Ta druga/3
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Ta druga |
| Wydawca | Wydawnictwo „Globus“ |
| Data wyd. | 1930 |
| Druk | Drukarnia „Sztuka“ |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | Kazimierz Bukowski |
| Tytuł orygin. | La seconde |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Przenikane wierzycielami, aktorami, przeciągami, i jednodniową służbą życie Fanny Farou toczyło się w Paryżu niemal spokojnie. Fanny zabierała spokój ze sobą razem ze swoim wełnianym pledem z miękkiej wełny o długich włosach, chwytających okruszki ciastek. Gestykulujący cień Farou‘a spadł na nią w czasie próby „Mieszkanie bez kobiety“, na której Fanny grała na fortepianie za kulisami w czasie aktu nocnej zabawy.
— Wyglądasz jak napół wyłuskany orzeszek wśród tych czarnych twoich wstążek, — powiedział jej Farou przy pierwszem spotkaniu.
Źle ubrana włóczyła owego dnia na jednym z swoich trzewików urwany kauczuk podwiązki.
— Jesteś biała jak kolorowa dziewczyna, chodź ze mną, — rozkazał jej w ośm dni potem.
— Ale... moi rodzice... Jestem... jestem panną, — wyznała przerażona Fanny.
— Och, co za nudna historja!... Tem gorzej, pobierzemy się, cóż chcesz!
Farouowie — troje, licząc małego Jana, uznanego za ślubne dziecko, — wegetowali w Paryżu. Potem sztuki Farou‘a, bogate w nieco ciężkie piękności, w brutalności, które uważał za zupełnie proste, powędrowały z Batignolles na bulwary, przyzwyczaiły się przekraczać setne przedstawienie, a postać i charakter intymnego Farou‘a dopomagały Farou-autorowi. Porto-Riche uznał go za „ordynarnego“, ponieważ był istotnie ordynarny wobec PortoRiche‘a. Odrzucił, jako upokarzającą pańszczyznę, współpracownictwo pewnego członka Akademji. Bataille potraktował z góry „genialną, niestrawną i rozbrajającą głupotę“ Farou‘a. „Flisak“ z sztuki w trzech aktach Flersa i Caillaveta podobny był do Farou‘a, który pozował niekiedy na włóczęgę, znajdę, wobec tych, którzy nie wiedzieli, że pewien ojciec Farou oddawna uczył historji dwunastoletnich uczniów w jakiemś nieznanem gimnazjum.
Gdy przyszła popularność, Farouowie żyli jak książęta i nie domyślali się tego. Jako książęta mieli wśród reporterów, redaktorów kroniki, publiczności i aktorów szklany dom. Ale najbardziej nieprzenikliwy jest lśniący szklany dom. Farou, przystrojony na wzór monarchy w głośne i krótkie przygody, nie przestał dla tej bagateli podobać się Fanny, W czasie martwych sezonów zadłużali się po książęcemu, ale nie przestali lubić, jak książęta, najskromniejszych przyjemności, Farou wpadał w zachwyt przed dymiącym półmiskiem i cenił często bezczynność. Za zamkniętemi drzwiami, bez surduta, zabawiał się ilustrowanemi czasopismami, a tymczasem Fanny, z jedną nogą obutą, a drugą nagą, z długiemi swojemi włosami spadającemi bezładnie wzdłuż policzków, pochylała swój miły pyszczek antylopy nad kartami i po dwadzieścia razy rozpoczynała pasjansa.
Młody towarzysz dzielił te zabawy. Jan Farou opierał na ramieniu Fanny chłopięce czoło, potem, nieco później, brodę młodzieńca i doradzał macosze:
— Źle rozłożyłaś trefle, mamo!
Dziecko, które uważano za miłe dla jego piękności i czułe dla jego błękitnych oczu, obdarzało Fanny roztargnioną czułością, ale stawało u jej boku za każdym razem, gdy odczuwało, że Fanny jest niezadowolona z Farou‘a albo zmartwiona. Fanny okazywała swojemu pasierbowi życzliwość raczej ogólną niż szczególną, uważając go za tajemniczą emanację Wielkiego Farou.
— Jesteś pewny, że nie posiadasz żadnej fotografji jego matki? — zapytała Fanny swego męża. — Chciałabym bardzo zobaczyć twarz tej kobiety...
Farou odpowiedział ruchem rozkładanych ramion, ruchem, pozwalającym ulatywać wszystkim wspomnieniom, żalom, odpowiedzialnościom:
— Nie mogę znaleść ani jednej!... Ale miłe stworzenie, tylko, biedaczka, niebardzo uczciwa...
— Inteligentna?
Złociste, błędne oko Farou‘a spoczęło ze zdumieniem na żonie.
— Wiesz, że mało ją znałem...
„Wierzę w to“, pomyślała Fanny. „Czy on powie o mnie to samo, jeśli kiedyś“...
Nie odważyła się przekroczyć tego „jeśli kiedyś“ czarodziejską fanfaronadę, bo nie mogła wyobrazić sobie życia bez Farou‘a, bez jego obecności, jego szeptu odprawienia mszy, sposobu zamykania drzwi kopnięciem nogi dla ukarania opornego trzeciego aktu, głodu kobiet, cichych godzin, w czasie których szeptała mu do ucha czułe pochwały dzikuski:
— Jesteś miły.., jesteś miły jak szałwia.., miły jak paznokieć... Jesteś miły jak leżący jeleń...
Traktował ją tak dalece jako swoją ulubienicę, że nie odmawiała mu prawa, wspólnego wszystkim rządzącym despotom, zasiania kilku bękartów.
— Piękny Farou! Zły Farou! Nieznośny Farou!
Głośno lub w duszy określała go bez komentarzy, jak wierna, której wystarcza litanja. W pierwszych latach starała się obsługiwać swego pana zarówno w dzień jak w nocy. Ale niecierpiliwy Farou zniechęcił ją w jej gorliwości początkującej sekretarki, Pozostała więc na stanowisku miłośnicy, fatalistki, skłonnej do dzieciństwa, smakoszostwa i dobroci, leniwej jak te, które brzemię ciężkiego przywiązania czyni znużonemi już w środku dnia.
Od czasu, gdy na zwycięskie „no, co ty na to?“ Farou‘a, w głębi loży parterowej w komedji Francuskiej, Fanny rzuciła odpowiedź (kończyła się próba generalna „Atalanty“): „Scena między Pieratem a Klarą Cellerier jest bezwarunkowo za długa. Gdybyś wprowadził w środku kogoś, ktoby wniósł kawę lub depeszę, scena zaokrągliłaby się lepiej i to odświeżyłoby publiczność“, Farou nie zapytywał jej nigdy więcej o zdanie, które mimo to zawsze wypowiadała, Jeśli Farou, rozgoryczony na krytykę, rzucał żonie jakieś „Masz tobie!“, obciążone żółtem i cięźkiem jak złoto spojrzeniem, Fanny dawała w tym wypadku dowód niesłychanej wolności ducha i wysłowienia. Wynurzała się, nalegała, wznosząc swoje wielkie brwi z wyrazem rezygnacji i beztroski.
— Mnie jest wszystko jedno, zrobisz jak zechcesz. Jednak nie zmusisz mnie, publiczność, abym uważała za naturalne to, że kobieta chce się zabić dla takiej błahostki...
— Błahostka? — wykrzykiwał Farou. — Zdrada? I to zdrada z rozmysłem, taka dokładna, jak ta! Błahostka! To niesłychane!
Fanny wznosiła nos, spoglądała na Farou‘a z pod rzęs z wyjątkową bezczelnością:
— Nie jest to może błahostka. Ale chcesz, abym ci powiedziała, czem jest czyn Djonizego? Odruchem mężczyzny, niczem innem. Odruchem mężczyzny!
Odsuwał ją od dyskusji, cokolwiek zrobiła, niekiedy z dyplomacją, której używał tylko w tym wypadku. Najczęściej przerywał rozmowę nagłym okrzykiem:
— Boże, moja spinka do kołnierzyka! A list do Coolusa? Gdzie jest list do Coolusa? W mojem wczorajszem ubraniu? Więc nie wypróżnia się moich kieszeń? Nie?
Uganiając, gubiąc pantofel, siejąc szyldkretowe widełki, przytrzymujące niemodne jej włosy, Fanny zmieniła kolor, spojrzenie, mowę i dwanaście lat małżeństwa nie wyleczyło jej z tej osobliwej czci, w której talent i słowa Farou’a odgrywały mniejszą rolę, niżby sądził. Skora do wzruszeń ustatkowała się dostatecznie, aby się przyzwyczaić do niepewności. Między Farou‘a a wierzycieli wkładała swoją cierpliwość, pozbawioną pomysłowości, szlachetność nieposzlakowanej urzędniczki. Ale przekroczywszy „zaliczkę u Blocha“ i cesję praw do kina, nie sięgała poza sprzedaż samochodu, futra lub zastaw pierścionka.
— To ciekawe, jak pani jest mało nowoczesna! Niech się pani wydobędzie raz z kłopotów, do kroćset! — radziła jej Klara Cellerier z Komedji Francuskiej.
Ta wielka aktorka średniej wartości, bardzo znana, bez żadnych szans do sławy, potrząsała z litości złocistemi, krótko uciętemi włosami, wciśniętemi w małe kapelusze, Klara Cellerier, szczupła w młodych, czarnych sukniach, ubrana śmiało, nie zdradzała niczem swoich sześćdziesięciu ośmiu lat, chyba wyrażeniem „Do kroćset!“, pewną wojskową pustotą i skłonnością do mówienia o jakimś mężczyźnie: „To jest piękny kawaler.“
— Niema takiego, którymby pogardziła, — zapewniała Berta Bovy.
Klara traktowała Fanny jak młodą krewną z prowincji, z wielką dobrocią teatralną, wyrażeniami „Chodźmy, dziewczynko!“ receptami na piękność i adresami partackich krawczyń, Ale Fanny ubierała się źle z roztrzepania i przechowywała suknie przez dwa lata, chociaż widziano u niej niekiedy futra. Miała wydrę z „Atalanty“, błękitne lisy z „Skradzionych winogron“, które sprzedała w chwili, gdy „Zamiana“ padła z wielkim hałasem, aby ukarać Farou‘a, że wmieszał do wojny historję kochanków, niepamiętających o wojnie.
Fanny zapamiętała ten ciężki zwrot: żadnych pieniędzy, albo bardzo mało, mały Farou chory na zapalenie błony śluzowej, pokojówka uciekła z obawy przed zakażeniem, W tej właśnie chwili policja schwytała w kancelarji Farou‘a kamerdynera i oskarżyła go o obrazę moralności. Tymczasem Farou, odsunąwszy się od świata, męczył się nad czwartym aktem swojej nowej sztuki i biadał, waląc pięściami w stół i drzwi, że jego stenotypistka, pani Delvaille, odważyła się urodzić dziecko przed wyjściem na świat czwartego jego aktu.
— Wszystko się na nas uwzięło! — krzyczał z daleka, za zamkniętemi drzwiami.
— Masz słuszność, — beczała cicho Fanny, wstając z nieprześcielanego łóżka, z matowemi włosami, i wyciskając cytrynę dla gorączkującego małego Farou‘a.
Pewnego rana o szpitalnem świetle, wśród pokładów kurzu, dywanów z zagiętemi rogami, łupin cytryny, wlekących się pantofli, woni źle regulowanego piecyka i wody kolońskiej na wilgotnych kompresach, Fanny, obudziwszy się na kanapie, na której wyciągały się w nocy ochrypłe wołania: „Mamo... jest mi gorąco... chcę pić“, uczuła, jak wzbiera w niej gniew zwierząt, bliskich śmierci i kobiet, mających piękną brodę.
„Mam dość tego. Gospodyni spóźnia się, nie mamy pieniędzy, aby zapłacić sobie pielęgniarkę. Farou uważa to za rzecz zupełnie naturalną i myśli tylko o swoim trzecim akcie,.. Idę zbudzić go i powiedzieć, co o tem myślę, oddać mu jego bębna i oświadczyć, mu, że teraz kolej na niego, aby...“
Ale mały Farou wyjęczał imię „Mamy“ i Fanny usłuchała, jakby po raz pierwszy, tego dziecka, które nawet w gorączce wzywało pomocy kobiety obcej... Zaczęła znów grzać wodę, płókać miednicę, wyciskać cytryny i mlec kawę.
Tego samego rana zadzwoniła powabna młoda kobieta, poprosiła „mistrza“ i oświadczyła mu, że pani Delvaille, która „urodziła szczęśliwie tęgiego chłopaka, ważącego ośm funtów“, nie może absolutnie objąć swoich obowiązków przed upływem trzech miesięcy. Ofiarowała swoje tymczasowe usługi milczącemu i dzikiemu Farou‘owi, który przyjął je skinieniem głowy. W ciągu następnych dni panna Jane Aubaret z zachęcającą życzliwością jadła śniadanie z Farouami na rogu stołu, prześcielała łóżko chorego chłopca, dopingowała Fanny przy pomocy żółtek jaj bitych z winem. Powoli Jane pokazała to, co umiała zrobić. Wspomagała ją Fanny, która nabrała ochoty. Obie były równe czterem służącym, jedna bowiem pilnowała z pod oka drugą. Z podobnego sposobu czyszczenia żółtego obuwia, wymywania miednicy bez uciekania się do pomocy mineralnego mydła, bicia jaj w puharku i niecenia ognia w piecu bez brudzenia palców, wywnioskowały w milczeniu, że są dobremi robotnicami, urodzonemi wśród drobnej burżuazji francuskiej, upartemi pracownicami, nie zważającemi na swój trud ani na mozół swego potomstwa. W świecie biednej burżuazji, dumnej i pełnej skrupułów, wpaja się jeszcze w dziewczęta, że przed godziną nauki, łóżka powinny być odwrócone i posłane, rower wyczyszczony, wełniane pończochy i rękawiczki namydlone w miednicy.
Taka współpraca była owocna. Młody kamerdyner, zakochany w teatrze, zajął miejsce satyra, wróciła pokojówka, zapach sera z kartoflami i eukanstyki tworzył ostre i świeże kadzidło, a mały Farou miał 37 stopni gorączki, Porwany tem Wielki Farou śmiał się do brunetki Fanny i blondynki Jane, — do swego rozciągniętego syna, przeźroczystego jak skorupa, wydobył z mielizny swój trzeci akt, dostał się do teatru „Vaudeville“ pod samym nosem Pierre Wolffa, podjął „tęgą zaliczkę“ u Blocha i zgromił przyjaźnie Fanny:
— Fanny, radzę ci, idź i wybierz sobie futro. Nie zwlekaj długo, Fanny! Ogarnęła go pieszczotliwie błyszczącem spojrzeniem pięknych oczu, musnęła Farou‘a ustami i słodkiemi, sklepionemi nozdrzami i uważała się za uszczęśliwioną; nierozsądna, zapłaciła lekarza.
— Nie zapomnij, — rzekł nieco później Farou, — o podarunku dla Jane, ponieważ nie jest już potrzebna. Naturalnie zegarek na rękę.
Ale ani Farou ani Fanny nie mogli przewidzieć, że w chwili pożegnania Jane padnie im w ramiona z płaczem, z bezładnemi prośbami w których dorozumieli się szczerego zmartwienia i żalu z powodu rozstania się z „mistrzem“, obawy przed niebezpieczną samotnością i potrzebę poświęcenia się takiej przyjaciółce jak Fanny... Fanny zalała się łzami, nyktalopiczne oczy Farou‘a rozbłysły zwilżone, a Jane oświadczyła nagle, że skromny majątek uwalnia ją od najbardziej przykrej alternatywy: konieczności życia na koszt swoich nowych przyjaciół lub przyjmowania od nich pensji.
Burżuazyjna cyganerja, podobnie jak druga cyganerja, daje się oślepić bezinteresownej przyjaźni. Farouowie, znalazłszy się sam na sam, wychwalali zalety Jane i chełpili się przyjemnością, że ją odkryli i wynaleźli.
— Ta dziewczyna jest doskonała, — mówił Farou, — wprost doskonała!
— Nie wiem, czy jest „doskonała“, — odpowiedziała Fanny, — ale warta jest więcej od twoich komplementów w stylu „świadectw“. Wyobraź sobie, że to ona skroiła i uszyła mi tę suknię z lamy, abym mogła skończyć plisowaną spódnicę z czarnego „marocain“.
— Piękny sposób rehabilitowania tego, co ja obniżam, i używania jej do robót krawieckich!... Zresztą — dodał Farou ze wzrokiem pełnym lwiej łagodności — Jane podobna jest do tych wytwornych osób, które idą szyć u bogatych z odrazy do zetknięcia się z biednymi...
Fanny zaśmiała się mimowoli:
— Niechaj mnie Bóg uchowa od tych pochlebnych rzeczy, które mógłbyś powiedzieć o mnie, Farou!
Utraciwszy powaby nowej krewnej, nieznanej niańki, niewidzianej przyjaciółki, Jane nie zrzekała się żadnej z swoich zasług. Znosiła humory Farou‘a, objawy jego wesołości, niekiedy bardziej raniące niż szały wściekłości, pisała szybko na maszynie, telefonowała, Zapamiętywała numery telefoniczne teatrów, nazwiska generalnych sekretarzy, pochlebiała „tym damom“ z biur sprzedaży biletów teatralnych. Nazywała Quinsona „znakomitym przyjacielem“ i powiedziała, bez żadnych pozorów zdumienia nieład finansowy pary małżeńskiej, przyzwyczajonej do obywania się bez rzeczy koniecznych i domagającej się chciwie tylko rzeczy zbędnych.
Blondynka — jeśli delikatny kolor popielaty, kolor srebrnej topoli, jest kolorem blond — dopuszczona do wanny Farouów, Jane poznała skandaliczne uświęcenie, które dłużna jej była publiczność uprawnionych.
— Z kim śpi ta piękna popielata dziewczyna? Sądzę, że z brunetką Fanny?
— Ależ nie, mój drogi, z tym kozłem Farou, który zaszczyca ją tytułem sekretarki i narzuca ją swojej żonie...
Farou, zapytany bez ogródek przez Klarę Cellerier, załatwił się z tem jednem słowem:
— Niech pani nie natęża swojej wyobraźni, miła przyjaciółko. Szanuję, podobnie jak pani, klasyków. Między Jane — która jest moją córką naturalną — a mną chodzi poprostu o niewinny stosunek kazirodczy!
— Gdzie jest Jane? — zapytywała co chwila Fanny, przyzwyczajona spotykać wszędzie, gdzie spojrzała, miłą i ruchliwą młodą kobietę.
Obecność Jane mogła uchodzić za zbytek Fanny. Siedm lat starszeństwa upoważniało Fanny do pewnej swobody, Jane do uprzejmości damy do towarzystwa lub skrzętnej siostrzenicy. Farou, wróciwszy do domu, witał się z Jane jak z meblem. Ale napierał na jej nieobecność:
— Gdzie jest Jane?
— Zdaje mi się, że w swoim pokoju, — odpowiadała Fanny. Wróciła od Perugji.
— Ona kupuje teraz trzewiki u Perugji? O, do djaska!
— A dlaczego nie miałaby kupować sobie trzewików u Perugji, skoro ma ochotę? Ponieważ ma nogę trochę mniejszą od mojej, a ja lubię próżnować, Jane zabiera z sobą wełnianą pończochę i próbuje dla mnie trzewiki... Chcesz, abym ją zawołała?
— Nie, poco?
— Pytałeś się o nią w tej chwili...
— Tak?... Chciałem ją poprosić o szklankę wody mineralnej...
— Na to jest kamerdyner. Niebawem każesz Jane prać swoje chusteczki.
— No, a ty?
Zamienili śmiech zrozumienia i wzajemnego wyrzutu, „Gdzie jest Jane?“, zapytywał z ściągniętemi ustami i lękliwemi oczyma mały Farou, który zatrzymywał się jakby przed rozpiętą liną, przed pustem krzesłem Jane, A uszczypliwa Fanny odpowiadała mu czasem głośno, zanim coś jeszcze powiedział.
W lipcu Farouowie opuszczali Paryż i udawali się na wywczasy letnie, do miejscowości, wybranej z ogłoszeń „Życia na wsi“ lub poleconej przez Klarę Cellerier.
Farou potrzebował odosobnienia w czasie tygodni kapryśnej pracy, bez metody i miary, pewności, że nie spotka tych, jak nazywał, „pysków“. Poza Paryżem ukrywał z trudnością niezdatność do przyswojenia sobie wspaniałych dóbr: morza, słońca, lasu. Zwierzał się Fanny z swoim niepokojem, z dumną lękliwością przed pospólstwem.
— Mówią, że Pau jest bardzo piękne, — poddawała Fanny, — Czy wiesz, że nie znam Dinard? Nie uważasz, że to śmieszne, nie znać Dinard w moim wieku?
— Nie uważałbym tego za śmieszne — mruknął Farou — gdybym musiał trzy razy dziennie oglądać gębę tego Maxa Maureya!
— Cóż on ci zrobił? Czy nie był dla ciebie uprzejmy?
— Ależ tak?
— A więc co?
— To niema jedno z drugiem nic wspólnego, moja mała... Nie rozumiesz. Moureya bawi ubieranie się w lecie trzy razy dziennie. Mnie nie. Chcę raz na zawsze spędzać moje lata sam, bez bucików i kołnierzyka.
Zadowalniał swoją władzę wodza szajki cygańskiej w czasie organizowania odjazdów. Zmienna służba towarzyszyła Farouom, którzy odjeżdżali, zaopatrzeni w dwa nowe kufry i dwadzieścia źle związanych tobołków, do lekko spleśniałych willij, do ponuro umeblowanych zamków, do domków o cieńkich murach, do miejsc opuszczonych przez nowoczesną turystykę, ale w których Klara Cellerier zaznała niegdyś przelotnych rozkoszy. Maszyna do pisania, ostatnie nowości powieściowe, rękopisy Farou‘a, słownik, kufry i pled Fanny szukały miejsca, a Jana Farou puszczono w pole.
„Co się stanie z Jane bez nas i z nami bez Jane?“, zapytywała siebie bezradna Fanny, gdy lipiec zagrażał przyjacielskim miodowym miesiącom.
Ale uspokoiła się, gdy usłyszała Farou‘a:
— Jane, weźmie pani ze sobą „pierwszy“ i „drugi i wszystkie zapiski „trzeciego“. Maszynę do pisania da pani kamerdynerowi, który zaniesie ją do pociągu.
„Załatwione“, westchnęła Fanny.
Była znów przyjaźnie usposobiona dla teraźniejszości i gnieździła się jeszcze raz wśród okien, trzcinowych foteli, nowej książki, kapy angora, pudła z cukierkami i skórzanej poduszki. Pewnego dnia musiała jedna zrobić miejsce przeszłości Jane.
— Powinna pani wiedzieć o mnie wszystko, Fanny! — zaczęła Jane nieco uroczyście.
— Dlaczego? — zapytała Fanny, u której grzeczność ustępowała przed przyzwoitością.
— Ależ, Fanny, umarłabym ze wstydu, gdybym ukrywała przed panią... Po przyjęciu, jakie mnie tutaj zgotowano! Musi pani wiedzieć, kim jestem, zarówno z dobrej jak złej strony, aby mnie pani osą? dziła...
Po tym wstępie oko Fanny, czarno-błękitne jak u pełnokrwistych klaczy, umykało, czepiało się z lękiem chmury, lampy, przechodnia na ulicy, unikało Jane i jej czułego spojrzenia, Jane i jej lotnej fryzury, Jane i jej prostej sukni, tak prostej, że nie można jej było nie zauważyć.
„Dlaczego, myślała w duchu Fanny, nudzę się już jak na przeróbce sztuki amerykańskiej? I poco cały ten protokół drzewa genealogicznego, posiadłości ziemskich, w ognisku rodzinnem, gdzie nikt nie bada nikogo? Czy to potrzebne? Czy to stosowne?“
Już Jane opowiadała, że jako córka bez posagu profesora rysunków — „może pani zobaczyć dzieła mego ojca w liceum Dugnay — Trouin, między innemi pierwszorzędny szkic węglem „Osły w żłóbku” — wodziła, popychała i obijała w ogródku Saint-Mandé, wśród ogołoconych z kwiatów bzów i wawrzynów w skrzynkach, duszę dziką, gotową na wszystko, szaloną, duszę biednej młodej dziewczyny, bez żadnego zawodu.
Jane nie mówiła o tem przed Farouem. Czekała, aż koniec posiłku zagna go do pracy lub próżniactwa. Czekała również, zostawszy sam na sam z Fanny, aż ta opuści książkę na kolana lub obudzi się świeża („Co nowego, Jane“?) po drzemce popołudniowej.
Ponieważ Jane nie rozpoczynała od początku, Fanny nie wiedziała właściwie nigdy, czy Meyrowicz, niezwykłej piękności Polak, zresztą komunista, odebrał Jane Davidsonowi, czy też otrzymał ją z wolnych, niebezpiecznych rąk samego Davidsona, kompozytora angielskiego.
„Czy oni mają tylko jednego w Anglji?“ myślała Fanny.
Znała przynajmniej dokładnie Antoniego de Quémeré, pierwsze nieszczęście Jane.
— Kiedy czekałam na ojca przy końcu małej terasy, — opowiadała Jane, — czekałam na niego tak długo przed umówioną godziną, o tak pochylona, że dostałam bolesnego kurczu tutaj, w okolicy żołądka. Dostałam przytem zawrotu głowy, nie mając na co patrzeć... Trzymałam w ręce kwiat i wywijałam nim... Dziewczęta są demonami, pani wie o tem...
„Nie, nie wiem“, odpowiedziała w duchu Fanny.
— „...i w najgorszych chwilach myślałam: „Skoro przejdzie jakiś mężczyzna, opuszczę kwiat“... Opuściłam w końcu kwiat, który spadł między uszy konia... ale na koniu siedział jeździec.
„Brawo!“ zawołała w duchu Fanny. „Jakie piękne zakończenie dla pierwszego aktu! Gdybym tak zaproponowała Farou‘owi?“
Ale natychmiast skrzywiła się.
„Dlaczego to podobne jest także do sztuki angielskiej?... Meyrowicz bił przynajmniej Jane. Tak ona twierdzi, pokazała mi także miejsce, w którem ten wstrętny sadysta poparzył ją... Nieszczęścia Jane wywierają na mnie takie wrażenie, nawet mniejsze, jak „Złamana Lilja“ w kinie...“
— Farou, — powiedziała raz do swego męża, — wytłómacz mi, dlaczego, gdy kobieta niezamężna mówi o kochankach, których miała, nazywa ich zwyczajnie swojemi „nieszczęściami“? A dlaczego ci sami mężczyźni nazywają się „szczęściem nr. 1“ i szczęściem nr. 2“ i t. d., gdy kobieta jest zamężna?
— Daj mi pokój, — odparł gruby rozmarzony głos. — I nie nudź mnie.
— Farou, będę myślała, że nic a nic nie wiesz. Czy możesz jednak zrozumieć, dlaczego Jane mówi z pogardą i przekleństwem o mężczyznach, którzy z nią spali?
Farou jakby się zamyślił.
— Ależ oczywiście, rozumiem. To jest naturalne.
— O!
— To jest zaszczytna pozostałość wstydu samicy. Skrucha. Dążenie do lepszego.
— Farou, jesteś komiczny!
Ogarnął ją surowem spojrzeniem swoich żółtych oczu, jak gdyby Fanny była jego trzodą albo ogrodem warzywnym, otoczonym murami.
— To ty nie rozumiesz. Jesteś bardzo niezłożony. Jesteś potworem. A zresztą kochasz, co cię pozbawia wszelkiego sprytu.
Objęła go rękami za szyję i potarła o niego swój biały nosek.
— Ty mnie trzymasz w garści, — rzekł Farou, odsuwając ją od siebie. — Jesteś logiczna i mocna jak trzeci akt. Pozwól mi pracować. Przyszlij mi Jane, szklankę oranżady, winogrona, lekkie rzeczy...
— Sympatyczny drugi akcik... ten z łóżkiem? — poddała mu złośliwie Fanny.
— Spokój, Fanny! Nie masz dowcipu! Nie masz dowcipu! Jesteś jedyną pospolitą kobietą, jaką znam. Pilnuj swoich spraw!
Pogłaskał ciężką, łagodną ręką czarne włosy swojej żony, a ona zapytała go cicho, bez zuchwałości, czy ją kocha:
— Nie wiem, moja droga...
— Jakto?
— Nie, nie zauważyłem nigdy, że cię kocham. Ale gdybym przestał cię kochać, zauważę to natychmiast. I byłbym bardzo szczęśliwy...
Zmierzyła go od stóp do głów z wyrachowaną natarczywością, ponieważ wiedziała, że błagalne spojrzenie ukazywało wiele białka dokoła czarnych jej źrenic:
— Och,... bardzo nieszczęśliwy?... Ty możesz być bardzo nieszczęśliwy?...
— Spodziewam się, że nie, — rzekł trochę lękliwie. — Nigdy nim nie byłem... I ty również nie?
Wzruszyła ramionami na znak, że nie wie, potrząsnęła głową.
— Nie... Nie...
„Nie, powtórzyła w duchu. Nieprzyjemności, kupa nieprzyjemności... Masz miłostki poza mojemi plecami. Masz wstrętny charakter Farou‘a — a ja czuję się niepotrzebna... Ale to wszystko nic nie znaczy... Nie... Nie...
— Piękny Farou... Niedobry Farou... Farou bez manier...
Nuciła wzruszona półgłosem, aby nie słyszał, że nitka jej głosu drżała jak fontanna pod wiatrem...