Przejdź do zawartości

Ta druga/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Ta druga
Wydawca Wydawnictwo „Globus“
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia „Sztuka“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Bukowski
Tytuł orygin. La seconde
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Jadł śniadanie? Jestem pewna, że nie jadł śniadania!
— Ależ tak, powiedział, że każę sobie przynieść coś do teatru... Jak gdyby Farou miał zwyczaj głodzić się... To śmieszne!...
— Mimo to, kładzie się spać o czwartej godzinie od trzech nocy!
— To cóż? To jest normalne.
— Ach, pani jest spartańska! Spartańska małżonka. Niktby tego po pani nie poznał. Jest to zresztą piękne i wzniosłe, ta surowość, ta pogarda wszelkiego materjalizmu, ta...
Nie doszły jeszcze do tego, aby żebrać o „pokoik przy krawcowych“, ale nastawiały nabożną, zalęknioną twarz, oddaną Farou‘owi poprzez Fanny, i chełpiły się już cynicznym zachwytem, który krąży dokoła autora dramatycznego i sławnych aktorów. Nie nazywały Farou‘a po imieniu, ale mówiły: „On” albo: „mistrz”.
„No cóź, myślała Fanny, On napisał sztukę, tak, napisał jeszcze jedną sztukę. Gdyby był artystycznym stolarzem, gdyby był wynalazł szczotkę elektryczną, łapkę na muchy, serum, czy przyszłyby tutaj i siedziały nachylone jak nad Bożem Narodzeniem?”
Nadęła nieco tłustą brodę i milczała, aby żebraczki poszły sobie. Ale gorliwość ich nie zajmowała się przecież nią.
— Czy to jest utwór tej samej miary co „Atalanta“ i „Mieszkanie bez kobiety“?
— To będzie odłożone, prawda? Panna Aubaret powiedziała mi przedwczoraj, że...
— Ach, istotnie, Jane, pani mówiła przedwczoraj?...
Fanny zwróciła do Jane swój uśmiech Paryża, uszminkowany, tłusty, i Jane, która błyszczała jasna w kącie pokoju, zgasła natychmiast.
— Kto nic nie wie, nie mówi nic, Fanny, Mistrz pozostawia mnie, podobnie jak ciebie, w zupełnej nieświadomości. Ale pani Cellerier dowiaduje się o wszystkiem!
Klara Cellerier paliła, męska jak gimnazjalistka, dmuchając „fuu“. Kapelusz z plecionego łyka w kształcie kubełka, bez krysów, jedyna brzydota czarno-szarego „kompletu“, zaopatrzał ją w podbródek, którego Fanny nie widziała jeszcze u niej. Stara aktorka ubierała się śmiało, z pewnego rodzaju prowincjonalną brawurą, którą narzucała od trzydziestu lat publiczności Komedji Francuskiej. Przyprowadziła w tym dniu do Fanny jedną z tych młodych aktorek, które umieją zręcznie telefonować od świtu do autora dramatycznego, spotykać go w windzie, tracić głos pod jego spojrzeniem i całować go w rękę dziko i szybko, a potem umierać ze wstydu. Gorejąca w cieniu protegowana Klary Cellerier spodziewała się, że Farou wróci na obiad. Milczała i ograniczyła się do tego, aby zasępić swoją twarz jasnej blondynki konsternacją bliską płaczu, kiedy się dowiedziała, że Farou rzekomo nie sypiał, nie jadał, ani nie wracał do domu od tygodnia.
— Pozna pani, moja mała, pozna pani, co to jest gorączka ostatnich prób, — przyrzekła jej Klara Cellerier.
— Och, pani!... Byłabym tak szczęśliwa, gdybym poznała... Najmniejsza sposobność użycia mnie...
Fanny patrzyła na nią z zimną i poufałą łagodnością:
„Znam ten gatunek. Ta dostanie może swoją rólkę, jest taka uparta...“
Jane nie wstała, aby odebrać z rąk aspirantki pusty kieliszek od wina.
Kilka kobiet czekało na porę udania się na obiad.
„Pójdą sobie, myślała Fanny, gdy uznają porę za wygodną do udania się do domu albo do spotkania się z przyjaciółmi w restauracji. Pójdą powiedzieć, że spędziły „bardzo przyjemną chwilkę u Farouów“... Nie lubię ani tej adwokatki, ani tej wielkiej krawcowej, ani kuzynki Farou‘a, która przychodzi tutaj i uważa za swój obowiązek namalować oczy i nasadzić trochę różu, aby zetrzeć go potem na schodach kolejki podziemnej... Jaki mój dom jest nudny!... A te meble... Nie chcianoby ich nawet na dekorację do drugiego aktu w Scali!... Powinnabym...“
Coś w rodzaju kobiety-ptaka, metalicznie zielone, z odsłoniętemi i nerwowemi nogami, przeszło ponury, kwadratowy salon. Kobieta-ptak, gwiazda music-hallu, rwała się do grania w dramacie i komedji. Malutka jej twarz biednego dziecka, nawet wypudrowana, wydawała się najbardziej małoznaczącym dodatkiem jej akrobatycznego ciała. Kroczyła jak łabaty gołąb, przyzwyczajona do wałkowania olbrzymich scen, wleczenia za sobą cętkowanych trenów i pian upierzenia i do uwydatniania na każdym kroku rozwiniętego muskułu w kształcie serca na swojej marynarskiej łydce. Chwyciła ręce Fanny w swoje zielone rękawiczki westchnęła i jęknęła dystyngowanie, a pełen współczucia jej odwrót wzbudził lekką wesołość.
— Prawdziwa kokota, — rzekła Klara Cellerier. — I pomyśleć, że to prawdopodobnie ona grać będzie w „Nowej skórze“, najbliższej sztuce Farou‘a!
— Ona robi kasę, — rzekła Fanny.
— Umowa nie jest jeszcze podpisana, — rzekła Jane.
Młoda aktorka poruszyła się boleśnie na krześle.
— Niech pani włoży płaszcz, moja mała, zabieram panią — rozkazała jej Klara Cellerier.
Młoda aktorka wykonała parę kroków, z pochyloną głową, jak wygnana, a Klara Cellerier ujęła w obie swoje ręce, jak jajo, głowę Fanny, aby ją pocałować w czoło.
— Moja droga Fanny, co pani zrobiła z swoją nonszalancją?
— Z moją nonszalancją?
— Tak, z pani... jakby to powiedzieć? z pani morbidezzą, — co za piękne zaniedbane słowo! — z pani obojętnością na wszystko... Jak widzę, rozruszała się pani?... Oczywiście, te ostatnie dnie nie dają pani spokoju... Ale jaka to będzie ulga po triumfie! Piękne oczy pełne troski...
Obniżyła lekko, pod swoją dłonią, wielkie powieki Fanny, które podniosły się po pieszczocie.
„Subtelna stara kobieta! Ona widzi wszystko...
Fanny przyglądała się śmiałej twarzy starej sekretarki, jej dokładnemu i trudnemu szminkowaniu się, przywracającemu w wyrazisty sposób zatarte rysy, jej kapeluszowi z plecionego łyka i jej młodocianej, czarnej sukni... Chciała coś odpowiedzieć, gdy wszedł Farou. Młoda aktorka przymknęła oczy, jak raniona, otworzyła usta i chwyciła się ręką za gardło. Pierwsze spojrzenie Farou‘a spoczęło na niej. Wygasły, okryty płatami kurzu, z wilgotnem czołem i zgniecionym kołnierzykiem, wychodził z próby jak z bójki na pięści w jakichś suterenach, albo z nagłego upadku na schodach piwnicy. Ale na widok młodej aktorki rozpromienił się słabym i szczęśliwym uśmiechem uzdrowieńca, i odmłodniał w kilku sekundach, stopniowo, jak rozjaśniający się płomień...
— W jakim stanie! — westchnęła Klara Cellerier.
Farou strzepnął palcami w jej kierunku z niecierpliwością. Patrzał na młodą aktorkę i starał się przypomnieć sobie jej nazwisko.
— Niech mu pani naleje wina, — szepnęła Fanny do ucha Klara Cellerier.
Fanny potrząsnęła głową i wskazała jej brodą Jane, która rozłamywała z pasją cukier do surowych żółtek, polewając je marsalą.
— Do pioruna, — szepnęła Klara, — zdaje się, że ta robota nie bawi panny Aubaret!
Zaśmiały się obie śmiechem, który zawstydził nieco Fanny, a Farou rzekł wkońcu:
— Dzień dobry wszystkim!... Przepraszam panią, Klaro, jestem jak nieżywy. Ale to dziecko, ta mała... Ach, doprawdy, nie wiem jak się ona... ta mała...
Trzymał rękę młodej aktorki za koniec małego palca i kołysał uroczem, nagiem, bezbronnem ramieniem.
— Mała Ines Irrigoyen, — szepnęła Klara Cellerier.
— Piękne nazwisko dla blondynki! — rzekł Farou.
— Ale to jest moje własne, — wyznała słaniająca się młoda kobieta.
— Pięknie, pięknie, wybacza się pani... Co panie tutaj robicie wszystkie stojąco?
— Odchodzimy, odchodzimy, — rzekła Klara. W podobnej chwili...
Jej świetny manewr udanego odejścia poderwał z miejsca a potem wypędził spóźnionych, aż do kuzynki Farou. Klara dreptała w miejscu i powtarzała za niemi:
— No... no... uciekajmy... W podobnej chwili...
— Dobrze poszło? — zapytała Fanny.
Złe wspomnienie zmarszczyło brwi Farou‘a, a żółte jego oczy rzuciły groźne spojrzenie nieobecnej hordzie:
— Tak, tak... Ach, głupcy!... Zresztą cudowni... Będą cudowni... Zwłaszcza...
— Zwłaszcza kto? — zapytała chciwie Klara.
Rzucił jej spojrzenie pełnej zawodowej nieufności.
— Większość będzie cudowna.
— Jacy oni szczęśliwi! — zaryzykowała blondynka. — Trzy zdania w pańskiej sztuce, mistrzu, to wielka rola.
Farou zaśmiał się złośliwie pod nosem, aby jej pokazać, że nie da się oszukać. Fanny znała ten uśmiech trochę murzyński, ten swobodny grymas, marszczący nos i odkrywający usta, którego Farou nadużywał na fotografjach i w interesownych spotkaniach.
— Trzy zdania? Chce pani?
Jakby ogarnięta zawrotem głowy młoda kobieta, zwąca się Ines, chwyciła kurczowo za rękę Klarę i wstrzymała oddech.
— Trzy linje... i zero obok trzech? Mała rólka stenotypistki?... No?... No?... Cóż to za jakaś ohyda, Jane?
Odsunął szklankę, którą podawała mu ręka Jane.
— Znowu ten pani pomysł z surowemi jajami? Niech pani to ustąpi jakiemuś gruźlikowi. Poproszę o trochę wina.
Wypił i zmienił ton.
— Panno... Ines, zechce pani pamiętać, że próba jest o godzinie pierwszej, — rzekł chłodno. — Favier ma rolę, wręczy ją pani. Panna Biset zwróciła ją dzisiaj popołudniu.
— Zwróciła? — powtórzyła głośno Klara Cellerier. — Mój drogi mistrzu, w jakich my żyjemy czasach? Zwróciła? Bizet zwróciła rolę?
— Tak jest. Wyrzuciłem ją, jeśli się to pani podoba.
Klara wyprostowała się po wojskowemu.
— O tak, to mi się podoba! Dla honoru sztuki teatralnej, to mi się podoba! Czy próba generalna będzie odłożona, Farou? Nie? Odbędzie się w oznaczonym dniu? Cudownie! Chodźmy mała. Jakże pan ją uszczęśliwił, drogi mistrzu!
Pociągnęła z sobą młodą blondynkę, która odegrała starannie scenę wyjścia, potknęła się lekko, wyjąkała coś i udała na progu otwartych drzwi dziecko, klaszczące w ręce.
— Nieźle, nieźle, — orzekł Farou, zrywając krawatkę i kołnierzyk. — Brak jej naturalności, a to właśnie potrzebne jest do roli.
— Jest także rola córki dozorcy, — napomknęła Jane w głębi salonu.
Fanny odszukała ją wzrokiem z osłupieniem. Ujrzała ją bladą, z posępnemi i błyszczącemi oczyma.
— Niech pani pójdzie do pokojówki, — odparł spokojnie Farou, — i powie jej, żeby mi przygotowała kąpiel, koszulę i skarpetki. I niech pani pozostawi dla siebie swoje opinje teatralne!
Jane zniknęła bez słowa, ale zamknęła drzwi z hałasem.
— Jak ty do niej mówisz!... — rzekła zawstydzona Fanny.
Leżał z gołą szyją w głębi kanapy i przymknął oczy. Był zmordowany i pewny siebie, zwycięski w swoim wypoczynku.
— Wychodzisz znowu? — zapytała półgłosem Fanny.
— Zapewne, że wychodzę.
— Zjesz obiad?
— Nie. Zmęczyłbym się zbytnio, gdybym zjadł obiad, zasnąłbym natychmiast... Zjem cośkolwiek w teatrze.
— Jesteś zadowolony?
— Dosyć!
Ograniczył się do tego krótkiego słowa i Fanny nie nalegała więcej. Cóźby jeszcze mogła wiedzieć? Znała kilka scen sztuki, nieoczekiwane rozwiązanie, którego nie lubiła wcale, i koniec drugiego aktu, co do którego Farou zapytał ją o zdanie z udaną obojętnością. Czuła się skrępowana, obca jak nigdy zawodowemu życiu swego męża.
„Otóż to... Prawie dwanaście lat pożycia a tak jesteśmy wobec siebie skrępowani, takich sztywnych używamy wyrażeń...“
— Jesteś w tej chwili piękna...
Drgnęła i uśmiechnęła się spiesznie, czując na sobie piękny, żółty wzrok.
— Myślałam, że śpisz, Farou.
— Jesteś piękna, ale masz smutną minę. Może jesteś naprawdę smutna.
Podniósł rękę i opuścił ją bezwładnie na kanapę.
— Wybrałeś dziwną chwilę, Farou...
— Moja droga Fanny, czy to możliwe, abym wybierał?... Przychodzę z pustyni, — rzekł, podniósłszy się i wyprężywszy ramiona. — Ach, ci ludzie... Jest jeden, który nie potrafi grać głównej sceny inaczej, jak ukazując prosty profil. Jeśli każę mu ustawić się bokiem, jest zły. Jest jedna aktorka, która gra swoją scenę rozpaczy z uciętemi i gładko przyczesanemi włosami. Gdybyś widziała, jak ona toczyła głowę na kolanach swego kochanka... Ach, nie! A do tego Silvestre! Co za kryminał!.. Łatwo ci współczuć.
Położył swoje ciężkie ręce na ramionach Fanny i przygłądał się z upodobaniem białej twarzy i wypukłym, brązowym powiekom. Pozwalała przypatrywać się sobie z głębokim niepokojem, przyjemnym jak ból rozkoszy. Trzask podłogi ostrzegł Fanny, że wraca Jane.
— Stwierdzam z przyjemnością, Jane, — powiedział Farou, nie odwracając się — że umie pani, niekiedy zamykać cicho drzwi.
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Opuścił Fanny i zbliżył się gniewnie do Jane.
— Co? Dobroczynny djabliku szkocki! Zdaje mi się, że już się pani uspokoiła?
Wezbrany zmęczeniem śmiał się pijanym śmiechem i mścił za długie dysputy, stłumione wybuchy w teatrze, na scenie...
— Wydawało mi się, że pani nie lubiła aktorów blondynów... Co, Jane?
Fanny przystąpiła do niej i pociągnęła go wtył, jak gdyby nachylał się nad przepaścią:
— Milcz, Farou! — prosiła skwapliwie.
Czuwała nad zrozpaczoną, osobliwie bladą i skłonną do ubliżania Jane.
— Będę się krępował — rzekł bardzo głośno Farou.
I Jane podniosła się, jak gdyby lękając się ciosu, usiłowała już odparować go jasnem czołem i niematerjalnemi włosami. Nieznany grymas zniekształcił dziecinny łuk jej ust, a wzrok jej stał się pełen nienawiści i nikczemny.
— Jane! — krzyknęła Fanny, wyciągnąwszy ręce.
Jej krzyk i ruch wstrząsnęły słabem, skulonem ciałem, którego skurczenie się i nienawiść wywołały w Fanny wspomnienie dawnej, młodej Fanny, łajanej po grubiańsku przez Farou’a, podobnej do tej nieprzyjaciółki, do tej walecznej i pokrytej matową bladością...
— Odejdź! — rozkazała Fanny swojemu mężowi. — Tak, odejdź! A na drugi raz przenieś łaskawie swój humor na mnie, a nie na innych. Nie na innych, przynajmniej przede mną... Jesteś... jesteś niemożliwy przed sztuką. Za trzy dni będziesz... będziesz znacznie lepszy.
Jąkała się lekko i czuła, że drga jej broda. Nie wiedziała już oddawna, co to jest gniew i walcząc ze sobą wstydliwemi siłami, uśmiechała się blado, jak uśmiechają się pewne zwierzęta, zachwycone swoim własnym gniewem. Farou pomylił się co do tego uśmiechu i ustąpił z życzliwością człowieka winnego:
— Obrzydliwy! — westchnął. — Czuję się obrzydliwy. Co za ordynarne bydlę ze mnie!
Podkreślił słowo i powtórzył je tonem banalnej uprzejmości. Fanny złapała oddech i ściskała usta, aby przeszkodzić drganiu brody.
— Jane, czy zechciałaby pani... — zaczął łagodnym głosem.
— Nie! Nie tego wieczora! Jutro wszystko pójdzie lepiej. Idź na swoją próbę, docinaj komu chcesz, Silvestrowi, sprzedawcy programów, ale zostaw nas w spokoju.
— Na próbach niema sprzedawcy programów, — rzekł zgorszony Farou.
— Idź, Farou, idź się kąpać, idź...
Wyszedł, gdy tymczasem Fanny zabrała się natychmiast do zbierania pustych kieliszków do wina i mówiła, aby Jane milczała jeszcze przez jakiś czas.
— Och, och... Nie, doprawdy... Cóż to za wstrętny zawód... Wiesz, Jane, że w tym stanie, w jakim się znajduje, wystarczy odrobina wina, którą wypił, aby go przyprawić o utratę zimnej krwi...
Tymczasem myślała:
„Wyszłam cało! Jak mogła Jane tak się opuścić? Powinna była mówić, krzyczeć, mówić przedewszystkiem...“
Napudrowana i przeczesana Jane różowała sobie usta. Przygryzała je, zjadała świeżą szminkę, potem malowała je nanowo, machinalnie.
— Och, wiesz, Jane, rzekła nagle, — nie byłabym się była lękała odpowiedzieć mu! Nie boję się tego całego Wielkiego Farou‘a! Widziałam gorszych...
Niedowierzała drzwiom, które zamknął Farou i unikała tych samych niebezpieczeństw, co jakaś wojownicza dziewczyna lub drażliwy robotnik. Zwyczajny grymas zmienił znowu jej usta i Fanny drgnęła z niepokoju i osamotnienia.
— Jane, możebyśmy zjadły obiad? Mam wstręt do tych nerwowych wybuchów. Jesteśmy same, Jan jest na zebraniu „Młodzieży Czynnej”...
Jane wzięła ją pod ramię. Stwardniałe jeszcze jej palce tańczyły po ramieniu Fanny i pocałowała ją za uchem pocałunkiem pozbawionym wyrazu.
„Przed dwoma miesiącami, myślała Fanny, byłabym zasiadła do stołu sama lub byłabym złajała ostro pannę... Ale jestem taka bojaźliwa od czasu gdy wiem, że są winni...“
Miała przed sobą stoicką towarzyszkę, która piła, jadła i mówiła. Ale Jane, chwilami przejrzysta, milczała. Wówczas Fanny domyślała się, że przechodzi przez nią cierpienie lub gwałtowność, podobnie jak na twarzy kobiety ciężarnej odbijają się tajemne poruszenia dziecka.
Nieco później tego samego wieczora wrócił Jan Farou. Czuć go było tytoniem i obcym zapachem męskim. Drżał jeszcze od krzyków, jakie wydawały dokoła niego setki zarozumiałych i młodych ust, szalonych i nadaremnych słów, które rzucał w próżnię. Patrząc na niego, odzianego w nowe ubranie, z źle dobranym krawatem, z pełnem zmartwienia obrzmieniem pod oczyma i nowym cieniem na ustach, Fanny porównała go z zabrudzonym owocem. Przerwał swojem wejściem głęboką ciszę szycia i czytania, w którą zatopiły się obie kobiety, siedzące niemal przy sobie pod rodzinną lampą.
— Jesteś zadowolony? Ryczałeś dość? Nałykałeś się dość świństw? Rzuciłeś jakieś nowe zasady? Obaliłeś inne? Masz mdłości?
Fanny nie czekała na odpowiedzi. Wdała się między Jana Farou a Jane, Ale nieomylny Jan patrzał tylko na twarz Jane, Odwrócił się ku Fanny tylko poto, aby zapytać ją oczyma:
„Co się jej stało? Co się działo? Coście jej zrobili?“
Zmęczona Fanny odparła jednem poruszeniem ramienia:
„Ech, daj mi pokój!“
Mały Farou nie odważył się przemówić do Jane, która trzymała go zdala z pogardy, odsunąwszy się od niego przedewszystkiem z pewnego rodzaju monogamicznego wstrętu.
— Tak, — rzekł wkońcu, nie zdając sobie sprawy, że nikt go już o nic nic pytał. — Było wspaniale. Przynieśliśmy zaszczyt naszym ojcom, Nie zaparliby się głupstw, któreśmy wypowiedzieli. Co za wieża Babel!
Zmienił się od chwili powrotu, nabrał pewności siebie, która go umniejszała, Fanny, pełna niekiedy czułości macierzyńskiej, patrzała na nią ze smutkiem.
— Mój ojciec jest w Wodewilu?
— Naturalnie, — rzekła Fanny.
— Dobrze tam idzie?
— On mówi, że tak. Nie zabrał cię tam jeszcze?
— Tak samo, jak ciebie, mamo, A pani, Jane?
— Nie cieszę się żadnemi względami, — odparła Jane, nie odrywając oczu od książki. Słyszałam w Wodewilu od początku prób tylko końcowe próby czytane, zgrzytania zębów i spór między Silvestrem a dekoratorami. Farou ukrywa swoją pracę na scenie, jak doprawdy...
— Jak kot swoje nieporządki w piasku, — rzekła Fanny, która chciała, aby się trochę śmiano. — I zastanawiam się, właściwie dlaczego?
— Z lękliwości, — rzekł Jan.
Jane podniosła na to słowo głowę i spuściła ją natychmiast na książkę z złośliwym uśmieszkiem.
— Nie wmówi chyba mama we mnie, że nie zauważyła nigdy, że mój ojciec jest lękliwy?
— Przyznam się, — rzekła podrażniona Fanny, — że ten szczegół charakterystyczny... nie zwrócił dotąd specjalnie mojej uwagi.
Ale mówiła z wahaniem i namysłem.
— Wierzę ci, mamo, wierzę ci z łatwością... I Jane nie zauważyła tego z pewnością.
Ten pośredni atak nie poruszył Jane. Wzrok Jana ogarniał pożądliwie ramiona, kolana i włosy Jane, ale Fanny dostrzegła w rozpłomienionym błękicie jego oczu, zaczerwienionych od dymu, tylko żarłoczność i urazę bez nadzieji.
„Może zaczyna nienawidzić jej“, pomyślała Fanny.
Tracił powoli życzliwość swojej macochy i zdawał sobie z tego sprawę. Mając swobodę w dostarczaniu mu środków materjalnych, karciła go jeszcze z surowością mamki: „Obciąłeś paznokcie u nóg, wziąłeś twoją wodę z Enos?... Znam ciebie! Twoja zasada, to: „Jedwabne skarpetki i wątpliwej czystości nogi. Wyczyszczone zęby i brudny język.“
Ale siedząc tak naprzeciw tych błękitnych, pełnych nadmiaru barwy, jasnowidzących i zahartowanych oczu, nie zapytałaby za nic w świecie:
„Wytłómacz mi, skąd wiesz, że twój ojciec jest lękliwy? Wyłóż mi, co wiesz o nim, o czem się w cudowny sposób o nim dowiedziałeś, ty, który rozmawiasz z nim tak mało, który nie jesteś jego sprzymierzeńcem..“
Młode, tajemnicze i nieszczęśliwe zwierzę dreptało w miejscu, brało do ręki dzienniki, potrząsało pustem pudełkiem na papierosy; ale Jane nie drgnęła, nie porzuciła książki, aż usłyszała, jak daleki zegar wybił północ.
— Więc co, zostajecie tutaj obydwie?
— Farou spędzi całą noc poza domem. Silvestre dotrzymuje swoich terminów, W piątek rano krawczynie, W piątek wieczorem próba generalna...
— W sobotę dwadzieścia cztery tysiące dochodu, — ciągnął dalej Jan.
— Inch‘ Allah!
— Kto był dzisiaj, mamo?
— Ludzie, — rzekła lakonicznie Fanny, — Klara. Kuzynka Farou. Inni ludzie... Nikt.
Jane usłyszawszy nazwiska Klary i kuzynki Farou, obawiała się nazwiska Ines Irrigoyen i wyciągnęła cierpiącą i kłótliwą twarz, ale Fanny nie przypomniała sobie w owej chwili młodej kobiety.
— A teraz, moje dzieci, idę spać.
— I ja także, — rzekła Jane.
— Zachwycająca... Zachwycający zespół, — zadrwił Jan.
Nie miał odwagi powiedzieć „solidarność“. Jane usłyszała i zajęła stanowisko zaczepne.
— No tak! Mały panie Farou, zachwycająca solidarność! Ma pan coś do zarzucenia, mały panie Farou?
— Ja? nie... Wcale nie...
Utraciwszy całą swoją dumę urażonego dziecka, mały Farou przyglądał się z trwogą swojej pierwszej nieprzyjaciółce.
— Pst! Pst! Spokój! Spokój! — nakazała łagodnie Fanny. — Och! mam już dosyć tych wszystkich Farou...
Popchnęła Jana Farou‘a do jego pokoju.
— Śpij spokojnie, mój mały.
Ale nie mogła przeszkodzić temu, że w chwili, gdy Jan odwrócił się na progu, nie ujrzał Jane przytulonej do ramienia Fanny z wyrazem rozmyślnej słabości i wyzwania.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .