Ta druga/12
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Ta druga |
| Wydawca | Wydawnictwo „Globus“ |
| Data wyd. | 1930 |
| Druk | Drukarnia „Sztuka“ |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | Kazimierz Bukowski |
| Tytuł orygin. | La seconde |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— To ciekawe, nie mogą nigdy wypisać cyfr przed wydrukowanemi nazwiskami. Popatrz, Fanny. Wskutek przestawienia wypisanej na maszynie kolumny wygląda tak, jak gdybyśmy mieli przedwczoraj 2,440 a Mathurins 22,000.
Jane podała Fanny bilans kasowy.
— Masz bilans z pierwszego tygodnia, Jane? Daj mi go. Dwadzieścia... Szesnaście, siedmnaście tysięcy czterysta, ośmnaście tysięcy czterysta, dwadzieścia tysięcy trzydzieści dwa... — czytała półgłosem Fanny. — Nieźle, co?
Jane kiwnęła głową.
— Nieźle? No, chyba! To majątek, Fanny! W dodatku nadchodzą święta...
— Święta?
— Boże Narodzenie! Trzy poranki, dwa nocne przedstawienia... I wznowienie „Mieszkania“ u Antoine‘a... I tourneé „Winogron“ po przedmieściach!... Ten Farou! Nie można mu już nic więcej powiedzieć. — rzekła Jane dość cierpko.
— A więc... to naprawdę sukces? — nalegała Fanny. — Teraz, to rzecz pewna?
— Co za pytanie!... Dlaczego upierasz się, aby...?
Spostrzegła, że Fanny, która zwiesiła głowę nad kartkami, nie czytała ich. Stwierdziła również, że Fanny ubrana była w nową, ciemnobłękitną suknię, nadającą jej charakter skromnych odwiedzin lub wyjazdu i że papiery drżały w jej rękach.
— A zatem... — westchnęła Fanny — zatem... przystąpmy do rzeczy.
Podniosła na Jane mętny i niemal błagalny wzrok. Szminka na ustach odsłaniała mały skrawek wargi o dziwnej, różowej bieli a słabe grudniowe słońce, igrające poprzez drzewa Pola Marsowego, zmusiło ją do opuszczenia powiek.
To samo słońce rozzłociło aż do delikatnej zieleni włosów młodej kukurydzy głowę Jane, która nagłym ruchem usunęła się poza promień.
— Przystąpmy do rzeczy... — powtórzyła posępnym głosem Fanny. — Otóż... Moja droga Jane...
Bicie serca i szum krwi w uszach mąciło to, co sobie powzięła.
„Co ja powiedziałam... moja droga Jane?... To nie tak należało powiedzieć...“
Ale miała do czynienia z rywalką, która nie chciała zgodzić się na żadną niższość i pozwoliła jej wypowiedzieć jeszcze kilka tylko słów:
— Otóż... Jane... Dowiedziałam się, że ty... że Farou...
— Poczekaj! — przerwała Jane. — Poczekaj! Jedną chwilę...
Zebrała z powagą swoje siły. Różowa szminka bardzo bladej cery, zazwyczaj niewidzialna, wystąpiła silniej na jej policzkach i przekroczyła ich kształt wydłużonego owalu.
— Co zrobimy? — zapytała.
Z powodu tego „my“, Fanny zaczerwieniła się.
— Jakto, co my zrobimy?
— Tak jest... Czy to Farou zadecyduje w tej sprawie, czy my? Pozwolisz, że usiądę. Nie czuję się dobrze stojąco.
Jane, usiadłszy, musiała podnieść ku Fanny swoją twarz, która wydawała się początkowo spokojna, pozbawiona jedynie zwyczajnej szczerości. Aby walczyć swobodnie uznała za stosowne zachować tylko zasadnicze swoje rysy, zdradzające bliską trzydziestkę, zmienny kształt ust pod nieco przydługim nosem, przepiękne oczy kobiety zazdrosnej.
— Mówiłaś o tem z Farou‘em?
— Nie. Wiedziałabyś o tem.
— Niekoniecznie... Dziękuję ci, że zwróciłaś się do mnie pierwsza.
— Pierwsza? Chciałaś mówić ze mną o tem?
Jane odrzuciła od siebie daleko, ruchem ręki, podobny zamysł.
— Nie... Och! Wielki Boże, nie!... To, że zwróciłaś się najpierw do mnie, A więc,,, my decydujemy, co?
Podobny spokój, nawet udany, zaskoczył Fanny. Czuła się zdolną do wymyślania, ale pod osłoną odruchu wielkiej namiętności. Uśmiechnęła się w braku czegoś lepszego.
— Zdaje mi się, że to jest oczywiste, że my zadecydujemy, — rzekła.
— Dobrze, rozumiem. A zatem, decyzja należy do ciebie, Fanny, tylko do ciebie samej...
Szare jej oczy, pełne prośby, ostrzegły Fanny, że nie powinna się liczyć z zarozumiałością słów, ale z niewytłómaczoną ukrytą myślą, która je dyktowała. Tymczasem Fanny rozdęła swoje białe nozdrza a zbliżanie się gniewu oświetliło ją całą.
— Nie unoś się, Fanny!... Mój Boże, jak bardzo trzeba zważać na wszystkie nasze słowa! Czy wykluczysz Farou‘a poza nawias... naszego sporu? Czy nie będzie znał naszej dzisiejszej rozmowy?
— O, nie! Czego ty żądasz? To niemożliwe!
— Czy zastanowiłaś się nad tem, Fanny?
— Zastanowiłam się doskonale.
Kłamała. Myślała jedynie, że gdy krzyknie coś w rodzaju: „Wiem o wszystkiem“, sprawy ułożą się same albo pogmatwają się fatalnie. Ale widziała przed sobą tylko rozsądną młodą kobietę, bezwątpienia wzruszoną, która już rozprawiała i gotowała się niewątpliwie do rozwinięcia praktycznych znajomości i lawirującej rezygnacji.
„Czego też ona nie wie, pomyślała Fanny. Spierała się z niejedną kobietą, z niejednym mężczyzną... “
— Obawiam się, — rzekła Jane, potrząsając głową, — że nie zastanawiałaś się nad tem mniej ode mnie...
— Od krótszego czasu, niż ty, to prawdopodobne.
— Możliwe.
Ale Fanny nie lubiła ani tej uległości ani tej swobody. Pochyliła czoło jak koń, który nosi spuszczony łeb i podwoiła brodę.
— Co należy zrobić? — zapytała Jane cicho,, jak gdyby siebie samą.
Fanny uśmiechnęła się, ukazując blady skrawek swoich czerwonych warg.
— Boisz się?
— Czy się boję? Nie... A może tak.
— Czego?
Jane utkwiła smutne spojrzenie w oczach Fanny.
— Wszystkiego, co może nastąpić, Fanny, wszystkiego, co może zmienić nasze życie...
— Będziesz mogła zawsze widzieć go na ulicy, — rzekła Fanny przykrym głosem.
— Kogo?... Ach, Farou‘a!... Nie myślałam o nim.
— To jest naprawdę niewdzięczność, — rzekł ten sam głos.
— Nie jestem zobowiązana do żadnej wdzięczności dla Farou‘a, — odparła Jane, wznosząc brwi.
— Jeszcze szczęście, że nie żądasz jej przede mną.
Nerwowy kaszel przerwał ciężki oddech Fanny. Jane wykonała ruch pełen zniechęcenia i podparła się łokciami na stole, oparłszy głowę o rękę. Grudniowe słońce opuściło już pokój i jasno-zielona barwa zmierzchu zazieleniła osobliwe włosy Jane, która odsłoniła płaski i za szeroki przedział policzka między nosem a malutkiem uchem. Jedna łza przecięła ten płaski policzek, dotarła do kącika ust, które wypiły ją z obojętnością.
— Trzy lata i pół, cztery... Prawie cztery lata... — liczyła Jane dla siebie samej.
Wspomożona odruchem gwałtowności Fanny wyrwała się ze stanu bezwładności.
— Zwalniam ciebie ze statystyki i ze szczegółów! — krzyknęła.
Profil, przecięty łzą, odwrócił się żywo i Jane zmierzyła od stóp do głów swoją przyjaciółkę.
— Co ty myślisz, Fanny? Myślisz, że od czterech lat jestem... że Farou jest....
— Nie obawiajże się słów! A co do czasu... wiemy, że nie odgrywa on w tej sprawie żadnej roli, prawda?
— Och, ależ tak, moja droga, jeśli chodzi o Farou‘a!...
Wzruszyła ramionami, jak gdyby się śmiała.
— Fanny, masz przed sobą najbardziej zwyczajny kaprys Farou‘a... najzwyczajniejszy...
Uniżoność i gorzki grymas Jane oburzyły Fanny jak wszystkie gesty pospolitej komedji.
— To nieprawda! Przynajmniej nie kłam! Czy ja ci grożę? Czy ja się skarżę? Skończmy przynajmniej przyzwoicie... spokojnie... cośmy zaczęli... Tak, spokojnie...
Zachrypła z głośnego mówienia, wpadła ponownie w gniew, z obłędną przyjemnością, z żądzą posunięcia się jeszcze dalej. Ale równocześnie powtórzyła dwukrotnie słowo „spokojnie”, przypisując mu znaczenie łagodzące. Spostrzegła ze zdumieniem, jak Jane zerwała się nagle na nogi i zbliżała do jej twarzy swoją zuchwałą twarz.
— Jakto? Jakto, to nie jest prawda? A zatem czemże byłabym? Może kobietą, którą kocha Farou? Sądzisz, że poniżam się, aby cię rozczulić? Moja biedna Fanny! Zwolniłaś mnie od statystyk, bo w przeciwnym razie nie robiłabym tajemnicy z tych minionych tygodni, w których Farou nie uważał mnie za coś innego, jak za...
Zatrzaśnięte drzwi pokoju przerwały jej dalsze słowa. Słuchały obie, w postawie ostrej sprzeczki, wziąwszy się za boki.
— To nie on, — rzekła wkońcu Jane. — Gdyby to był on, usłyszałybyśmy najpierw drzwi od kurytarza...
— Wchodzi bardzo cicho od czasu, gdy włożono nowe wałki do drzwi, — rzekła Fanny. — W każdym razie nie wchodzi tutaj nigdy przed obiadem...
Odsunęły się uspokojone od siebie, jak gdyby zrezygnowały w milczeniu z planu walki. Fanny poszła rozsuwać podwójne kotary obu okien, zapaliła lampy na dwu stołach. Usiadła, pogrzebała w żarze, nałożyła polana na kozły przed kominkiem. Czuła chłód nadchodzącej nocy, jasnej i smaganej północnym wiatrem, i drżała mimo radjatorów i ognia w kominku.
Kiedy przeszła chwila gwałtownego gniewu, nie miała chęci stawiać czoła, nawet „spokojnie“, Jane i jej prawdzie, czy Jane i jej kłamstwu. Roztropna i z ograniczoną wolą mówiła już sobie w duchu:
„Przedtem było lepiej... Żadna z nas nie będzie miała korzyści ani szczęścia z tego, co nastąpi... Byłoby lepiej, gdyby Jane nie mówiła nic więcej...“
Ale Jane odezwała się znowu.
— Ach, Fanny, gdybym mogła być zrozumiana... Ty nie wiesz, ty nie wiesz...
Fanny podniosła białe czoło, ruchomy, czarny swój kosmyk.
— Ale dowiem się, — rzekła posępnym tonem, — nie wiem, w jaki sposób zdołam teraz przeszkodzić ci, abyś mi nic nie mówiła. Proszę cię, nie dajmy się porwać chęci wymiany zdań... tych zdań, które wymieniają między sobą z pożądliwością kobiety, o swoich kochankach, miesięcznych dolegliwościach i chorobach, tych ohydnych zdań...
Przełknęła ślinę ze wstrętem. I w sprzeczności z tem dodała jednym tchem:
— Zresztą, wiem już dość o tem... Powtóre, widziałam cię raz w łazience, kiedy cię całował, wtedy, kiedy miałaś na sobie fartuszek i pracowałaś...
Umilkła zawstydzona. Ale Jane nie troszczyła się wcale ani o wstyd ani o milczenie. Rzuciła się na to wspomnienie z żarłocznością wyznań i urazy:
— W łazience? W dniu, w którym pracowałam? Ach, świetnie! Mówmy o tem! Doskonale trafiłaś!
Zaczęła przechadzać się wszerz i wzdłuż, uderzając w dłoń giętkim rozcinaczem papieru:
— Tak, tak! Istotnie, w tym właśnie dniu! Pocałował mnie tak samo, jak gdyby był pocałował pokojówkę, słyszysz? I jeśli powiadam „pokojówkę“, to w jego oczach jestem mniej niż pokojówką, mniej niż wszystkie Asselin i Irrigoyen całego świata! A wiesz chyba, Fanny, doskonale, jakie są miłostki Farou‘a! Mówiłaś mi o nich dużo, okazałaś wiele swojej roztropnej wyższości, pobłażliwości... uprzejmości...
Jane urwała na chwilę, odrzuciła wtył włosy, wciągnęła nosem łzy irytacji. Dwie chude, małe łzy drżały i błyszczały w kąciku jej oczu i uderzała dalej rozcinaczem w dłoń. W miarę, jak Jane dochodziła już do bezładu, Fanny wracała do niepożądanego spokoju, i doszła do przekonania, że żaden paroksyzm nie odpowiada Jane. „Ona jest stworzona do przeciętnych objawów, do jasnych jak popiół cierpień...“
— ...Doprawdy, słuchając ciebie, Fanny, możnaby sądzić, że nie wiesz, kim jest Farou!
— Moim mężem, — rzekła Fanny.
Przepoiła swoją odpowiedź dość przesadną prostotą, z której nie była zadowolona. Mimo to wywarła odpowiednie wrażenie, na które liczyła, bo Jane zawołała:
— Dzięki Bogu, Fanny!
— Nie uważam, abym musiała dziękować za to komukolwiek, — rzekła Fanny. — Nawet tobie.
Jane wydawała się po raz pierwszy zatrwożona i rzuciła spojrzenie na prawo i na lewo.
— Chciałam powiedzieć: Dzięki Bogu, że byłaś tutaj również... Razem z nim... Bo z Farou‘em odczuwa się taką samotność... — dokończyła jakby na ślepo.
I dodała tym samym, próbującym i pośpiesznym sposobem.
— Z innymi mężczyznami odczuwa się naturalnie także samotność... Ale z Farou‘em bardziej... Nie jestem zobowiązana do żadnej wdzięczności dla Farou‘a, to prawda. Ale winnam tutaj wdzięczność komuś...
— Piękny sposób okazywania mi jej! — wybuchła Fanny.
Po tym okrzyku Jane uspokoiła się, jak gdyby to na nią przyszła teraz kolej flegmy.
— Okazałam ci ją, Fanny, jak mogłam... Nie jest to łatwo. Od czterech lat myślałam więcej o tobie, niż o Farou...
Fanny podniosła się sztywna:
— Nie, — rzekła. — Nie to. Niema dotychczas między nami niczego odrażającego. Wszystko jest nawet niezwykle pospolite. Ale nie zniosę tkliwej piosenki... Och, Jane!
Ukryła twarz w dłoniach i odsłoniła ją szybko, aby Jane nie myślała, że płacze.
— To nie jest tkliwa piosenka! — zaprotestowała Jane. — Dlaczego miałabym myśleć tak bardzo o Farou?
Wyczytała na twarzy Fanny zdumienie, i ciągnęła dalej niecierpliwie:
— Ależ tak... Uważasz za kłamstwo to, czego natychmiast nie zrozumiesz. Jesteś taka młoda, Fanny...
Złagodniała i wyciągnęła ku gorącej twrazy Fanny rękę złożoną w kształt puhara, jak gdyby chciała utworzyć z dłoni miły i ciężki kontur policzka:
— Taka młoda... taka świeża... Jak bardzo różnisz się ode mnie...
— Tak, tak, — przerwała Fanny z uprzedzającą grzecznością, ponieważ obawiała się po dziecinnemu, że do rozmowy wkroczy nagle Quémeré i Meyrowicz i Davidson i...
— Mówisz „tak, tak“, ale jak możesz zrozumieć w stanie, w jakim się znajdujesz? No tak, w tym stanie młodości i dziewczęcości, w jakim spędzasz życie... Dla ciebie istnieje Farou, jeszcze raz Farou, tylko Farou i żaden mężczyzna prócz Farou‘a... To bardzo pięknie... — a nawet nie jestem jeszcze pewna, czy to bardzo pięknie — ale ja nie patrzę i nie patrzyłam nigdy na Farou‘a takiemi samemi oczyma, co ty, powiedzmy: takiem samem sercem, co ty... Prędko zrozumiałam różnicę między wami, Fanny, i od chwili, gdy ją zrozumiałam, wówczas... Och! wówczas!
Podnieciła się i zmieniła ton, jak gdyby dosięgła wkońcu i przekroczyła najbardziej przykrą strefę ich rozmowy. Odczuwała, a potem przygarniała do siebie ręką to wszystko, co chciała wyrazić. Szczerość oddalała się i zbliżyła się do niej jak pokusa.
— Wówczas, pojmujesz, nie trwało to długo! Nie, nie trwało to długo!
— Więc co wkońcu? — zapytała Fanny.
Jane wykręciła pod suknią ramiona z prowincjonalną i nienaturalną niezręcznością, którą Fanny zauważyła u niej poraz pierwszy.
— Trudno mi to powiedzieć, Fanny... Krępuję się nie dlatego, że mam ci mówić o Farou. Farou jest mężczyzną, mężczyzną ujmującym, znanym, utalentowanym. Zresztą, wyznam ci, Fanny, że nie potrzeba wiele, aby uwieść taką dziewczynę jak ja, która niema powodu być poważną, pozostać czystą i samotną... Nic w tem zdumiewającego, że zostałam z łatwością zakochaną, zazdrosną, niezadowoloną, słowem, wszystkiem tem, co we mnie widziałaś... Ale naogół, pominąwszy to, że Farou jest Farouem, nie posiada on jako mężczyzna nic tak bardzo nadzwyczajnego... Gdy natomiast ty, Fanny...
Usiadła, wzięła chusteczkę i zaczęła płakać w sposób rzewny, łatwy i dyskretny, który był dla niej widocznie nowy i przyjemny.
Wysiąkała nos i ciągnęła dalej powoli:
— Ty, Fanny, jesteś o wiele lepsza jako kobieta niż Farou jako mężczyzna. O wiele, wiele lepsza...
— Och! — rzekła dumnie Fanny, — jednak poznałaś go źle!
Jane zwróciła ku niej subtelne spojrzenie kobiety:
— Dowód... — rzekła uśmiechając się napół... Powinnaś była wmówić we mnie, że on jest niezrównany...
— O tak, — rzekła Fanny, kiwając głową, — to moja wina...
— Tak i nie... W pewnem znaczeniu.
Chciała bezwątpienia wyjaśnić, wytłómaczyć Fanny stanowisko społeczne nowych, eleganckich niewolnic, odosobnionych i wędrujących na wzór pierzastych nasion, latających w powietrzu, ich łatwość życia i bezimienne ponęty, ale zrezygnowała na widok tej brunetki, niewzruszonej i zadomowionej samicy, zawisłej od najdawniejszych zasad moralności.
— Mówię naturalnie o pierwszych czasach. Potem...
— Potem zostałaś moją przyjaciółką — rzekła Fanny ze złowróżebną słodyczą.
— Nie, — odparła natychmiast Jane. — Byłam nią przedtem. Nie mogłam przestać nią być...
— Dla tak małego skutku, — wtrąciła Fanny.
— Nie jestem kobietą demoniczną, — ciągnęła dalej Jane. — Ani interesowaną flądrą, ani kobietą chciwą. Musisz mi to przyznać. Cóż ty ryzykujesz ze mną? Niewiele...
— Tak... Chciałabyś oszukiwać mnie tylko sama, — rzekła Fanny z tą samą słodyczą.
— ...Miałam przecież przeciw sobie, przeciw nam, twoją pobłażliwość dla Farou‘a, twoją przeklętą pobłażliwość, twoje rzekome zrozumienie dla Farou‘a... Twój zwyczaj obsypywania go pochwałami i stokroć jeszcze pochlebniejszemi przekleństwami... Uważałaś za zaszczytną twoją „wyższość“, polegającą na oddawaniu Farou‘a do dyspozycji wszystkich kobiet? Ja, nie. O nie, ja nie!... Ten rys zeszpecał ciebie, obniżał moje wyobrażenie o tobie... Ty, — rzekła, patrząc na Fanny z niewyrozumiałym podziwem — ty, byłaś mną w lepszem świetle.
Oddaliła się, podniosła na chwilę firankę jednego z okien i spuściła ją spiesznie, jak gdyby chciała ukryć to, co ujrzała wśród zrudziałej nocy. Wróciła i położyła rękę na ramieniu Fanny, która zatrzęsła się lekko:
— I ty zapytywałaś mnie przed chwilą, czy się boję? Drżę cała, trzęsę się z lęku, Fanny! Zamierzałaś pozbyć się mnie, myślałaś, że drobne sprawy fizyczne są zbrodnią, jeśli ja jestem w nie wmieszana, chciałaś wydrzeć mi Farou‘a jak gdyby on sam nie uczynił tego już bardzo dawno. Chciałaś oczyścić swój dom i spalić może żywicę z będźwinem w moim pokoju... To niesłychane, że można myśleć o miłości do tego stopnia! Mężczyzna, to nie jest rzecz poważna ani wieczna! Mężczyzna, to... to tylko mężczyzna... Sądzisz, że spotyka się mężczyznę, tak zupełnie samego, odosobnionego, wolnego, gotowego do poświęcenia ci swego życia? Mężczyzna nie jest nigdy sam, Fanny, i to jest istotnie straszne, że ma zawsze jakąś kobietę, kochankę, matkę, służącę, sekretarkę, kuzynkę, słowem jakąś! Gdybyś wiedziała, kogo ja spotykałam u mojego kochanka jako kobiety!... To okropne. Brak na to dość mocnych słów.
Zacisnęła ręce dokoła przedramion, tak silnie, że końce jej palców zbladły. Nalała sobie nagle szklankę wody, którą zbliżyła najpierw do ust, potem zmieniła zamiar i podała ją Fanny.
— Przepraszam, umieram z pragnienia.
— Ja również, — rzekła Fanny.
Piły w milczeniu, uprzejme jak zwierzęta, odpoczywające nad brzegiem strumienia. Były obie odmiennie nacechowane wzruszeniem: Jane czerwona na policzkach, a Fanny blada, z węglowemi obwódkami dokoła oczu i ustami, bez szminki, różowemi jak u murzyna. Fanny westchnęła głęboko ze zmęczenia po wypiciu wody, a Jane wykonała znów ruch ręką dokoła zaokrąglonego policzka, nie dotykając go:
— Biedna Fanny!... Jakie sprawiłam ci cierpienie... Chcesz...
Nie miała odwagi dokończyć, Fanny rzekła krótko: „Nie, dziękuję“ i zatopiła się w szukaniu dokładnych wyrażeń, jakiemi dawniej Jane napominała Farou‘a:
„Powiedziała do niego: „Lepiej pan zrobi, jeśli poda pan jej rękę“, czy „potrzyma ją za rękę“, nie przypominając sobie dokładnie... Powiedziała do niego również, w owym dniu, w którym myśleli, że zemdlałam: „Niech pan nie zaczepi jej nogami o drzwi“ czy coś podobnego, i „Czy tak niesie się kobietę?“
— Zawdzięczam ci to, że poznałam żądzę służenia, — rzekła łagodnie Jane.
Fanny nie mogła pohamować swego wzburzenia, wstała, zaczęła kręcić się na miejscu, jak to zwykła robić w chwilach wesołości, z tą ruchliwością istoty okrągłej, o swobodnych ruchach.
— Nie, — rzekła, — nie, nie mogę znieść... Skoro wszystko jest zniszczone, musisz zmienić sposób mówienia, musisz przestać odwoływać się do naszych wzruszeń, wykorzystać ten węzeł, tę przeszłość, tę...
Otworzyły się za nią drzwi.
— A-a-a-a! — ziewnął mocny, wesoły głos. — Te kobiety! Te kobiety! Co ja mam za kobiety w moim domu!
Wracał zaniedbany i zadowolony; piękne, żółte, tęskne i nieprzeniknione jego oko oznajmiało, że opuścił właśnie gwałtowną przyjemność czy też długą pracę. Łatwo zdobyte pieniądze na kilka miesięcy i wzmagający się sukces przystrajały go w młodość, nietyle nieodpowiednią, ale obcą obecnej chwili, którą nosił jak krawat w wielkie groszki.
— Spotkałem Pierre Wolffa, — zawołał. — Musiałem mieć djablo zadowoloną minę, bo zagroził mi arterjosklerozą, postępowym paraliżem i...
Spostrzegł, że ani Fanny ani Jane nie poruszyły się, gdy wszedł. Zbadał obie twarze, ujrzał, że obie są jednakowo różne niż były tego rana i zapytał tonem władcy:
— Co to jest?
— Farou... — zaczęła Fanny.
— Zapewniam cię, Fanny... — prosiła Jane.
— Co to jest? — powtórzył głośniej Farou z nietolerancją. — Swary kobiece? Nieporozumienia ze służbą?
Fanny spojrzała na Jane i zaśmiała się cicho. Jane wykonała ruch, cofający całe ciało, rodzaj ugestykulowanej grzeczności, jak gdyby chciała jej powiedzieć: „Zostawiam ci wolność, mów...“ Na co Fanny odpowiedziała ruchem głowy: „Biorę wszystko na siebie“.
— Farou, — odezwała się Fanny, — Ja i Jane rozmówiłyśmy się poważnie. Widzisz, że jesteśmy bardzo spokojne. I postanowiłyśmy niemi zostać.
Mówiła ustami, które ogarnęła całkowicie różowa bladość i wysławiała się z trudem. Farou miał właśnie czas spostrzec na twarzy swojej żony tę bladość ust i nazbyt duże i piękne oczy, ogarnięte tępotą i niewyrażające nic ponadto, Musiał myśleć, że jest bliska omdlenia, ponieważ wyciągnął rękę. Ale Fanny wytłómaczyła się.
— Jane jest twoją kochanką, ja jestem twoją żoną, nie możemy decydować o niczem bez ciebie...
Farou, który siedział, wstał powoli. Brwi wzniosły się majestatycznie na jego czoło i obie kobiety nie zlękły się, ponieważ wydał się im piękny. Czekały, jedna i druga, niewiadomo na jaki grom...
— Która z was powiedziała o tem pierwsza? — rzekł wkońcu Farou.
— Naturalnie ja, — oświadczyła urażona Fanny.
Utkwił w niej wzrok, ale bez zapału, z powziętą już nieufnością.
— Wiedziałaś o tem oddawna?
Skłamała, z pewnego rodzaju samochwalstwem:
— Och... bardzo dawno...
— I ukrywałaś to tak dobrze? Winszuję.
Sądziła, że to jest pospolity kontratak i wzruszyła ramionami.
— Więc skoro naprawdę ukrywałaś to tak długo, — ciągnął dalej Farou, — co mnie dziwi... tak, dziwi mnie... dlaczego nie robisz tego nadal?
Zgłupiała na chwilę, ale ocknęła się i zawołała:
— Sądzisz więc, że można zachować dla siebie podobną rzecz, że można milczeć w nieskończoność?
— Jestem o tem przekonany, — rzekł Farou.
Gestem powołała się na Jane, bełkocąc:
— No, doprawdy... No, doprawdy...
— Szczególniej ty, — dodał Farou.
— Jestem przyzwyczajona, co?...
Aż do tej chwili Farou czuwał nad drżącemi rękami Fanny. Ale spostrzegł w jej oczach łzy i nabrał swobody.
— Tak, jesteś przyzwyczajona, jeśli odpowiada ci to słowo. Czy odbierałem ci kiedy, od dwunastu lat, bez względu na to co robiłem, choćby najmniejszą część mojej czułości?
Usłyszawszy to, Jane wystąpiła pod światło miękkim ruchem i Farou drgnął.
— Czuję bardzo dobrze, Jane, że scena ta jest szczególniej przykra dla pani... Ale każde słowo pani uczyni ją jeszcze bardziej przykrą. Błagam więc panią, aby pani o tem pamiętała.
— Nie chciałam wcale mówić, — rzekła Jane.
— Zresztą, — ciągnął dalej Farou, — jestem gotów wziąć na siebie wszelką odpowiedzialność.
Przerwał mu gwałtowny okrzyk Fanny.
— Jaka odpowiedzialność? Jaka odpowiedzialność? Kto żąda od ciebie, abyś był odpowiedzialny?. O to nie chodzi, Farou... Mów co chcesz, rób cośkolwiek, zajmij się nami, ale nie w ten sposób... Prędko, Farou, prędko!...
Wiedział, że miała wstręt w takiej chwili do tego, aby się hamować i oskarżała go już o poszanowanie dla prastarych zwyczajów mężczyzny, tkwiącego między dwiema kobietami. Jakto, Farou nie szalał jeszcze, nie wysłał do wszystkich djabłów sprawiedliwości ludzkiej, wszystkich zrządzeń losu, wrażliwości Jane i Fanny i nie porwał w swoje objęcia przedmiotu, choćby nawet przejściowego, swego głośnego wyboru? „Jaki on jest powolny, Boże, jaki on jest powolny!... Gdyby jakaś gwałtowność, ale miłosna, w stosunku do jednej z nas, obojętne do której, gdyby choć jakaś rozpacz, ale miłosna... Czy jesteśmy takie stare, że zachowuje się obojętnie i nawet nie klął?“
— Nie jesteśmy warjatami, — rzekł Farou. — Jestem tylko człowiekiem, ale człowiekiem, zdecydowanym zachować maximum równowagi w sytuacji, w której traci ją tyle mężczyzn i kobiet. Gdybym był wobec Jane...
— Nie chodzi o mnie, — wtrąciła Jane. — Zdaje mi się, że nie upominam się o nic? Nie chodzi o mnie, chyba jeśli Fanny chce, abym odeszła... co jest dość naturalne.
Potwierdził powaźnem skinieniem głowy. Fanny szukała w tej całej męskiej twarzy, ociemianej końską grzywą i nakreślonej z rozmachem, jakiejś męskiej decyzji i śladu wzruszenia, które wywołały w niej słowa Jane.
— Fanny wie bardzo dobrze... — rzekł Farou.
Poprawił się i zwrócił się do żony:
— Wiesz bardzo dobrze, Fanny, że jesteś moją drogą Fanny. Korzystałem zawsze z twojej czułości, mimo wszystko, od dziesięciu lat. Tych dziesięć lat właśnie upewnia mnie, że potrafisz oszczędzać tę, która zasługuje na to, aby być oszczędzaną. Jestem ci już naprzód wdzięczny za to.
„Ta, która zasługiwała na to, aby być oszczędzaną” przyjęła bez drgnięcia koniec zdania i zdumienie Fanny. Złożywszy okrągło usta zaznaczyła tem syk ironicznego podziwu. Wydawało się, że od chwili wejścia Farou‘a straciła zdolność wzruszania się i dziwienia, i śledziła ruchy Fanny i Farou’a, mrużąc oczy.
— Co to ma znaczyć? Co to ma znaczyć, Farou?... szeptała zakłopotana Fanny.
Zwróciła się do Farou‘a właśnie w porę i zobaczyła, jak tłumił nerwowe ziewanie.
„Pragnienie, aby być daleko stąd, dobywa się u niego przez pory!” pomyślała mimowoli Fanny. „Odejdzie... Znajdzie jakiś pretekst, aby odejść... Czy to wszystko, co powie? Czy w taki sposób kończy się lub zaczyna jakiś okres życia?”.
— Farou! — zawołała z jakimś szalonym smutkiem.
— Ależ tak, moja Fanny, jestem tutaj. Słucham cię. Chcesz, abyśmy pomówili sami?
— Farou!
Odepchnęła tę łagodność, tę uprzedzającą grzeczność, które obchodziły się z nią jak z bredzącą chorą. Byłaby obiła Farou‘a, aby zobaczyć, że trysnęło z niego coś mimowolnego, krew, przekleństwo, skarga...
Farou odważył się położyć rękę na jej głowie i nachylić się nad nią, przegiąwszy wtył jej czoło. W głębi wielkich, żółtych źrenic Fanny wyczytała pragnienie przekonania jej środkami zmysłowemi, ale równocześnie zdawało się, że nieco dalej czaił się czujny i nieco tchórzliwy duch przezorności... Szał jej opadł i zgiąwszy szyję pozwoliła ciężkiej ręce ześlizgnąć się na jej włosy.
— Słuchaj, Farou... Nie mogę mówić z tobą... Wszedłeś zawcześnie, rozumiesz? Tak jest, wszedłeś za wcześnie.
— Tem lepiej, — rzekł z godnością Farou. — Moje miejsce jest tutaj. Zakończmy to wszystko.
Fanny spojrzała na niego zniechęcona. Miała z kolei chęć przemówić do niego tonem pokornej dobroci.
— Nie, Farou, daj pokój... Tylko ja i Jane musimy skończyć naszą rozmowę i poczynić, jeszcze tego wieczora, pewne... praktyczne zarządzenia. Żadne słowo nie padnie między mną a Jane, wypowiedziane podniesionym głosem... Prawda, Jane?
— Naturalnie, — rzekła Jane.
Stała na tem samem miejscu, nieco poza Fanny, patrząc bacznie.
— Dobrze... — zgodził się Farou. — Dobrze... Nie widzę, aby stało coś na przeszkodzie. Nie sprzeciwisz się, abym pozostał w pobliżu, w pracowni? Spodziewam się, że nic z tego, co dotyczy nas troje, nie stanie się żerem publicznym? Nawet przedmiotem plotek służby? Czy tak?
Skorzystał z ostatniego pytania, aby powoli cofnąć się tyłem do drzwi, narzucając obu kobietom swoje żółte spojrzenie, padające z góry.
— Tak, tak, tak, — odpowiadała za każdym razem Fanny.
Potakiwała niecierpliwie głową, aż czarny sznur jej włosów rozplótł się wkońcu. Zebrała je pospiesznie obiema rękami.
Uwaga Farou‘a nie opuszczała obu bladych twarzy, gęstych i rozpuszczonych włosów, skręcanych białemi rękami... W oczach jego przemknęła się propozycja pokoju, której Fanny nie mogła spostrzec, ale taka, że Jane postąpiła ku Farou’owi krokiem natarczywym.
— Tak, może pan być spokojny. Ale niech nam pan pozwoli pomówić samym.
Farou usłuchał z uśmieszkiem zniecierpliwienia. Jane poszła za nim aż do drzwi, które zamknęła, potem wróciła do Fanny, która zaplotła swoje włosy.
— Otóż tak — rzekła sucho Jane.
— Tak... — westchnęła przygnębiona Fanny. — No tak.
Opuściła ramiona wzdłuż ciała.
— Wypocznij, Fanny. Mamy czas.
Fanny obróciła się na fotelu w stronę kominka i przysunęła się do ognia. Pokojówka, która przeszła przez pokój, zmusiła Jane do zajęcia miejsca. Usiadła, przeglądając pocztę Farou‘a i papiery Związku Autorów, udając, że je rozdziela. Pokojówka przeszła z powrotem przez salon, niosąc smoking i bieliznę Farou‘a.
— Wychodzi, — rzekła półgłosem Fanny.
— Tak, — rzekła Jane. — Tego wieczora jest przyjęcie dla krawczyń z „Gymnase“. Pójdziesz?
Fanny nie odpowiedziała. Zwinęła się w kłębek na fotelu, z kolanami przy piersiach i przypatrywała się ogniowi. Jane, ledwie oparta o poręcz krzesła, zdawała się czekać, aby ją zluzowano z tej warty. Zapisywała coś w notesie, jakby liczyła w pamięci i spoglądała na zegarek na ręce.
Około godziny siódmej wrócił Jan Farou. Fanny odpowiedziała machinalnie na jego „Dobry wieczór, mamo“, i nie poruszyła się. Ale z Jana Farou dobywał się zapach tak obelżywy i zdradliwy, że obie kobiety podniosły równocześnie głowy.
— Czy to ty tak pachniesz? — zapytała Fanny.
— Jak co, mamo?
Zasiniałe swoje powieki, błyszczące, zgrubiałe i rozgorączkowane usta, młodość sposępniałą przez upadek, wszystko to ofiarowywał młody chłopiec Jane i zwracał ku niej jak uporczywą zniewagę. Śmiał się hardo i kazał jej wdychiwać lichą perfumę, obwieszczenie jego wyzwolenia, zapach innej kobiety...
— Przebierz się, — rozkazała mu Fanny. — Dostaniemy przez ciebie mdłości.
Wyszedł, dumny, że został zrozumiany i zganiony.
— Pomyśl sobie, — rzekła Fanny, — jaki obrzydliwy jest taki młody chłopak, kiedy staje się mężczyzną... Jeszcze trochę, a przyprowadzi ją nam... Jaki on dumny, że ma kochankę dla siebie...
— Dla siebie i przeciw mnie, — rzekła Jane.
— Słusznie.
Czuły się nieubłaganie same i mówiły bez ogródek.
— Robi, co może, zadaje sobie ból, aby ciebie nie kochać...
— Och! Kochać mnie... Może dość, aby mi źle życzyć... Może mi zrobił coś złego... Nie zapytuję ciebie, Fanny, — dodała żywo. — Skoro jesteśmy spokojne, jeśli chcesz, mówmy krótko i szczerze... Przypuśćmy, że wyjeżdżam jutro...
— Nie, nie, — przerwała Fanny. — Później, po obiedzie... Słyszysz dobrze, że nakrywają do stołu.
Jane spojrzała przeciągle na swoją przyjaciółkę.
— Chcesz, abym jadła tutaj obiad?
— Ależ to się samo przez się rozumie, — rzekła znużona Fanny, — Nie komplikujmy sprawy.
— Dobrze. Masz słuszność. Idę do mego pokoju złożyć moje rzeczy. Jeśli będziesz mnie potrzebować...
Znalazła Fanny na tem samem miejscu, koło ognia, który zgasł. Szepnęła jej: „Fanny, obiad!“ I Fanny, zrobiwszy pobieżnie tualetę, udała się do jadalni, w której błąkał się osłabiony już zapach, przyniesiony przez Jana. Z wyjątkową grzecznością Farou czekał stojąco, aż żona jego usiądzie.
Fanny zauważyła, że ogolił się gładko, uczesał i upudrował delikatnie ochrą. Smoking obciskał mu biodra, i prostował kark, rozszerzając ramiona. „Na kogo on się gniewa tego wieczora?“ zapytała siebie w duchu. „Może na mnie“...
Kiedy usiadła przy stole, czuła się zmordowana, leniwa i zgłodniała. Jadła wiele ku wielkiemu zdumieniu Farou‘a, który śledził ją, rozmawiając z swoim synem. Jane rozmawiała też z Janem, który z pewną bezczelnością robił pełne zdziwienia przerwy, przed każdą odpowiedzią. Kiedy Farou nachylił ceremonialnie ku żonie karafkę z szampanem, rzekła drwiąco:
— Nie wiem dlaczego, ale wyglądasz dzisiaj jak młody amant, grający komików...
Zaczęła się śmiać niewymuszonym śmiechem, który wyrywa się osobom, wracającym do zdrowia albo bardzo zmęczonym, Myślała:
„I cóż się stanie w tem wszystkiem, z mojem zmartwieniem? O której godzinie zajmę się niem? Było dzisiaj miejsce na rozsądek, nieroztropność, gniew, na wszystko, z wyjątkiem niego... Pozbawią mnie go wkońcu zupełnie...”
Farou opuścił dom delikatnie i ruchliwie, gadając, zapalając papierosa, wkładając na siebie narzutkę. Fanny sądziła, że jest w przedpokoju, a Jane, że jest w łazience, gdy przechodził już przez ulicę. Fanny, zostawszy sama z Jane, potrząsnęła głową, nieco zamroczona wytrawnem winem:
— Taki sposób wychodzenia nazywam sposobem wychodzenia w stylu gospodyni.
— Co? — rzekła zmieszana Jane.
— Nie zauważyłaś, że nigdy niewiadomo dokładnie, kiedy gospodyni odchodzi? Wychodzi jak duch. Bo zabiera ze sobą jakąś pamiątkę, kawałek mięsa dla męża, resztki kawy w butelce, pozostały cukier...
Zaśmiała się znowu. Ale w salonie, do którego skryła się, któś rozpalił znów ogień i rozłożył na poręczy ulubionego karła wielki wełniany szal i troska, w swojej najbardziej egoistycznej formie, ścisnęła gardło Fanny. Myśl o opuszczeniu, i groźba bliskiej samotności, rozprószyły przelotne gorąco, które pozostawił w niej obfity posiłek. „Z Farou‘em jestem taka samotna..“ Usiadła, zawinęła nogi w koc i zamknęła oczy, w których błysnęły dwie łzy.
— Przeszkadzam ci? — zapytała cichym głosem Jane.
— Nie, nie, — rzekła Fanny, nie otwierając oczu.
— Wolisz, abyśmy rozmawiali teraz?... Tak?... Jutro wczesnym rankiem mogę rozmówić się telefonicznie z Delvaille. Będzie naprawdę zachwycona, że otrzyma z powrotem swoją posadę...
— Co za Delvaille? Jaka posada?
Fanny wyjęła z włosów grzebyk i szpilki i ułożyła głowę na długich wodorostach mokrej czerni.
— No, dawna sekretarka Faruo‘a. Przypominasz sobie?
— Och, nie Delvaille, Jane! Nie, nie, nie Delvaille!
— Cóż ci ona zrobiła? Pod rozpuszczonemi swojemi włosami i wschodnią białością, Fanny otworzyła wilgotne oczy łagodnego i dzikiego rozbitka. Opanowała się z trudem, aby odegnać od siebie obraz dawnej Delvaille, okrągłej, krótkiej, ruchliwej i brzemiennej... Delvaille przy pracy... „A Jane? A Jane?“ Jane nieobecna, zapomniana...
— Nie, — wyznała. — Ale są rzeczy pilniejsze, niż wzywać Delvaille. Szpargały Farou‘a nie mogą sobie poczekać? Niech djabli porwą szpargały Farou‘a!
— Tak, niech je porwą djabli, ale niech nie spadną na ciebie... Zastanów się.
— Słusznie. Zastanowię się.
Opadła znów na poduszkę z swoich włosów. Kiedy ubrany Jan Farou wszedł nagle, zaczęła się skarżyć.
— Jesteś jeszcze cierpiąca, mamo? To się zdarza zbyt często... Dlaczego nie poradzisz się lekarza? Przyszedłem, aby życzyć ci dobrej nocy...
Ucałował jej końce palców i spostrzegła, że zmienił sposób czesania włosów. Nosił na ręce złoty łańcuszek, a w koszuli guzik z drogim kamieniem, którego nie znała. Obie kobiety zrozumiały, jak wyraźną mowę, te pieczęcie nałożone przez jakąś kobietę.
— Zostawiam cię, na szczęście, w dobrych rękach... Dobrej nocy, Jane...
Wyszedł z miną złą i pustą.
— Jest zadowolony, — rzekła Jane. — Idzie, jeśli się nie mylę, do jakiejś „zapowietrzonej aluzji“...
— Biedny chłopak! — rzekła z roztargnieniem Fanny.
— Och, mimo to... — odparła Jane. — Lepiej zrobisz, nie żałując ich.
Ta liczba mnoga zastanowiła Fanny. Trzask ognia i regularny szmer igły, uderzającej końcem, wprawiały ją w odrętwienie.
— Co ty szyjesz? — zapytała, zerwawszy się.
— Naprawiam moje grube rękawiczki, — rzekła Jane. — Strasznie twarda skóra... Niezniszczalne i bardzo pożyteczne w podróży...
— Ach tak!...
Fanny drgnęła, usłyszawszy słowo „podróż“. Marzyła o zimnie, o świszczącym wietrze, o białych i suchych wybrzeżach, widziała pokój hotelowy i nagą żarówkę na suficie. Nie należała do tych, które opuszczają dobrowolnie kraj, i nie wyobrażała sobie innej samotności, jak być popychaną z boku, i innego postanowienia jak czekanie.
Przeszedł kamerdyner, niosąc do łóżek butelkę wody mineralnej, pomarańcze i dwie szklanki.
„Pomarańcze i dwie szklanki...“ pomyślała Fanny. „To prawda, Farou wróci.“
Lękała się godzin nocnych, łóżek i złączonych ciał, Farou‘a i jego lubieżnej strategji, która nie była pozbawiona niebezpieczeństwa...
„Znam go“, myślała z pokorą Fanny. „Będzie się starał popisać jeszcze lepiej niż dzisiaj popołudniu... Och, to popołudnie...“
— Jane, — zawołała, — nie możesz mi powiedzieć...
Szyjąca zatrzymała się, z igłą w ręce. Nie włożyła ponownie na prawdziwą swoją twarz maski młodej, około trzydziestoletniej dziewczyny, i uśmiechała się ze zmarszczką zmartwienia na policzku.
— Wydaje mi się, Fanny, że teraz mogę ci powiedzieć wszystko...
— A więc powiedz mi, czy nie wydaje ci się, jak mnie, że Farou ukazał się dzisiaj niewiarygodnie... Że był...
Nie wytrzymała dłużej i wstała, potem krzyknęła z ulgą:
— Wydał mi się poniżej wszelkiej godności! Poniżej wszelkiej godności! Dlaczego on był poniżej wszelkiej godności?
— A jaki miał być? — odparła żywo Jane. — Myślałaś, że będzie udawał dowcipnego? Albo bił ciebie? Albo wyrzuci mnie przez okno?... Mężczyzna w tem położeniu?... Niema jednego na stu, któryby wyszedł z niego korzystnie, jeśli nie honorowo...
Pokiwała głową.
— To za trudne dla nich, — zakończyła bez komentarzy i jakby zachowując dla siebie najbardziej trzeźwe doświadczenie.
— Dlaczego? — zapytała słabo Fanny.
Jane przecięła nitkę zębami.
— Bo tak. Tak sobie. Wiesz, oni są bojaźliwi, — rzekła, używając ciągle tej nieuprzejmej liczby mnogiej — A powtóre są tak stworzeni, że w tem, co my nazywamy sceną, sprzeczką, dostrzegają natychmiast możliwość pozbycia się nas na zawsze...
Fanny nie odpowiedziała. Wywołała we wspomnieniach dawne i pełne młodości dnie, w których płakała i krzyczała z zazdrości przed milczącym, obojętnym Farou‘em, który wycofywał się na jeden z szczytów, z którego męski antagonizm patrzy, jak w próżni, kręci się i spada najdroższa jego własność, przeszkadzający mu zbytek... Przechadzała się od okna do okna, aby usunąć osłabienie, które, skórczyło całe jej ciało. Zatrzymała się przed Jane i spojrzała jej głęboko w oczy:
— Masz jakiś cel, mówiąc mi tak o Farou?
— Cel? Nie.
— Przynajmniej jakiś powód? Plan? No, jakiś zamiar, jakąś myśl!
Oparła obie ręce o biodra, o nędzną ciemnoróżową suknię, i wyrzucała nad Jane dym swoich włosów.
— Podejrzewasz mnie? — zapytała Jane, trzęsąc wargami.
— Nie! Nie podejrzewam ciebie jeszcze! Ale dlaczego mówisz źle o Farou?
Jane zmrużyła oczy, które utknęły w drzwiach pracowni, Ale, jak gdyby potrzeba jej było więcej słów aby wytłómaczyć mężczyznę niż aby go oskarżyć, chwyciła się oryginalnego oskarżenia.
— To z urazy, — oświadczyła, wytrzymując spojrzenie Fanny.
„Z urazy“, powtórzyła w duchu Fanny. „Tak samo więc zrobiła z Quemérem i Davidsonem?
Nie rozumiała, jak Jane mogła obchodzić się z Wielkim Farou‘em jak ze zwyczajnym Meyrowiczem, i dysponować tylko jedynem słowem „uraza“ na oznaczenie niewdzięczności i szyderczej surowości, jakiem samica wszystkich ras odpłaca się samcowi, któremu wymknęła się, nie bez szkody.
— Z urazy, — powtórzyła stanowczo Jane, — z urazy, cóż robić!... Nie rozumiesz jednak, co? Bo jesteś Fanny... Jesteś istotą zbyt uczciwą na to, moja droga... droga Fanny...
Odważyła się wkońcu ująć zwieszoną rękę i przycisnąć ją do swojego policzka. Ręka walczyła z trwogą, wyślizgiwała się, rozpłynęła się, aby się wymknąć i Jane wzięła znów do ręki igłę.
„Przyszła, — myślała Fanny przed czarną szybą, — przyszła w chwili, gdy muszę postanowić, czy mam odłączyć siłą rękę, na którą czekałam... Tę rękę, zaciśniętą dokoła przegubu mojej ręki, uśpioną w mojej dłoni, wgrzebaną pod mój łokieć, tę rękę na mojem ramieniu, tę rękę, małżonka mojej ręki, w czasie długich przechadzek wakacyjnych... Byłam pewna, że miałam do czynienia z tą ręką, która przynosi wełniany koc, podnosi kołnierz mego płaszcza, pielęgnuje moje włosy, z ręką, która napotykała moją rękę pod mokremi prześcieradłami małego chorego Farou‘a... I ta sama ręka, powalana atramentem do powielania, barwi fioletem palce Farou‘a i zdradza go przede mną“.
— Zimno jest między oknami, Fanny...
„Ale gdzie znajdę i jakiem prawem, — myślała dalej Fanny, marząc cierpliwie koło ognia — wagę, która odmierza to, co winnam tej ręce i to, co ona mi wzięła?...“
Zapadła w długie marzenie, chwilami bliskie snu, Kiedy otworzyła oczy i zwróciła je do ognia, powiodła wzrokiem po salonie, pełnych wysokich lamp i wielkich obrazów.
Jane położyła na jednym ze stołów pliki rękopisów i portfel na papiery. „Szpargały Farou’a“...
— Czy to wszystko, co jest wewnątrz, jest potrzebne? — zapytała Fanny.
Gładkie włosy, błyszczące jasnem złotem i srebrem, i młoda i znużona twarz, zbliżyły się do niej spiesznie.
— Wcale nie. Ale on chce, żeby to wszystko zachować. To jest jego manja. To jego rzecz. Wiesz, że nie zostawiam niczego w nieładzie...
Gorące milczenie zamknęło się, atakowane z zewnątrz przez głuche hałasy, chronione przez ciche i równe mruczenie ognia. Około godziny jedenastej Jane wstała i zaniosła pliki rękopisów i portfele do pracowni.
„Jutro, — myślała Fanny, — kiedy ona odejdzie, zostanę sama koło tego ognia, jak kobieta, która zakończyła wielki rozdział miłości. Czy Farou‘owi przyjdzie może na myśl towarzyszyć mi?... To będzie gorzej. Bo będzie się tłukł między oknem a kominkiem, rozsadzał przepierzenie lub spał, z głową napoprzek, w swoim fotelu. Albo też będzie pracował obok, szukając co chwila Jane i przeklinając nas oboje. Po tygodniu zastąpi ją inną... Ale ja jej nie zastąpię. On znajdzie sobie nieuchronnie swój ulubiony muzułmański rodzaj szczęścia. Odzyska niewinność i samotność i wróci do swego zawodu.
Ale z kim też ja będę mogła żyć we dwoje? Zamało jest nawet dwóch kobiet, aby być samą z Farou‘em... i przeciw Farou‘owi...“
Wstała z fotelu, szukała oczyma książki, rozrywki. Zielony stół był złożony i nie oczekiwał już stosu kart.
„Przed przybyciem Jane był tutaj, u mojego boku, mały, bardzo uprzejmy blondynek, który grał ze mną w karty... Długo jeszcze miał dwanaście lat. Straciłam tego chłopca. Był przemiły, a dźwięk jego głosu, jego skrytość, wątłe niegdyś jego zdrowie, wnosiły coś kobiecego do naszego domu, w którym będzie odtąd tylko Farou... Nie jestem już młoda, bogata i odważna, aby spać sama z Farouem — ani też zdała od Farou‘a....“
Zmuszała się, aby wytworzyć sobie jasny, wolny od małżeńskiego retuszu obraz Farou‘a. Ale szukała go, jak gdyby z przechyloną głową śledziła lot jednego z tych milczących ptaków, które krążą wielkiemi łukami dokoła gniazda i nie siadają w niem nigdy. Przebiegła w myślach niektóre uporczywe pary małżeńskie, usiłując odmierzyć udział mężczyzn, jaki potrafiły sobie zaanektować kobiety.
„Ba... Najpewniejszem ich posiadaniem jest to, że mówią o swoim mężczyźnie, skarżą się na niego, chlubią się nim i oczekują go. Ale to wszystko, co mówią publicznie, mogłoby się obejść doskonale bez obecności i istnienia mężczyzny...“
Zrozumiała, że oczerniała resztę czystej religji, której wyznawcy żyli tylko z oczekiwania boga i naiwności kultu, i zawróciła z drogi ku pomocy, jaką mogła otrzymać tylko z solidarności, nawet chwiejnej i zdradzieckiej, z solidarności kobiecej, burzonej nieustannie przez mężczyznę i nieustannie reformowanej kosztem mężczyzny... „Gdzie jest Jane?“
— Jane!
Jane przyszła natychmiast. Mimo zmęczenia, od którego twarz jej sposępniała, była gotowa czuwać, odpowiadać na wezwania, pracować skrupulatnie.
— Jane, czy nie chcesz iść spać?
— Nie przed tobą.
— Czekasz na Farou‘a?
— Nie bez ciebie.
Usiadła z drugiej strony kominka, naprzeciw Fanny, i rozgarniała troskliwie ogień. Słuchała dźwięków po północy i znieruchomiała, ponieważ jakiś powóz zwolnił biegu, przejeżdżając przez ulicę.
„Gdybym zdarła skórę z Jane, znalazłabym jeszcze pod naskórkiem Farou‘a“, pomyślała Fanny. „Jutro lub pojutrze to samo będzie ze mną, jeśli mnie ona urazi...“
Gruba brama domu zamknęła się w dole, potem drzwiczki windy na schodach. Jane spojrzała nerwowo na Fanny i wstała.
— Dokąd idziesz? To tylko Farou wraca, — rzekła Fanny, udając w przesadny sposób, że jest spokojna.
Ale blada Jane zdradziła przestrach i wybełkotała:
— Będzie scena... to takie przykre...
— Scena?... Farou‘owi? Moja droga, — rzekła Fanny, która odzyskiwała wyższość kobiety starszej, — nie myśl o tem. Dlaczego miałabym robić Farou‘owi scenę? I tak wmieszałyśmy zanadto Farou‘a do tego, co dotyczy wyłącznie nas. Obwiniam siebie o to, — dodała, zmuszając siebie nieco.
Słuchały długo próbowania klucza. Kroki w przedpokoju skierowały się do pracowni, zatrzymały się i zawróciły, jakby zamyślone, do salonu. Potem zmieniły wyraz, stały się lekkie i ucichły...
— Odchodzi, — rzekła cichutko Fanny.
— Zobaczył światło pod drzwiami... Powinnaś może pójść do niego? — podszepnęła Jane.
Fanny wzruszyła ramionami. Podniosła dziesięcioma palcami gęsty zwój swoich włosów na karku, aby je odświeżyć, zbliżyła do ognia nogi i obrała z łupki pomarańczę.
— Nic pilnego, — rzekła wkońcu. — Mamy wszyscy czas. Czy jest bardzo późno?
— Nie, nie... Ledwie wpół do pierwszej, — zapewniła Jane. — Tutaj jest tak dobrze, — rzekła z ukrytym lękiem. — Jutro, ja...
— Cicho, Jane! Kto ci kąże myśleć o jutrze? Jutro jest takim samym dniem jak inne dnie. Jest ładnie na dworze...
Zamieniły z sobą tylko rzadkie i pospolite słowa. Jedna udawała, że czyta, druga, że szyje i obie pragnęły milczeć, dać wypocząć i opaść siłom, którym mężczyzna nie stawił czoła, i znowu karmić w milczeniu ledwie narodzony, wątły ich spokój.