Przejdź do zawartości

Ta druga/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Ta druga
Wydawca Wydawnictwo „Globus“
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia „Sztuka“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Bukowski
Tytuł orygin. La seconde
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

— Słyszysz?
— Słyszę.
— Ciągle ta scena ze skradzionemi listami?
— Tak. Wczoraj rano daje mi piętnaście stronic do przepisania. W pięć minut potem odbiera je w sposób... no, w taki sposób!...
— Wiem, rzekła Fanny, śmiejąc się. — Jak gdybyś mu zabrała kość, którą ogryzał. Cóż chcesz! Tworzy nagle i błyskawicznie. Jak podobają ci się dwa pierwsze akty?
— Są wzniosłe, — rzekła Jane.
— Tak, — rzekła zamyślona Fanny. — To jest niepokojące.
Poszept mszy, modlącego się tłumu, rozpoczynającego się buntu, dobywał się z domu. Kiedy ucichał, słychać było poważne odpowiedzi, rzucane z wysokości powietrza przez ostatnie pszczoły, pracujące na wierzchołkach lip i na powojach.
Zgrzytliwy krzyk dzikiego zwierzęcia przerwał tajemnicze nabożeństwo, odprawiające się za odchylonemi okiennicami. Nie zadrżały jednak obie kobiety, ani Jan Farou, rozciągnięty na trzcinowym szezlongu z książką w bezczynnych rękach.
— Ciągle ten sam koniec sceny, Branc-Ursine schwytany w chwili włamywania się do szuflady, — rzekła Fanny. — Jeśli obaj Farou zaczną pisać sztuki i wymrukiwać je, gdzie się człowiek ukryje?
Błękitne oczy Jana zabłysły.
— Nie będę nigdy pisał sztuk, mamo, nigdy.
— Łatwiej zrezygnować, niż zacząć próbować, — odparła Jane.
— Nie zawsze najłatwiejszą rzeczą jest zrezygnować, — rzekł Jan.
Zaczerwienił się, że ośmielił się odpowiedzieć i Fanny ujrzała, jak za uchem młodego chłopca i wzdłuż nagiej szyji zaczęła bić żywiej krew.
— No, Jane, nie dręcz dłużej twego małego towarzysza!
— Lubię przedrzeźniać się z nim, to prawda, — rzekła wesoło Jane. — Tak mu z tem do twarzy. Nie wiem już którego to dnia był uroczy z łzą między rzęsami...
Groziła mu wesoło ręką, na której błyszczał srebrny naparstek, Fanny podniosła czoło z czarną jedwabną przepaską:
— Jakto? I on także?
— On także? — powtórzyła Jane. — Wytłómacz to droga Fanny, wytłómacz to!
Śmiała się, szyła i rzucała na wszystkie strony szczęśliwy, szary wzrok, okolony bursztynem, Medaljon zachodzącego słońca chwiał się na nagich jej włosach i jakby z radością znosiła ten niewdzięczny wieczór letni, pachnący rozgrzanym granitem.
— Pewnego dnia, — rzekła Fanny... — zaraz, to było w dniu, w którym przyszedł list od Farou‘a i nie wiedzieliśmy — on również — że może wrócić tak prędko...
— Było to w środę, — rzekła Jane, nie podnosząc oczu.
— Może... Spałam po śniadaniu i gdy się obudziłam, zobaczyłam ciebie, stojącą pod werandą, na której jesteśmy... Na rzęsach twoich zawisła łza, która spłynęła po twoim policzku, a ty chwyciłaś ją tak, oboma palcami, jak poziomkę, jak ziarnko ryżu...
Słuchając ją Jane przeszła od uśmiechu do nadąsanej psoty, potem do pieszczotliwego wyrzutu. Wskazała rozszczepioną małą brodą Jana Farou.
— Fanny, Fanny, miej wzgląd na moje tajemnice, na moje odruchy humoru, przed słuchaczem jeszcze... jeszcze...
Umilkła naraz i na twarzy jej odmalowało się pewnego rodzaju zdumienie. Fanny odwróciła głowę i spostrzegła swego pasierba stojącego, z ustami jakby otwartemi do krzyku. Podniósł w górę oba ramiona i uciekł, przeskakując schody terasy.
— Co mu się stało?
— Nie wiem, — rzekła Jane. — Podniósł ręce, widziałaś? I uciekł.
— Boję się o niego...
— Niema, doprawdy, powodu, — rzekła Jane.
Zdjęła z palca delikatny przyrząd do tkania i zebrała starannie z sukni niteczki.
— Jest on takim, jakim się jest w jego wieku, — ciągnęła dalej. — Rozjuszony romantyzm. To przejdzie.
— Tak sądzisz?
Fanny złożyła machinalnie bryt surowego płótna, serwetę, którą ozdabiała czerwonemi kwiatami o wielkich niezgrabnych punktach. Poszła się przechylić przez mur, służący do oparcia, i zawołała:
— Jesteś, Janie?
Doleciał z dołu drwiący głos, naśladujący jej głos:
— „Jesteś wilku?“
— Głupie stworzenie! — krzyknęła Fanny, — Usłyszysz ty ode mnie! Maniery aktora, grającego główną rolę!... Ty...
Nie dokończyła, wyprostowała się i zakręciła w swoich pięknych biodrach, które pochodziły, jak twierdził Wielki Farou, z lepszych czasów. Usłyszała bliżej głos swego męża.
— Już skończył, — rzekła szybko do Jane.
— Na dzisiaj... — odparła powątpiewająco Jane.
Oparte o siebie ramionami patrzyły jak nadchodził Farou. Szedł krokiem sennym i wyłaniał się powoli z swego dnia pracy, w czasie którego wymruczał, wymamrotał lub wyryczał na głos swój trzeci akt i zdjął nieświadomie kołnierzyk, surdut z shantungu, krawatkę i kamizelkę, Nosił o sześć cali nad ziemią siwiejącą głowę, kędzierzawą czuprynę, która spadała na czoło, mieszała się z jego brwiami i przysłaniała żółte oczy. Wielki, zmęczony, mocny, może brzydki, pewny, że się podoba, kroczył zwyczajnie tak, jak gdyby szedł do walki lub biegł do pożaru, a gdy przechodził przez wieś, aby kupić papierosy, matki przywoływały do siebie dzieci.
Patrzał na obie kobiety, nie widząc ich, i skubał różę. Przebywał jeszcze w ponurym i luksusowym buduarze, w którym adwokat Brane-Ursine doprowadzi do tego, że dokona gwałtu na sekretarzu i wykradnie listy kompromitujące jego kochankę, piękną panią Houcquart, której nie kocha.
— Piękny Farou! — zawołała czule Fanny.
Jeszcze łagodniejszy głos Jane naśladował żartem:
— Piękny Farou!
A naśladownictwo było tak wierne, że zdumiona Fanny usłyszała jakby echo.
Farou, trafiony podwójnym głosem i powojem hiszpańskim, którego silna woń zagradzała mu drogę, zatrzymał się i zanucił swoją zwyczajną piosnkę:
— Ach! te kobiety! Te kobiety! Jakie ja mam w domu kobiety!
Ziewnął, wydawało się, że się obudził i odkrył wszechświat. Podciągnął spadające spodnie z shantungu i podrapał się w głowę. Nie był podejrzliwy ani zalotny, przeważnie szczęśliwy i młody, w czterdziestym ósmym roku życia, jak mężczyźni, którzy zadawalniają się w codziennem swojem życiu tylko towarzystwem kobiet.
— Która zawołała mnie pierwsza? — rzekł Wielki Farou.
Nie czekał na odpowiedź i zaczął tańczyć i śpiewać pięknym fałszywym głosem jakiś zaimprowizowany kuplet, klnący pospolitemi i wojskowemi wyrazami pana Branc-Ursina, piękną panią Houcquart i ich postępowanie, Ale spostrzegł nagle swego syna, wstępującego po stromych schodach terasy, urwał zakostniały i zażartował dla podziwiających go Fanny i Jane:
— Baczność! Szpicle!
— Skończyłeś, Farou?
Fanny okazywała tylko cichy niepokój. Wzruszeniem ramienia Farou wyratował już tyle trzecich aktów... Spojrzał na nią surowem okiem, ale bez złości.
— Czy skończyłem? Masz zbyt przesadne wyobrażenie!
— Ale postąpiłeś naprzód?
— Czy postąpiłem naprzód? Tak, naturalnie, postąpiłem naprzód. Wyrzuciłem całą scenę.
— Och! — rzekła Fanny, — to tak, jak gdyby rozbił wazę.
— To tęga praca, moja mała. Jane, proszę się przygotować do przepisania definitywnego tekstu?
Klasnął w dłonie i zaczął się przechadzać krokiem dzikusa.
— Do dzisiaj było bardzo źle. Ale dzisiaj...
— Jak się sprawował dzisiaj pan Branc-Ursine? Czy ten mistrzowski łotr ukrył listy w bezpiecznem miejscu?
Fanny, zajęta czesaniem Wielkiego Farou, złożyła swój bazarowy grzebień i ustawiła się z boku, aby zrobić miejsce odpowiedzi.
— Wołałbym, — rzekł od niechcenia Farou, — aby Jane dodała do licznych swoich znajomości także znajomość grafologji.
— Mogę się nauczyć! — zawołała Jane. — Są podręczniki... Znam doskonałą książkę... Dlaczego?
— Zapewniano mnie, że grafolog, przywiązany do znaków pisma, do kresek i kółek i, nie potrafi czytać — to znaczy rozumieć — powierzonego mu tekstu.
Jane zaczerwieniła się gwałtownie.
— Czy to jest nagana?
— Żart.
— Który potraktuję poważnie.
Żółte oko Farou‘a zabłysło:
— Niech pani nie robi miny zapracowanej szwaczki, Jane, to mnie nie przejmuje.
Przygryzła wargę, powstrzymała dwie łzy, a Fanny zgromiła Farou‘a, jako żona, przyzwyczajona do takich wyskoków:
— Farou! Jesteś brutalny! Nie wstydzisz się? Wszystko to przez tego pijaka Branc-Ursine‘a! Słuchaj, Farou, czy on ciągle jeszcze wykrada listy z szuflady?
— A co ma robić innego?
Skrzywił się i potarł palcem swój miły nos.
— Nie obawiasz się, że to zanosi trochę kinem... lub melodramatem?
— Melodramatem! Widzicie ją!
I zadrwił z niej wyniośle.
— Tak, — upierała się Fanny. — Zapewniam cię.
Rozłożył wielkie ramiona:
— Cóżbyś ty więc zrobiła, gdybyś wiedziała, że w kasie jest szuflada, schowek, a w nim listy człowieka, który był kochankiem... Niech się pani porządnie wysapie, Jane, i niech pani przyjdzie powiedzieć nam swoje zdanie... Cobyś zrobiła, Fanny?
— Nic.
— Nic, — powiedział tym samym tonem głos Jane.
— Ach, moje biedne małe! Mówcie tak, ale...
— Nic, — rzekł stanowczo Jan Farou, który wrócił z wieczorem, uspokojony zmierzchem.
— Choroba! — mruknął Farou.
— Z chwilą, kiedy Jan jest zdania, że nie należy nic robić... Chodź tutaj trochę, psychologu... Nie jesteś teraz w humorze...
— To z gorąca, mamo.
— Faktem jest... Znam kogoś, — obwieścił Wielki Farou — kto będzie spał tej nocy na małej kanapie! To ja!
— Nie, to ja, — rzekła Fanny.
— A ja na terasie, — przelicytowała Jane.
— A ja nie, — rzekł Jan.
— Dlaczego, Janie?
— Jest pełnia księżyca, mamo. Koty i chłopcy biegają po nocy.
W wzrastającym zmierzchu wyglądał cały fosforyzujący z włosami, oczyma i lśniącemi zębami, i drżał jak źródło. Ojciec zmierzył go jednem spojrzeniem, pozbawionem ojcowskiej miłości i dumy.
— W twoim wieku... zaczął Farou.
— ...„zabiłem już i spłodziłem człowieka“ — zacytował malec.
Pochlebiony Farou uśmiechnął się.
— No! no!...
— A to pięknie, — zganiła go Jane.
— To tylko cytata, — rzekł powolnie Farou.
Pełne spojrzenie młodzieńca spoczęło na Farou, pełne spojrzenie, puste czy brzemienne w tajemnice, nieodgadnione.
Zagwizdał pociąg wieczorny i smutno trudził się po torze, okalającym najbliższy pagórek, nad wsią, już pokrytą błękitnym cieniem. Księżyc o wygasłej czerwieni opuścił widnokrąg i wspiął się na niebo.
— Dokąd pani idzie, Jane?
— Wielki inkwizytorze, odchodzę aż do dolnej terasy i wracam. Zjadłam zbyt obfite śniadanie.
— Trzy łyżki ryżu i garść porzeczek, — rzekła Fanny.
— Nie schodzisz, Fanny?
— Wspinać się potem z powrotem!.. — rzekła przerażona Fanny.
Biała suknia i piosenka angielska oddaliły się. Fanny podniosła ciężką rękę swego męża i położyła ją na swoich ramionach. Pozwalał robić wszystko ze sobą i leniwe jego palce dotykały tylko piersi Fanny. Pochyliła głowę i ucałowała rękę, kosmatą jak liście szałwi, bielszy i delikatniejszy jej przegub, zieloną żyłę. Rozbrojona i ufna ręka uległa tej niemal trwożliwej pieszczocie.
— Jaka ty jesteś miła, — odezwał się nad głową Fanny rozmarzony głos Farou‘a.
Trwożliwe usta przycisnęły do siebie silniej przegub, rękę męską, stworzoną do rękojeści pługa, motyki, ciężkiej broni, a władającą tylko piórem. Oparty o ramię swojej żony Farou stał z otwartemi oczyma i jakby spał.
„Może on śpi juź?“ pomyślała Fanny.
Nie miała odwagi rozerwać ich przyjacielskiego uścisku. Wdychiwała z bezwładnie spoczywającej ręki i z ramienia zdrowy zapach ciepłej skóry, wonnego alkoholu. Nie myślała: „Ten, który każe mi dźwigać ciężar swego ramienia, był i jest jeszcze moją wielką miłością“. Ale nie było ani jednej linji na dłoni, ani jednej okrągłej zmarszczki dokoła przywiędłego przegubu ręki, któreby nie obudzały w niej miłosnych wspomnień, gorączkę służenia, pewność należenia do jednego mężczyzny i tylko do niego.
Koci szelest rozchylił liście, lekkie ciało obsunęło się po pniu lipy.
„To Jan, — pomyślała Fanny, — Pilnuje na dole Jane“.
Chciała zaśmiać się i zwrócić uwagę Farou‘a, potem rozmyśliła się. Cień drzew przed księżycem rozświegotał żwir błękitem i niebo stało się po chwili niebem nocnem.
— W Bretanji nie mielibyśmy takiego gorąca, — westchnęła półgłosem Fanny.
Farou cofnął ramię i spostrzegł, że nie jest sam.
— W Bretanji? Dlaczego w Bretanji? Czy tu nie jest nam dobrze?
— Och, ty... ty jesteś jaszczurką, lubiącą piaski!
— Pracuje się tutaj nieźle... Chciałabyś stąd wyjechać?
— Och, nie, nie teraz... Powiedziałam to na rok przyszły... Nie wrócimy tutaj w roku przyszłym?
Dwa szerokie ramiona wzniosły się na znak niewiadomości.
— Jest tutaj wiele rzeczy uciążliwych... Jest za gorąco i za mało słońca... Chłopak ma złe pomieszczenie w swoim pokoju, który jest literalnie podzwrotnikowy. Trzeba mu zmienić miejsce.
— Ależ naturalnie.
— Jesteś zdumiewający!... Przecież niema innego pokoju dla niego.
— Niedorzeczność. Znajdzie się zawsze inny pokój.
— Tak... Pokój od wschodu.
— Od jakiego wschodu?
— Pokój, który zajmuje Jane.
— Jeśli zajmuje go Jane, nie jest wolny.
— Ale czy Jane będzie mieszkać z nami w roku przyszłym?
Farou zwrócił się ku swojej żonie z szczerością.
— Nic nie wiem. Skąd mam o tem wiedzieć? Poco o tem myśleć?
— Z powodu Jana...
— Co? On narzeka?
— Pst, Farou... On niema zwyczaju narzekać. Ale skoro to ma krępować Jane!
— Ach, tak?
Fanny ujrzała, jak brwi Farou‘a zmarszczyły się nad żółtemi oczyma, w których lśnił blask księżyca. Wiatr potoczył tuż przy ziemi kilka koron i spalone liście. Lekki krok naśladował szelest liści na źwirze i na końcu terasy ukazała się biała suknia Jane. Na przeciwległym krańcu Jan wylądował lekkim skokiem na ziemi, opuściwszy główną gałęź lipy.
— Moje dzieci, — zawołał Farou, — nie wiem czy odczuwacie podobnie jak ja, ale ja padam ze snu.
— To znaczy, że wszyscy powinniśmy pójść spać, — rzekł Jan.
— Otóż to właśnie, A pani, Jane, niech się uda do swego pokoju od wschodu.
— Ja mam pokój od wschodu?
Potrząsnęła głową, aby rozrzucić swoje włosy.
— Tak, Pyłku księżycowy! Pokój od wschodu, Chłodniejszy od innych. Doniosła mi o tem Fanny.
— Z jakiej racji? — zapytała mimowoli Jane. — Och, przepraszam! Jestem źle wychowana.
— Niekiedy, — potwierdził Farou. — Niech pani da łapkę. Dobrej nocy, Jane. Chłopcze, goń naprzód.
— Och, papo... Za kwandrans dziesiąta! W taki piękny czas! Czy to nie szkoda!
Znudzony kamerdyner wlókł się po willi, zapalając tu i tam biedną, czerwonawą elektryczność. Farou przeszedł hall, ziewnął wrzaskliwie na schodach, potrząsnął z roztargnieniem rękę syna i Jan Farou zaczął za zamkniętemi drzwiami swego podzwrotnikowego pokoju śledzić wszystkie ruchy Jane, zdradzane przez skrzypiące deski podłogi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .