Ta druga/5
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Ta druga |
| Wydawca | Wydawnictwo „Globus“ |
| Data wyd. | 1930 |
| Druk | Drukarnia „Sztuka“ |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | Kazimierz Bukowski |
| Tytuł orygin. | La seconde |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
„Niemożliwy, to powiedziane za mocno. Byłam zdenerwowana tym czekiem. Przesadziłam wówczas znacznie. Jest to biedny, bezczynny chłopak, którym nikt z nas nie zajmuje się jak należy... Nie jest wcale niemożliwy. Jest nawet miły...“
— Janie, słyszysz? — rzekła głośno Fanny. — Jesteś bardzo miły.
Zwrócił ku niej żywo głowę, uśmiechnął się i skinął jej głową jak natrętowi i znowu wpadł w czynną nieruchomość.
— Janie, nie dasz do roboty czterech... nie, tylko trzy ubrania u Brennana, Mówię trzy, bo lepiej mieć trzy ubrania i narzutkę niż,,. Podejm mi nożyczki, Janie Farou, a będziesz kochany!
Skoczył i padł na nożyczki jak piłka, podał je Fanny i drugim skokiem wrócił na swoje krzesło.
— Więc nie jesteś mego zdania, że lepsza będzie narzutka? Nie pochlebiam ci, ale wiesz, tym razem Klara Cellerier powie o tobie: „Piękny kawaler!“ Nieźle ją naśladuję, co?... Hej, Janie Farou! Co ty oglądasz? No, co ty oglądasz?
— Brązową gąsienicę. — rzekł Jan.
Kłamał. Spojrzenie jego, o płonącym błękicie, utkwiło ślepo w żółtym poroście na murze. Zamieniony cały w słuch słuchał, z braku słów rozpraszanych przez wiatr, tonacji dwu głosów, rozmawiających na pierwszej terasie, o piętnaście stóp niżej. Fanny, która szyła na zwyczajnem miejscu, na progu holu, nie mogła nawet dosłyszeć szeptu głosów. Jan mierzył odległość — dwa, trzy kroki — oddzielającą go od ceglanej poręczy i grubość skrzypiącego żwiru. Wyliczył również, że stary ślaz, spoczywający okrakiem na poręczy na końcu terasy, pozwalał głowie, ukrytej w listowiu, przechylić się niewidzialnie ku dolnej terasie. Naprężenie uwagi i obliczanie wychudziły jego brunatną i różową twarz, centkowaną piegami na policzkach. Usta miał zamknięte i nie mrugnął nawet okiem. Wkońcu odetchnął, jakby do skoku i zawołał głośno, tonem dziecinnym:
— Potrzymam ci motek, mamo, ale to będzie cię kosztowało jeszcze jedną krawatkę!
Potem puścił się ku ślazowi, wsunął bezszelestnie pod listowie głowę i ramiona i wystawił ponad mur tylko czoło i oczy.
Fanny patrzyła na niego zdumiona, z igłą w ręce. Z szeroko rozwartemi oczyma i odchylonemi ustami objawiała swoje zdumienie z tą naiwnością, która bawiła Farou‘a.
Po chwili wstała, a Jan, słysząc ją, nakazał jej ruchem odrzuconych wtył ramion, aby zachowywała się cicho. Wobec tego wetknęła energicznie igłę w płótno, które wyszywała, postąpiła naprzód drobnemi, cichemi krokami i stanęła koło swego pasierba pod listowiem ślazu.
Farou, stojąc na dole, rozmawiał z Jane. Chmura, która napływała od strony zachodu słońca, o nienaturalnej i kwaśnej czerwieni, zabarwiła w nieokreślony sposób wolne, białe jego ubranie. Siedząc na murze po damsku prowadził djalog krótkiemi zdaniami i patrzał na wysuszoną dolinę, Ruchem ręki odrzucił wtył swoje długie włosy i szepnął „Fuu“ znużonym tonem, Fanny pomyślała, że chciał powiedzieć: „Co za przeklęty upał!“ albo „Nie pozbędę się tego czwartego aktu!“ Wydał się jej zwyczajny, zmęczony, piękny i miły, Jane, w różowej sukni, trzymała w ręce kartki maszynowego pisma. Zbliżyła się do Farou’a, podała mu jedną kartkę, którą odsunął od siebie ze śmiechem, protestując zapewne: „Ach, nie, dosyć!“ Ale Jane nalegała i Farou, który wstał, odepchnął ją ruchem ramienia, tak poufałym a zarazem pozbawionym względów, że Fanny poznała ten ruch, ruch flisaka, którym posługiwał się Farou, aby odrzucać krawatkę, grzebień i pieszczotę, proponowane przez zakochaną i małżeńską rękę... Ku wielkiemu jej zdumieniu Jane nie okazała żadnego gniewu i ze śmiechem oparła się o drabinę, wspartą o ścianę. Śmiała się wesoło i podniosła ręce, potrząsając palcami w powietrzu... Dźwięk jej głosu dotarł aż do górnej terasy, a w okrzyku „Ho, ho, ho, co za brednie!“, Fanny poznała intonację, nieprzypominającą głos Jane:
„Naśladuje mnie, słowo daję...“
Zwróciła się do młodego chłopca, śledzącego koło niej. Aby zapewnić sobie nieruchomość, ściskał on obiema rękami krawędź muru i okazywał swoją siłę woli, zdolność szpiegowania, milczenia i zrozumienia, Nie wydawał się ani zdumiony, ani zmartwiony, tylko ogarnął Fanny rozkazującem spojrzeniem, nakazującem milczenie, godność postawy, jeśli nie postępowania...
Na dole Farou przyjął z niechęcią wesołość Jane, która przestała się śmiać i skupiła na twarzy wyraz najszczerszej i najswobodniejszej brutalności... Zerwała gałązkę, którą gryzła, rzuciła ją Farou‘owi w nos i z nieco teatralną powolnością odeszła ku schodom.
— Prędko, prędko, na miejsce! — rozkazał spiesznie Jan Farou, szepnąwszy do ucha Fanny.
Twarde palce chłopca pchnęły Fanny aż na szezlong, Kiedy Farou zjawił się pierwszy w górze schodów Fanny siedziała i trzymała nitkę motka grubego, czerwonego sznureczka, który gmatwał siedzący u jej nóg Jan Farou, bawiąc się jak kot.
— Wzruszający obrazek rodzinny, — zadrwił Farou.
Żółte jego oko było jasne i surowe.
„Jest w złym humorze“, pomyślała Fanny.
Drgnęła i z trudem oderwała się od swego rytualnego spokoju, zawstydzona, że pozostawiła pod listowiem ślazu swoją twarz i zdenerwowanie kobiety szpiegującej, Jan Farou, siedzący u jej stóp z rękami w motowidle, zaczął śpiewać ostrym głosem, „On przesadza“, pomyślała Fanny, i chciała z oburzeniem zrobić mu wyrzut: „Jak ośmielasz się...“ Ale dziecko rzuciło jej czujne spojrzenie: „Nie skończyliśmy jeszcze“, więc zamilkła.
— Fanny, — rzekł znowu łagodnym głosem Wielki Farou, — to głupie, co powiedziałem. Nie zwracaj na to uwagi.
Pohamowała lekkiem skrzywieniem ust płacz, który zwilżyłby jedynie piękne, wypukłe jej oczy i czuła przerażenie, że odczuwała dla Farou‘a tylko podziw i wdzięczność, chęć usprawiedliwienia się i wyznań...
— Nie, nie, — zaprotestowała, wbrew klęczącemu chłopcu, który nie spuszczał z niej wzroku.
Ale z kolei zjawiła się na terasie Jane i zmieszanie Fanny ustąpiło miejsca uwadze, nakazującej spokój wewnętrzny. Odzyskała gibkość ruchów i mowy i ucieszyła się w duchu.
— Ach, jesteś wreszcie! — zawołała.
— Co się stało? — zapytała Jane. — Czekałaś na mnie? Nie byłam daleko.
— Tak... tak... — rzekła lekko Fanny, potrząsając głową i czarnym lokiem.
Spojrzała na Jane z ciekawością:
„I ona także?... Z Farou‘em? Co? Od kiedy?... Czyżby to była prawda?... Nie cierpię. To taka bagatela!... To prawda, że przyzwyczaiłam się... Ta piękna Vivica, która tańczyła w trzecim akcie „Skradzionych: winogron”... A ostatnio mała Asselin...
Ale przypomniała sobie pewną bladość Jane, jej roztargnione i smutne usposobienie, jej gwałtowne łzy. Kiedyż to wszystko było?
„Ach, tak, w dniu, w którym czytałam jej list, z którego wydawało się, że Farou „poświęcił się” dla małej Asselin...”
Jane usiadła, otworzyła książkę, porzuconą na stoliczku z ozdobnego żelaza, udała, że czyta, potem podniosła głowę ku szaremu niebu, zapowiadającemu deszcz:
— Moje dzieci, jak szybko zbliża się koniec lata! Janie, bądź tak uprzejmy i daj mi moje okrycie bez rękawów, które zostawiłam... hm... zostawiłam...
— Wiem, — rzekł Jan, który puścił młotek i pobiegł.
Uważająca na rozmowę Fanny, przepełniona nowemi wstrząsami, słuchała Jane z osłupieniem.
„Aleź to moja książka, którą ona czyta!... To mój pasierb, któremu wydaje zlecenia, to w moim domu...“
Czuła, jak krew uderza jej lekko, potem coraz szybciej, za uszami i ściska gardło, i przypomniała sobie czasy, gdy była gwałtowna i zazdrosna. Utkwiła niespokojnie wzrok w twarzy Farou’a.
„Czy nie stanie się coś? Czy nie powinno coś się stać?“
Ale Farou marzył, oparty brzuchem o ceglany mur, wielki, ociężały, prosty, zamyślony. Zwrócił nieco głowę ku Jane:
— Dobra ta książka?
— Taka sobie, — odparła, nie ruszając się.
Jan Farou przyniósł okrycie bez rękawów, położył je na ramionach Jane, jak gdyby bał się poparzeć i znikł. Hałas otwieranych kredensów i poruszanych chochli oznajmił godzinę obiadu. Nikt nic nie mówił i Fanny wypadało wołać o pomoc, błagać aby błąd i nieświadomość spadły na nią, albo też wściekłość, krzyki, coś w rodzaju walki... Farou ziewnął i oznajmił: „Idę umyć ręce“, a Jane, która wstała nagle, przybrała swoją minę młodziutkiej dziewczyny:
— Och! A winne brzoskwinie, które są w lodowni! Będą za zimne!
Pospieszyła i w przechodzie ogarnęła Fanny lekkim pocałunkiem, złożonym na ślepo, pocałunkiem, który Fanny przyjęła bez odrazy i przykrości.