Przejdź do zawartości

Ta druga/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Ta druga
Wydawca Wydawnictwo „Globus“
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia „Sztuka“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Bukowski
Tytuł orygin. La seconde
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

— Słuchaj, Janie, nie leż tutaj!... Janie, wstań... Co się stało? Jeśli nie jesteś chory, nie pozwalani ani na chwilę, aby się w taki sposób opuszczać! Janie! Upadłeś?... Upadłeś?
Fanny nie miała odwagi potrząsnąć nim, ale była oburzona, że przytomne dziecko leżało na nasypie drogi, jasne i spoczywające jak zabite koźlę. Długie jego ciało jechało na grzbiecie zbocza ze zwieszonemi włosami i nogami. Dziwny kolor, pokrywający zielenią jego twarz, zdradzał bladość pod półksiężycowemi wypiekami piegów. Błękitne i wilgotne spojrzenie wzniosło się aż do Fanny.
— Upadłem... — szepnął. — Tak mamo, upadłem.
Podniosła miękką rękę, która nie uścisnęła jej ręki.
— Gdzie cię boli?
— Nigdzie, dziękuję.
Zamknął oczy i oddychał długo. Niepewna Fanny, która szukała na nim śladów upadku i krwi, nabrała mimowoli podejrzenia co do bezwładności, osłabienia a nawet bladości tego dziecka, przesiąkniętego tajemnicami.
— Zabawiłaś bardzo długo w mieście, mamo...
Mówił z zamkniętemi oczami, głosem obojętnym.
— Dobryś sobie... Tak długo, dopóki nie zakupiłam wszystkiego... Skąd wiesz jednak, że zabawiłam długo?...
Powtóre czekałam, aż poczta zostanie rozdzielona... Nie mogłam wiedzieć, że znajdę cię na tej drodze jak skoszony kwiat... A zresztą są nowiny! Gdybyś wiedział, co jest w tej depeszy, którą niosę dla Farou‘a... Ach, widzę, że cię to ocuciło...
Jan usiadł swobodnie. Ale pod jego powiekami pozostała jakby fioletowa mgła.
— Depesza z Wodewilu... Nie rób miny, jak gbybyś ją znał przed Farou‘em... „Drogi mistrzu, proszę wracać natychmiast, trzeba bezwłocznie rozpocząć próby z „Niemożliwej niewinności“...
— Boże, jak ja nie lubię tego tytułu, — wybełkotał Jan.
...„próby. Pełen głębokiego podziwu. Silvestre.“
— Jest „drogi mistrzu“ i „pełen głębokiego podziwu“? Ho, ho, ho!...
— Dlaczego? To jest poprawnie.
— Bardzo poprawnie, A pierwsza tura „nowości“, przyrzeczona kontraktem Trickowi i Bavoletowi?
— Oni nie są gotowi!
— Nie są gotowi? Jak gdyby ci dwaj byli całym zespołem...
Wracał do sił i snuł przypuszczenia ostrym tonem.
„Wszyscy są zawsze lepiej poinformowani ode mnie”, pomyślała Fanny.
— A zatem? Wyjeżdżamy? — zapytał po chwili milczenia mały Farou.
— Tak... Nie mówmy o wyjeździe, oto Fraisier... Niech Fraisier zaniesie na górę moje paczki... Jeśli pan nie pracuje, niech Fraisier poprosi go, aby zeszedł do mnie. Jeśli pracuje, niech Fraisier nie wchodzi do niego.
— Nie pracuje, — szepnął Jan za plecami szofera.
— Co ty mówisz?
Fanny rzuciła na swego pasierba tak brutalne spojrzenie, że spuścił oczy i wstał, jak gdyby chciał uniknąć uderzenia. Zmierzyła go wzrokiem, bladego, zawstydzonego, świeżo zniesławionego ofiarowaną kompetencją...
— Jeśli nie pracuje, zejdzie. Odpocznę na schodach, Wiesz, że on nie lubi chorych, Jeśli czujesz się lepiej, idź umyj się i uszykuj. Nie chcę, aby cię widział w takim stanie!
Chłopiec usłuchał i wspiął się na ścieżkę. Walczył z zadyszaniem, które mu pozostało z omdlenia. Unosił z sobą we włosach piasek i grudki czarnoziemu, jak młody nieboszczyk, przywrócony ziemi.
Fanny stała się dla niego pobłażliwa dopiero wówczas, gdy znikł.
„To biedny chłopak. W jego wieku można tak szybko zostać łotrem, bohaterem lub desperatem...“
Była dumna, że go osądziła i usiadła na drewnianej ławce stromej ścieżki. Niebo, jeszcze nieoczyszczonego po rannym deszczu, otwierało się nad zachodzącem słońcem. Rozpostarte chmury i góry błyszczały tym samym purpurowym fioletem, fioletem miejscowości Franche-Comté, rywalem lewkonij i powojników. Farou zeszedł. Fanny nie odwróciła głowy.
— Co się stało, Fanny? Nie jesteś cierpiąca?... Nie pracowałem, — dodał. — Niewiele już brakuje do końca... Są rzeczy, których nie należy pisać, kończą się same, ot tak, pisane w powietrzu, śpiewane w pociągu, wynajdywane równocześnie z sytuacjami...
Kreślił na niebie i Fanny rozpoznała w żółtych oczach, w uspokojonych rysach Farou‘a, nawet w zdrowym i rozkosznym zapachu ciała pochylonego nad nią, całkowity urok, który przesycał Farou‘a po miłości. Zacięła się i nie wybuchła płaczem.
— Trzeba jednak odpisać im jak najprędzej, Farou, Masz...
Przeczytał depeszę, wyrżał dwa mściwe i pełne zadowolenia „Och, och!“, potem zmarszczył brwi:
— Nie mam Karola Boyera, więc... Bernstein nie puści go...
— Ale Bernstein jest taki miły...
— To niema z tem nic wspólnego. Miły... Miły... Też sposób wyrażania się o Bernsteinie, jak gdyby był gilem albo kotkiem! Miły!... Jane! — krzyknął, podniósłszy głowę.
— Czego chcesz od Jane?
— Chcę, naturalnie, abyśmy wracali do Paryża... Depesza do Blanchara... Depesza do Marsana... Ach, i ten przeklęty mały Carette... do roli barmana... Adres jego jest u Quinsona...
Wichrzył włosy pełnemi chwytami ręki i zmiękł nagle:
— Znowu zacznie się ta obława na wykonawców ról... Trzydzieści nazwisk. W rezultacie: nikt... Jane! Co ona tam robi, gdy jest potrzebna?... Znowu się czesze, albo smaży konfitury w różowym fartuszku... Anioł domowy... Dobry duch „Vacuum cleaner“... Jane!
Promieniował naturalną dzikością i niewdzięcznością. Fanny słuchała go milcząca i po raz pierwszy zawstydzona. Żółte oko spoczęło na niej.
— Cóż, Fanny? Nie domyślasz się, że to nasz cały rok, a może i następne, które się rozgrywają tam, moje dzieci?... Trick i Bavolet ustąpili... Słowo daję, jest Bóg na niebie! Rusz się, dziewczyno! Czy można jeszcze złapać nocny pociąg? Jane!
— Nie zechcesz jednak, Wielki Farou, abyśmy wsiadali do pociągu o godzinie trzeciej rano? Pociąg bez miękkich siedzeń, zapełniony Szwajcarami... Prawda, Fanny?
Nadbiegła Jane, prędko, ale bez pospiechu.
— Ściśle biorąc, mógłby pan pojechać sam...
Wybuchnął naiwnie:
— Sam? Od kiedy to podróżuję sam, skoro to nie jest potrzebne? A tam, w Paryżu, zamknięty dom, gaz, który trzeba otworzyć, i wszystkie tajemnice... Zresztą, róbcie jak chcecie... Ach, te kobiety! Jestem po tem wszystkiem całkiem głupi!...
Stracił cierpliwość, jak zawsze gdy ustępował i udał się z powrotem do domu z jaskrawym gestem, gardzącym obiema kobietami.
— Zostaw go w spokoju — rzekła półgłosem Jane. — Zarezerwuję miejsca w jutrzejszym dziennym pociągu. Jutro wieczorem o ósmej będziemy w domu, a od dziewiątej do północy będzie rozmawiał z Silvestrem. Cóźby robił w Paryżu z jutrzejszem popołudniem? Trzeba zawsze gotować mu szczęście wbrew jego woli, on jest jak inni... Na każdy sposób nie dostanie Ywonny de Bray... Ach, przydałaby mu się Ywonna de Bray...
Zaśmiała się podrażniona.
— Jeszcze trochę, Fanny, a bylibyśmy mieli przez ciebie odjazd w nocy... „Tak, mój drogi“... Fanny, proszę o Fraisiera, aby zaniósł depesze... Zaraz je napiszę na maszynie. Każda z nas musi spakować jeden kufer, i kufer Farou‘a... Jeśli można zająć Jana, poszlę go na dworzec... Nie, pójdę szybciej od niego... Bieliźniarka spóźniła się z bielizną. Fraisier odbierze ją, gdy będę na poczcie...
Pohamowała się i przybrała roztropnie łobuzerski ton:
— Fanny, chcę, abyś miała wspaniałą suknię na próbę generalną! Przygotowanie do walki... Popatrz, jak moje nozdrza drżą!
Obojętna Fanny pochyliła się nad doliną, na której wykwitały po deszczu pierwsze krokusy. Czerwone wrzosy skupiały krótki i koszący promień.
— To ciekawe, — rzekła wkońcu, — wydawało mi się, że nienawidzę tego kraju... Teraz, kiedy wiem, że nie wrócimy do niego, wydaje mi się przykuwający...
Pragnęła energji i skrytości, ale znajdowała w sobie tylko poniżającą łagodność.
— Nie żałuj go, Fanny. Będziesz miała piękniejsze. Nie należy słuchać Farou‘a w roku przyszłym... W roku przyszłym...
Oparta o Fanny zniżyła ton z zawziętością, która nie wydawała się udaną. Fanny odczuwała w głosie Jane dźwięk sprzymierzeńczy, niechęć, wymierzoną tylko przeciw Farou‘owi. Przyjęła i oparła się o ofiarowane jej ramię, ramię kręte, zwężone w przygubie jak szyja węża, wycięte w przegięciu łokcia, łagodne, zwinne, usłużne:
„Te ramiona są zbyt usłużne... Ale gdybym musiała odczuwać wstręt do wszystkich kobiet, które były z Farouem na „ty“, ściskałabym odtąd tylko ręce mężczyzn...“
Odzyskała odwagę, pozbywszy się swoich skrupułów, i zadowoliła swoją dumę, zwróciwszy się do Jane nieco wyniośle:
— Bądź tak uprzejma, Jane, i znajdź mi inwentarz mebli „Willi Dean“... Ojciec Dean jest taki dokuczliwy...
Jane pomagała jej w trudnych miejscach przy wspinaniu się na górę i odpowiedziała „Tak, tak“, wpatrzona w drzwi pracowni, z której dolatywał wszczęty przez Farou’a głośny hałas zamykanych w przelocie szuflad, stołu skrobiącego podłogę i minorowa skarga obwinionej o coś służącej.
Wieczór i połowa nocy minęły hałaśliwie. O jedenastej godzinie przyszła Farou‘owi do głowy fantazja, aby przerobić jedną scenę czwartego aktu i dyktować ją w hallu. Jego głos, odbijający się od nagich ścian, jego surowa mina natchnionego szaleńca, jego przechadzanie się wystukiwanemi w skrzypiącą podłogę krokami, nabożna łagodność stenografującej Jane, wygnały Fanny aż na terasę. Wilgotna i nieruchoma noc rozpostarła wśród wieczoru zapach róż, przejmującą woń wanilji.
Przed otwartemi drzwiami wirowały sówki jak szary śnieg, a Jan Farou strącał największe potężnemi uderzeniami kapelusza. Skakał niekiedy pionowo jak kot i uwaga Fanny biegła od tego uroczego tańca dziecinnego do improwizowanej, poważnej i trudnej pracy. Nakłaniała siebie do lenistwa i odwracała głowę, ilekroć twarz Farou‘a, przesuwająca się przez prostokąt światła, spoczywającego na terasie, przypominała jej obowiązek cierpienia.
„Jeszcze jedna sztuka Farou‘a... Niepewna manna... Co ja będę robiła w Paryżu? Czy ta historja między nim a Jane, to zniszczenie wszystkiego, czy też to choroba, która przejdzie jak przyszła, zanim się spostrzegę...“
Gorący policzek dotknął zwieszonej jej ręki. Jan Farou usiadł koło niej bezszelestnie na ziemi.
— Czego chcesz? — szepnęła zirytowana.
— Nic, — odpowiedziały niewidzialne usta.
— Cierpisz?
— Naturalnie, — wyznał z dyskrecją cień.
— Dobrze ci tak.
— Czy ja się skarżę?
— Jesteś małym złoczyńcą.
— Ach, mamo, nie jesteś solidarna...
Wilgotny policzek przyciskał jej rękę.
— Nie, — szepnęła dumna Fanny.
Szukała w sobie poomacku jakiegoś stałego punktu, jakiegoś małego stwardnienia osamotnionej siły i odpychała od siebie zarówno skargę jak spisek.
— Co to za głupstwa, no, no...
Potrząśnięcie głową rozburzyło jej włosy, które ześlizgnęły się po jej grzbiecie, chłodne jak żmija.
— Masz szczęście, mamo, — westchnął cień.
Rozgrzebała nogą źwir.
— Nie chodzi o moje szczęście! Nie chodzi o mnie! Nie wmówisz we mnie, że chodzi o mnie! Masz szesnaście lat i pół, jesteś zakochany, nieszczęśliwy, wszystko jest w porządku! Pozbędź się tego!
— Pozbędź się tego! Pozbędź się tego! Sądzisz, mamo, że to rozsądna rada?...
Szeptali z niezwykłą gwałtownością i roztropnością, zabezpieczeni przeciw własnemu uniesieniu nieustannem przechadzaniem się Farou‘a, który przestępował chwilami próg hallu, wyrzucając w noc swoje: „Hm... Hm... Opamiętaj się, mój Didier... Hm... „Bądź tym, którym byłeś przed tym wstrętnym dniem.. Nie, to idjotyczne... Stań się znów tym dzielnym człowiekiem, który miał odwagę powiedzieć mi wczoraj...“
Dyktując, nie zajmował się Jane i kroczył aż do Fanny, jak gdyby chciał ją zmiażdżyć, nie widząc jej. Nie lubiła tych rzadkich ataków pracy publicznej, którą porównywała z pewnego rodzaju ekshibicjonizmem.
„Opamiętaj się, mój dobry Didier, błagam cię! To nie mówisz ty, ale to ona, która przez twoje usta... Hm... Błagam cię o to... Ach, dosyć tego! Jane, dlaczego pozwala mi pani dyktować to?
— Co, to?
— To „Błagam cię“ i „Opamiętaj się“. I czy przemawiała pani kiedyś do kogoś: „Mój dobry Didier“? Co prawda, uważam, że pani jest zdolna do tego... Niech pani powie: „Mój dobry Farou?“
Fanny i Jan, którzy słuchali uważnie, usłyszeli słaby, zdławiony i nieszczęśliwy śmiech Jane.
— Niema pani najmniejszej ochoty powiedzieć do mnie: „Mój dobry Farou“, co?
— Najmniejszej...
„Didier, błagam cię o to... Nie zapominajmy, że Wodewil jest pewnego rodzaju teatrem dzielnicowym... „Błagam cię o to, opamiętaj się...“ O trzy na dwunastą są wszyscy bardzo wrażliwi na widowni... „Stań się takim, jakim byłeś wczoraj“... i t. d. i t. d. Ciąg dalszy jak w rękopisie. Dobrej nocy! Fanny, idę! — krzyknął Farou.
Jane uporządkowała za nim papiery, równając je do brzegu, i otrzepała z kurzu maszynę do pisania. Była blada i obojętna jak zmęczona urzędniczka, i Fanny nie dostrzegła w niej żadnego śladu tajemnego triumfu, ani nawet zalotnego wyglądu...
„Czy ja będę myślała wciąż tylko o niej?“ pomyślała z lękiem Fanny.
W tej samej chwili lękliwy wzrok Fanny spotkał się z jej niewidzialnym wzrokiem i wstała, zostawiając Jana Farou‘a zwiniętego we wstydliwą kupkę.
— Idziesz na górę, Fanny?
— Och, tak... Mam już dosyć jutrzejszego dnia... I te twarze paryskie, które się znów zobaczy... Farou zatrzymał ciebie do późna.
— To moje zajęcie. Nie do uwierzenia, jak się dręczy tem małem zakończeniem sceny... Jest to już prawie dziecinne...
Broniła go, oskarżając i to niechętnie. Wsunęła ramię pod ramię Fanny.
— Fanny, dlaczego nie bierzesz mnie nigdy pod ramię, tylko ja ciebie? Jestem zmęczona, Fanny...
— Jest czem!... Ileż to zatrudnień miałaś od tego rana!
„Zatrudnienie pokojówki — wyliczała Fanny — posłańca, sekretarza, zarządcy domu, a w dodatku pół godziny miłości (jestem hojna!)... Doprawdy! Pojmuję doskonale, jakie są ciężary jej położenia, ale jakie są korzyści?...“
Czuła, że jest trochę ordynarna i cała rozbawiona, Ale optymizm jej osłabł, gdy leżąc niedaleko Farou‘a śpiącego z łagodnem chrapaniem, podobnem do świszczącego sagana na wodę, miała przed sobą błękitnawy ekran okna bez firanek. Puste poprzedniego dnia, kształtu złotej i ciemno czerwonej rozety w chwili, gdy oko między niesfornemi powiekami wznosi się powoli ku mózgowym światom czarów, okno nocne przystroiło się w pełzającego węża obrazów, którym Fanny przyglądała się nieruchoma, spoczywająca na sianokosach czarnych włosów i kołysana nadzieją chorej:
„To tylko to? To tylko to?...“




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .