Przejdź do zawartości

Ta druga/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Ta druga
Wydawca Wydawnictwo „Globus“
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia „Sztuka“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Bukowski
Tytuł orygin. La seconde
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

„Niemożliwy, to powiedziane za mocno. Byłam zdenerwowana tym czekiem. Przesadziłam wówczas znacznie. Jest to biedny, bezczynny chłopak, którym nikt z nas nie zajmuje się jak należy... Nie jest wcale niemożliwy. Jest nawet miły...“
— Janie, słyszysz? — rzekła głośno Fanny. — Jesteś bardzo miły.
Zwrócił ku niej żywo głowę, uśmiechnął się i skinął jej głową jak natrętowi i znowu wpadł w czynną nieruchomość.
— Janie, nie dasz do roboty czterech... nie, tylko trzy ubrania u Brennana, Mówię trzy, bo lepiej mieć trzy ubrania i narzutkę niż,,. Podejm mi nożyczki, Janie Farou, a będziesz kochany!
Skoczył i padł na nożyczki jak piłka, podał je Fanny i drugim skokiem wrócił na swoje krzesło.
— Więc nie jesteś mego zdania, że lepsza będzie narzutka? Nie pochlebiam ci, ale wiesz, tym razem Klara Cellerier powie o tobie: „Piękny kawaler!“ Nieźle ją naśladuję, co?... Hej, Janie Farou! Co ty oglądasz? No, co ty oglądasz?
— Brązową gąsienicę. — rzekł Jan.
Kłamał. Spojrzenie jego, o płonącym błękicie, utkwiło ślepo w żółtym poroście na murze. Zamieniony cały w słuch słuchał, z braku słów rozpraszanych przez wiatr, tonacji dwu głosów, rozmawiających na pierwszej terasie, o piętnaście stóp niżej. Fanny, która szyła na zwyczajnem miejscu, na progu holu, nie mogła nawet dosłyszeć szeptu głosów. Jan mierzył odległość — dwa, trzy kroki — oddzielającą go od ceglanej poręczy i grubość skrzypiącego żwiru. Wyliczył również, że stary ślaz, spoczywający okrakiem na poręczy na końcu terasy, pozwalał głowie, ukrytej w listowiu, przechylić się niewidzialnie ku dolnej terasie. Naprężenie uwagi i obliczanie wychudziły jego brunatną i różową twarz, centkowaną piegami na policzkach. Usta miał zamknięte i nie mrugnął nawet okiem. Wkońcu odetchnął, jakby do skoku i zawołał głośno, tonem dziecinnym:
— Potrzymam ci motek, mamo, ale to będzie cię kosztowało jeszcze jedną krawatkę!
Potem puścił się ku ślazowi, wsunął bezszelestnie pod listowie głowę i ramiona i wystawił ponad mur tylko czoło i oczy.
Fanny patrzyła na niego zdumiona, z igłą w ręce. Z szeroko rozwartemi oczyma i odchylonemi ustami objawiała swoje zdumienie z tą naiwnością, która bawiła Farou‘a.
Po chwili wstała, a Jan, słysząc ją, nakazał jej ruchem odrzuconych wtył ramion, aby zachowywała się cicho. Wobec tego wetknęła energicznie igłę w płótno, które wyszywała, postąpiła naprzód drobnemi, cichemi krokami i stanęła koło swego pasierba pod listowiem ślazu.
Farou, stojąc na dole, rozmawiał z Jane. Chmura, która napływała od strony zachodu słońca, o nienaturalnej i kwaśnej czerwieni, zabarwiła w nieokreślony sposób wolne, białe jego ubranie. Siedząc na murze po damsku prowadził djalog krótkiemi zdaniami i patrzał na wysuszoną dolinę, Ruchem ręki odrzucił wtył swoje długie włosy i szepnął „Fuu“ znużonym tonem, Fanny pomyślała, że chciał powiedzieć: „Co za przeklęty upał!“ albo „Nie pozbędę się tego czwartego aktu!“ Wydał się jej zwyczajny, zmęczony, piękny i miły, Jane, w różowej sukni, trzymała w ręce kartki maszynowego pisma. Zbliżyła się do Farou’a, podała mu jedną kartkę, którą odsunął od siebie ze śmiechem, protestując zapewne: „Ach, nie, dosyć!“ Ale Jane nalegała i Farou, który wstał, odepchnął ją ruchem ramienia, tak poufałym a zarazem pozbawionym względów, że Fanny poznała ten ruch, ruch flisaka, którym posługiwał się Farou, aby odrzucać krawatkę, grzebień i pieszczotę, proponowane przez zakochaną i małżeńską rękę... Ku wielkiemu jej zdumieniu Jane nie okazała żadnego gniewu i ze śmiechem oparła się o drabinę, wspartą o ścianę. Śmiała się wesoło i podniosła ręce, potrząsając palcami w powietrzu... Dźwięk jej głosu dotarł aż do górnej terasy, a w okrzyku „Ho, ho, ho, co za brednie!“, Fanny poznała intonację, nieprzypominającą głos Jane:
„Naśladuje mnie, słowo daję...“
Zwróciła się do młodego chłopca, śledzącego koło niej. Aby zapewnić sobie nieruchomość, ściskał on obiema rękami krawędź muru i okazywał swoją siłę woli, zdolność szpiegowania, milczenia i zrozumienia, Nie wydawał się ani zdumiony, ani zmartwiony, tylko ogarnął Fanny rozkazującem spojrzeniem, nakazującem milczenie, godność postawy, jeśli nie postępowania...
Na dole Farou przyjął z niechęcią wesołość Jane, która przestała się śmiać i skupiła na twarzy wyraz najszczerszej i najswobodniejszej brutalności... Zerwała gałązkę, którą gryzła, rzuciła ją Farou‘owi w nos i z nieco teatralną powolnością odeszła ku schodom.
— Prędko, prędko, na miejsce! — rozkazał spiesznie Jan Farou, szepnąwszy do ucha Fanny.
Twarde palce chłopca pchnęły Fanny aż na szezlong, Kiedy Farou zjawił się pierwszy w górze schodów Fanny siedziała i trzymała nitkę motka grubego, czerwonego sznureczka, który gmatwał siedzący u jej nóg Jan Farou, bawiąc się jak kot.
— Wzruszający obrazek rodzinny, — zadrwił Farou.
Żółte jego oko było jasne i surowe.
„Jest w złym humorze“, pomyślała Fanny.
Drgnęła i z trudem oderwała się od swego rytualnego spokoju, zawstydzona, że pozostawiła pod listowiem ślazu swoją twarz i zdenerwowanie kobiety szpiegującej, Jan Farou, siedzący u jej stóp z rękami w motowidle, zaczął śpiewać ostrym głosem, „On przesadza“, pomyślała Fanny, i chciała z oburzeniem zrobić mu wyrzut: „Jak ośmielasz się...“ Ale dziecko rzuciło jej czujne spojrzenie: „Nie skończyliśmy jeszcze“, więc zamilkła.
— Fanny, — rzekł znowu łagodnym głosem Wielki Farou, — to głupie, co powiedziałem. Nie zwracaj na to uwagi.
Pohamowała lekkiem skrzywieniem ust płacz, który zwilżyłby jedynie piękne, wypukłe jej oczy i czuła przerażenie, że odczuwała dla Farou‘a tylko podziw i wdzięczność, chęć usprawiedliwienia się i wyznań...
— Nie, nie, — zaprotestowała, wbrew klęczącemu chłopcu, który nie spuszczał z niej wzroku.
Ale z kolei zjawiła się na terasie Jane i zmieszanie Fanny ustąpiło miejsca uwadze, nakazującej spokój wewnętrzny. Odzyskała gibkość ruchów i mowy i ucieszyła się w duchu.
— Ach, jesteś wreszcie! — zawołała.
— Co się stało? — zapytała Jane. — Czekałaś na mnie? Nie byłam daleko.
— Tak... tak... — rzekła lekko Fanny, potrząsając głową i czarnym lokiem.
Spojrzała na Jane z ciekawością:
„I ona także?... Z Farou‘em? Co? Od kiedy?... Czyżby to była prawda?... Nie cierpię. To taka bagatela!... To prawda, że przyzwyczaiłam się... Ta piękna Vivica, która tańczyła w trzecim akcie „Skradzionych: winogron”... A ostatnio mała Asselin...
Ale przypomniała sobie pewną bladość Jane, jej roztargnione i smutne usposobienie, jej gwałtowne łzy. Kiedyż to wszystko było?
„Ach, tak, w dniu, w którym czytałam jej list, z którego wydawało się, że Farou „poświęcił się” dla małej Asselin...”
Jane usiadła, otworzyła książkę, porzuconą na stoliczku z ozdobnego żelaza, udała, że czyta, potem podniosła głowę ku szaremu niebu, zapowiadającemu deszcz:
— Moje dzieci, jak szybko zbliża się koniec lata! Janie, bądź tak uprzejmy i daj mi moje okrycie bez rękawów, które zostawiłam... hm... zostawiłam...
— Wiem, — rzekł Jan, który puścił młotek i pobiegł.
Uważająca na rozmowę Fanny, przepełniona nowemi wstrząsami, słuchała Jane z osłupieniem.
„Aleź to moja książka, którą ona czyta!... To mój pasierb, któremu wydaje zlecenia, to w moim domu...“
Czuła, jak krew uderza jej lekko, potem coraz szybciej, za uszami i ściska gardło, i przypomniała sobie czasy, gdy była gwałtowna i zazdrosna. Utkwiła niespokojnie wzrok w twarzy Farou’a.
„Czy nie stanie się coś? Czy nie powinno coś się stać?“
Ale Farou marzył, oparty brzuchem o ceglany mur, wielki, ociężały, prosty, zamyślony. Zwrócił nieco głowę ku Jane:
— Dobra ta książka?
— Taka sobie, — odparła, nie ruszając się.
Jan Farou przyniósł okrycie bez rękawów, położył je na ramionach Jane, jak gdyby bał się poparzeć i znikł. Hałas otwieranych kredensów i poruszanych chochli oznajmił godzinę obiadu. Nikt nic nie mówił i Fanny wypadało wołać o pomoc, błagać aby błąd i nieświadomość spadły na nią, albo też wściekłość, krzyki, coś w rodzaju walki... Farou ziewnął i oznajmił: „Idę umyć ręce“, a Jane, która wstała nagle, przybrała swoją minę młodziutkiej dziewczyny:
— Och! A winne brzoskwinie, które są w lodowni! Będą za zimne!
Pospieszyła i w przechodzie ogarnęła Fanny lekkim pocałunkiem, złożonym na ślepo, pocałunkiem, który Fanny przyjęła bez odrazy i przykrości.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .