Przejdź do zawartości

Ta druga/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Ta druga
Wydawca Wydawnictwo „Globus“
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia „Sztuka“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Bukowski
Tytuł orygin. La seconde
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

„Bardzo nieszczęśliwy... Czy on może być bardzo nieszczęśliwy? Albo smutny? W każdym razie nie jest zły. Ale nikt jeszcze nie miał sposobności powiedzieć ani usłyszeć, że jest dobry. Ani zresztą wesoły. Że nie wygląda na człowieka teatru! Kocha jednak teatr... Nie, nie kocha teatru, lubi pisać sztuki. Dlaczego jestem taka, że upodabniam jego zawód i sztukę do kapryśnej pracy kobiety? Nie, nie zupełnie do pracy kobiety, ale do łatwego zawodu. Ale gdyby to był zawód łatwy, niezliczona ilość innych zdobyłaby w nim powodzenie. Jeśli Farou zdobył powodzenie, to dlatego, że ma duży talent. Czy ma duży talent?“
Doszedłszy do szczytowego punktu swoich domysłów Fanny doznała takiego samego nieprzyjemnego uczucia, jak naprzykład wtedy, gdy wyobrażała sobie zbyt plastycznie wyścigi byków, krwotok, upadek. Wyrwała się z jakiejś przyciągającej próżni, która ją wabiła, i wybuchała zwyczajnemi nawoływaniami:
— Gdzie jesteś, Jane?... Jane! Zgubiłam moją kredkę od ust!... Jane! Gdzie jest błękitny flakon? Niosę kwiaty z dołu!
Nikt jej nie odpowiedział. Ziewnęła, zmęczona zbyt wczesnem obudzeniem się tego rana. Przechyliwszy się przez ceglany parapet podziwiała wzgórek, potem ścieżkę na równinie i drogę, wysadzaną młodemi płatkami:
„No, to wszystko! Ależ odbyłam drogę! Będą zdumieni.“
Powietrze pachło jeszcze zmierzchem rannym. Wiatr z północnego wschodu orzeźniał cały kraj, zbierając i rzucając na wzgórek, na którym stała „Villa Dean“, woń żywicy i macierzanki z małego łańcucha porosłych trawą gór, i przykry zapach garbnika z niskiej dębiny.
„Ten dom, to pustynia! Gdzie oni wszyscy są?“
Słaby dźwięk naczynia stołowego rozległ się w kuchni, wychodzącej na przeciwległą, zazielenioną i jakby gąbczastą stronę willi. Wśród żółtego żelaza, pustych i strasznych mebli, Fanny poczuła się nagle sama i opuszczona w tym nieznanym i nielubianym kraju... Rzuciła na stół wielki i przywiędły już bukiet różowych konopi i dzwonków.
— Farou! — krzyknęła.
— Jestem obecny za niego! — odpowiedział Farou tak blisko, że drgnęła.
— Jesteś tutaj? Jakto, jesteś tutaj?
— Co się stało? Czy owce wlazły znowu w owies?
Wiedział, że „Farou“, to nazwa, nadawana psom owczarskim i lubił się tem zabawiać.
Zagrodził sobą drzwi holu, stojąc w nich ubrany w jasne ubranie, zaniedbany i schludny, z odkrytą głową, z sękatą laską w ręce. Zaczął się śmiać, ponieważ Fanny otworzyła ze zdumienia usta w całej długości, jak ryba. Rozgniewała się:
— Dlaczego śmiejesz się? Po pierwsze, nie byłeś w holu, ponieważ wzięłam właśnie stamtąd wielki czerwony dzbanek! Byłeś na przechadzce... Nie, nie byłeś, ponieważ wracam z łąki. Którędy byś przyszedł? Nie jesteś szpilką ani duchem! Słyszysz, Farou? A powtóre masz szeroki nos. Nie zauważyłam nigdy, że masz nos tak szeroki! Dlaczego stroisz sobie ze mnie żarty? Dlaczego nic nie mówisz?
Śmiał się, pokazując rozrzedzone zęby, zęby wybrańca szczęścia. Fanny zniżyła ton z powodu tych ust podwojonych krwistą czerwienią i przysposobiła swoją twarz wypielęgnowanej służącej.
— Skończyłaś? — zapytał Farou.
— Naturalnie, skończyłam. Nie jesteś więcej wart!
Przyglądała się pięknej pogodzie w źrenicach Farou‘a i zaczęła półgłosem jedną z „Litanij Farou‘owskich“, których słowa i muzykę skomponowała niegdyś w czasach złagodzonej miłości:
— Kolor starego bursztynu... kolor złoty w gniewie... kolor płonącego topazu... kolor cukru jęczmiennego zakonnic Moreta...
Niepokój przemknął się przez oczy, które opiewała i zmęczone powieki Farou‘a zatrzepotały.
— Ach, Farou... — westchnęła pochlebiona Fanny...
Ale opanowała się natychmiast i pohamowała swoją przyjemność z niezręczną i konwencjonalną wstydliwością, Farou, idąc za wzrokiem Fanny, ujrzał swego syna, przebranego i upiększonego, w błękitnym fartuchu, związanym silnie w pasie. Uciekł się do swego tradycyjnego żartu:
— Baczność! Szpicle!
— Ach, macie go! — zawołała Fanny. — Skąd ty przychodzisz, vergissmeinnicht? Skąd przychodzisz zimorodku? Gdzie jest Jane?
— Nie wiem, — odparł grzecznie Jan Farou.
— Chyba nie przychodzisz tak ubrany ze wsi?
— Wielu z świata mechaników chodzi w takiem ubraniu, — rzekł Jan tym samym tonem.
Spokojny, wydawał się drgać z niecierpliwej nieruchomości, błękitne jego ubranie z niebieskiego płótna rozjątrzało błękit jego oczu, a wiatr unosił nad jego czołem płomień złocistych włosów.
— Przyznaj, że robi się z niego bardzo piękny chłopak, — szepnęła cichutko Fanny swojemu mężowi.
— Bardzo, — potwierdził krótko Farou. — Ale co za sposób ubierania się!...
— Słuchajże! Niema ani grosza. Czekam do ostatniej chwili aby uzupełnić garderobę małego. Doprawdy, wiesz, zostanie przy końcu wakacyj bez koszuli?
— Nie czekaj, Fanny. Ta szelma „Atalanta“ wreszcie sprzedana. Spraw mu jedwabne kalesony — ale z umiarkowaniem.
Podał jej czek i list, którego nie mogła przeczytać.
— Angielski?
— Amerykański, madame. Pięćdziesiąt.
— Tysięcy?...
— Yes. To samo kroi się za „Skradzione winogrona“.
— Janie! Chodź tutaj, Janie!
— Słyszałem, — rzekł z daleka mały Farou. — Brawo, papo! Dziękuję, papo!
— To dzisiaj rano, mój Farou? Kiedy byłam na łące? Błogosławiona niech będzie ręka, która mnie obdarza!
Cała rozgorączkowana od zadowolenia podniosła czarny kosmyk z prawego oka i nachyliła się, aby ucałować szybko silną rękę, trzymającą jeszcze czeki i list z Ameryki. Spostrzegła na suchych palcach fioletowe i tłuste odciski i wydała dziecinny okrzyk:
— Ach, byłeś u Jane, kazałeś sobie przełożyć list! Oto atrament maszynowy, który ona ma w swoim pokoju! Złapany!
— Nieinaczej! — rzekł Farou, oglądając poplamione ręce. — Nieinaczej! Do licha! Co za oko!
— Wsadzisz je do twojej następnej sztuki! Ofiarowuję je dla twojego Branc-Ursine‘a!
Parskała śmiechem i smagała Wielkiego Farou‘a długą łodygą różowego konopia. Wierciła się dokoła niego, nieco zadyszana, ruchliwa i okrągła. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy spotkała się ze wzrokiem małego Farou‘a, wzrokiem surowym, pełnym pogardliwej czystości.
„Jane ma słuszność, pomyślała obrażona. Ten mały staje się niemożliwy...“
— Jane! — zawołała przejmującym głosem. — Ja—a—ne!
— Czego ty chcesz od niej jeszcze? — burknął Farou.
— Aby poszła ze mną do wsi! Podpisz swój czek, Farou, udam się do małej filji Kinga... Przyniesiemy dobrego cukrowanego szampana od kupca korzennego, ciepły placek, no, splądrujemy poprostu sklep... Ja—a—ne!
Jane zjawiła się z rękami na uszach. Miała na sobie różową płócienną suknię, skurczoną od prania, ale miłą przy jej szaro-brunatnej cerze, włosach jaśniejszych przy czole. Usiłowała wetknąć jakieś słowo między krzyki Fanny.
— Jaka ty jesteś... Jaka ty jesteś czuła na pieniądze, Fanny!.. Jaka... Usłyszy cię rzeźnik...
— Kpię sobie z niego! — zapiszczała Fanny, — Cisnę mu te jego tysiąc ośmset franków, O tak, prosto w twarz! Janie, pobiegnij do garażu i powiedz Fraisierowi, aby wyprowadził wóz... Ach, moje dzieci, jak to miło! Wielki Farou, jesteś asem! Jane, na co masz ochotę?
— Ja? Na nic... Na nic...
— Słyszysz, Farou? Zmuś ją, Farou, zmuś ją, aby coś chciała!
Obróciła się jednym skokiem, aby go wziąć za świadka. Daleki od tej tryskającej radości pochylił kędzierzawą głowę o długich brunatnych lokach, przetkanych bielą, i jakby słuchał milszego głosu i patrzał w spokojniejszą twarz.
— Co? — zapytała Fanny słabym głosem.
Farou podniósł wzrok, powracający z daleka.
— Idźcie, idźcie! A wracajcie prędko! Mam już specjalny apetyt...
Zdjęły wielkie kapelusze z białej słomki i żółtego płótna i pobiegły na stromą ścieżkę. Fanny ciągnęła za rękę Jane, która poddawała ramię, stawała się miękka, gibka, aby nie ciężyć i nie opierać się, podatna, nieco nieobecna. Farou patrzał, jak chodziły i zachował na twarzy tę łagodność, wyrażającą u niego najdzikszą niewinność. Czuł zbliżanie się swego syna i zmienił spojrzenie.
— Nie idziesz z niemi?
— Nie, papo.
I dodał:
— Jeśli ty pozwolisz.
Słowa wypowiedziane były powolnie i padły zbyt późno, aby Farou mógł je pojąć jako zamaskowane zuchwalstwo. Podniósł oczy ku synowi, który siedział bokiem na murze i bawił się okrągłemi kamyczkami żwiru i chciał przemówić do niego szorstko, jak do kobiety. Powstrzymał się, przyjrzawszy się lepiej obcemu człowiekowi, pochodzącemu od niego, ledwie dojrzałemu, a którego postać, pozycja, nachylona beztroskliwie nad próżnią, były wyłącznie męskie, wyposażone w ten nadmiar męskości, który wydobywa się często z słabego ciała i triumfuje swoim urokiem. Farou pohamował swoją zawziętość i przekroczył ją rozsądnie.
— Co będziesz robił?
Jan Farou zapomniał się.
— No... będę czekał na nie. Nie poszły na długo.
Farou wyjął z trudem rękę z kieszeni, aby zaprzeczyć i rzekł zmienionym gruntownie tonem:
— Nie... Myślę: co będziesz robił?
Ach!... Tak...
Spróbował, jak broni, pokornej prośby:
— Pozwolisz mi... wyjechać... oddalić się? Znajdziesz coś dla mnie, naprzykład u twoich przyjaciół Secrestatów, w Argentynie...
Farou zwrócił głowę ku stromej ścieżce, po której przed chwilą toczyły się żółta i różowa suknia jak dwie związane i wirujące korony i piękna jego twarz dojrzałego człowieka złagodniała.
— To zależy, — odparł bez porywu. Zależy to naturalnie od warunków, w jakich będę mógł... będziemy mogli urządzić i zapewnić tobie daleki pobyt...
Jan chwycił się tej połowicznej zgody.
— Rozumie się! Zresztą nic nie nagli... Jeśli pozwolisz, po powrocie do Paryża spotkam się z Secrestatami we Francji, Jest kwestja mojej służby wojskowej, ale do tego czasu przebędę prawie trzy lata w południowej Ameryce i zapoznam się z życiem handlowem.
Natężał młody głos, przesadzał w zwięzłości i szybkości słów, aby uwidocznić pewną zwiotczałość, która przytłumiła i osłabiła słowa ojca. Każdy z nich, patrząc na drugiego, nienawidził odmiennego typu ludzkiego. Farou zranił się o syna błękitno-metalicznego, naszywanego złotem, gwałtownego, twardo rżniętego, o tajemniczych załamaniach światła, gdy Jan Farou czerwienił się, dotykając ociężałej miękkości Wielkiego Farou, zmiennego, kapryśnego i pozbawionego zmysłu przyszłości, jak to bywa u kobiet rozpustnych.
Farou przymusił się z łatwością do milczenia, ale mniej łatwo do gestu, który podniósł ciężką jego rękę aż na ramię syna.
— Możemy zejść trochę na ich spotkanie, — rzekł.
„Nie... Nie..“ protestował w duchu Jan Farou, buntując się pod muskularnem brzmieniem. „Nie... Nie...“
Mimo to zniósł ciężar ramienia z zawiłą boleścią. Trochę włochate palce, które wisiały koło jego policzka, ich zapach brunatnej skóry, tytoniu, perfumy, rozjątrzały dumne serce chłopaka, dręczyły je pragnieniem płakania i całowania tej zwieszającej się ręki....
Powstrzymał się, ponieważ zrozumiał już z goryczą, że co wolno dziecku, to nie powinno przekraczać wieku dzieciństwa. Przystosował swój krok do kruku Farou‘a i usuwał się, ilekroć ścieżka była za wąska, aby iść w jednym rzędzie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .