpetki i wątpliwej czystości nogi. Wyczyszczone zęby i brudny język.“
Ale siedząc tak naprzeciw tych błękitnych, pełnych nadmiaru barwy, jasnowidzących i zahartowanych oczu, nie zapytałaby za nic w świecie:
„Wytłómacz mi, skąd wiesz, że twój ojciec jest lękliwy? Wyłóż mi, co wiesz o nim, o czem się w cudowny sposób o nim dowiedziałeś, ty, który rozmawiasz z nim tak mało, który nie jesteś jego sprzymierzeńcem..“
Młode, tajemnicze i nieszczęśliwe zwierzę dreptało w miejscu, brało do ręki dzienniki, potrząsało pustem pudełkiem na papierosy; ale Jane nie drgnęła, nie porzuciła książki, aż usłyszała, jak daleki zegar wybił północ.
— Więc co, zostajecie tutaj obydwie?
— Farou spędzi całą noc poza domem. Silvestre dotrzymuje swoich terminów, W piątek rano krawczynie, W piątek wieczorem próba generalna...
— W sobotę dwadzieścia cztery tysiące dochodu, — ciągnął dalej Jan.
— Inch‘ Allah!
— Kto był dzisiaj, mamo?
— Ludzie, — rzekła lakonicznie Fanny, — Klara. Kuzynka Farou. Inni ludzie... Nikt.
Jane usłyszawszy nazwiska Klary i kuzynki Farou, obawiała się nazwiska Ines Irrigoyen i wyciągnęła cierpiącą i kłótliwą twarz, ale Fanny nie przypomniała sobie w owej chwili młodej kobiety.
— A teraz, moje dzieci, idę spać.
— I ja także, — rzekła Jane.
— Zachwycająca... Zachwycający zespół, — zadrwił Jan.
Nie miał odwagi powiedzieć „solidarność“. Jane usłyszała i zajęła stanowisko zaczepne.
— No tak! Mały panie Farou, zachwycająca solidarność! Ma pan coś do zarzucenia, mały panie Farou?
— Ja? nie... Wcale nie...
Utraciwszy całą swoją dumę urażonego dziecka, mały Farou przyglądał się z trwogą swojej pierwszej nieprzyjaciółce.
— Pst! Pst! Spokój! Spokój! — nakazała łagodnie Fanny. — Och! mam już dosyć tych wszystkich Farou...
Popchnęła Jana Farou‘a do jego pokoju.
— Śpij spokojnie, mój mały.
Ale nie mogła przeszkodzić temu, że w chwili, gdy Jan odwrócił się na progu, nie ujrzał Jane przytulonej do ramienia Fanny z wyrazem rozmyślnej słabości i wyzwania.
Następne dnie przyniosły Fanny konieczne wstrząśnienie, pospolite nieprzewidziane wypadki: główna odtwórczyni roli, Estera Merya, przeziębiła się, Henryk Marsan wywichnął sobie nogę na fudze kulisowej. Nowa dekoracja, którą Farou odrzucił, a Silvestre narzucił, opóźniła z kolei próbę generalną. Po każdym wypadku Fanny stwierdzała bez gorączki:
— To samo było z „Atalantą“. To samo, co z „Skradzionemi winogronami...“
Ale łatwo zapominający i wrażliwy Farou, zrażony swoim ciągle przeglądanym tekstem, oburzał się naprawdę:
— Czy widziano gdzie podobny bigos? Gdzie? Jedźcie zobaczyć do Berlina, jedźcie do Londynu!... Co za nieład! Co za niedbalstwo!... Co za...
— I cóż robi w tem wszystkiem mała Irrigayen, — zapytała bez powodu Fanny.
— Kto taki?... Ach, tak... nie robi nic, dzięki Bogu! Biset objęła jej rolę.
„O!“ zdziwiła się Fanny. Przestała się dziwić, stwierdziwszy u Jane powrót i zwiększanie się zadowolenia, które rozjaśniało jej oczy, cerę i dźwięk jej głosu. Na najmniejsze wezwanie Fanny przybiegała z zapytaniem „Czego sobie życzysz, Fanny?“, podobna do młodej dziewczyny, jasnej, różowej, skrzydlatej i ruchliwej jak pszczoła. Tłumiona, ledwie uchwytna piosnka nie wydobywała się poza jej zamknięte usta. Gdy zapytana o coś odpowiedziała „Co, Fanny?“, zdradziła na swojej twarzy naiwność i nadzieję narzeczonej.
Tymczasem Farou — od chwili, gdy porzucił próby gry, światła i Esterę Merya — odzyskał łagodne usposobienie, raz równe, to znów tarzające się poniżej ziemi, uspokojone, złote spojrzenie, aż do owej woni, którą wydzielał, gdy był rozkosznie szczęśliwy, i Fanny sposępniała. Zdrada opuściła niższe piętra i wspinała się aż do niej. Przyjemność Farou‘a przestała być przygodą, kaprysem zrodzonym na ulicy, z ulicy, z teatru, zadawalnianą gdziekolwiekbądź. Dochodziła do dziecinnych roztrząsań stopni hierarchji wiarołomstwa:
„Mała Asselin, Virica, Irrigoyen i całe plugastwo, to obchodzi tylko Jane. Niechaj ona wścieka się ze złości, popłakuje po kątach i robi sceny Farou‘owi, — jeśli ma odwagę! Ale sama Jane, ale mój dom, moja domena kobiety, nie posiadającej niczego na własność...“
W czasie bezsennych nocy i po raz pierwszy pragnęła mieć pokój, w którym mogłaby spać i czuwać sama. Mieszkanie zawierało tylko jedyny „pokój dla przyjaciół“, który zajmowała Jane. Mały Farou spał w pokoju, który zwałby się, bez niego, buduarem pani. Fanny i jej mąż spali w nocy obok siebie: jedna rama, dzieło stolarstwa angielskiego z epoki Binga, ujmowała dwa ich bliźniacze łóżka. Oswojone ich ciała żeglowały razem w nocy od wielu lat. Niewierny i szablonowy Farou wymagał obecności i ciepłej nieruchomości Fanny, wiązki jej rozpostartych czarnych włosów, które mógł gnieść pełną pięścią, wyciągnąwszy w ciemności ramię... Sen jego lubił sen Fanny, jej wypukłe oczy, ciasno oprawione w szerokie powieki, głupie usta, kiedy spała, i całe jej ciało wybitnie kobiece, wyżłobione, górzyste, leżące na boku, z łokciami przy kolanach.
— Niema czegoś bardziej zamkniętego niż ty, kiedy śpisz, — mówił jej.
„Wymyślał mi od spania pod gołem niebem z powodu tej pozycji kurka od strzelby. Mawiał, że musiałam niegdyś wałęsać się po gościńcach i nocować w rowach...“
Zmartwiona, tchórzliwa, potem rozsądna i skryta, ufająca swojej twarzy, pełnej i delikatnej jak twarz dzieci i zdradzającej tylko wielkie wzburzenia wewnętrzne, tułała się między nudną boleścią a lękiem przed tem wszystkiem, co jest zewnętrznym nieporządkiem, krzykiem, wyznaniem, skurczem twarzy i ciał...
Zwracali jej uwagę przechodnie, sezonowi jak makrela lub jaskółka. Przechodzili przez szeroko rozwarte mieszkanie, oznajmiając, że burzliwy okres prób już jest bliski końca, że sztuka wkońcu ukaże się na scenie. Fanny widywała jak przez mgłę kolegę Farou‘a, specjalistę w oskarżaniu; słyszała za zamkniętemi drzwiami głośne i płaczliwe dochodzenia praw:
— Nie, mój drogi, muszę ci powiedzieć do oczu, że uprawiasz swój zawód, wykradając mi z przed nosa moje tematy lub przerabiając systematycznie te, które wprowadziłem na scenę z mniejszym lub większym szczęściem! Twoja „Niemożliwa niewinność“, to moja „Wojowniczka“. Co! każdy ma prawo do miłości w teatrze? Zgoda, mój drogi, ale to nie wyklucza tego, że są podobieństwa! Dość mam tego, że Flers i Croisset korzystają bezwstydnie z mojej „Rozyny“... Przyznaj, że mam zawsze pecha!...
— Nie masz nawet tego, — odparł Farou, który stawał się nagle, jak mawiała Fanny, „złym człowiekiem“.
Widywała młode aktorki, które zniżały głos, aby wywołać u Farou‘a podejrzenie konszachtów, grzmiące damy, bardzo pięknego młodego człowieka, który odszedł, nabrzmiały płaczem, jak róża deszczem.
— Co mu się stało? Co ty mu zrobiłeś, Farou? On płacze!
Farou zaśmiał się głośno.
— Myślę, że płacze! To Crescent.
— Kto?
— Crescent.
— Kto to jest Crescent?
Farou podniósł w górę ręce.
— Och, tylko ty jedna nie znasz historji Crescenta, Nie mam czasu, Zapytasz o to Jane...
Fanny nie dowiedziała się nigdy, jaka była historja Crescenta... Przychodzili w końcu reporterzy, specjaliści od przedpremier i fotografowie. Tym i tamtym ukazywał Farou grymas fauna w słońcu, stojąc oparty dwiema pięściami o biurko... Przychodzili, osobno, Henryk Marsan i Estera Merya, bohaterzy sztuki, którzy oskarżali się wzajemnie. Przychodzili marni aktorzy o twarzach woźnych, którzy od miesiąca robili skrupulatnie i skromnie próby, a na cztery miesiące przed premierą oświadczali, że nie będą grać „w tych warunkach“.
— W jakich warunkach, Farou?
Farou wykonywał gest despotycznej obojętności.
— Nie wiem. „W tych warunkach...“ „Tymczasem...“ „Na dowód, że...“ Są to dodatkowe i obowiązkowe formułki.
— Czy to sprawa poważna?
— Ależ nie, moja Fanny. Boże, jaka ty jesteś łatwowierna. Jest to zupełnie normalne. Będą grać i to bardzo dobrze.
— A więc poco to robią?
— Poco?... A chimery, Fanny? A potrzeba wywyższenia się w moich i własnych oczach?
Zmienił ton, mówił sucho.
— Fanny, pojutrze przyjdziesz na moją ostatnią próbę. Jeśli zobaczysz mego syna, będziesz tak uprzejma i powiesz mu, że może ci towarzyszyć.
— A Jane?
— Jest już uwiadomiona.
„To jest konwokacja, pomyślała Fanny, to nie jest zaproszenie. Trzeba to rozróżnić. Dlaczego przybiera taki ton, kiedy decyduje się pokazać mi nową sztukę? „Z lękliwości“, powiedziałby Jan Farou.“
— Stwierdzisz z pewnością z zadowoleniem, że skróciłem scenę z kasą ogniotrwałą... Branc-Ursine kradnie wprawdzie listy, ale za kulisami, w sąsiednim pokoju.
Farmy powstrzymała się od wybuchu głośnego śmiechu, przygryzła wewnątrz policzki. Farou uważał za stosowne mówić jej o swoich sztukach tonem kwaśnego mentorstwa.
„Z lękliwości“, myślała znowu Fanny. „To nieprzejednane dziecko miało rację.“
Ale zaczęła znów śmiać się w duchu.
„Kradnie za kulisami... Rozkoszne!“
— W ten sposób, — ciągnął dalej Farou, mówiąc jak do czarnej tablicy, — publiczność jest należycie poinformowana, widząc w jego rękach plik listów, a niema gra może wywrzeć większe wrażenie niż krzyk... Kurtyna zapada... Rozumiesz? — zakończył z ulgą.
— Doskonale! Doskonale! — zaaprobowała Fanny. — Znacznie lepiej! Znacznie mniej...
— Tak, tak, wiem, — przerwał Farou. — Idź do swojej „końcowej próby“, do swojej próby — Fanny. Wystroisz się?
Udała Andaluzyjkę o aksamitnem oku pod czarną wstążką.
— Demoniczna! Demoniczna i dyskretna! Koronka, skóra pod koronką, tort z czerwonego koralu w samym środku gorsetu... Zupełnie jak twoja babka?
— Do licha! Będę się kochał z moją babką!
Przypomniała sobie znacznie później, że w owym dniu miał błędne oczy, nerwową drgawkę w prawej powiece, straszliwe pragnienie wyjazdu na wakacje, wulgarności, błazeństw, pijatyki, widoczne przez mgłę przemęczenia.
Uśmiechnął się do Fanny po kobiecemu i zniżył głos:
— Mówią, że w Aubert jest taki piękny film...
I zlitowała się nad nim, uświadomiwszy sobie, że brak mu było snu, wolności, wygodnych posiłków, świeżego powietrza, i że mimo to nie uchylał się od odpowiedzialności ani od zawodowej pańszczyzny.
— Nie idziesz tam dzisiaj po południu?
— Za żadne skarby! Pójdę tylko dziś wieczorem. Robią zresztą próby lepiej beze mnie. Krępuję ich raczej... Tak, krępuję ich, — rzekł ze smutkiem. — To dziwne, nie mogę nigdy być im użyteczny aż do końca...
— A zatem wypocznij, wygodnie... Jane, pójdziesz ze mną do końcowej próby? — krzyknęła.
Jane wyłoniła się z jadalni, z zakasanemi rękawami, z fartuszkiem przywiązanym do spódnicy, bardzo piękna.
— Fanny, ty masz gorączkę! A co będzie robiła nowa pokojówka? Nie umie nawet nakryć do stołu! A powtóre przeprasowuję kombinacje...
Dotykała palcem żelazka, chwyciwszy je za koniec lonży elektrycznej i Fanny wyszła sama.
Wróciła, zmęczona odgrywaniem roli „żony autora“ przed młodemi lodowatemi pannami sklepowemi i staremi lirycznemi sprzedawczyniami, ruchliwemi, przystrojonemi kitami białych i rudych włosów, pełnemi sztucznych wzruszeń, krwiożerczych plotek, rozpalonemi niemodną namiętnością do teatru, artystów i „bulwarowych sztuk“. Zadawały Fanny setki pytań, zatrzymując się jakby cudem na krawędzi najbardziej obelżywej niedyskrecji. Lubiła te stare kobiety, sprytne, pełne złośliwości, szatańskie i macierzyńskie jak pomocnice piekła dla powracających do zdrowia potępieńców.
Kiedy Fanny wróciła mieszkanie tchnęło czystem powietrzem. Zapach octu Toaletowego oznajmiał już w przedpokoju, że Farou orzeźwił się kąpielą. Śpiewał w dali, przechodząc nieustannie z pracowni do łazienki, niegdyś białej, pożółkłej, o staromodnym komforcie.
Nowa pokojówka, pełna gorliwości przez pierwsze czterdzieści ośm godzin, kroczyła za kamerdynerem i odbierała polecenia, wydawane przez niego półgłosem. Oboje kręcili się nabożnemi krokami dokoła ustawionego stołu jak dokoła wezgłowia nieboszczyka. Ale Fanny wiedziała już, że nowa służąca paliła w oficynach papierosy i gasiła niedopałki naparstkiem... To nic! Dom ten podobny był tego wieczora do ogniska domowego, pozbawionego pana, ozdobionego prawdopodobnie oddaną, a niewątpliwie tak mało winną przyjaciółką... Potrzeba spokojnego kochania, zapomnienia o wszystkiem i starzenia się zmiękczyła serce Fanny.
„Kiedy znów zakwitnie okres przesilenia
Kiedy Rip, Piotr Wolff i Bourdet
Dostaną dość pożywienia...
Kiedy Mirande, dumny z udziału w zdobyczy...
— śpiewał Farou, który nie był przesądny.
Śmiech Jane przyjął improwizację i Fanny, która chcąc zapalić boczne kandelabry toaletki, położyła na łóżku wielki karton, ujrzała w jasnej głębi łazienki Farou’a w koszuli i Jane, obciążoną fartuchem służącej i płókającą pędzel do golenia.
— Co? — rzekł Farou. — Może to nie jest piękna piosnka?
— Głupia! — odparł anielski głos Jane.
— Ach, tak, głupia?...
Przycisnął Jane do ściany, przysłonił ją całą swojem wysokiem i obszernem ciałem. Pozostały z niej tylko dwie małe nóżki i nagi łokieć, spoczywający na ramieniu Farou‘a.
Dłonią, przyłożoną do czoła, przechylił jej głowę i pocałował ją wygodnie w usta.
— A to jest głupie?
Przebrana za służącę młoda kobieta otrząsnęła się z kokieteryjną fanfaronadą, przyjrzała się w lustrze i odpowiedziała przytłumionym głosem:
— To jest bardziej niż głupie, to sfuszerowane.
Opuściła jasne pole łazienki i Fanny zadrżała ze strachu.
„Ona zobaczy mnie... Przyjdzie tutaj... Dowie się, że ich widziałam..“
I uciekła do jadalni, gdzie piła obojętnie wodę, gdy zbliżyła się do niej Jane.
— Woda przed posiłkiem? Kiedy ty nabierzesz rozsądku, Fanny? Wróciłaś teraz? Gdzie suknia?
— Wzięłam ję ze sobą, — rzekła Fanny.
— To lepiej, Ale nie pij tak prędko! Co się tobie stało?
— Jest mi trochę zimno, — rzekła Fanny.
Jane odebrała jej napół pełną szklankę.
— Zimno? Nie, Fanny! Żadnych żartów! Nie wolno ci mieć grypy przed premierą! Ach, jak ja nie lubię jak ty tak wyglądasz! Daj mi ręce!
Ręce Fanny pozwoliły się ujarzmić przez dwoje rąk, przesiąkniętych zapachem octu toaletowego z kąpieli Farou‘a, Dwoje ciemnoczarnych, nieugiętych, badawczych oczu wpiło się jej w oczy, tropiąc możliwą chorobę... Fanny załkała i oczy jej zwilżyły się.
— Gardło! Naturalnie! Aspiryna, chinina, łóżko, gorące napoje... Farou!
— Daj mu spokój...
— Też coś!... Farou!
Nadszedł z upudrowanemi policzkami i uszyma, nucąc pod nosem zaimprowizowaną piosenkę.
— Ona jest chora, — przerwała krótko Jane.
— Nie! — zaprotestowała Fanny, broniąc się.
— Nie? — rzekł Farou.
— Ona jest cho—ra! — potwierdziła Jane. Wielki Farou, czy pan idzie tam? A zatem niech pan wstąpi do apteki, która nie zamyka nigdy i niech pan poszle samochodem angielską aspirynę, pudełko autoplazmów, roztwór metylowy... Wypiszę to wszystko, da pan kartkę Fraisierowi...
Wyszła, gdy tymczasem Farou pochylił się nad Fanny, powtarzając:
— Co tobie, Fanny? Co tobie?...
„Ach, tem lepiej, to będzie wygodniej“, pomyślała Fanny.
Uśmiechnęła się lekko, prosząc Farou‘a o wybaczenie, zamknęła oczy i usunęła się jak długa na dywan.
Udane omdlenie dało jej czas na zwłokę, na wytchnienie. Oszańcowawszy się zamkniętemi powiekami, słuchała dźwięku głosu, przyspieszonych oddechów, Farou zgarnął ją na ręce, niezręcznie i z siłą. Zwisła bezwładnie w ramionach mężczyzny, stworzonych do porywania i ranienia. Wiedziała, że potłucze jej nogi, przechodząc przez drzwi, ale czuła, że trzyma ją silnie. Wciąż ten zapach octu toaletowego...
— Ach, niech się pani stąd usunie, kiedy przechodzę, — rzekł do Jane.
— Chcę panu potrzymać drzwi, które się zatrzaskują... Czy tak się potrząsa omdlałą kobietę?... Niech pan poczeka, aż rozścielę łóżko... Niech pan idzie i powie Henrecie, aby napełniła flaszkę gorąeą wodą.
— Zatelefonować do doktora Moreau?
— Jeśli to sprawia panu przyjemność. Na razie wiem tyle co on. Chodzi przedewszystkiem o to, aby zareagowała szybko... Niema nic w płucach, oddycha dobrze.
Rozmawiali szybko, stłumionym głosem, Fanny przedłużała tę zasadzkę, to odprężenie, to alibi. Ułożyła się tak, aby głowa jej stoczyła się w sposób upiększający, a lampa na stoliczku barwiła różem jej spuszczone powieki.
Jakaś ręka wsunęła pod rozbute jej nogi obwisłą i palącą flaszkę gumową.
— Wrząca, — rzekł głos pokojówki. — Zdejmę pani pończochy...
— A więc?... Idę juź?... — zapytał Farou.
— Tak, niech pan idzie i niech pan nie zapomni o aptece.
— Co za pytanie!... Zatalefonować do Wodewilu?
— Jak pan chce. Mam wrażenie, że to słabość bardzo przejściowa.
— Ale ona niema zwyczaju ulegać słabościom, — rzekł bezradny Farou.
— To znaczy, że nie może ich nigdy mieć? Niech pan idzie szybko...
Ręka Jane, szukając agrafek sukni, musnęła piersi Fanny, która nie mogła pohamować nagłego drgnięcia kobiety zupełnie przytomnej. Otworzyła zawstydzona oczy.
— Ach, wreszcie! — rzekła Jane. — Ach, wreszcie! No, doprawdy!
Chciała się śmiać i wybuchła nerwowym płaczem, Zapomniawszy o obrządku, który rzucał ją na kolana Fanny i toczył po nich jej głowę i rozsypane łzy, Jane płakała stojąco z prostotą, przyciskając do oczu zwiniętą w kłębek chusteczkę. Wykonała ręką znak:
— Zaraz, to się natychmiast skończy...
Utknione w niej, ciemne i bez wyrazu, wielkie oczy Fanny nie krępowały jej wcale. Usiadła na łóżku i podniosła kosmyk czarnych włosów, który opadał na biały policzek.
— A teraz opowiadaj. Jak to się stało?
Fanny zacisnęła swoje zamknięte dłonie, zebrała siły, aby milczeć.
„Jeśli powiem, Jane krzyknie: „Co! I o to! Ponieważ Farou i ja...? Ależ to są zamierzchłe czasy! Przecież nie przywiązujesz do tego żadnego znaczenia! Przecież powiedziałaś sama dwadzieścia razy...“
— Czyżbyś była przypadkowo w ciąży?
Słowo to wydało się Fanny tak śmieszne, że uśmiechnęła się.
— Cóż ja powiedziałam tak śmiesznego? Czy uważasz się za zabezpieczoną przed wszelkiemi małemi Farouami czy Faroutkami?
— Nie, — rzekła onieśmielona Fanny...
To, co w niej było najbardziej pospolitego i wrażliwego, przyglądało się przez chwilę obrazowi, mącącemu spokój wszystkich kobiet: niewyraźnego i małego dziecka... Fanny położyła rękę na jasnem czole Jane i z wahaniem udała nieroztropną.
— To... to nie sprawiłoby... No, nie sprawiłoby ci to przykrości, gdybym wydała na świat niedobrego małego Farou?
Powieki Jane opadły, wszystkie rysy jej twarzy — rozdęte i zbielałe nozdrza, drżące kąciki ust, broda, zdradzająca poruszenia gardła, połykającego ślinę — walczyły i zwyciężyły.
— Nie, — rzekła, — otworzywszy znów oczy. — Nie, — powtórzyła, odpierając jakąś żądzę rewindykacji, którą stłumiała, — nie.
„Nie wierzę, aby kłamała“, pomyślała Fanny.
Nie cofnęła swojej ręki, która przygniatała jasne włosy. Podobnie trzymała zdala, na odległość ramienia, głowę i ciało, które byłaby chwyciła w swoje ramiona, uścisnęła w równouprawniającym bezładzie haremu.
Nieco później domagała się drobnych korzyści swego położenia. Była przedstawicielką dwóch potęg, szanowanych przez służbę domową: choroby i bogactwa. Dostała do łóżka filiżankę zupy, duszone kartofle, polane sosem z pieczeni, winogrona, ilustrowane dzienniki. Jane przebywała w salonie, aby nie nużyć „chorej“.
„Jak się mną zajmują“, pomyślała Fanny.
Ćwiczyła się w leżeniu na grzbiecie, z ramionami wyrzuconemi za łóżko, nagiemi, szukającemi chłodu.
„Mam prawdopodobnie lekką gorączkę. Nie, to są szumy z aspiryny...“
Pełny, przypływający i odpływający dźwięk zbliżał się i oddalał od niej, przynosząc i cofając obraz, którego znaczenia nie pojmowała należycie w tej chwili: obraz Jane, przypartej do ściany, prawie przyduszonej dużem ciałem Farou‘a... Zasnęła i obudziła się około godziny jedenastej. Jan Farou prosił stłumionym głosem Jane o pozwolenie wejścia, Jane, stojąc na progu pokoju, trzymała go na wodzy w sposób pełny pruderji.
— Zmęczysz ją... To nie jest odpowiednie miejsce dla chłopca... Jutro, skoro spędzi spokojnie noc...
Wypocząwszy po krótkim śnie, Fanny nie chciała już, aby ją uważano za chorą i zawołała:
— Tak, tak, możesz wejść! Usiądź tutaj... Wiesz, nic mi nie jest.
— Nic? — zaprotestowała Jane. — Upadła, cała sztywna, o tutaj, gdzie stoję! Wróciła z próby, nie słyszałam nawet kiedy wróciła, i zauważyliśmy nawet, że wróciła późno...
Jan, który nudził się już, jak przy łożu szpitalnem, podniósł rozsądnie głowę:
— Kto, my?
— Twój ojciec i ja... Twój ojciec nie poszedł na próbę. Jego aktorzy byli u krawców. Wykąpał się, ogolił, wystroił jak na ślub...
Ale Jan słuchał. Przestał ostentacyjnie słuchać i milczał, gdy Jane wyszła z pokoju.
— Mogę teraz mówić, — powiedziała Fanny, gdy zostali sami, — Nic mi już zresztą nie jest. Leżę w łóżku, ponieważ w łóżku jest przyjemnie i ponieważ nie chcę być brzydka na próbie generalnej. Ludzie pomyśleliby, że się boję.
Nie odpowiedział. Po chwili milczenia spojrzał na Fanny i rzucił jej tak jaskrawe i tak przykro badawcze „Więc co?“, że się zaczerwieniła.
— Jakto co?... Nic!
Obróciła się w łóżku i podsunęła wyżej poduszkę.
— Więc byli tutaj, — powtórzył Jan, — kiedy wróciłaś?
Nie odpowiedziała nic, a oczy jej unikały kryształowo błękitnego spojrzenia, które ją śledziło.
— Więc?... Więc ty... Więc zemdlałaś? Co?...
Słowa te wywołały w jej pamięci obraz dziecka leżącego na pagórku, ze zwieszoną głową i obwisłemi nogami, z włosami pełnemi grudek ziemi... Ale dzisiaj dziecko było tylko człowiekiem obcym, wściekłym z bólu, egoistycznie oszołomionym żądzą wyrządzenia sobie krzywdy i czegoś gorszego jeszcze. Żaden cień litości nie łagodził błękitnych oczu, które pytały ją beztroskliwie o nią, a na czystych, napół otwartych ustach drżało jedno wstydliwe pytanie, to samo, zawsze to samo...
— Gdzie... oni byli? — wybełkotał.
Nie przypuszczałaby nigdy, że zapędzi się tak daleko.
Ani cienia litości... Odwróciła głowę na poduszce, aby ukryć łzy.
— Kiedy wróciłaś, wtedy to...
Przez rzęsy, zniekształcone łzami, ujrzała dziecko, które pielęgnowała, dziecko, które wzrastało u jej boku od dziesiątego roku życia. Przejęty nawskroś swojem pierwszem cierpieniem, żył jedynie poto, aby je karmić.
„Jakie to okrutne! Dziecko bez nadziei!“ pomyślała Fanny.
I łzy, które polały się szybciej, zasłoniły jej jasną twarz i żarłoczną ciekawość błękitnych oczu.
— Czy byli tutaj?
Kiedy milczała, wykonał ruch porywczego zniecierpliwienia, zdradzający jego pogardę łez.
— Ach, gdybym był tobą, mamo!
Dziecinna buta usprawiedliwiła szeroki gest groźby, który poderwał Jana z krzesła.
„Dziecko..“, pomyślała Fanny, „dziecko, które wychowałam... Był taki łagodny...“
Podwajała oklepane frazesy czułości, aby się podniecić do płaczu. Ale wszystko to, co było w niej nowe i świeżo obudzone, nie zcierpiało tego dłużej.
„Wychowałam?... To pytanie. A co do jego łagodności... Niema litości dla niczego, nawet w tej chwili, dla kobiety, którą kocha...“
Oziębła przy zetknięciu z tem rozjątrzonem dzieckiem i odezwała się bez czkawki:
— Nie będziesz nigdy mną, mój mały. Nie spodziewaj się tego. I pozwól mi wypocząć. Dobrej nocy, mój mały, dobrej nocy.
Nie odszedł. Dotykał wszystkich rzeczy dokoła siebie wzrokiem, wzywającym pomocy, świadków, stronników, powszechnego krzyku. Wstał z posłuszną szybkością, ale dopiero na dźwięk głosu Jane:
— Ta późna wizyta trwa bardzo długo... Czy on nie męczy ciebie, Fanny?
— Trochę...
— Słyszysz, Janie? Uciekaj prędko, mój mały.
Przeszedł próg, strzegąc się dotknąć Jane, a Fanny, uwolniona od wojowniczego dziecka, od jego surowej, nieokiełzanej, rozpaczliwej myśli, odetchnęła.
Samotność i ciszę mąciły jedynie hałasy ulicy i kroki przechodzącej Jane, długiej i jasnej, powiew rytmu jej sukni i jej miękkich gestów niewolnicy, dolatujący aż do łóżka.
Płomyk gazowy z aleji służył za lampkę nocną. Odkryte i blade łóżko Farou‘a oświetlało również pokój.
Bezsenność jest w swoich początkach oazą, do której chronią się ci, którzy muszą myśleć lub tajemniczo cierpieć. Od trzech godzin Fanny pragnęła ciemności i właśnie bezsenności. Tymczasem widziała nieustannie świeży i o barwach życia obraz grupki, przytulonej do ściany łazienki. Badała go szczegółowo, nagi łokieć oparty o ramię męskie, włosy Farou‘a na ścianie jak kula jemioły, dwa fruwające koniuszki fartuszka... Naogół nic straszliwego i nieprzyzwoitego, żadnego blasku ciała, któryby usprawiedliwił owe nierówne uderzenia serca w piersiach Fanny, owo urojone stwardnienie serca, ani strachu z nadmiernej obawy, że para zauważyła jej obecność.
„Muszę powiedzieć Farou‘owi. Farou‘owi czy Jane? I Farou‘owi i Jane...“
Nie poznawała siebie więcej.
— Jesteś zbyt prostoduszna, jesteś potworem, — mawiał Farou.
Gdzież się podziała owa Fanny — potwór?
„Tak, trzeba najpierw pomówić z Farou‘em. Bez żadnych krzyków i scen, trzeba całkiem łagodnie przedstawić mu położenie... niemożliwe... wprost niemożliwe! Nie jesteśmy już młodziutkimi kochankami, nie będę przemawiać w imieniu fizycznej zazdrości, która wchodzi w rachubę tylko w drobnej części...“
Ale wyobrażenie tej drobnej części przypomniało jej zdrowe i pożywne usta Farou‘a i oddech jego nozdrzy, gdy przedłużał uparty pocałunek. Usiadła nagle, zaświeciła światło i wzięła lustro z stolika nocnego. Jej twarz silnej kobiety, górująca nad silną jej postacią, obdarzyła ją fałdzistą brodą, i wysuniętą dolną wargą, którą poprawiała. Prócz pięknych oczu o fascynującem spojrzeniu, uważała się za brzydką, chociaż wrażenie własnej siły i gwałtowności nie wywoływało u niej niechęci.
„Mogę jeszcze wpaść w gniew, pomyślała podobnie jak w czasach oblężenia byłaby powiedziała: „Och, mamy jeszcze cukru na trzy miesiące!“
Pogładziła ręką policzki i brodę, potem odepchnęła i usunęła na drugi plan swoją silną twarz:
„W razie potrzeby... Nigdy niewiadomo...“
Uspokoiła się i nabrała pewności siebie, gdy ujrzała i namacała na swej nietkniętej i odpowiedniej do każdego użytku twarzy wrodzoną dzikość samic. Odruch szczerości sprowadził zawieszenie broni: „Później. W każdym razie, po premierze.“
Zgasiła rozsądnie lampę i kiedy Farou wrócił około godziny trzeciej nad ranem, leżała nieruchomo pod swojemi włosami i śledziła go.
Wiercił się w półmroku bez celu, kaszląc ze zmęczenia i zdenerwowania. Potem porzucił swoją odzież jak zwyciężony. Szerokie jego plecy garbiły się, gdy nic już nie myślał, a ramiona ciągnęły naprzód łopatki. Na widok tego cielesnego smutku dawna niezłomna sojuszniczka, przyczajona pod swoją wielką wstęgą czarnych włosów, chciała już spieszyć na pomoc, ofiarować napoje, uśmiechy, słowa, wszystkie ulgi, wypróbowane w dziesięcioletniej przeszłości... Pohamowała się, odczuła dziwną boleść i udała, że śpi.
— Będziemy tylko my, Farou?
— Naturalnie. Cellerier przyjdzie również, nie mogłem jej tego odmówić.
— Dlaczego?
— Posiada pewien wpływ — oficjalny! — w Komedji Francuskiej...
— Pozuje wszędzie na wpływową osobistość, — wtrąciła Jane.
— Jeśli „Skradzione winogrona“ przejdą z teatru Gymnase, gdzie są zaszpuntowane od trzech lat, do Komedji Francuskiej... chciałbym, aby Cellerier była po mojej stronie...
— Ach, tak... I kto będzie jeszcze?
— Panie krawczynie, panowie modyści... Perugia... Pewien agent amerykański, dwa osobniki z teatrów niemieckich.,. Fotografowie... Silvestre przyprowadza również kilka osób... I Van Dongen, ponieważ maluje portret Estery Merya.
— No, tak... — rzekła dotknięta Fanny. — Reprezentacja krawczyń. Cały Paryż. Należało mi o tem powiedzieć. Och, ten telefon!...
Zdumiony Farou spojrzał na swoją żonę. Nie widział jeszcze nigdy, aby drżała i zmieniła humor z powodu jakiejś nowej sztuki. Telefon więził Jane od rana, opartą na łokciach z słuchawką przy uszach.
— Krytyk „Echa Przedmieścia“ żąda wolnego biletu w drugim rzędzie, — donosiła Jane.
Farou nie raczył odpowiadać. Leniwy, bez przejścia i pobłażliwości, przebył powolne i przykre popołudnie.
— Dlaczego nie poszedłeś tam dzisiaj?...
Uśmiechnął się wymuszonym uśmiechem.
— Ponieważ nikt mnie już więcej nie potrzebuje... Jane, niech pani zapytuje, kto dzwoni. Ernest jest taki głupi... Potem zadzwoni pani do biura Silvestra... Czy przygotowano kwiaty?... Czy pamiętano o czerwonych różach dla Estery?
— Tak, — rzekła Jane.
— O cygarach dla Marsana i portfelu na bilety wizytowe Caretty?
— Tak, — rzekła Jane.
— A loża dla Abel Hermanta? Czy zarządziła pani, aby...
— Tak, — rzekła Jane. — Zmieniłam na lożę parterową, którą lubi...
— Co to są za papiery pod tym kryształowym przyciskaczem?
— Naturalnie prośby o miejsca.
Farou zainteresował się tem w sposób pedantyczny.
— Ależ ja ich nie widziałem! Trzeba mi je zawsze pokazywać! Zawsze! Na co pani czekała?
Jane podała mu papiery, ale Farou odsunął je. Milcząca Fanny słuchała.
— Należy się spodziewać deszczu, co? — rzekł Farou, podrywając się.
— Tak, — rzekła Jane. — Ale barometr podnosi się.
— Która jest godzina? — zapytała wśród milczenia Fanny.
— Och, Fanny! — zazgrzytał Farou. — Jeszcze ciągle jest za wcześnie! Już samo słynne przebieranie się Estery w drugim akcie wypełni tego wieczora godzinę prób, krzyków i nerwowych ataków... Myślę, że przegryziemy coś przedtem? Jeśli Jan nie wrócił jeszcze, chcę, ażeby nie czekać na niego.
— Jan przyjdzie do nas do Wodewilu, — rzekła Fanny.
— A gdzie on je obiad?
— Z swoim komitetem.
— On ma komitet?
— Ma już siedmnaście lat.
Ilekroć Fanny objawiała zły humor, Farou podnosił brwi i nie uśmiechał się.
— Gdybym była wiedziała, że będzie tyle ludzi, byłabym się ubrała, — rzekła Fanny. — Silvestre będzie w sali?
— Tak, — odparł Farou. — I na scenie. A również w swojem biurze, podobnie jak we fryzach i w budce suflera.
— Co on mówi o sztuce?
— Nie wiem.
— Jakto, nie wiesz?
— Nie, nie rozmawiamy już ze sobą.
— Ależ ty mi nic o tem nie powiedziałeś! Dlaczego?
— Jesteśmy w przededniu premiery, próby trwają czternaście dni, on jest dyrektorem. Innego powodu niema.
Bębnił w szyby, poprzecinane pręgami długich łez deszczu. Ziewnął żałośnie:
— Skończyć sztukę, to nie jest takie wesołe, jak się wydaje.
Po podniesieniu kurtyny ciągnęła się na scenie w nieskończoność dyskusja między maszynistami a dekoratorem. Trwała już pół godziny i mogła nie skończyć się nigdy, bo opasły kierownik maszynistów, o słodkim głosie, nie przekraczał ani tonu ani wyrażeń uprzejmości. Dekorator, podobny do Barresa, upierał się przy swojem i popisywał się niemożliwą do użycia grzecznością. Jane i Fanny, które siedziały w loże parterowej, znały już na pamięć wszystkie szczegóły dekoracji pierwszego aktu, wyszczególniającej się autentycznemi, staremi meblami, angielską zastawą srebrną, książkami oprawionemi na sposób,,do użycia“ i cofnęły się w głąb loży, wsunąwszy brody w futrzane kołnierze i zgarbiwszy plecy jak na peronie dworca. Około godziny wpół do dziesiątej wślizgnął się do nich Jan Farou i zapytał: „Jeszcze się nie zaczęło?“ W odpowiedzi otrzymał tylko jakieś niejasne znaki. Dekorator przerwał swój djalog i zwróciwszy się w stronę widowni krzyknął przez tubę do czarnej pustki, przeciętej równoległemi falami pokrowców:
— Pan Silvestre jest na widowni?
Po pewnym czasie, który wydał się bardzo długi, padło zdanie z ust bujającego wysoko i niewidzialnego serafina:
— Nie przyszedł jeszcze...
Deszcz trzaskał regularnie o kopułę.
— Co się właściwie robi? — zapytał Jan.
— Czeka się, — odparła Jane. — Ach, otc jest Farou!
Scena powiększyła go. Zamienił kilka słów z nieczułym dekoratorem, zaciągnął do kąta nadętego i zmiennego kierownika maszynistów, który wyszedł i przyprowadził dwóch chudych maszynistów.
Dzięki ich staraniom znikła błękitna kanapa, zastawiona chińskim stolikiem. Zastąpiło ją ministerjalne biurko i dwa krzesła. Wówczas dekorator zmiótł z czoła swój barresowski kosmyk włosów, włożył kapelusz i opuścił scenę. Farou wyłowił z szerokiego kosza, który podał mu rekwizytor, mały zegar ścienny w stylu Ludwika XIV, porcelanowy wazon japoński, lichtarz biurowy, który wydawał się srebrny, i bibularz z safjanowej skóry. Poustawiał cacka na meblach, poprawił sztuczne róże w wazonie. Cofnął się na krok, aby sprawdzić wrażenie, posunął jakiś mebel, unormował równowagę jakiegoś kwiatu, Fanny śledziła tę błahą pracę bez życzliwości, jak gdyby patrzyła na Farou‘a sporządzającego damskie kapelusze lub haftującego na tamburku. Jane dotknęła jej ramienia.
— Zobaczysz, że zapomną włożyć do szuflady lak do pieczętowania...
Fanny spostrzegła, że Jane jest poważna i pilnie uważająca i usiłowała ją z zazdrości naśladować.
Ze zbitej grupki na środku widowni, stojącej do koła aparatów fotograficznych, podniosła się ręka w białej rękawiczce.
— To Cellerier daje ci znak, że jest tutaj, — rzekła Jane.
— Cellerier i kto jeszcze?
— Zapewne ludzie, których przyprowadziła...
— Ten tupet! — rzekł Jan.
— Kierowniczki magazynów krawieckich są nieco dalej, pod balkonem. Meryan jest ubrana, Dorilys również... Pytam się więc, na co się czeka?
Gryzł paznokieć wielkiego palca, Fanny, dotknięta nerwowym atakiem nieustannego ziewania, zaciskała płaszcz na ramionach i zakładała go na krzyż na nogach. Jan Farou wyszedł z loży parterowej i wrócił, niosąc białawe cukierki o smaku starego octu. Drobnemi krokami tańca w bok zaproszeni wsuwali się między rzędy foteli, pozdrawiając się cicho, jak w kościele.
Z ziejących paszcz lóż parterowych, które wydawały się Fanny puste, dobywał się kaszel, śmiech, trzask zamykanej torebki.
Na scenie, między dwoma skrzydłami drzwi, wychyliła się głowa kobiety, zaświeciła wszystkimi barwami bukietu i cofnęła się natychmiast.
— To Merya, — rzekła cichutko Jane.
— Jest blondynką, — zauważył Jan.
— I dobrze uszminkowana. Miałeś czas zauważyć?
— Tak, Wspaniale, Odmłodniała o dziesięć lat. Tak mi się przynajmniej zdawało.
Szeptali nerwowo. Jan, nachylony ku Jane w niewygodnej loży, dotykał ją ramieniem, kolanami, wchłaniał powietrze przesycone jej zapachem i ciepłem blondynki. Rozbrajała go ciemność, ale stłumił syczący śmiech, gdy ojciec przeszedł przez scenę, niosąc poważnie na ramieniu szal hiszpański.
— Ach, oto jest Marsan z Farouem... Lubisz żakiet Marsana?
— Nie można lubić żakiet. Dlaczego jest on w żakiecie?
— On jest pocieszny! — oświadczył Jan z wyżyn swego nowiutkiego ubrania.
— Fanny, przypominasz sobie, jak pękałaś ze śmiechu na próbie kostjumowej „Atalanty?“
— Pękałam ze śmiechu?
— Tak, z powodu kurtki domowej Graulta, moja droga, z tej jego kurtki uwodziciela! Nie mogłaś się powstrzymać!
„Pękałam ze śmiechu... Śmiałam się jak szalona. Tak, chcę jeszcze śmiać się jak szalona. Przebędę stan, w jakim się znajduję, to się przechodzi jak chorobę... Chcę...“
— Wchodzi Merya, — szepnęła Jane. — Och, to świetna suknia! Fanny, zobacz suknię Meryi... Hm?
— Urok czarnego koloru...
— Mamo, czy pójdziesz po pierwszym do loży Estery Meryi? Będę mógł pójść z tobą?
— Nie, nie, — rzekła żywo Fanny, otulając się w płaszcz i cofając biust. — Nie pójdę. Idź z swoim ojcem.
— Ona się nazywa Mayer, prawda mamo?
— Naturalnie.
Widziała, jak twarz młodego chłopca rozjaśniała się mimowoli zanurzała się w fałszywem świetle teatru, z chwilą pojawienia się dwóch lub trzech postaci teatralnych o stylu arbitralnym. Uprawiał zawodowo krańcową obojętność i niechęć dla zawodu Farou‘a. Ale w obliczu aktorki i aktora, szminek, dusznych lóź, celebrowania i przygotowywania obrzędów teatralnych, stawał się znów olśnionem dzieckiem.
— Farou jest zielony, — zauważyła Jane.
— Z powodu kontrastu, — rzekła Fanny. — Marsan namalował sobie cerę kolonialną. Co za pocieszny pomysł!
— To go robi bardziej męskim.
— Tak? — zapytał lękliwie Jan.
Fanny uśmiechnęła się, patrząc na Jana, naiwnego z swoją namiętnością i wrogością, i przywiązującego poważne znaczenie do najmniejszych wyroków Jane, Kurtyna opadła. Surowy głos zażądał ciszy i dodał:
— Proszę osoby, niebiorące udziału w sztuce, aby zechciały opuścić scenę.
— Kto to mówi? — zapytała Fanny.
— Loża w głębi, — rzekł Jan. — Ta, która ma wielki czarny otwór. Przyszedł Silvestre, Te „osoby niebiorące udziału w sztuce“, to mój ojciec.
„Brygadjer“ uderzył szybko dwanaście razy, potem trzy razy uroczyście, Mały kłębek leniwego prochu przewinął się tuż nad podłogą pod kurtyną. Ukazało się znów poważne umeblowanie i zaczęła się próba. Chcąc słuchać, Fanny oparła skroń o przepierzenie i zamknęła oczy. Otworzyła je, usłyszawszy stłumiony okrzyk Jane:
— Ach!... Sfuszerowała ten krzyk! Całe szczęście, że fuszeruje dzisiaj!... Ale taka rutynowana kobieta, to nie do wybaczenia! Farou musi być w podłym humorze! Co ty na to, Fanny?
Fanny nie powiedziała nic. Obudziła się z głębokiego snu, który wydał się jej krótki. „Czy to możliwe... Spałam...“ Mierzyła odosabniającą ją gęstość zmartwienia. Powtórzyła, naśladując Jane, w czasie gdy opadała kurtyna:
— Tak, istotnie, to nie do wybaczenia...
Trochę światła wróciło na widownię. Blada Jane gryzła z wściekłością paznokieć swego wielkiego palca. Drzwi loży parterowej otworzyły się pod odzianą w rękawiczkę pięścią Klary Cellerier.
— To niema żadnego znaczenia, moje dzieci! — zawołała. — Tylko, żeby uważała jutro. Taka stara rutynowana aktorka jak ja, wie, skąd pochodzą te czysto głosowe przypadki. Zbyt ogrzane garderoby, ot co. I zmęczenie też... Gdyby Merya była włożyła nieco bardziej swój głos w grę — rozumiecie? „him, him, him“, o tak — nie byłby się wydarzył kiks... Uf, to już przeszło.
Usiadła. Mętne i słabe światło pozbawiło ją żywych kolorów i zmniejszyło jej twarz do wielkich cienistych jam w oczach i głębokiego parowu ust. Fanny wyobrażała sobie przez chwilę, że sen jej trwał należycie długo, aby postarzeć Klarę Cellerier o dwadzieścia lat.
— Mówmy o sztuce. Do kroćset, co za dzieło! Ten bezpośredni sposób wchodzenia w środek tematu, co? Farou to drapieżnik. Co za rozmach! Muszę przyznać, że Marsan jest pierwszorzędny. Ale mówiąc między nami, Fanny, kiedy Merya odpowiada mu prosto z mostu: „Tyle kobiet przychodziło do tego biura, aby błagać o ratunek, ale ja nie wyjdę z niego, nie zgubiwszy jednego z nas dwojga“, czy nie uważa pani, że to... zdradza zbyt wcześnie sztukę? Co?
Fanny zaczerwieniła się w ciemności. Te odpowiedzi nie dotknęły jej snu, Jane odpowiedziała przed nią z zapałem:
— Och, pani, taka kobieta, jak piękna pani Houcquart, nie może mówić inaczej! Jest zbyt wytworna, aby zdradzić swoje machinacje.
— Pani Houquart, to nie jest chucherko ani niewiniątko, — potwierdził Jan. — Nie poniża się do tego, aby brać się na sposoby z takim osobnikiem jak Brane-Ursine! Prawda, mamo?
— Zagłuszacie mnie wszyscy! Muszę widzieć sztukę przynajmniej dwa razy... Nie orjentuję się tak szybko, — rzekła tchórzliwie Fanny.
Lękała się przybycia Farou‘a. Wszedł niebawem. Nie wydawał się zdenerwowany, niespokojny, ani nawet rozczarowany. Może zażywał już tego odrażającego przygnębienia, które oddalało go po pierwszem przedstawieniu od teatrów, grających jego sztuki.
— Dzień dobry, Klaro!... Poszło dobrze, prawda? Z wyjątkiem „vox faucibus“ Meryi — szkody czysto materjalnej...
Klara zawiesiła się u jego ramion i uścisnęła go.
— Co za dzieło! Co za budowa! Prawdziwy granitowy Farou!
Farou szukał wzroku Fanny.
— Och! — ustąpił miękko, — to jest może tylko zwyczajny brykiet... Fanny podoba ci się, czy nie?
Ujęła go za ręce, ścisnęła je i usiłowała zadowolnić go egzaltowanem milczeniem.
— Powiesz mi to później... Jesteś najsurowszym moim sędzią... Drżę...
Żartował z niepewną miną i Fanny dostrzegła, że pozbył się arogancji. Nienawidziła u Farou a wszystkiego, co przypominało upokorzenie, i wsiadła, na swego pasierba:
— Cóż to, Janie? Nie mówisz nic Wielkiemu Farou? Byłeś przecież przed chwilą dość podniecony! Nie mogłam ich uspokoić, — rzekła, wskazując Jana i Jane.
— Och, brawo, papo, brawo! — zawołał zakłopotany Jan.
— Tak? — rzekł z roztargnieniem Farou... — Czekajmy na koniec... Jesteście bardzo uprzejmi... Teraz, moje dzieci, wracam do moich durniów.
— Gdyby Marsan pana usłyszał! — rzekła Klara, parsknąwszy śmiechem.
Fotografowie zawiesili w orkiestrze obwisłe baloniki z magnezją i Klara ziewnęła:
— To będzie trwać długo... Gdybyśmy tak wyszli zapalić papierosa i napić się grogu?
— Nie, nie, — rzekła żywo Fanny.
Poprawiła się:
— Przynajmniej ja nie. Jestem zmarznięta, podniecona... Idźcie w trójkę, ja wypocznę... Tak, tak, idźcie!
Zostawszy sama, oparła znowu skroń o przepierzenie i czekała cierpliwie. Łudziła ją niedola. Raz chciałaby mieć zmartwienie młodej dziewczyny, pełne głośnych krzyków, dzikie, wyjęte z pod wszelikch względów ludzkich, to znów żałowała swojej lekkomyślności w ubiegłym roku, przykrej tajemnicy przebaczeń, udzielanych Farou‘owi. Nie wybaczała swojemu zmartwieniu, że zajmowała miejsce między rozpaczą a obojętnością, w duchowej sferze, dopuszczającej rozrywki, przyjemności, skrupuły i wynagrodzenia. Dziwiła się nieustannie, że zdrada nie zmieniła w jej oczach Farou‘a, a nawet samą Jane...
„Poza tem, że nie mogę znieść tego, nie czuję do niego urazy... Nie sądzę zresztą, abym czuła do niego urazę...“
Wróciła Klara Cellerier, poprzedzając Jane.
— Pani spała, piękna melancholiczko? Nie przeszkadzam pani... Nie? Podam pani ostatnie wiadomości: Marsan ma początki zanokcicy i gorączki... Dorilys i Bizet mówią — co tam mówią! one wprost wyją — że Choquart zaangażował je tutaj poto, aby je mieć wygodniej obie do dyspozycji... Gdyby pani widziała, jak je Farou uspokajał! Trzymał jedną ręką Dorylis, a drugą Bizet. Korzystały naturalnie obie z sytuacji, szczególniej Dorilys. Moźna było skonać ze śmiechu...
„Skoro się niema przyjaciółek, myślała Fanny, kogo prosić o radę? Nikogo. Zresztą, co jest warta, rada przyjaciółki? Ta stara Klara udzieliłaby mi rady, tak zgodnej z tradycjami, z jej tradycjami, że czuję już naprzód obrzydzenie... Udzieliłaby mi rady Francillona lub Mimi...
— Deszcz nie pada już! — zawołała Jane. — Wiedziałam dobrze, że barometr nie kłamał!... Jest pogoda...
Wniosła z sobą świeżość, wilgoć i zapach sadzy paryskiego deszczu. Zimna jej ręka dotknęła natychmiast ręki Fanny.
— Fanny, już zaczynają. Wie pani, pani Cellerier! Silvestre powiedział, że każe zgilotynować każdego, kto otworzy drzwi lub spuści straponten po podniesieniu kurtyny... Akt drugi i trzeci gra się w tych samych dekoracjach, można się więc spodziewać, że skończy się najpóźniej o godzinie drugiej... Zostawiłam Jana Farou z jednym z synów Silvestra. Ale ponieważ są bliźniakami, nie wiem z którym...
Nachyliła się nad Fanny, szukając jej pod krysami kapelusza.
— Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że nie czujesz się dobrze... Nie jestem spokojna. Nie lubię zostawiać ciebie samej... Proszę, masz tutaj bukiecik fiołków. Brak mu tylko zapachu fiołkowego...
Fanny wzięła bukiecik, nie patrząc nań, malutki bukiecik, operlony wodą, sztywny, jeszcze żywy i przepojony wonią bagna, jak dzikie zwierzątko. Podziękowała skinieniem głowy, uśmiechem zamkniętych ust. U boku jej usiadła jedyna istota ludzka, z którą mogła mówić i być rozumianą. Otuliła się silniej w płaszcz i zrobiła Jane miejsce.
— W sąsiedniej kawiarni mówią, że to zapowiada się jako rzecz bardzo silna...
— Tak, tak... Na odmianę.
— Na odmianę?
— No tak, tak... „Rzecz bardzo silna... Trzeci akt mocno zbudowany... Niezachwiana ręka prowadzi osoby dramatu do końca...“ Czytaliśmy te frazesy. Znasz je lepiej ode mnie, bo nalepiasz wycinki z gazet... Ta „siła“ Farou‘a, to... Farou z krwi i kości... To jego fizyczny wygląd... Myślałam zawsze, że gdyby Farou był cherlakiem, czytalibyśmy coś innego: „Niesłychana subtelność... Ironia o tysiącu ukłóciach...“ Czy nie tak? Powiedz.
— Co sądzi Farou o twoim sposobie zapatrywania? Mówiłaś mu o tem?
— Z Farouem niełatwo rozmawiać. Nie zauważyłaś tego nigdy?
— Tak, — rzekła Jane.
Podniosła się kurtyna. Na scenie Merya i Doril lys, ta nastawiając wysoko swój głos, tamta grająca nieco wytartym aksamitem kontralta, odtwarzały główną scenę. Jedna chciała zatrzymać kochanka, którego nie poślubi, druga walczyła o to, aby ten sam mężczyzna należał do niej. Wśród kilkudziesięciu widzów rozległy się dwukrotnie, tu i tam, odosobnione, mocne oklaski, jak strączki janowca ogarnięte ogniem.
— Dobrze zagrane, — szepnęła Jane.
Obie aktorki podwoiły fałszywą zimną krew i udaną pewność siebie. Czuły już sukces jutra. Gra ich zabarwiła się tym nadmiarem naturalności i przekonania, które doprowadza teatr do najbardziej pospolitych entuzjazmów. Fanny usłyszała głos Klary Cellerier, wołający: „Brawo!“ w czasie przerwy, którą Farou zrobił umyślnie poto, aby krzyczano: „Brawo!“ i przykry djalog zaczął się znowu. Fanny słuchała tym razem z lekceważeniem.
„Może on myśli naprawdę, że to mogłoby się tak dziać w rzeczywistości. Śmiać mi się chce“.
Rzuciła ukradkiem zasłonięty wzrok aż ku Jane, nie odwracając głowy. Jane gryzła paznokieć a rzęsy jej drgały.
„Jest wzruszona... Może ona myśli również, że to może dziać się w ten sposób... Jakiż należałoby wybrać dzień, aby się dowiedziała, abym ja dowiedziała się sama, że to się tak nie dzieje?...“
Tragiczne krzyki uraziły jej uszy. Merya mdlała przed Dorilys, która stała sztywna, zapatrzona, wyprostowana, jak Joanna d‘Arc i urągała jej:
„— Pani nie wie, co to jest młoda dziewczyna... Całą nienaruszoną siłę, całą nieświadomość, jaką mam w sobie, wszystko, co mogę zrobić najgorszego i stworzyć najlepszego, ciskam przeciw pani, rzucam do walki o niego!...“
W głębi swojej duszy Fanny widziała dwie rzeczywiste kobiety, ponure, powściągliwe, dbające o to, aby powstrzymać wybuchy głosu, unikać ciekawości służby, zachować pozory... Przeniknął ją dreszcz zimna. Jakaś ręka wsunęła się za jej plecy, podniosła futrzany jej kołnierz, potem wślizgnęła się pod jej ramię i zatrzymała się w zgięciu łokcia jak uśpiona.
„Zawsze ta ręka... Co zrobić z tą ręką? A jeśli w najbliższym dniu przyjdzie mi odrzucić tę rękę, otworzyć siłą palce, które zacisną się kurczowo dokoła mego ramienia, dokoła materji mojej sukni?...“
Ta nieruchoma ręka zajmowała ją bardziej niż koniec aktu. Natomiast Jane ogarniała surową czujnością każdy krok aktorów, jak gdyby czuła się winna, że źle słyszy. Jan Farou wrócił cicho i usiadł na miejscu w rogu, które uwolniła Jane, przytulona do Fanny, i żył jedynie dla tych splecionych ramion, przeklinając je i wzywając brutalnie spojrzeniem Fanny, aby puściła ramię, które się schroniło. Milcząca i uparta Fanny walczyła i kurtyna opadła, zanim powzięła postanowienie.
— Och!... Brawo! — zawołała Jane, spóźniwszy się o sekundę.
Kurtyna funkcjonowała jak na próbie generalnej. Merya popisywała się już wszystkiemi oznakami zniszczenia, które przyniesie jej zaszczyt jutro, a Dorilys kłaniała się i stawała się znów niezniszczalną dziewicą, na którą teatr może liczyć jeszcze ćwierć wieku.
Trzeci i czwarty akt, złączone w dwa obrazy, wyczerpały cierpliwość i siły Fanny. Przeszła połowa nocy. Nieporządek, szanujący zwyczaje, nałogowe opierania się i klasyczne wypadki materjalne, opóźnił godzinę, w której uwolniony Farou, obojętny jak wobec każdego swego dzieła, które rzucał dojrzałe tłumowi, mógł wkońcu powiedzieć:
— Nic mnie tu więcej nie obchodzi.
Fanny, Jane i Jan Farou znaleźli go na scenie. Stojący koło niego reżyser spisywał:
— Lak do pieczętowania, zapomniany w pierwszym akcie, kieszonkowa lampa elektryczna, która się nie zapaliła, w drugim akcie; dzwonek u drzwi wejściowych w trzecim; kawa, która się nie dymiła w filiżance, również w trzecim; światło księżyca, które musi być mniej błękitne (to stwierdzone z JuIjanem) i telefon, którego model trzeba zmienić... Czy jeszcze coś, panie Farou?
— Nie... Nie, mój drogi... Ach, abażur w drugim akcie... Zbyt krótki daszek: publiczności w pierwszym rzędzie świecić będzie żarówka prosto w oczy...
— Zanotował to już pan Silvestre.
— Nie widzę nic więcej... Dobrej nocy, mój drogi! I dziękuję.
Zachował cierpliwość do końca. Ale oczy jego latały z żywością pozbawioną wyrazu na prawo i lewo po scenie, uprzątniętej jak pod dotknięciem różdżki czarodziejskiej.
— Gdzie są oni? — zapytała Fanny. — Gdzie są oni wszyscy?
— Kto?
— No.. Merya, Chouquart, Dorilys, Marsan...
— Poszli.
— Jakto?... To niemożliwe, kurtyna przed chwilą zapadła... Chciałam...
Farou wzruszył ramionami, otulając szyję w wełniany szal.
— Mówię ci, że poszli. Uf!... Są świetni, ale nie mogę patrzeć na nich dłużej... aż do jutra. I oni nie mogą patrzeć dłużej na mnie. Mamy siebie wzajemnie po uszy, zrozumże to...
Wsunął ręce pod łokcie obu kobiet i pociągnął je z sobą.
— To będzie wielki sukces, — rzekła zamyślonym tonem Fanny.
Chciała wydać sąd bez zapału i oddać sprawiedliwość Farou‘owi, który pracował, jak zwyczajnie, sam i uczciwie. Ponieważ brakowało jej entuzjazmu, lubiła oceniać wartość pracy podług jej owoców.
— Tak, to będzie wielki sukces, — powtórzyła. — Wierzę w to.
Rozłączyli się, aby zejść po wysokich schodach. Farou szedł przodem, wywijając rękami. Jednym skokiem przebył trzy ostatnie stopnie i wyciągnął ramiona, aż trzasnęły. „Jaka szkoda!...“ westchnęła w duchu Fanny.
Wzdychała z jakimś niewytłomaczonym żalem ilekroć wyobrażała sobie uwięzionego w ciasnocie Farou‘a jako człowieka, władającego siekierą, prowadzącego lokomotywę, trzymającego lejce lub wiosła... Jan Farou postępował za niemi i rzucał na ściany cień o pochylonej głowie.
Farou poczuł na dworze deszczowe powietrze: „Ach, wracajmy pieszo!...“ Ale rzucił się jak kula w głąb swego wozu i nie ruszył się więcej.
Posadził Fanny z prawej strony, Jane z lewej. Obojętne jego ręce spoczęły z braku miejsca na jednem i drugiem ramieniu kobiecem. Jan Farou, siedzący na składanem siedzeniu, oglądał uporczywie ulice, puste o drugiej godzinie rano. Przy każdej latarni ręka Farou‘a, wisząca na ramieniu Jane, wynurzała się z ciemności i Fanny śledziła mimowoli za każdym powrotem światła tę zwieszoną rękę i uporczywy profil Jana.
— Wpół do trzeciej! — oznajmił Farou. — Jutro.. ohydny dzień.
— Och, nie! — zaprotestowała Jane, — zasłużony.
— Mimo to, umieramy z senności. Co, Janie?
— Umieramy, — potwierdziło słabe echo.
Fanny wydawała się droga długa i cierpiała znowu. Lękała się, aby jej własne naprężenie, trwoga Jane i nieprzejednane milczenie Jana nie ruszyły nagle zmieszane jak lody, przedwcześnie, przed przybyciem do domu, przed zamknięciem się drzwi... Farou ziewnął, wyciągnął swoje długie nogi, rzucił jakieś dwa czy trzy błahe słowa, powinszował sobie na widok zamglonej tarczy księżyca, przesuwającej się między chmurami i zapowiadającej pogodę. Nieczuły na inne, bardziej delikatne przepowiednie, zażegnywał jakimś litościwym szeptem wszystko to, co mogło zagrażać jego niezamąconej i patrjarchalnej niemoralności.
— To ciekawe, nie mogą nigdy wypisać cyfr przed wydrukowanemi nazwiskami. Popatrz, Fanny. Wskutek przestawienia wypisanej na maszynie kolumny wygląda tak, jak gdybyśmy mieli przedwczoraj 2,440 a Mathurins 22,000.
Jane podała Fanny bilans kasowy.
— Masz bilans z pierwszego tygodnia, Jane? Daj mi go. Dwadzieścia... Szesnaście, siedmnaście tysięcy czterysta, ośmnaście tysięcy czterysta, dwadzieścia tysięcy trzydzieści dwa... — czytała półgłosem Fanny. — Nieźle, co?
Jane kiwnęła głową.
— Nieźle? No, chyba! To majątek, Fanny! W dodatku nadchodzą święta...
— Święta?
— Boże Narodzenie! Trzy poranki, dwa nocne przedstawienia... I wznowienie „Mieszkania“ u Antoine‘a... I tourneé „Winogron“ po przedmieściach!... Ten Farou! Nie można mu już nic więcej powiedzieć. — rzekła Jane dość cierpko.
— A więc... to naprawdę sukces? — nalegała Fanny. — Teraz, to rzecz pewna?
— Co za pytanie!... Dlaczego upierasz się, aby...?
Spostrzegła, że Fanny, która zwiesiła głowę nad kartkami, nie czytała ich. Stwierdziła również, że Fanny ubrana była w nową, ciemnobłękitną suknię, nadającą jej charakter skromnych odwiedzin lub wyjazdu i że papiery drżały w jej rękach.
— A zatem... — westchnęła Fanny — zatem... przystąpmy do rzeczy.
Podniosła na Jane mętny i niemal błagalny wzrok. Szminka na ustach odsłaniała mały skrawek wargi o dziwnej, różowej bieli a słabe grudniowe słońce, igrające poprzez drzewa Pola Marsowego, zmusiło ją do opuszczenia powiek.
To samo słońce rozzłociło aż do delikatnej zieleni włosów młodej kukurydzy głowę Jane, która nagłym ruchem usunęła się poza promień.
— Przystąpmy do rzeczy... — powtórzyła posępnym głosem Fanny. — Otóż... Moja droga Jane...
Bicie serca i szum krwi w uszach mąciło to, co sobie powzięła.
„Co ja powiedziałam... moja droga Jane?... To nie tak należało powiedzieć...“
Ale miała do czynienia z rywalką, która nie chciała zgodzić się na żadną niższość i pozwoliła jej wypowiedzieć jeszcze kilka tylko słów:
— Otóż... Jane... Dowiedziałam się, że ty... że Farou...
— Poczekaj! — przerwała Jane. — Poczekaj! Jedną chwilę...
Zebrała z powagą swoje siły. Różowa szminka bardzo bladej cery, zazwyczaj niewidzialna, wystąpiła silniej na jej policzkach i przekroczyła ich kształt wydłużonego owalu.
— Co zrobimy? — zapytała.
Z powodu tego „my“, Fanny zaczerwieniła się.
— Jakto, co my zrobimy?
— Tak jest... Czy to Farou zadecyduje w tej sprawie, czy my? Pozwolisz, że usiądę. Nie czuję się dobrze stojąco.
Jane, usiadłszy, musiała podnieść ku Fanny swoją twarz, która wydawała się początkowo spokojna, pozbawiona jedynie zwyczajnej szczerości. Aby walczyć swobodnie uznała za stosowne zachować tylko zasadnicze swoje rysy, zdradzające bliską trzydziestkę, zmienny kształt ust pod nieco przydługim nosem, przepiękne oczy kobiety zazdrosnej.
— Mówiłaś o tem z Farou‘em?
— Nie. Wiedziałabyś o tem.
— Niekoniecznie... Dziękuję ci, że zwróciłaś się do mnie pierwsza.
— Pierwsza? Chciałaś mówić ze mną o tem?
Jane odrzuciła od siebie daleko, ruchem ręki, podobny zamysł.
— Nie... Och! Wielki Boże, nie!... To, że zwróciłaś się najpierw do mnie, A więc,,, my decydujemy, co?
Podobny spokój, nawet udany, zaskoczył Fanny. Czuła się zdolną do wymyślania, ale pod osłoną odruchu wielkiej namiętności. Uśmiechnęła się w braku czegoś lepszego.
— Zdaje mi się, że to jest oczywiste, że my zadecydujemy, — rzekła.
— Dobrze, rozumiem. A zatem, decyzja należy do ciebie, Fanny, tylko do ciebie samej...
Szare jej oczy, pełne prośby, ostrzegły Fanny, że nie powinna się liczyć z zarozumiałością słów, ale z niewytłómaczoną ukrytą myślą, która je dyktowała. Tymczasem Fanny rozdęła swoje białe nozdrza a zbliżanie się gniewu oświetliło ją całą.
— Nie unoś się, Fanny!... Mój Boże, jak bardzo trzeba zważać na wszystkie nasze słowa! Czy wykluczysz Farou‘a poza nawias... naszego sporu? Czy nie będzie znał naszej dzisiejszej rozmowy?
— O, nie! Czego ty żądasz? To niemożliwe!
— Czy zastanowiłaś się nad tem, Fanny?
— Zastanowiłam się doskonale.
Kłamała. Myślała jedynie, że gdy krzyknie coś w rodzaju: „Wiem o wszystkiem“, sprawy ułożą się same albo pogmatwają się fatalnie. Ale widziała przed sobą tylko rozsądną młodą kobietę, bezwątpienia wzruszoną, która już rozprawiała i gotowała się niewątpliwie do rozwinięcia praktycznych znajomości i lawirującej rezygnacji.
„Czego też ona nie wie, pomyślała Fanny. Spierała się z niejedną kobietą, z niejednym mężczyzną... “
— Obawiam się, — rzekła Jane, potrząsając głową, — że nie zastanawiałaś się nad tem mniej ode mnie...
— Od krótszego czasu, niż ty, to prawdopodobne.
— Możliwe.
Ale Fanny nie lubiła ani tej uległości ani tej swobody. Pochyliła czoło jak koń, który nosi spuszczony łeb i podwoiła brodę.
— Co należy zrobić? — zapytała Jane cicho,, jak gdyby siebie samą.
Fanny uśmiechnęła się, ukazując blady skrawek swoich czerwonych warg.
— Boisz się?
— Czy się boję? Nie... A może tak.
— Czego?
Jane utkwiła smutne spojrzenie w oczach Fanny.
— Wszystkiego, co może nastąpić, Fanny, wszystkiego, co może zmienić nasze życie...
— Będziesz mogła zawsze widzieć go na ulicy, — rzekła Fanny przykrym głosem.
— Kogo?... Ach, Farou‘a!... Nie myślałam o nim.
— To jest naprawdę niewdzięczność, — rzekł ten sam głos.
— Nie jestem zobowiązana do żadnej wdzięczności dla Farou‘a, — odparła Jane, wznosząc brwi.
— Jeszcze szczęście, że nie żądasz jej przede mną.
Nerwowy kaszel przerwał ciężki oddech Fanny. Jane wykonała ruch pełen zniechęcenia i podparła się łokciami na stole, oparłszy głowę o rękę. Grudniowe słońce opuściło już pokój i jasno-zielona barwa zmierzchu zazieleniła osobliwe włosy Jane, która odsłoniła płaski i za szeroki przedział policzka między nosem a malutkiem uchem. Jedna łza przecięła ten płaski policzek, dotarła do kącika ust, które wypiły ją z obojętnością.
— Trzy lata i pół, cztery... Prawie cztery lata... — liczyła Jane dla siebie samej.
Wspomożona odruchem gwałtowności Fanny wyrwała się ze stanu bezwładności.
— Zwalniam ciebie ze statystyki i ze szczegółów! — krzyknęła.
Profil, przecięty łzą, odwrócił się żywo i Jane zmierzyła od stóp do głów swoją przyjaciółkę.
— Co ty myślisz, Fanny? Myślisz, że od czterech lat jestem... że Farou jest....
— Nie obawiajże się słów! A co do czasu... wiemy, że nie odgrywa on w tej sprawie żadnej roli, prawda?
— Och, ależ tak, moja droga, jeśli chodzi o Farou‘a!...
Wzruszyła ramionami, jak gdyby się śmiała.
— Fanny, masz przed sobą najbardziej zwyczajny kaprys Farou‘a... najzwyczajniejszy...
Uniżoność i gorzki grymas Jane oburzyły Fanny jak wszystkie gesty pospolitej komedji.
— To nieprawda! Przynajmniej nie kłam! Czy ja ci grożę? Czy ja się skarżę? Skończmy przynajmniej przyzwoicie... spokojnie... cośmy zaczęli... Tak, spokojnie...
Zachrypła z głośnego mówienia, wpadła ponownie w gniew, z obłędną przyjemnością, z żądzą posunięcia się jeszcze dalej. Ale równocześnie powtórzyła dwukrotnie słowo „spokojnie”, przypisując mu znaczenie łagodzące. Spostrzegła ze zdumieniem, jak Jane zerwała się nagle na nogi i zbliżała do jej twarzy swoją zuchwałą twarz.
— Jakto? Jakto, to nie jest prawda? A zatem czemże byłabym? Może kobietą, którą kocha Farou? Sądzisz, że poniżam się, aby cię rozczulić? Moja biedna Fanny! Zwolniłaś mnie od statystyk, bo w przeciwnym razie nie robiłabym tajemnicy z tych minionych tygodni, w których Farou nie uważał mnie za coś innego, jak za...
Zatrzaśnięte drzwi pokoju przerwały jej dalsze słowa. Słuchały obie, w postawie ostrej sprzeczki, wziąwszy się za boki.
— To nie on, — rzekła wkońcu Jane. — Gdyby to był on, usłyszałybyśmy najpierw drzwi od kurytarza...
— Wchodzi bardzo cicho od czasu, gdy włożono nowe wałki do drzwi, — rzekła Fanny. — W każdym razie nie wchodzi tutaj nigdy przed obiadem...
Odsunęły się uspokojone od siebie, jak gdyby zrezygnowały w milczeniu z planu walki. Fanny poszła rozsuwać podwójne kotary obu okien, zapaliła lampy na dwu stołach. Usiadła, pogrzebała w żarze, nałożyła polana na kozły przed kominkiem. Czuła chłód nadchodzącej nocy, jasnej i smaganej północnym wiatrem, i drżała mimo radjatorów i ognia w kominku.
Kiedy przeszła chwila gwałtownego gniewu, nie miała chęci stawiać czoła, nawet „spokojnie“, Jane i jej prawdzie, czy Jane i jej kłamstwu. Roztropna i z ograniczoną wolą mówiła już sobie w duchu:
„Przedtem było lepiej... Żadna z nas nie będzie miała korzyści ani szczęścia z tego, co nastąpi... Byłoby lepiej, gdyby Jane nie mówiła nic więcej...“
Ale Jane odezwała się znowu.
— Ach, Fanny, gdybym mogła być zrozumiana... Ty nie wiesz, ty nie wiesz...
Fanny podniosła białe czoło, ruchomy, czarny swój kosmyk.
— Ale dowiem się, — rzekła posępnym tonem, — nie wiem, w jaki sposób zdołam teraz przeszkodzić ci, abyś mi nic nie mówiła. Proszę cię, nie dajmy się porwać chęci wymiany zdań... tych zdań, które wymieniają między sobą z pożądliwością kobiety, o swoich kochankach, miesięcznych dolegliwościach i chorobach, tych ohydnych zdań...
Przełknęła ślinę ze wstrętem. I w sprzeczności z tem dodała jednym tchem:
— Zresztą, wiem już dość o tem... Powtóre, widziałam cię raz w łazience, kiedy cię całował, wtedy, kiedy miałaś na sobie fartuszek i pracowałaś...
Umilkła zawstydzona. Ale Jane nie troszczyła się wcale ani o wstyd ani o milczenie. Rzuciła się na to wspomnienie z żarłocznością wyznań i urazy:
— W łazience? W dniu, w którym pracowałam? Ach, świetnie! Mówmy o tem! Doskonale trafiłaś!
Zaczęła przechadzać się wszerz i wzdłuż, uderzając w dłoń giętkim rozcinaczem papieru:
— Tak, tak! Istotnie, w tym właśnie dniu! Pocałował mnie tak samo, jak gdyby był pocałował pokojówkę, słyszysz? I jeśli powiadam „pokojówkę“, to w jego oczach jestem mniej niż pokojówką, mniej niż wszystkie Asselin i Irrigoyen całego świata! A wiesz chyba, Fanny, doskonale, jakie są miłostki Farou‘a! Mówiłaś mi o nich dużo, okazałaś wiele swojej roztropnej wyższości, pobłażliwości... uprzejmości...
Jane urwała na chwilę, odrzuciła wtył włosy, wciągnęła nosem łzy irytacji. Dwie chude, małe łzy drżały i błyszczały w kąciku jej oczu i uderzała dalej rozcinaczem w dłoń. W miarę, jak Jane dochodziła już do bezładu, Fanny wracała do niepożądanego spokoju, i doszła do przekonania, że żaden paroksyzm nie odpowiada Jane. „Ona jest stworzona do przeciętnych objawów, do jasnych jak popiół cierpień...“
— ...Doprawdy, słuchając ciebie, Fanny, możnaby sądzić, że nie wiesz, kim jest Farou!
— Moim mężem, — rzekła Fanny.
Przepoiła swoją odpowiedź dość przesadną prostotą, z której nie była zadowolona. Mimo to wywarła odpowiednie wrażenie, na które liczyła, bo Jane zawołała:
— Dzięki Bogu, Fanny!
— Nie uważam, abym musiała dziękować za to komukolwiek, — rzekła Fanny. — Nawet tobie.
Jane wydawała się po raz pierwszy zatrwożona i rzuciła spojrzenie na prawo i na lewo.
— Chciałam powiedzieć: Dzięki Bogu, że byłaś tutaj również... Razem z nim... Bo z Farou‘em odczuwa się taką samotność... — dokończyła jakby na ślepo.
I dodała tym samym, próbującym i pośpiesznym sposobem.
— Z innymi mężczyznami odczuwa się naturalnie także samotność... Ale z Farou‘em bardziej... Nie jestem zobowiązana do żadnej wdzięczności dla Farou‘a, to prawda. Ale winnam tutaj wdzięczność komuś...
— Piękny sposób okazywania mi jej! — wybuchła Fanny.
Po tym okrzyku Jane uspokoiła się, jak gdyby to na nią przyszła teraz kolej flegmy.
— Okazałam ci ją, Fanny, jak mogłam... Nie jest to łatwo. Od czterech lat myślałam więcej o tobie, niż o Farou...
Fanny podniosła się sztywna:
— Nie, — rzekła. — Nie to. Niema dotychczas między nami niczego odrażającego. Wszystko jest nawet niezwykle pospolite. Ale nie zniosę tkliwej piosenki... Och, Jane!
Ukryła twarz w dłoniach i odsłoniła ją szybko, aby Jane nie myślała, że płacze.
— To nie jest tkliwa piosenka! — zaprotestowała Jane. — Dlaczego miałabym myśleć tak bardzo o Farou?
Wyczytała na twarzy Fanny zdumienie, i ciągnęła dalej niecierpliwie:
— Ależ tak... Uważasz za kłamstwo to, czego natychmiast nie zrozumiesz. Jesteś taka młoda, Fanny...
Złagodniała i wyciągnęła ku gorącej twrazy Fanny rękę złożoną w kształt puhara, jak gdyby chciała utworzyć z dłoni miły i ciężki kontur policzka:
— Taka młoda... taka świeża... Jak bardzo różnisz się ode mnie...
— Tak, tak, — przerwała Fanny z uprzedzającą grzecznością, ponieważ obawiała się po dziecinnemu, że do rozmowy wkroczy nagle Quémeré i Meyrowicz i Davidson i...
— Mówisz „tak, tak“, ale jak możesz zrozumieć w stanie, w jakim się znajdujesz? No tak, w tym stanie młodości i dziewczęcości, w jakim spędzasz życie... Dla ciebie istnieje Farou, jeszcze raz Farou, tylko Farou i żaden mężczyzna prócz Farou‘a... To bardzo pięknie... — a nawet nie jestem jeszcze pewna, czy to bardzo pięknie — ale ja nie patrzę i nie patrzyłam nigdy na Farou‘a takiemi samemi oczyma, co ty, powiedzmy: takiem samem sercem, co ty... Prędko zrozumiałam różnicę między wami, Fanny, i od chwili, gdy ją zrozumiałam, wówczas... Och! wówczas!
Podnieciła się i zmieniła ton, jak gdyby dosięgła wkońcu i przekroczyła najbardziej przykrą strefę ich rozmowy. Odczuwała, a potem przygarniała do siebie ręką to wszystko, co chciała wyrazić. Szczerość oddalała się i zbliżyła się do niej jak pokusa.
— Wówczas, pojmujesz, nie trwało to długo! Nie, nie trwało to długo!
— Więc co wkońcu? — zapytała Fanny.
Jane wykręciła pod suknią ramiona z prowincjonalną i nienaturalną niezręcznością, którą Fanny zauważyła u niej poraz pierwszy.
— Trudno mi to powiedzieć, Fanny... Krępuję się nie dlatego, że mam ci mówić o Farou. Farou jest mężczyzną, mężczyzną ujmującym, znanym, utalentowanym. Zresztą, wyznam ci, Fanny, że nie potrzeba wiele, aby uwieść taką dziewczynę jak ja, która niema powodu być poważną, pozostać czystą i samotną... Nic w tem zdumiewającego, że zostałam z łatwością zakochaną, zazdrosną, niezadowoloną, słowem, wszystkiem tem, co we mnie widziałaś... Ale naogół, pominąwszy to, że Farou jest Farouem, nie posiada on jako mężczyzna nic tak bardzo nadzwyczajnego... Gdy natomiast ty, Fanny...
Usiadła, wzięła chusteczkę i zaczęła płakać w sposób rzewny, łatwy i dyskretny, który był dla niej widocznie nowy i przyjemny.
Wysiąkała nos i ciągnęła dalej powoli:
— Ty, Fanny, jesteś o wiele lepsza jako kobieta niż Farou jako mężczyzna. O wiele, wiele lepsza...
— Och! — rzekła dumnie Fanny, — jednak poznałaś go źle!
Jane zwróciła ku niej subtelne spojrzenie kobiety:
— Dowód... — rzekła uśmiechając się napół... Powinnaś była wmówić we mnie, że on jest niezrównany...
— O tak, — rzekła Fanny, kiwając głową, — to moja wina...
— Tak i nie... W pewnem znaczeniu.
Chciała bezwątpienia wyjaśnić, wytłómaczyć Fanny stanowisko społeczne nowych, eleganckich niewolnic, odosobnionych i wędrujących na wzór pierzastych nasion, latających w powietrzu, ich łatwość życia i bezimienne ponęty, ale zrezygnowała na widok tej brunetki, niewzruszonej i zadomowionej samicy, zawisłej od najdawniejszych zasad moralności.
— Mówię naturalnie o pierwszych czasach. Potem...
— Potem zostałaś moją przyjaciółką — rzekła Fanny ze złowróżebną słodyczą.
— Nie, — odparła natychmiast Jane. — Byłam nią przedtem. Nie mogłam przestać nią być...
— Dla tak małego skutku, — wtrąciła Fanny.
— Nie jestem kobietą demoniczną, — ciągnęła dalej Jane. — Ani interesowaną flądrą, ani kobietą chciwą. Musisz mi to przyznać. Cóż ty ryzykujesz ze mną? Niewiele...
— Tak... Chciałabyś oszukiwać mnie tylko sama, — rzekła Fanny z tą samą słodyczą.
— ...Miałam przecież przeciw sobie, przeciw nam, twoją pobłażliwość dla Farou‘a, twoją przeklętą pobłażliwość, twoje rzekome zrozumienie dla Farou‘a... Twój zwyczaj obsypywania go pochwałami i stokroć jeszcze pochlebniejszemi przekleństwami... Uważałaś za zaszczytną twoją „wyższość“, polegającą na oddawaniu Farou‘a do dyspozycji wszystkich kobiet? Ja, nie. O nie, ja nie!... Ten rys zeszpecał ciebie, obniżał moje wyobrażenie o tobie... Ty, — rzekła, patrząc na Fanny z niewyrozumiałym podziwem — ty, byłaś mną w lepszem świetle.
Oddaliła się, podniosła na chwilę firankę jednego z okien i spuściła ją spiesznie, jak gdyby chciała ukryć to, co ujrzała wśród zrudziałej nocy. Wróciła i położyła rękę na ramieniu Fanny, która zatrzęsła się lekko:
— I ty zapytywałaś mnie przed chwilą, czy się boję? Drżę cała, trzęsę się z lęku, Fanny! Zamierzałaś pozbyć się mnie, myślałaś, że drobne sprawy fizyczne są zbrodnią, jeśli ja jestem w nie wmieszana, chciałaś wydrzeć mi Farou‘a jak gdyby on sam nie uczynił tego już bardzo dawno. Chciałaś oczyścić swój dom i spalić może żywicę z będźwinem w moim pokoju... To niesłychane, że można myśleć o miłości do tego stopnia! Mężczyzna, to nie jest rzecz poważna ani wieczna! Mężczyzna, to... to tylko mężczyzna... Sądzisz, że spotyka się mężczyznę, tak zupełnie samego, odosobnionego, wolnego, gotowego do poświęcenia ci swego życia? Mężczyzna nie jest nigdy sam, Fanny, i to jest istotnie straszne, że ma zawsze jakąś kobietę, kochankę, matkę, służącę, sekretarkę, kuzynkę, słowem jakąś! Gdybyś wiedziała, kogo ja spotykałam u mojego kochanka jako kobiety!... To okropne. Brak na to dość mocnych słów.
Zacisnęła ręce dokoła przedramion, tak silnie, że końce jej palców zbladły. Nalała sobie nagle szklankę wody, którą zbliżyła najpierw do ust, potem zmieniła zamiar i podała ją Fanny.
— Przepraszam, umieram z pragnienia.
— Ja również, — rzekła Fanny.
Piły w milczeniu, uprzejme jak zwierzęta, odpoczywające nad brzegiem strumienia. Były obie odmiennie nacechowane wzruszeniem: Jane czerwona na policzkach, a Fanny blada, z węglowemi obwódkami dokoła oczu i ustami, bez szminki, różowemi jak u murzyna. Fanny westchnęła głęboko ze zmęczenia po wypiciu wody, a Jane wykonała znów ruch ręką dokoła zaokrąglonego policzka, nie dotykając go:
— Biedna Fanny!... Jakie sprawiłam ci cierpienie... Chcesz...
Nie miała odwagi dokończyć, Fanny rzekła krótko: „Nie, dziękuję“ i zatopiła się w szukaniu dokładnych wyrażeń, jakiemi dawniej Jane napominała Farou‘a:
„Powiedziała do niego: „Lepiej pan zrobi, jeśli poda pan jej rękę“, czy „potrzyma ją za rękę“, nie przypominając sobie dokładnie... Powiedziała do niego również, w owym dniu, w którym myśleli, że zemdlałam: „Niech pan nie zaczepi jej nogami o drzwi“ czy coś podobnego, i „Czy tak niesie się kobietę?“
— Zawdzięczam ci to, że poznałam żądzę służenia, — rzekła łagodnie Jane.
Fanny nie mogła pohamować swego wzburzenia, wstała, zaczęła kręcić się na miejscu, jak to zwykła robić w chwilach wesołości, z tą ruchliwością istoty okrągłej, o swobodnych ruchach.
— Nie, — rzekła, — nie, nie mogę znieść... Skoro wszystko jest zniszczone, musisz zmienić sposób mówienia, musisz przestać odwoływać się do naszych wzruszeń, wykorzystać ten węzeł, tę przeszłość, tę...
Otworzyły się za nią drzwi.
— A-a-a-a! — ziewnął mocny, wesoły głos. — Te kobiety! Te kobiety! Co ja mam za kobiety w moim domu!
Wracał zaniedbany i zadowolony; piękne, żółte, tęskne i nieprzeniknione jego oko oznajmiało, że opuścił właśnie gwałtowną przyjemność czy też długą pracę. Łatwo zdobyte pieniądze na kilka miesięcy i wzmagający się sukces przystrajały go w młodość, nietyle nieodpowiednią, ale obcą obecnej chwili, którą nosił jak krawat w wielkie groszki.
— Spotkałem Pierre Wolffa, — zawołał. — Musiałem mieć djablo zadowoloną minę, bo zagroził mi arterjosklerozą, postępowym paraliżem i...
Spostrzegł, że ani Fanny ani Jane nie poruszyły się, gdy wszedł. Zbadał obie twarze, ujrzał, że obie są jednakowo różne niż były tego rana i zapytał tonem władcy:
— Co to jest?
— Farou... — zaczęła Fanny.
— Zapewniam cię, Fanny... — prosiła Jane.
— Co to jest? — powtórzył głośniej Farou z nietolerancją. — Swary kobiece? Nieporozumienia ze służbą?
Fanny spojrzała na Jane i zaśmiała się cicho. Jane wykonała ruch, cofający całe ciało, rodzaj ugestykulowanej grzeczności, jak gdyby chciała jej powiedzieć: „Zostawiam ci wolność, mów...“ Na co Fanny odpowiedziała ruchem głowy: „Biorę wszystko na siebie“.
— Farou, — odezwała się Fanny, — Ja i Jane rozmówiłyśmy się poważnie. Widzisz, że jesteśmy bardzo spokojne. I postanowiłyśmy niemi zostać.
Mówiła ustami, które ogarnęła całkowicie różowa bladość i wysławiała się z trudem. Farou miał właśnie czas spostrzec na twarzy swojej żony tę bladość ust i nazbyt duże i piękne oczy, ogarnięte tępotą i niewyrażające nic ponadto, Musiał myśleć, że jest bliska omdlenia, ponieważ wyciągnął rękę. Ale Fanny wytłómaczyła się.
— Jane jest twoją kochanką, ja jestem twoją żoną, nie możemy decydować o niczem bez ciebie...
Farou, który siedział, wstał powoli. Brwi wzniosły się majestatycznie na jego czoło i obie kobiety nie zlękły się, ponieważ wydał się im piękny. Czekały, jedna i druga, niewiadomo na jaki grom...
— Która z was powiedziała o tem pierwsza? — rzekł wkońcu Farou.
— Naturalnie ja, — oświadczyła urażona Fanny.
Utkwił w niej wzrok, ale bez zapału, z powziętą już nieufnością.
— Wiedziałaś o tem oddawna?
Skłamała, z pewnego rodzaju samochwalstwem:
— Och... bardzo dawno...
— I ukrywałaś to tak dobrze? Winszuję.
Sądziła, że to jest pospolity kontratak i wzruszyła ramionami.
— Więc skoro naprawdę ukrywałaś to tak długo, — ciągnął dalej Farou, — co mnie dziwi... tak, dziwi mnie... dlaczego nie robisz tego nadal?
Zgłupiała na chwilę, ale ocknęła się i zawołała:
— Sądzisz więc, że można zachować dla siebie podobną rzecz, że można milczeć w nieskończoność?
— Jestem o tem przekonany, — rzekł Farou.
Gestem powołała się na Jane, bełkocąc:
— No, doprawdy... No, doprawdy...
— Szczególniej ty, — dodał Farou.
— Jestem przyzwyczajona, co?...
Aż do tej chwili Farou czuwał nad drżącemi rękami Fanny. Ale spostrzegł w jej oczach łzy i nabrał swobody.
— Tak, jesteś przyzwyczajona, jeśli odpowiada ci to słowo. Czy odbierałem ci kiedy, od dwunastu lat, bez względu na to co robiłem, choćby najmniejszą część mojej czułości?
Usłyszawszy to, Jane wystąpiła pod światło miękkim ruchem i Farou drgnął.
— Czuję bardzo dobrze, Jane, że scena ta jest szczególniej przykra dla pani... Ale każde słowo pani uczyni ją jeszcze bardziej przykrą. Błagam więc panią, aby pani o tem pamiętała.
— Nie chciałam wcale mówić, — rzekła Jane.
— Zresztą, — ciągnął dalej Farou, — jestem gotów wziąć na siebie wszelką odpowiedzialność.
Przerwał mu gwałtowny okrzyk Fanny.
— Jaka odpowiedzialność? Jaka odpowiedzialność? Kto żąda od ciebie, abyś był odpowiedzialny?. O to nie chodzi, Farou... Mów co chcesz, rób cośkolwiek, zajmij się nami, ale nie w ten sposób... Prędko, Farou, prędko!...
Wiedział, że miała wstręt w takiej chwili do tego, aby się hamować i oskarżała go już o poszanowanie dla prastarych zwyczajów mężczyzny, tkwiącego między dwiema kobietami. Jakto, Farou nie szalał jeszcze, nie wysłał do wszystkich djabłów sprawiedliwości ludzkiej, wszystkich zrządzeń losu, wrażliwości Jane i Fanny i nie porwał w swoje objęcia przedmiotu, choćby nawet przejściowego, swego głośnego wyboru? „Jaki on jest powolny, Boże, jaki on jest powolny!... Gdyby jakaś gwałtowność, ale miłosna, w stosunku do jednej z nas, obojętne do której, gdyby choć jakaś rozpacz, ale miłosna... Czy jesteśmy takie stare, że zachowuje się obojętnie i nawet nie klął?“
— Nie jesteśmy warjatami, — rzekł Farou. — Jestem tylko człowiekiem, ale człowiekiem, zdecydowanym zachować maximum równowagi w sytuacji, w której traci ją tyle mężczyzn i kobiet. Gdybym był wobec Jane...
— Nie chodzi o mnie, — wtrąciła Jane. — Zdaje mi się, że nie upominam się o nic? Nie chodzi o mnie, chyba jeśli Fanny chce, abym odeszła... co jest dość naturalne.
Potwierdził powaźnem skinieniem głowy. Fanny szukała w tej całej męskiej twarzy, ociemianej końską grzywą i nakreślonej z rozmachem, jakiejś męskiej decyzji i śladu wzruszenia, które wywołały w niej słowa Jane.
— Fanny wie bardzo dobrze... — rzekł Farou.
Poprawił się i zwrócił się do żony:
— Wiesz bardzo dobrze, Fanny, że jesteś moją drogą Fanny. Korzystałem zawsze z twojej czułości, mimo wszystko, od dziesięciu lat. Tych dziesięć lat właśnie upewnia mnie, że potrafisz oszczędzać tę, która zasługuje na to, aby być oszczędzaną. Jestem ci już naprzód wdzięczny za to.
„Ta, która zasługiwała na to, aby być oszczędzaną” przyjęła bez drgnięcia koniec zdania i zdumienie Fanny. Złożywszy okrągło usta zaznaczyła tem syk ironicznego podziwu. Wydawało się, że od chwili wejścia Farou‘a straciła zdolność wzruszania się i dziwienia, i śledziła ruchy Fanny i Farou’a, mrużąc oczy.
— Co to ma znaczyć? Co to ma znaczyć, Farou?... szeptała zakłopotana Fanny.
Zwróciła się do Farou‘a właśnie w porę i zobaczyła, jak tłumił nerwowe ziewanie.
„Pragnienie, aby być daleko stąd, dobywa się u niego przez pory!” pomyślała mimowoli Fanny. „Odejdzie... Znajdzie jakiś pretekst, aby odejść... Czy to wszystko, co powie? Czy w taki sposób kończy się lub zaczyna jakiś okres życia?”.
— Farou! — zawołała z jakimś szalonym smutkiem.
— Ależ tak, moja Fanny, jestem tutaj. Słucham cię. Chcesz, abyśmy pomówili sami?
— Farou!
Odepchnęła tę łagodność, tę uprzedzającą grzeczność, które obchodziły się z nią jak z bredzącą chorą. Byłaby obiła Farou‘a, aby zobaczyć, że trysnęło z niego coś mimowolnego, krew, przekleństwo, skarga...
Farou odważył się położyć rękę na jej głowie i nachylić się nad nią, przegiąwszy wtył jej czoło. W głębi wielkich, żółtych źrenic Fanny wyczytała pragnienie przekonania jej środkami zmysłowemi, ale równocześnie zdawało się, że nieco dalej czaił się czujny i nieco tchórzliwy duch przezorności... Szał jej opadł i zgiąwszy szyję pozwoliła ciężkiej ręce ześlizgnąć się na jej włosy.
— Słuchaj, Farou... Nie mogę mówić z tobą... Wszedłeś zawcześnie, rozumiesz? Tak jest, wszedłeś za wcześnie.
— Tem lepiej, — rzekł z godnością Farou. — Moje miejsce jest tutaj. Zakończmy to wszystko.
Fanny spojrzała na niego zniechęcona. Miała z kolei chęć przemówić do niego tonem pokornej dobroci.
— Nie, Farou, daj pokój... Tylko ja i Jane musimy skończyć naszą rozmowę i poczynić, jeszcze tego wieczora, pewne... praktyczne zarządzenia. Żadne słowo nie padnie między mną a Jane, wypowiedziane podniesionym głosem... Prawda, Jane?
— Naturalnie, — rzekła Jane.
Stała na tem samem miejscu, nieco poza Fanny, patrząc bacznie.
— Dobrze... — zgodził się Farou. — Dobrze... Nie widzę, aby stało coś na przeszkodzie. Nie sprzeciwisz się, abym pozostał w pobliżu, w pracowni? Spodziewam się, że nic z tego, co dotyczy nas troje, nie stanie się żerem publicznym? Nawet przedmiotem plotek służby? Czy tak?
Skorzystał z ostatniego pytania, aby powoli cofnąć się tyłem do drzwi, narzucając obu kobietom swoje żółte spojrzenie, padające z góry.
— Tak, tak, tak, — odpowiadała za każdym razem Fanny.
Potakiwała niecierpliwie głową, aż czarny sznur jej włosów rozplótł się wkońcu. Zebrała je pospiesznie obiema rękami.
Uwaga Farou‘a nie opuszczała obu bladych twarzy, gęstych i rozpuszczonych włosów, skręcanych białemi rękami... W oczach jego przemknęła się propozycja pokoju, której Fanny nie mogła spostrzec, ale taka, że Jane postąpiła ku Farou’owi krokiem natarczywym.
— Tak, może pan być spokojny. Ale niech nam pan pozwoli pomówić samym.
Farou usłuchał z uśmieszkiem zniecierpliwienia. Jane poszła za nim aż do drzwi, które zamknęła, potem wróciła do Fanny, która zaplotła swoje włosy.
— Otóż tak — rzekła sucho Jane.
— Tak... — westchnęła przygnębiona Fanny. — No tak.
Opuściła ramiona wzdłuż ciała.
— Wypocznij, Fanny. Mamy czas.
Fanny obróciła się na fotelu w stronę kominka i przysunęła się do ognia. Pokojówka, która przeszła przez pokój, zmusiła Jane do zajęcia miejsca. Usiadła, przeglądając pocztę Farou‘a i papiery Związku Autorów, udając, że je rozdziela. Pokojówka przeszła z powrotem przez salon, niosąc smoking i bieliznę Farou‘a.
— Wychodzi, — rzekła półgłosem Fanny.
— Tak, — rzekła Jane. — Tego wieczora jest przyjęcie dla krawczyń z „Gymnase“. Pójdziesz?
Fanny nie odpowiedziała. Zwinęła się w kłębek na fotelu, z kolanami przy piersiach i przypatrywała się ogniowi. Jane, ledwie oparta o poręcz krzesła, zdawała się czekać, aby ją zluzowano z tej warty. Zapisywała coś w notesie, jakby liczyła w pamięci i spoglądała na zegarek na ręce.
Około godziny siódmej wrócił Jan Farou. Fanny odpowiedziała machinalnie na jego „Dobry wieczór, mamo“, i nie poruszyła się. Ale z Jana Farou dobywał się zapach tak obelżywy i zdradliwy, że obie kobiety podniosły równocześnie głowy.
— Czy to ty tak pachniesz? — zapytała Fanny.
— Jak co, mamo?
Zasiniałe swoje powieki, błyszczące, zgrubiałe i rozgorączkowane usta, młodość sposępniałą przez upadek, wszystko to ofiarowywał młody chłopiec Jane i zwracał ku niej jak uporczywą zniewagę. Śmiał się hardo i kazał jej wdychiwać lichą perfumę, obwieszczenie jego wyzwolenia, zapach innej kobiety...
— Przebierz się, — rozkazała mu Fanny. — Dostaniemy przez ciebie mdłości.
Wyszedł, dumny, że został zrozumiany i zganiony.
— Pomyśl sobie, — rzekła Fanny, — jaki obrzydliwy jest taki młody chłopak, kiedy staje się mężczyzną... Jeszcze trochę, a przyprowadzi ją nam... Jaki on dumny, że ma kochankę dla siebie...
— Dla siebie i przeciw mnie, — rzekła Jane.
— Słusznie.
Czuły się nieubłaganie same i mówiły bez ogródek.
— Robi, co może, zadaje sobie ból, aby ciebie nie kochać...
— Och! Kochać mnie... Może dość, aby mi źle życzyć... Może mi zrobił coś złego... Nie zapytuję ciebie, Fanny, — dodała żywo. — Skoro jesteśmy spokojne, jeśli chcesz, mówmy krótko i szczerze... Przypuśćmy, że wyjeżdżam jutro...
— Nie, nie, — przerwała Fanny. — Później, po obiedzie... Słyszysz dobrze, że nakrywają do stołu.
Jane spojrzała przeciągle na swoją przyjaciółkę.
— Chcesz, abym jadła tutaj obiad?
— Ależ to się samo przez się rozumie, — rzekła znużona Fanny, — Nie komplikujmy sprawy.
— Dobrze. Masz słuszność. Idę do mego pokoju złożyć moje rzeczy. Jeśli będziesz mnie potrzebować...
Znalazła Fanny na tem samem miejscu, koło ognia, który zgasł. Szepnęła jej: „Fanny, obiad!“ I Fanny, zrobiwszy pobieżnie tualetę, udała się do jadalni, w której błąkał się osłabiony już zapach, przyniesiony przez Jana. Z wyjątkową grzecznością Farou czekał stojąco, aż żona jego usiądzie.
Fanny zauważyła, że ogolił się gładko, uczesał i upudrował delikatnie ochrą. Smoking obciskał mu biodra, i prostował kark, rozszerzając ramiona. „Na kogo on się gniewa tego wieczora?“ zapytała siebie w duchu. „Może na mnie“...
Kiedy usiadła przy stole, czuła się zmordowana, leniwa i zgłodniała. Jadła wiele ku wielkiemu zdumieniu Farou‘a, który śledził ją, rozmawiając z swoim synem. Jane rozmawiała też z Janem, który z pewną bezczelnością robił pełne zdziwienia przerwy, przed każdą odpowiedzią. Kiedy Farou nachylił ceremonialnie ku żonie karafkę z szampanem, rzekła drwiąco:
— Nie wiem dlaczego, ale wyglądasz dzisiaj jak młody amant, grający komików...
Zaczęła się śmiać niewymuszonym śmiechem, który wyrywa się osobom, wracającym do zdrowia albo bardzo zmęczonym, Myślała:
„I cóż się stanie w tem wszystkiem, z mojem zmartwieniem? O której godzinie zajmę się niem? Było dzisiaj miejsce na rozsądek, nieroztropność, gniew, na wszystko, z wyjątkiem niego... Pozbawią mnie go wkońcu zupełnie...”
Farou opuścił dom delikatnie i ruchliwie, gadając, zapalając papierosa, wkładając na siebie narzutkę. Fanny sądziła, że jest w przedpokoju, a Jane, że jest w łazience, gdy przechodził już przez ulicę. Fanny, zostawszy sama z Jane, potrząsnęła głową, nieco zamroczona wytrawnem winem:
— Taki sposób wychodzenia nazywam sposobem wychodzenia w stylu gospodyni.
— Co? — rzekła zmieszana Jane.
— Nie zauważyłaś, że nigdy niewiadomo dokładnie, kiedy gospodyni odchodzi? Wychodzi jak duch. Bo zabiera ze sobą jakąś pamiątkę, kawałek mięsa dla męża, resztki kawy w butelce, pozostały cukier...
Zaśmiała się znowu. Ale w salonie, do którego skryła się, któś rozpalił znów ogień i rozłożył na poręczy ulubionego karła wielki wełniany szal i troska, w swojej najbardziej egoistycznej formie, ścisnęła gardło Fanny. Myśl o opuszczeniu, i groźba bliskiej samotności, rozprószyły przelotne gorąco, które pozostawił w niej obfity posiłek. „Z Farou‘em jestem taka samotna..“ Usiadła, zawinęła nogi w koc i zamknęła oczy, w których błysnęły dwie łzy.
— Przeszkadzam ci? — zapytała cichym głosem Jane.
— Nie, nie, — rzekła Fanny, nie otwierając oczu.
— Wolisz, abyśmy rozmawiali teraz?... Tak?... Jutro wczesnym rankiem mogę rozmówić się telefonicznie z Delvaille. Będzie naprawdę zachwycona, że otrzyma z powrotem swoją posadę...
— Co za Delvaille? Jaka posada?
Fanny wyjęła z włosów grzebyk i szpilki i ułożyła głowę na długich wodorostach mokrej czerni.
— No, dawna sekretarka Faruo‘a. Przypominasz sobie?
— Och, nie Delvaille, Jane! Nie, nie, nie Delvaille!
— Cóż ci ona zrobiła? Pod rozpuszczonemi swojemi włosami i wschodnią białością, Fanny otworzyła wilgotne oczy łagodnego i dzikiego rozbitka. Opanowała się z trudem, aby odegnać od siebie obraz dawnej Delvaille, okrągłej, krótkiej, ruchliwej i brzemiennej... Delvaille przy pracy... „A Jane? A Jane?“ Jane nieobecna, zapomniana...
— Nie, — wyznała. — Ale są rzeczy pilniejsze, niż wzywać Delvaille. Szpargały Farou‘a nie mogą sobie poczekać? Niech djabli porwą szpargały Farou‘a!
— Tak, niech je porwą djabli, ale niech nie spadną na ciebie... Zastanów się.
— Słusznie. Zastanowię się.
Opadła znów na poduszkę z swoich włosów. Kiedy ubrany Jan Farou wszedł nagle, zaczęła się skarżyć.
— Jesteś jeszcze cierpiąca, mamo? To się zdarza zbyt często... Dlaczego nie poradzisz się lekarza? Przyszedłem, aby życzyć ci dobrej nocy...
Ucałował jej końce palców i spostrzegła, że zmienił sposób czesania włosów. Nosił na ręce złoty łańcuszek, a w koszuli guzik z drogim kamieniem, którego nie znała. Obie kobiety zrozumiały, jak wyraźną mowę, te pieczęcie nałożone przez jakąś kobietę.
— Zostawiam cię, na szczęście, w dobrych rękach... Dobrej nocy, Jane...
Wyszedł z miną złą i pustą.
— Jest zadowolony, — rzekła Jane. — Idzie, jeśli się nie mylę, do jakiejś „zapowietrzonej aluzji“...
— Biedny chłopak! — rzekła z roztargnieniem Fanny.
— Och, mimo to... — odparła Jane. — Lepiej zrobisz, nie żałując ich.
Ta liczba mnoga zastanowiła Fanny. Trzask ognia i regularny szmer igły, uderzającej końcem, wprawiały ją w odrętwienie.
— Co ty szyjesz? — zapytała, zerwawszy się.
— Naprawiam moje grube rękawiczki, — rzekła Jane. — Strasznie twarda skóra... Niezniszczalne i bardzo pożyteczne w podróży...
— Ach tak!...
Fanny drgnęła, usłyszawszy słowo „podróż“. Marzyła o zimnie, o świszczącym wietrze, o białych i suchych wybrzeżach, widziała pokój hotelowy i nagą żarówkę na suficie. Nie należała do tych, które opuszczają dobrowolnie kraj, i nie wyobrażała sobie innej samotności, jak być popychaną z boku, i innego postanowienia jak czekanie.
Przeszedł kamerdyner, niosąc do łóżek butelkę wody mineralnej, pomarańcze i dwie szklanki.
„Pomarańcze i dwie szklanki...“ pomyślała Fanny. „To prawda, Farou wróci.“
Lękała się godzin nocnych, łóżek i złączonych ciał, Farou‘a i jego lubieżnej strategji, która nie była pozbawiona niebezpieczeństwa...
„Znam go“, myślała z pokorą Fanny. „Będzie się starał popisać jeszcze lepiej niż dzisiaj popołudniu... Och, to popołudnie...“
— Jane, — zawołała, — nie możesz mi powiedzieć...
Szyjąca zatrzymała się, z igłą w ręce. Nie włożyła ponownie na prawdziwą swoją twarz maski młodej, około trzydziestoletniej dziewczyny, i uśmiechała się ze zmarszczką zmartwienia na policzku.
— Wydaje mi się, Fanny, że teraz mogę ci powiedzieć wszystko...
— A więc powiedz mi, czy nie wydaje ci się, jak mnie, że Farou ukazał się dzisiaj niewiarygodnie... Że był...
Nie wytrzymała dłużej i wstała, potem krzyknęła z ulgą:
— Wydał mi się poniżej wszelkiej godności! Poniżej wszelkiej godności! Dlaczego on był poniżej wszelkiej godności?
— A jaki miał być? — odparła żywo Jane. — Myślałaś, że będzie udawał dowcipnego? Albo bił ciebie? Albo wyrzuci mnie przez okno?... Mężczyzna w tem położeniu?... Niema jednego na stu, któryby wyszedł z niego korzystnie, jeśli nie honorowo...
Pokiwała głową.
— To za trudne dla nich, — zakończyła bez komentarzy i jakby zachowując dla siebie najbardziej trzeźwe doświadczenie.
— Dlaczego? — zapytała słabo Fanny.
Jane przecięła nitkę zębami.
— Bo tak. Tak sobie. Wiesz, oni są bojaźliwi, — rzekła, używając ciągle tej nieuprzejmej liczby mnogiej — A powtóre są tak stworzeni, że w tem, co my nazywamy sceną, sprzeczką, dostrzegają natychmiast możliwość pozbycia się nas na zawsze...
Fanny nie odpowiedziała. Wywołała we wspomnieniach dawne i pełne młodości dnie, w których płakała i krzyczała z zazdrości przed milczącym, obojętnym Farou‘em, który wycofywał się na jeden z szczytów, z którego męski antagonizm patrzy, jak w próżni, kręci się i spada najdroższa jego własność, przeszkadzający mu zbytek... Przechadzała się od okna do okna, aby usunąć osłabienie, które, skórczyło całe jej ciało. Zatrzymała się przed Jane i spojrzała jej głęboko w oczy:
— Masz jakiś cel, mówiąc mi tak o Farou?
— Cel? Nie.
— Przynajmniej jakiś powód? Plan? No, jakiś zamiar, jakąś myśl!
Oparła obie ręce o biodra, o nędzną ciemnoróżową suknię, i wyrzucała nad Jane dym swoich włosów.
— Podejrzewasz mnie? — zapytała Jane, trzęsąc wargami.
— Nie! Nie podejrzewam ciebie jeszcze! Ale dlaczego mówisz źle o Farou?
Jane zmrużyła oczy, które utknęły w drzwiach pracowni, Ale, jak gdyby potrzeba jej było więcej słów aby wytłómaczyć mężczyznę niż aby go oskarżyć, chwyciła się oryginalnego oskarżenia.
— To z urazy, — oświadczyła, wytrzymując spojrzenie Fanny.
„Z urazy“, powtórzyła w duchu Fanny. „Tak samo więc zrobiła z Quemérem i Davidsonem?
Nie rozumiała, jak Jane mogła obchodzić się z Wielkim Farou‘em jak ze zwyczajnym Meyrowiczem, i dysponować tylko jedynem słowem „uraza“ na oznaczenie niewdzięczności i szyderczej surowości, jakiem samica wszystkich ras odpłaca się samcowi, któremu wymknęła się, nie bez szkody.
— Z urazy, — powtórzyła stanowczo Jane, — z urazy, cóż robić!... Nie rozumiesz jednak, co? Bo jesteś Fanny... Jesteś istotą zbyt uczciwą na to, moja droga... droga Fanny...
Odważyła się wkońcu ująć zwieszoną rękę i przycisnąć ją do swojego policzka. Ręka walczyła z trwogą, wyślizgiwała się, rozpłynęła się, aby się wymknąć i Jane wzięła znów do ręki igłę.
„Przyszła, — myślała Fanny przed czarną szybą, — przyszła w chwili, gdy muszę postanowić, czy mam odłączyć siłą rękę, na którą czekałam... Tę rękę, zaciśniętą dokoła przegubu mojej ręki, uśpioną w mojej dłoni, wgrzebaną pod mój łokieć, tę rękę na mojem ramieniu, tę rękę, małżonka mojej ręki, w czasie długich przechadzek wakacyjnych... Byłam pewna, że miałam do czynienia z tą ręką, która przynosi wełniany koc, podnosi kołnierz mego płaszcza, pielęgnuje moje włosy, z ręką, która napotykała moją rękę pod mokremi prześcieradłami małego chorego Farou‘a... I ta sama ręka, powalana atramentem do powielania, barwi fioletem palce Farou‘a i zdradza go przede mną“.
— Zimno jest między oknami, Fanny...
„Ale gdzie znajdę i jakiem prawem, — myślała dalej Fanny, marząc cierpliwie koło ognia — wagę, która odmierza to, co winnam tej ręce i to, co ona mi wzięła?...“
Zapadła w długie marzenie, chwilami bliskie snu, Kiedy otworzyła oczy i zwróciła je do ognia, powiodła wzrokiem po salonie, pełnych wysokich lamp i wielkich obrazów.
Jane położyła na jednym ze stołów pliki rękopisów i portfel na papiery. „Szpargały Farou’a“...
— Czy to wszystko, co jest wewnątrz, jest potrzebne? — zapytała Fanny.
Gładkie włosy, błyszczące jasnem złotem i srebrem, i młoda i znużona twarz, zbliżyły się do niej spiesznie.
— Wcale nie. Ale on chce, żeby to wszystko zachować. To jest jego manja. To jego rzecz. Wiesz, że nie zostawiam niczego w nieładzie...
Gorące milczenie zamknęło się, atakowane z zewnątrz przez głuche hałasy, chronione przez ciche i równe mruczenie ognia. Około godziny jedenastej Jane wstała i zaniosła pliki rękopisów i portfele do pracowni.
„Jutro, — myślała Fanny, — kiedy ona odejdzie, zostanę sama koło tego ognia, jak kobieta, która zakończyła wielki rozdział miłości. Czy Farou‘owi przyjdzie może na myśl towarzyszyć mi?... To będzie gorzej. Bo będzie się tłukł między oknem a kominkiem, rozsadzał przepierzenie lub spał, z głową napoprzek, w swoim fotelu. Albo też będzie pracował obok, szukając co chwila Jane i przeklinając nas oboje. Po tygodniu zastąpi ją inną... Ale ja jej nie zastąpię. On znajdzie sobie nieuchronnie swój ulubiony muzułmański rodzaj szczęścia. Odzyska niewinność i samotność i wróci do swego zawodu.
Ale z kim też ja będę mogła żyć we dwoje? Zamało jest nawet dwóch kobiet, aby być samą z Farou‘em... i przeciw Farou‘owi...“
Wstała z fotelu, szukała oczyma książki, rozrywki. Zielony stół był złożony i nie oczekiwał już stosu kart.
„Przed przybyciem Jane był tutaj, u mojego boku, mały, bardzo uprzejmy blondynek, który grał ze mną w karty... Długo jeszcze miał dwanaście lat. Straciłam tego chłopca. Był przemiły, a dźwięk jego głosu, jego skrytość, wątłe niegdyś jego zdrowie, wnosiły coś kobiecego do naszego domu, w którym będzie odtąd tylko Farou... Nie jestem już młoda, bogata i odważna, aby spać sama z Farouem — ani też zdała od Farou‘a....“
Zmuszała się, aby wytworzyć sobie jasny, wolny od małżeńskiego retuszu obraz Farou‘a. Ale szukała go, jak gdyby z przechyloną głową śledziła lot jednego z tych milczących ptaków, które krążą wielkiemi łukami dokoła gniazda i nie siadają w niem nigdy. Przebiegła w myślach niektóre uporczywe pary małżeńskie, usiłując odmierzyć udział mężczyzn, jaki potrafiły sobie zaanektować kobiety.
„Ba... Najpewniejszem ich posiadaniem jest to, że mówią o swoim mężczyźnie, skarżą się na niego, chlubią się nim i oczekują go. Ale to wszystko, co mówią publicznie, mogłoby się obejść doskonale bez obecności i istnienia mężczyzny...“
Zrozumiała, że oczerniała resztę czystej religji, której wyznawcy żyli tylko z oczekiwania boga i naiwności kultu, i zawróciła z drogi ku pomocy, jaką mogła otrzymać tylko z solidarności, nawet chwiejnej i zdradzieckiej, z solidarności kobiecej, burzonej nieustannie przez mężczyznę i nieustannie reformowanej kosztem mężczyzny... „Gdzie jest Jane?“
— Jane!
Jane przyszła natychmiast. Mimo zmęczenia, od którego twarz jej sposępniała, była gotowa czuwać, odpowiadać na wezwania, pracować skrupulatnie.
— Jane, czy nie chcesz iść spać?
— Nie przed tobą.
— Czekasz na Farou‘a?
— Nie bez ciebie.
Usiadła z drugiej strony kominka, naprzeciw Fanny, i rozgarniała troskliwie ogień. Słuchała dźwięków po północy i znieruchomiała, ponieważ jakiś powóz zwolnił biegu, przejeżdżając przez ulicę.
„Gdybym zdarła skórę z Jane, znalazłabym jeszcze pod naskórkiem Farou‘a“, pomyślała Fanny. „Jutro lub pojutrze to samo będzie ze mną, jeśli mnie ona urazi...“
Gruba brama domu zamknęła się w dole, potem drzwiczki windy na schodach. Jane spojrzała nerwowo na Fanny i wstała.
— Dokąd idziesz? To tylko Farou wraca, — rzekła Fanny, udając w przesadny sposób, że jest spokojna.
Ale blada Jane zdradziła przestrach i wybełkotała:
— Będzie scena... to takie przykre...
— Scena?... Farou‘owi? Moja droga, — rzekła Fanny, która odzyskiwała wyższość kobiety starszej, — nie myśl o tem. Dlaczego miałabym robić Farou‘owi scenę? I tak wmieszałyśmy zanadto Farou‘a do tego, co dotyczy wyłącznie nas. Obwiniam siebie o to, — dodała, zmuszając siebie nieco.
Słuchały długo próbowania klucza. Kroki w przedpokoju skierowały się do pracowni, zatrzymały się i zawróciły, jakby zamyślone, do salonu. Potem zmieniły wyraz, stały się lekkie i ucichły...
— Odchodzi, — rzekła cichutko Fanny.
— Zobaczył światło pod drzwiami... Powinnaś może pójść do niego? — podszepnęła Jane.
Fanny wzruszyła ramionami. Podniosła dziesięcioma palcami gęsty zwój swoich włosów na karku, aby je odświeżyć, zbliżyła do ognia nogi i obrała z łupki pomarańczę.
— Nic pilnego, — rzekła wkońcu. — Mamy wszyscy czas. Czy jest bardzo późno?
— Nie, nie... Ledwie wpół do pierwszej, — zapewniła Jane. — Tutaj jest tak dobrze, — rzekła z ukrytym lękiem. — Jutro, ja...
— Cicho, Jane! Kto ci kąże myśleć o jutrze? Jutro jest takim samym dniem jak inne dnie. Jest ładnie na dworze...
Zamieniły z sobą tylko rzadkie i pospolite słowa. Jedna udawała, że czyta, druga, że szyje i obie pragnęły milczeć, dać wypocząć i opaść siłom, którym mężczyzna nie stawił czoła, i znowu karmić w milczeniu ledwie narodzony, wątły ich spokój.