Przejdź do zawartości

Ta druga/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Ta druga
Wydawca Wydawnictwo „Globus“
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia „Sztuka“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Bukowski
Tytuł orygin. La seconde
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

— Będziemy tylko my, Farou?
— Naturalnie. Cellerier przyjdzie również, nie mogłem jej tego odmówić.
— Dlaczego?
— Posiada pewien wpływ — oficjalny! — w Komedji Francuskiej...
— Pozuje wszędzie na wpływową osobistość, — wtrąciła Jane.
— Jeśli „Skradzione winogrona“ przejdą z teatru Gymnase, gdzie są zaszpuntowane od trzech lat, do Komedji Francuskiej... chciałbym, aby Cellerier była po mojej stronie...
— Ach, tak... I kto będzie jeszcze?
— Panie krawczynie, panowie modyści... Perugia... Pewien agent amerykański, dwa osobniki z teatrów niemieckich.,. Fotografowie... Silvestre przyprowadza również kilka osób... I Van Dongen, ponieważ maluje portret Estery Merya.
— No, tak... — rzekła dotknięta Fanny. — Reprezentacja krawczyń. Cały Paryż. Należało mi o tem powiedzieć. Och, ten telefon!...
Zdumiony Farou spojrzał na swoją żonę. Nie widział jeszcze nigdy, aby drżała i zmieniła humor z powodu jakiejś nowej sztuki. Telefon więził Jane od rana, opartą na łokciach z słuchawką przy uszach.
— Krytyk „Echa Przedmieścia“ żąda wolnego biletu w drugim rzędzie, — donosiła Jane.
Farou nie raczył odpowiadać. Leniwy, bez przejścia i pobłażliwości, przebył powolne i przykre popołudnie.
— Dlaczego nie poszedłeś tam dzisiaj?...
Uśmiechnął się wymuszonym uśmiechem.
— Ponieważ nikt mnie już więcej nie potrzebuje... Jane, niech pani zapytuje, kto dzwoni. Ernest jest taki głupi... Potem zadzwoni pani do biura Silvestra... Czy przygotowano kwiaty?... Czy pamiętano o czerwonych różach dla Estery?
— Tak, — rzekła Jane.
— O cygarach dla Marsana i portfelu na bilety wizytowe Caretty?
— Tak, — rzekła Jane.
— A loża dla Abel Hermanta? Czy zarządziła pani, aby...
— Tak, — rzekła Jane. — Zmieniłam na lożę parterową, którą lubi...
— Co to są za papiery pod tym kryształowym przyciskaczem?
— Naturalnie prośby o miejsca.
Farou zainteresował się tem w sposób pedantyczny.
— Ależ ja ich nie widziałem! Trzeba mi je zawsze pokazywać! Zawsze! Na co pani czekała?
Jane podała mu papiery, ale Farou odsunął je. Milcząca Fanny słuchała.
— Należy się spodziewać deszczu, co? — rzekł Farou, podrywając się.
— Tak, — rzekła Jane. — Ale barometr podnosi się.
— Która jest godzina? — zapytała wśród milczenia Fanny.
— Och, Fanny! — zazgrzytał Farou. — Jeszcze ciągle jest za wcześnie! Już samo słynne przebieranie się Estery w drugim akcie wypełni tego wieczora godzinę prób, krzyków i nerwowych ataków... Myślę, że przegryziemy coś przedtem? Jeśli Jan nie wrócił jeszcze, chcę, ażeby nie czekać na niego.
— Jan przyjdzie do nas do Wodewilu, — rzekła Fanny.
— A gdzie on je obiad?
— Z swoim komitetem.
— On ma komitet?
— Ma już siedmnaście lat.
Ilekroć Fanny objawiała zły humor, Farou podnosił brwi i nie uśmiechał się.
— Gdybym była wiedziała, że będzie tyle ludzi, byłabym się ubrała, — rzekła Fanny. — Silvestre będzie w sali?
— Tak, — odparł Farou. — I na scenie. A również w swojem biurze, podobnie jak we fryzach i w budce suflera.
— Co on mówi o sztuce?
— Nie wiem.
— Jakto, nie wiesz?
— Nie, nie rozmawiamy już ze sobą.
— Ależ ty mi nic o tem nie powiedziałeś! Dlaczego?
— Jesteśmy w przededniu premiery, próby trwają czternaście dni, on jest dyrektorem. Innego powodu niema.
Bębnił w szyby, poprzecinane pręgami długich łez deszczu. Ziewnął żałośnie:
— Skończyć sztukę, to nie jest takie wesołe, jak się wydaje.


Po podniesieniu kurtyny ciągnęła się na scenie w nieskończoność dyskusja między maszynistami a dekoratorem. Trwała już pół godziny i mogła nie skończyć się nigdy, bo opasły kierownik maszynistów, o słodkim głosie, nie przekraczał ani tonu ani wyrażeń uprzejmości. Dekorator, podobny do Barresa, upierał się przy swojem i popisywał się niemożliwą do użycia grzecznością. Jane i Fanny, które siedziały w loże parterowej, znały już na pamięć wszystkie szczegóły dekoracji pierwszego aktu, wyszczególniającej się autentycznemi, staremi meblami, angielską zastawą srebrną, książkami oprawionemi na sposób,,do użycia“ i cofnęły się w głąb loży, wsunąwszy brody w futrzane kołnierze i zgarbiwszy plecy jak na peronie dworca. Około godziny wpół do dziesiątej wślizgnął się do nich Jan Farou i zapytał: „Jeszcze się nie zaczęło?“ W odpowiedzi otrzymał tylko jakieś niejasne znaki. Dekorator przerwał swój djalog i zwróciwszy się w stronę widowni krzyknął przez tubę do czarnej pustki, przeciętej równoległemi falami pokrowców:
— Pan Silvestre jest na widowni?
Po pewnym czasie, który wydał się bardzo długi, padło zdanie z ust bujającego wysoko i niewidzialnego serafina:
— Nie przyszedł jeszcze...
Deszcz trzaskał regularnie o kopułę.
— Co się właściwie robi? — zapytał Jan.
— Czeka się, — odparła Jane. — Ach, otc jest Farou!
Scena powiększyła go. Zamienił kilka słów z nieczułym dekoratorem, zaciągnął do kąta nadętego i zmiennego kierownika maszynistów, który wyszedł i przyprowadził dwóch chudych maszynistów. Dzięki ich staraniom znikła błękitna kanapa, zastawiona chińskim stolikiem. Zastąpiło ją ministerjalne biurko i dwa krzesła. Wówczas dekorator zmiótł z czoła swój barresowski kosmyk włosów, włożył kapelusz i opuścił scenę. Farou wyłowił z szerokiego kosza, który podał mu rekwizytor, mały zegar ścienny w stylu Ludwika XIV, porcelanowy wazon japoński, lichtarz biurowy, który wydawał się srebrny, i bibularz z safjanowej skóry. Poustawiał cacka na meblach, poprawił sztuczne róże w wazonie. Cofnął się na krok, aby sprawdzić wrażenie, posunął jakiś mebel, unormował równowagę jakiegoś kwiatu, Fanny śledziła tę błahą pracę bez życzliwości, jak gdyby patrzyła na Farou‘a sporządzającego damskie kapelusze lub haftującego na tamburku. Jane dotknęła jej ramienia.
— Zobaczysz, że zapomną włożyć do szuflady lak do pieczętowania...
Fanny spostrzegła, że Jane jest poważna i pilnie uważająca i usiłowała ją z zazdrości naśladować.
Ze zbitej grupki na środku widowni, stojącej do koła aparatów fotograficznych, podniosła się ręka w białej rękawiczce.
— To Cellerier daje ci znak, że jest tutaj, — rzekła Jane.
— Cellerier i kto jeszcze?
— Zapewne ludzie, których przyprowadziła...
— Ten tupet! — rzekł Jan.
— Kierowniczki magazynów krawieckich są nieco dalej, pod balkonem. Meryan jest ubrana, Dorilys również... Pytam się więc, na co się czeka?
Gryzł paznokieć wielkiego palca, Fanny, dotknięta nerwowym atakiem nieustannego ziewania, zaciskała płaszcz na ramionach i zakładała go na krzyż na nogach. Jan Farou wyszedł z loży parterowej i wrócił, niosąc białawe cukierki o smaku starego octu. Drobnemi krokami tańca w bok zaproszeni wsuwali się między rzędy foteli, pozdrawiając się cicho, jak w kościele.
Z ziejących paszcz lóż parterowych, które wydawały się Fanny puste, dobywał się kaszel, śmiech, trzask zamykanej torebki.
Na scenie, między dwoma skrzydłami drzwi, wychyliła się głowa kobiety, zaświeciła wszystkimi barwami bukietu i cofnęła się natychmiast.
— To Merya, — rzekła cichutko Jane.
— Jest blondynką, — zauważył Jan.
— I dobrze uszminkowana. Miałeś czas zauważyć?
— Tak, Wspaniale, Odmłodniała o dziesięć lat. Tak mi się przynajmniej zdawało.
Szeptali nerwowo. Jan, nachylony ku Jane w niewygodnej loży, dotykał ją ramieniem, kolanami, wchłaniał powietrze przesycone jej zapachem i ciepłem blondynki. Rozbrajała go ciemność, ale stłumił syczący śmiech, gdy ojciec przeszedł przez scenę, niosąc poważnie na ramieniu szal hiszpański.
— Ach, oto jest Marsan z Farouem... Lubisz żakiet Marsana?
— Nie można lubić żakiet. Dlaczego jest on w żakiecie?
— On jest pocieszny! — oświadczył Jan z wyżyn swego nowiutkiego ubrania.
— Fanny, przypominasz sobie, jak pękałaś ze śmiechu na próbie kostjumowej „Atalanty?“
— Pękałam ze śmiechu?
— Tak, z powodu kurtki domowej Graulta, moja droga, z tej jego kurtki uwodziciela! Nie mogłaś się powstrzymać!
„Pękałam ze śmiechu... Śmiałam się jak szalona. Tak, chcę jeszcze śmiać się jak szalona. Przebędę stan, w jakim się znajduję, to się przechodzi jak chorobę... Chcę...“
— Wchodzi Merya, — szepnęła Jane. — Och, to świetna suknia! Fanny, zobacz suknię Meryi... Hm?
— Urok czarnego koloru...
— Mamo, czy pójdziesz po pierwszym do loży Estery Meryi? Będę mógł pójść z tobą?
— Nie, nie, — rzekła żywo Fanny, otulając się w płaszcz i cofając biust. — Nie pójdę. Idź z swoim ojcem.
— Ona się nazywa Mayer, prawda mamo?
— Naturalnie.
Widziała, jak twarz młodego chłopca rozjaśniała się mimowoli zanurzała się w fałszywem świetle teatru, z chwilą pojawienia się dwóch lub trzech postaci teatralnych o stylu arbitralnym. Uprawiał zawodowo krańcową obojętność i niechęć dla zawodu Farou‘a. Ale w obliczu aktorki i aktora, szminek, dusznych lóź, celebrowania i przygotowywania obrzędów teatralnych, stawał się znów olśnionem dzieckiem.
— Farou jest zielony, — zauważyła Jane.
— Z powodu kontrastu, — rzekła Fanny. — Marsan namalował sobie cerę kolonialną. Co za pocieszny pomysł!
— To go robi bardziej męskim.
— Tak? — zapytał lękliwie Jan.
Fanny uśmiechnęła się, patrząc na Jana, naiwnego z swoją namiętnością i wrogością, i przywiązującego poważne znaczenie do najmniejszych wyroków Jane, Kurtyna opadła. Surowy głos zażądał ciszy i dodał:
— Proszę osoby, niebiorące udziału w sztuce, aby zechciały opuścić scenę.
— Kto to mówi? — zapytała Fanny.
— Loża w głębi, — rzekł Jan. — Ta, która ma wielki czarny otwór. Przyszedł Silvestre, Te „osoby niebiorące udziału w sztuce“, to mój ojciec.
„Brygadjer“ uderzył szybko dwanaście razy, potem trzy razy uroczyście, Mały kłębek leniwego prochu przewinął się tuż nad podłogą pod kurtyną. Ukazało się znów poważne umeblowanie i zaczęła się próba. Chcąc słuchać, Fanny oparła skroń o przepierzenie i zamknęła oczy. Otworzyła je, usłyszawszy stłumiony okrzyk Jane:
— Ach!... Sfuszerowała ten krzyk! Całe szczęście, że fuszeruje dzisiaj!... Ale taka rutynowana kobieta, to nie do wybaczenia! Farou musi być w podłym humorze! Co ty na to, Fanny?
Fanny nie powiedziała nic. Obudziła się z głębokiego snu, który wydał się jej krótki. „Czy to możliwe... Spałam...“ Mierzyła odosabniającą ją gęstość zmartwienia. Powtórzyła, naśladując Jane, w czasie gdy opadała kurtyna:
— Tak, istotnie, to nie do wybaczenia...
Trochę światła wróciło na widownię. Blada Jane gryzła z wściekłością paznokieć swego wielkiego palca. Drzwi loży parterowej otworzyły się pod odzianą w rękawiczkę pięścią Klary Cellerier.
— To niema żadnego znaczenia, moje dzieci! — zawołała. — Tylko, żeby uważała jutro. Taka stara rutynowana aktorka jak ja, wie, skąd pochodzą te czysto głosowe przypadki. Zbyt ogrzane garderoby, ot co. I zmęczenie też... Gdyby Merya była włożyła nieco bardziej swój głos w grę — rozumiecie? „him, him, him“, o tak — nie byłby się wydarzył kiks... Uf, to już przeszło.
Usiadła. Mętne i słabe światło pozbawiło ją żywych kolorów i zmniejszyło jej twarz do wielkich cienistych jam w oczach i głębokiego parowu ust. Fanny wyobrażała sobie przez chwilę, że sen jej trwał należycie długo, aby postarzeć Klarę Cellerier o dwadzieścia lat.
— Mówmy o sztuce. Do kroćset, co za dzieło! Ten bezpośredni sposób wchodzenia w środek tematu, co? Farou to drapieżnik. Co za rozmach! Muszę przyznać, że Marsan jest pierwszorzędny. Ale mówiąc między nami, Fanny, kiedy Merya odpowiada mu prosto z mostu: „Tyle kobiet przychodziło do tego biura, aby błagać o ratunek, ale ja nie wyjdę z niego, nie zgubiwszy jednego z nas dwojga“, czy nie uważa pani, że to... zdradza zbyt wcześnie sztukę? Co?
Fanny zaczerwieniła się w ciemności. Te odpowiedzi nie dotknęły jej snu, Jane odpowiedziała przed nią z zapałem:
— Och, pani, taka kobieta, jak piękna pani Houcquart, nie może mówić inaczej! Jest zbyt wytworna, aby zdradzić swoje machinacje.
— Pani Houquart, to nie jest chucherko ani niewiniątko, — potwierdził Jan. — Nie poniża się do tego, aby brać się na sposoby z takim osobnikiem jak Brane-Ursine! Prawda, mamo?
— Zagłuszacie mnie wszyscy! Muszę widzieć sztukę przynajmniej dwa razy... Nie orjentuję się tak szybko, — rzekła tchórzliwie Fanny.
Lękała się przybycia Farou‘a. Wszedł niebawem. Nie wydawał się zdenerwowany, niespokojny, ani nawet rozczarowany. Może zażywał już tego odrażającego przygnębienia, które oddalało go po pierwszem przedstawieniu od teatrów, grających jego sztuki.
— Dzień dobry, Klaro!... Poszło dobrze, prawda? Z wyjątkiem „vox faucibus“ Meryi — szkody czysto materjalnej...
Klara zawiesiła się u jego ramion i uścisnęła go.
— Co za dzieło! Co za budowa! Prawdziwy granitowy Farou!
Farou szukał wzroku Fanny.
— Och! — ustąpił miękko, — to jest może tylko zwyczajny brykiet... Fanny podoba ci się, czy nie?
Ujęła go za ręce, ścisnęła je i usiłowała zadowolnić go egzaltowanem milczeniem.
— Powiesz mi to później... Jesteś najsurowszym moim sędzią... Drżę...
Żartował z niepewną miną i Fanny dostrzegła, że pozbył się arogancji. Nienawidziła u Farou a wszystkiego, co przypominało upokorzenie, i wsiadła, na swego pasierba:
— Cóż to, Janie? Nie mówisz nic Wielkiemu Farou? Byłeś przecież przed chwilą dość podniecony! Nie mogłam ich uspokoić, — rzekła, wskazując Jana i Jane.
— Och, brawo, papo, brawo! — zawołał zakłopotany Jan.
— Tak? — rzekł z roztargnieniem Farou... — Czekajmy na koniec... Jesteście bardzo uprzejmi... Teraz, moje dzieci, wracam do moich durniów.
— Gdyby Marsan pana usłyszał! — rzekła Klara, parsknąwszy śmiechem.
Fotografowie zawiesili w orkiestrze obwisłe baloniki z magnezją i Klara ziewnęła:
— To będzie trwać długo... Gdybyśmy tak wyszli zapalić papierosa i napić się grogu?
— Nie, nie, — rzekła żywo Fanny.
Poprawiła się:
— Przynajmniej ja nie. Jestem zmarznięta, podniecona... Idźcie w trójkę, ja wypocznę... Tak, tak, idźcie!
Zostawszy sama, oparła znowu skroń o przepierzenie i czekała cierpliwie. Łudziła ją niedola. Raz chciałaby mieć zmartwienie młodej dziewczyny, pełne głośnych krzyków, dzikie, wyjęte z pod wszelikch względów ludzkich, to znów żałowała swojej lekkomyślności w ubiegłym roku, przykrej tajemnicy przebaczeń, udzielanych Farou‘owi. Nie wybaczała swojemu zmartwieniu, że zajmowała miejsce między rozpaczą a obojętnością, w duchowej sferze, dopuszczającej rozrywki, przyjemności, skrupuły i wynagrodzenia. Dziwiła się nieustannie, że zdrada nie zmieniła w jej oczach Farou‘a, a nawet samą Jane...
„Poza tem, że nie mogę znieść tego, nie czuję do niego urazy... Nie sądzę zresztą, abym czuła do niego urazę...“
Wróciła Klara Cellerier, poprzedzając Jane.
— Pani spała, piękna melancholiczko? Nie przeszkadzam pani... Nie? Podam pani ostatnie wiadomości: Marsan ma początki zanokcicy i gorączki... Dorilys i Bizet mówią — co tam mówią! one wprost wyją — że Choquart zaangażował je tutaj poto, aby je mieć wygodniej obie do dyspozycji... Gdyby pani widziała, jak je Farou uspokajał! Trzymał jedną ręką Dorylis, a drugą Bizet. Korzystały naturalnie obie z sytuacji, szczególniej Dorilys. Moźna było skonać ze śmiechu...
„Skoro się niema przyjaciółek, myślała Fanny, kogo prosić o radę? Nikogo. Zresztą, co jest warta, rada przyjaciółki? Ta stara Klara udzieliłaby mi rady, tak zgodnej z tradycjami, z jej tradycjami, że czuję już naprzód obrzydzenie... Udzieliłaby mi rady Francillona lub Mimi...
— Deszcz nie pada już! — zawołała Jane. — Wiedziałam dobrze, że barometr nie kłamał!... Jest pogoda...
Wniosła z sobą świeżość, wilgoć i zapach sadzy paryskiego deszczu. Zimna jej ręka dotknęła natychmiast ręki Fanny.
— Fanny, już zaczynają. Wie pani, pani Cellerier! Silvestre powiedział, że każe zgilotynować każdego, kto otworzy drzwi lub spuści straponten po podniesieniu kurtyny... Akt drugi i trzeci gra się w tych samych dekoracjach, można się więc spodziewać, że skończy się najpóźniej o godzinie drugiej... Zostawiłam Jana Farou z jednym z synów Silvestra. Ale ponieważ są bliźniakami, nie wiem z którym...
Nachyliła się nad Fanny, szukając jej pod krysami kapelusza.
— Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że nie czujesz się dobrze... Nie jestem spokojna. Nie lubię zostawiać ciebie samej... Proszę, masz tutaj bukiecik fiołków. Brak mu tylko zapachu fiołkowego...
Fanny wzięła bukiecik, nie patrząc nań, malutki bukiecik, operlony wodą, sztywny, jeszcze żywy i przepojony wonią bagna, jak dzikie zwierzątko. Podziękowała skinieniem głowy, uśmiechem zamkniętych ust. U boku jej usiadła jedyna istota ludzka, z którą mogła mówić i być rozumianą. Otuliła się silniej w płaszcz i zrobiła Jane miejsce.
— W sąsiedniej kawiarni mówią, że to zapowiada się jako rzecz bardzo silna...
— Tak, tak... Na odmianę.
— Na odmianę?
— No tak, tak... „Rzecz bardzo silna... Trzeci akt mocno zbudowany... Niezachwiana ręka prowadzi osoby dramatu do końca...“ Czytaliśmy te frazesy. Znasz je lepiej ode mnie, bo nalepiasz wycinki z gazet... Ta „siła“ Farou‘a, to... Farou z krwi i kości... To jego fizyczny wygląd... Myślałam zawsze, że gdyby Farou był cherlakiem, czytalibyśmy coś innego: „Niesłychana subtelność... Ironia o tysiącu ukłóciach...“ Czy nie tak? Powiedz.
— Co sądzi Farou o twoim sposobie zapatrywania? Mówiłaś mu o tem?
— Z Farouem niełatwo rozmawiać. Nie zauważyłaś tego nigdy?
— Tak, — rzekła Jane.
Podniosła się kurtyna. Na scenie Merya i Doril lys, ta nastawiając wysoko swój głos, tamta grająca nieco wytartym aksamitem kontralta, odtwarzały główną scenę. Jedna chciała zatrzymać kochanka, którego nie poślubi, druga walczyła o to, aby ten sam mężczyzna należał do niej. Wśród kilkudziesięciu widzów rozległy się dwukrotnie, tu i tam, odosobnione, mocne oklaski, jak strączki janowca ogarnięte ogniem.
— Dobrze zagrane, — szepnęła Jane.
Obie aktorki podwoiły fałszywą zimną krew i udaną pewność siebie. Czuły już sukces jutra. Gra ich zabarwiła się tym nadmiarem naturalności i przekonania, które doprowadza teatr do najbardziej pospolitych entuzjazmów. Fanny usłyszała głos Klary Cellerier, wołający: „Brawo!“ w czasie przerwy, którą Farou zrobił umyślnie poto, aby krzyczano: „Brawo!“ i przykry djalog zaczął się znowu. Fanny słuchała tym razem z lekceważeniem.
„Może on myśli naprawdę, że to mogłoby się tak dziać w rzeczywistości. Śmiać mi się chce“.
Rzuciła ukradkiem zasłonięty wzrok aż ku Jane, nie odwracając głowy. Jane gryzła paznokieć a rzęsy jej drgały.
„Jest wzruszona... Może ona myśli również, że to może dziać się w ten sposób... Jakiż należałoby wybrać dzień, aby się dowiedziała, abym ja dowiedziała się sama, że to się tak nie dzieje?...“
Tragiczne krzyki uraziły jej uszy. Merya mdlała przed Dorilys, która stała sztywna, zapatrzona, wyprostowana, jak Joanna d‘Arc i urągała jej:
„— Pani nie wie, co to jest młoda dziewczyna... Całą nienaruszoną siłę, całą nieświadomość, jaką mam w sobie, wszystko, co mogę zrobić najgorszego i stworzyć najlepszego, ciskam przeciw pani, rzucam do walki o niego!...“
W głębi swojej duszy Fanny widziała dwie rzeczywiste kobiety, ponure, powściągliwe, dbające o to, aby powstrzymać wybuchy głosu, unikać ciekawości służby, zachować pozory... Przeniknął ją dreszcz zimna. Jakaś ręka wsunęła się za jej plecy, podniosła futrzany jej kołnierz, potem wślizgnęła się pod jej ramię i zatrzymała się w zgięciu łokcia jak uśpiona.
„Zawsze ta ręka... Co zrobić z tą ręką? A jeśli w najbliższym dniu przyjdzie mi odrzucić tę rękę, otworzyć siłą palce, które zacisną się kurczowo dokoła mego ramienia, dokoła materji mojej sukni?...“
Ta nieruchoma ręka zajmowała ją bardziej niż koniec aktu. Natomiast Jane ogarniała surową czujnością każdy krok aktorów, jak gdyby czuła się winna, że źle słyszy. Jan Farou wrócił cicho i usiadł na miejscu w rogu, które uwolniła Jane, przytulona do Fanny, i żył jedynie dla tych splecionych ramion, przeklinając je i wzywając brutalnie spojrzeniem Fanny, aby puściła ramię, które się schroniło. Milcząca i uparta Fanny walczyła i kurtyna opadła, zanim powzięła postanowienie.
— Och!... Brawo! — zawołała Jane, spóźniwszy się o sekundę.
Kurtyna funkcjonowała jak na próbie generalnej. Merya popisywała się już wszystkiemi oznakami zniszczenia, które przyniesie jej zaszczyt jutro, a Dorilys kłaniała się i stawała się znów niezniszczalną dziewicą, na którą teatr może liczyć jeszcze ćwierć wieku.
Trzeci i czwarty akt, złączone w dwa obrazy, wyczerpały cierpliwość i siły Fanny. Przeszła połowa nocy. Nieporządek, szanujący zwyczaje, nałogowe opierania się i klasyczne wypadki materjalne, opóźnił godzinę, w której uwolniony Farou, obojętny jak wobec każdego swego dzieła, które rzucał dojrzałe tłumowi, mógł wkońcu powiedzieć:
— Nic mnie tu więcej nie obchodzi.
Fanny, Jane i Jan Farou znaleźli go na scenie. Stojący koło niego reżyser spisywał:
— Lak do pieczętowania, zapomniany w pierwszym akcie, kieszonkowa lampa elektryczna, która się nie zapaliła, w drugim akcie; dzwonek u drzwi wejściowych w trzecim; kawa, która się nie dymiła w filiżance, również w trzecim; światło księżyca, które musi być mniej błękitne (to stwierdzone z JuIjanem) i telefon, którego model trzeba zmienić... Czy jeszcze coś, panie Farou?
— Nie... Nie, mój drogi... Ach, abażur w drugim akcie... Zbyt krótki daszek: publiczności w pierwszym rzędzie świecić będzie żarówka prosto w oczy...
— Zanotował to już pan Silvestre.
— Nie widzę nic więcej... Dobrej nocy, mój drogi! I dziękuję.
Zachował cierpliwość do końca. Ale oczy jego latały z żywością pozbawioną wyrazu na prawo i lewo po scenie, uprzątniętej jak pod dotknięciem różdżki czarodziejskiej.
— Gdzie są oni? — zapytała Fanny. — Gdzie są oni wszyscy?
— Kto?
— No.. Merya, Chouquart, Dorilys, Marsan...
— Poszli.
— Jakto?... To niemożliwe, kurtyna przed chwilą zapadła... Chciałam...
Farou wzruszył ramionami, otulając szyję w wełniany szal.
— Mówię ci, że poszli. Uf!... Są świetni, ale nie mogę patrzeć na nich dłużej... aż do jutra. I oni nie mogą patrzeć dłużej na mnie. Mamy siebie wzajemnie po uszy, zrozumże to...
Wsunął ręce pod łokcie obu kobiet i pociągnął je z sobą.
— To będzie wielki sukces, — rzekła zamyślonym tonem Fanny.
Chciała wydać sąd bez zapału i oddać sprawiedliwość Farou‘owi, który pracował, jak zwyczajnie, sam i uczciwie. Ponieważ brakowało jej entuzjazmu, lubiła oceniać wartość pracy podług jej owoców.
— Tak, to będzie wielki sukces, — powtórzyła. — Wierzę w to.
Rozłączyli się, aby zejść po wysokich schodach. Farou szedł przodem, wywijając rękami. Jednym skokiem przebył trzy ostatnie stopnie i wyciągnął ramiona, aż trzasnęły. „Jaka szkoda!...“ westchnęła w duchu Fanny.
Wzdychała z jakimś niewytłomaczonym żalem ilekroć wyobrażała sobie uwięzionego w ciasnocie Farou‘a jako człowieka, władającego siekierą, prowadzącego lokomotywę, trzymającego lejce lub wiosła... Jan Farou postępował za niemi i rzucał na ściany cień o pochylonej głowie.
Farou poczuł na dworze deszczowe powietrze: „Ach, wracajmy pieszo!...“ Ale rzucił się jak kula w głąb swego wozu i nie ruszył się więcej.
Posadził Fanny z prawej strony, Jane z lewej. Obojętne jego ręce spoczęły z braku miejsca na jednem i drugiem ramieniu kobiecem. Jan Farou, siedzący na składanem siedzeniu, oglądał uporczywie ulice, puste o drugiej godzinie rano. Przy każdej latarni ręka Farou‘a, wisząca na ramieniu Jane, wynurzała się z ciemności i Fanny śledziła mimowoli za każdym powrotem światła tę zwieszoną rękę i uporczywy profil Jana.
— Wpół do trzeciej! — oznajmił Farou. — Jutro.. ohydny dzień.
— Och, nie! — zaprotestowała Jane, — zasłużony.
— Mimo to, umieramy z senności. Co, Janie?
— Umieramy, — potwierdziło słabe echo.
Fanny wydawała się droga długa i cierpiała znowu. Lękała się, aby jej własne naprężenie, trwoga Jane i nieprzejednane milczenie Jana nie ruszyły nagle zmieszane jak lody, przedwcześnie, przed przybyciem do domu, przed zamknięciem się drzwi... Farou ziewnął, wyciągnął swoje długie nogi, rzucił jakieś dwa czy trzy błahe słowa, powinszował sobie na widok zamglonej tarczy księżyca, przesuwającej się między chmurami i zapowiadającej pogodę. Nieczuły na inne, bardziej delikatne przepowiednie, zażegnywał jakimś litościwym szeptem wszystko to, co mogło zagrażać jego niezamąconej i patrjarchalnej niemoralności.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .