Ta druga/10
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Ta druga |
| Wydawca | Wydawnictwo „Globus“ |
| Data wyd. | 1930 |
| Druk | Drukarnia „Sztuka“ |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | Kazimierz Bukowski |
| Tytuł orygin. | La seconde |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Następne dnie przyniosły Fanny konieczne wstrząśnienie, pospolite nieprzewidziane wypadki: główna odtwórczyni roli, Estera Merya, przeziębiła się, Henryk Marsan wywichnął sobie nogę na fudze kulisowej. Nowa dekoracja, którą Farou odrzucił, a Silvestre narzucił, opóźniła z kolei próbę generalną. Po każdym wypadku Fanny stwierdzała bez gorączki:
— To samo było z „Atalantą“. To samo, co z „Skradzionemi winogronami...“
Ale łatwo zapominający i wrażliwy Farou, zrażony swoim ciągle przeglądanym tekstem, oburzał się naprawdę:
— Czy widziano gdzie podobny bigos? Gdzie? Jedźcie zobaczyć do Berlina, jedźcie do Londynu!... Co za nieład! Co za niedbalstwo!... Co za...
— I cóż robi w tem wszystkiem mała Irrigayen, — zapytała bez powodu Fanny.
— Kto taki?... Ach, tak... nie robi nic, dzięki Bogu! Biset objęła jej rolę.
„O!“ zdziwiła się Fanny. Przestała się dziwić, stwierdziwszy u Jane powrót i zwiększanie się zadowolenia, które rozjaśniało jej oczy, cerę i dźwięk jej głosu. Na najmniejsze wezwanie Fanny przybiegała z zapytaniem „Czego sobie życzysz, Fanny?“, podobna do młodej dziewczyny, jasnej, różowej, skrzydlatej i ruchliwej jak pszczoła. Tłumiona, ledwie uchwytna piosnka nie wydobywała się poza jej zamknięte usta. Gdy zapytana o coś odpowiedziała „Co, Fanny?“, zdradziła na swojej twarzy naiwność i nadzieję narzeczonej.
Tymczasem Farou — od chwili, gdy porzucił próby gry, światła i Esterę Merya — odzyskał łagodne usposobienie, raz równe, to znów tarzające się poniżej ziemi, uspokojone, złote spojrzenie, aż do owej woni, którą wydzielał, gdy był rozkosznie szczęśliwy, i Fanny sposępniała. Zdrada opuściła niższe piętra i wspinała się aż do niej. Przyjemność Farou‘a przestała być przygodą, kaprysem zrodzonym na ulicy, z ulicy, z teatru, zadawalnianą gdziekolwiekbądź. Dochodziła do dziecinnych roztrząsań stopni hierarchji wiarołomstwa:
„Mała Asselin, Virica, Irrigoyen i całe plugastwo, to obchodzi tylko Jane. Niechaj ona wścieka się ze złości, popłakuje po kątach i robi sceny Farou‘owi, — jeśli ma odwagę! Ale sama Jane, ale mój dom, moja domena kobiety, nie posiadającej niczego na własność...“
W czasie bezsennych nocy i po raz pierwszy pragnęła mieć pokój, w którym mogłaby spać i czuwać sama. Mieszkanie zawierało tylko jedyny „pokój dla przyjaciół“, który zajmowała Jane. Mały Farou spał w pokoju, który zwałby się, bez niego, buduarem pani. Fanny i jej mąż spali w nocy obok siebie: jedna rama, dzieło stolarstwa angielskiego z epoki Binga, ujmowała dwa ich bliźniacze łóżka. Oswojone ich ciała żeglowały razem w nocy od wielu lat. Niewierny i szablonowy Farou wymagał obecności i ciepłej nieruchomości Fanny, wiązki jej rozpostartych czarnych włosów, które mógł gnieść pełną pięścią, wyciągnąwszy w ciemności ramię... Sen jego lubił sen Fanny, jej wypukłe oczy, ciasno oprawione w szerokie powieki, głupie usta, kiedy spała, i całe jej ciało wybitnie kobiece, wyżłobione, górzyste, leżące na boku, z łokciami przy kolanach.
— Niema czegoś bardziej zamkniętego niż ty, kiedy śpisz, — mówił jej.
„Wymyślał mi od spania pod gołem niebem z powodu tej pozycji kurka od strzelby. Mawiał, że musiałam niegdyś wałęsać się po gościńcach i nocować w rowach...“
Zmartwiona, tchórzliwa, potem rozsądna i skryta, ufająca swojej twarzy, pełnej i delikatnej jak twarz dzieci i zdradzającej tylko wielkie wzburzenia wewnętrzne, tułała się między nudną boleścią a lękiem przed tem wszystkiem, co jest zewnętrznym nieporządkiem, krzykiem, wyznaniem, skurczem twarzy i ciał...
Zwracali jej uwagę przechodnie, sezonowi jak makrela lub jaskółka. Przechodzili przez szeroko rozwarte mieszkanie, oznajmiając, że burzliwy okres prób już jest bliski końca, że sztuka wkońcu ukaże się na scenie. Fanny widywała jak przez mgłę kolegę Farou‘a, specjalistę w oskarżaniu; słyszała za zamkniętemi drzwiami głośne i płaczliwe dochodzenia praw:
— Nie, mój drogi, muszę ci powiedzieć do oczu, że uprawiasz swój zawód, wykradając mi z przed nosa moje tematy lub przerabiając systematycznie te, które wprowadziłem na scenę z mniejszym lub większym szczęściem! Twoja „Niemożliwa niewinność“, to moja „Wojowniczka“. Co! każdy ma prawo do miłości w teatrze? Zgoda, mój drogi, ale to nie wyklucza tego, że są podobieństwa! Dość mam tego, że Flers i Croisset korzystają bezwstydnie z mojej „Rozyny“... Przyznaj, że mam zawsze pecha!...
— Nie masz nawet tego, — odparł Farou, który stawał się nagle, jak mawiała Fanny, „złym człowiekiem“.
Widywała młode aktorki, które zniżały głos, aby wywołać u Farou‘a podejrzenie konszachtów, grzmiące damy, bardzo pięknego młodego człowieka, który odszedł, nabrzmiały płaczem, jak róża deszczem.
— Co mu się stało? Co ty mu zrobiłeś, Farou? On płacze!
Farou zaśmiał się głośno.
— Myślę, że płacze! To Crescent.
— Kto?
— Crescent.
— Kto to jest Crescent?
Farou podniósł w górę ręce.
— Och, tylko ty jedna nie znasz historji Crescenta, Nie mam czasu, Zapytasz o to Jane...
Fanny nie dowiedziała się nigdy, jaka była historja Crescenta... Przychodzili w końcu reporterzy, specjaliści od przedpremier i fotografowie. Tym i tamtym ukazywał Farou grymas fauna w słońcu, stojąc oparty dwiema pięściami o biurko... Przychodzili, osobno, Henryk Marsan i Estera Merya, bohaterzy sztuki, którzy oskarżali się wzajemnie. Przychodzili marni aktorzy o twarzach woźnych, którzy od miesiąca robili skrupulatnie i skromnie próby, a na cztery miesiące przed premierą oświadczali, że nie będą grać „w tych warunkach“.
— W jakich warunkach, Farou?
Farou wykonywał gest despotycznej obojętności.
— Nie wiem. „W tych warunkach...“ „Tymczasem...“ „Na dowód, że...“ Są to dodatkowe i obowiązkowe formułki.
— Czy to sprawa poważna?
— Ależ nie, moja Fanny. Boże, jaka ty jesteś łatwowierna. Jest to zupełnie normalne. Będą grać i to bardzo dobrze.
— A więc poco to robią?
— Poco?... A chimery, Fanny? A potrzeba wywyższenia się w moich i własnych oczach?
Zmienił ton, mówił sucho.
— Fanny, pojutrze przyjdziesz na moją ostatnią próbę. Jeśli zobaczysz mego syna, będziesz tak uprzejma i powiesz mu, że może ci towarzyszyć.
— A Jane?
— Jest już uwiadomiona.
„To jest konwokacja, pomyślała Fanny, to nie jest zaproszenie. Trzeba to rozróżnić. Dlaczego przybiera taki ton, kiedy decyduje się pokazać mi nową sztukę? „Z lękliwości“, powiedziałby Jan Farou.“
— Stwierdzisz z pewnością z zadowoleniem, że skróciłem scenę z kasą ogniotrwałą... Branc-Ursine kradnie wprawdzie listy, ale za kulisami, w sąsiednim pokoju.
Farmy powstrzymała się od wybuchu głośnego śmiechu, przygryzła wewnątrz policzki. Farou uważał za stosowne mówić jej o swoich sztukach tonem kwaśnego mentorstwa.
„Z lękliwości“, myślała znowu Fanny. „To nieprzejednane dziecko miało rację.“
Ale zaczęła znów śmiać się w duchu.
„Kradnie za kulisami... Rozkoszne!“
— W ten sposób, — ciągnął dalej Farou, mówiąc jak do czarnej tablicy, — publiczność jest należycie poinformowana, widząc w jego rękach plik listów, a niema gra może wywrzeć większe wrażenie niż krzyk... Kurtyna zapada... Rozumiesz? — zakończył z ulgą.
— Doskonale! Doskonale! — zaaprobowała Fanny. — Znacznie lepiej! Znacznie mniej...
— Tak, tak, wiem, — przerwał Farou. — Idź do swojej „końcowej próby“, do swojej próby — Fanny. Wystroisz się?
Udała Andaluzyjkę o aksamitnem oku pod czarną wstążką.
— Demoniczna! Demoniczna i dyskretna! Koronka, skóra pod koronką, tort z czerwonego koralu w samym środku gorsetu... Zupełnie jak twoja babka?
— Do licha! Będę się kochał z moją babką!
Przypomniała sobie znacznie później, że w owym dniu miał błędne oczy, nerwową drgawkę w prawej powiece, straszliwe pragnienie wyjazdu na wakacje, wulgarności, błazeństw, pijatyki, widoczne przez mgłę przemęczenia.
Uśmiechnął się do Fanny po kobiecemu i zniżył głos:
— Mówią, że w Aubert jest taki piękny film...
I zlitowała się nad nim, uświadomiwszy sobie, że brak mu było snu, wolności, wygodnych posiłków, świeżego powietrza, i że mimo to nie uchylał się od odpowiedzialności ani od zawodowej pańszczyzny.
— Nie idziesz tam dzisiaj po południu?
— Za żadne skarby! Pójdę tylko dziś wieczorem. Robią zresztą próby lepiej beze mnie. Krępuję ich raczej... Tak, krępuję ich, — rzekł ze smutkiem. — To dziwne, nie mogę nigdy być im użyteczny aż do końca...
— A zatem wypocznij, wygodnie... Jane, pójdziesz ze mną do końcowej próby? — krzyknęła.
Jane wyłoniła się z jadalni, z zakasanemi rękawami, z fartuszkiem przywiązanym do spódnicy, bardzo piękna.
— Fanny, ty masz gorączkę! A co będzie robiła nowa pokojówka? Nie umie nawet nakryć do stołu! A powtóre przeprasowuję kombinacje...
Dotykała palcem żelazka, chwyciwszy je za koniec lonży elektrycznej i Fanny wyszła sama.
Wróciła, zmęczona odgrywaniem roli „żony autora“ przed młodemi lodowatemi pannami sklepowemi i staremi lirycznemi sprzedawczyniami, ruchliwemi, przystrojonemi kitami białych i rudych włosów, pełnemi sztucznych wzruszeń, krwiożerczych plotek, rozpalonemi niemodną namiętnością do teatru, artystów i „bulwarowych sztuk“. Zadawały Fanny setki pytań, zatrzymując się jakby cudem na krawędzi najbardziej obelżywej niedyskrecji. Lubiła te stare kobiety, sprytne, pełne złośliwości, szatańskie i macierzyńskie jak pomocnice piekła dla powracających do zdrowia potępieńców.
Kiedy Fanny wróciła mieszkanie tchnęło czystem powietrzem. Zapach octu Toaletowego oznajmiał już w przedpokoju, że Farou orzeźwił się kąpielą. Śpiewał w dali, przechodząc nieustannie z pracowni do łazienki, niegdyś białej, pożółkłej, o staromodnym komforcie.
Nowa pokojówka, pełna gorliwości przez pierwsze czterdzieści ośm godzin, kroczyła za kamerdynerem i odbierała polecenia, wydawane przez niego półgłosem. Oboje kręcili się nabożnemi krokami dokoła ustawionego stołu jak dokoła wezgłowia nieboszczyka. Ale Fanny wiedziała już, że nowa służąca paliła w oficynach papierosy i gasiła niedopałki naparstkiem... To nic! Dom ten podobny był tego wieczora do ogniska domowego, pozbawionego pana, ozdobionego prawdopodobnie oddaną, a niewątpliwie tak mało winną przyjaciółką... Potrzeba spokojnego kochania, zapomnienia o wszystkiem i starzenia się zmiękczyła serce Fanny.
„Kiedy znów zakwitnie okres przesilenia
Kiedy Rip, Piotr Wolff i Bourdet
Dostaną dość pożywienia...
Kiedy Mirande, dumny z udziału w zdobyczy...
— śpiewał Farou, który nie był przesądny.
Śmiech Jane przyjął improwizację i Fanny, która chcąc zapalić boczne kandelabry toaletki, położyła na łóżku wielki karton, ujrzała w jasnej głębi łazienki Farou’a w koszuli i Jane, obciążoną fartuchem służącej i płókającą pędzel do golenia.
— Co? — rzekł Farou. — Może to nie jest piękna piosnka?
— Głupia! — odparł anielski głos Jane.
— Ach, tak, głupia?...
Przycisnął Jane do ściany, przysłonił ją całą swojem wysokiem i obszernem ciałem. Pozostały z niej tylko dwie małe nóżki i nagi łokieć, spoczywający na ramieniu Farou‘a.
Dłonią, przyłożoną do czoła, przechylił jej głowę i pocałował ją wygodnie w usta.
— A to jest głupie?
Przebrana za służącę młoda kobieta otrząsnęła się z kokieteryjną fanfaronadą, przyjrzała się w lustrze i odpowiedziała przytłumionym głosem:
— To jest bardziej niż głupie, to sfuszerowane.
Opuściła jasne pole łazienki i Fanny zadrżała ze strachu.
„Ona zobaczy mnie... Przyjdzie tutaj... Dowie się, że ich widziałam..“
I uciekła do jadalni, gdzie piła obojętnie wodę, gdy zbliżyła się do niej Jane.
— Woda przed posiłkiem? Kiedy ty nabierzesz rozsądku, Fanny? Wróciłaś teraz? Gdzie suknia?
— Wzięłam ję ze sobą, — rzekła Fanny.
— To lepiej, Ale nie pij tak prędko! Co się tobie stało?
— Jest mi trochę zimno, — rzekła Fanny.
Jane odebrała jej napół pełną szklankę.
— Zimno? Nie, Fanny! Żadnych żartów! Nie wolno ci mieć grypy przed premierą! Ach, jak ja nie lubię jak ty tak wyglądasz! Daj mi ręce!
Ręce Fanny pozwoliły się ujarzmić przez dwoje rąk, przesiąkniętych zapachem octu toaletowego z kąpieli Farou‘a, Dwoje ciemnoczarnych, nieugiętych, badawczych oczu wpiło się jej w oczy, tropiąc możliwą chorobę... Fanny załkała i oczy jej zwilżyły się.
— Gardło! Naturalnie! Aspiryna, chinina, łóżko, gorące napoje... Farou!
— Daj mu spokój...
— Też coś!... Farou!
Nadszedł z upudrowanemi policzkami i uszyma, nucąc pod nosem zaimprowizowaną piosenkę.
— Ona jest chora, — przerwała krótko Jane.
— Nie! — zaprotestowała Fanny, broniąc się.
— Nie? — rzekł Farou.
— Ona jest cho—ra! — potwierdziła Jane. Wielki Farou, czy pan idzie tam? A zatem niech pan wstąpi do apteki, która nie zamyka nigdy i niech pan poszle samochodem angielską aspirynę, pudełko autoplazmów, roztwór metylowy... Wypiszę to wszystko, da pan kartkę Fraisierowi...
Wyszła, gdy tymczasem Farou pochylił się nad Fanny, powtarzając:
— Co tobie, Fanny? Co tobie?...
„Ach, tem lepiej, to będzie wygodniej“, pomyślała Fanny.
Uśmiechnęła się lekko, prosząc Farou‘a o wybaczenie, zamknęła oczy i usunęła się jak długa na dywan.
Udane omdlenie dało jej czas na zwłokę, na wytchnienie. Oszańcowawszy się zamkniętemi powiekami, słuchała dźwięku głosu, przyspieszonych oddechów, Farou zgarnął ją na ręce, niezręcznie i z siłą. Zwisła bezwładnie w ramionach mężczyzny, stworzonych do porywania i ranienia. Wiedziała, że potłucze jej nogi, przechodząc przez drzwi, ale czuła, że trzyma ją silnie. Wciąż ten zapach octu toaletowego...
— Ach, niech się pani stąd usunie, kiedy przechodzę, — rzekł do Jane.
— Chcę panu potrzymać drzwi, które się zatrzaskują... Czy tak się potrząsa omdlałą kobietę?... Niech pan poczeka, aż rozścielę łóżko... Niech pan idzie i powie Henrecie, aby napełniła flaszkę gorąeą wodą.
— Zatelefonować do doktora Moreau?
— Jeśli to sprawia panu przyjemność. Na razie wiem tyle co on. Chodzi przedewszystkiem o to, aby zareagowała szybko... Niema nic w płucach, oddycha dobrze.
Rozmawiali szybko, stłumionym głosem, Fanny przedłużała tę zasadzkę, to odprężenie, to alibi. Ułożyła się tak, aby głowa jej stoczyła się w sposób upiększający, a lampa na stoliczku barwiła różem jej spuszczone powieki.
Jakaś ręka wsunęła pod rozbute jej nogi obwisłą i palącą flaszkę gumową.
— Wrząca, — rzekł głos pokojówki. — Zdejmę pani pończochy...
— A więc?... Idę juź?... — zapytał Farou.
— Tak, niech pan idzie i niech pan nie zapomni o aptece.
— Co za pytanie!... Zatalefonować do Wodewilu?
— Jak pan chce. Mam wrażenie, że to słabość bardzo przejściowa.
— Ale ona niema zwyczaju ulegać słabościom, — rzekł bezradny Farou.
— To znaczy, że nie może ich nigdy mieć? Niech pan idzie szybko...
Ręka Jane, szukając agrafek sukni, musnęła piersi Fanny, która nie mogła pohamować nagłego drgnięcia kobiety zupełnie przytomnej. Otworzyła zawstydzona oczy.
— Ach, wreszcie! — rzekła Jane. — Ach, wreszcie! No, doprawdy!
Chciała się śmiać i wybuchła nerwowym płaczem, Zapomniawszy o obrządku, który rzucał ją na kolana Fanny i toczył po nich jej głowę i rozsypane łzy, Jane płakała stojąco z prostotą, przyciskając do oczu zwiniętą w kłębek chusteczkę. Wykonała ręką znak:
— Zaraz, to się natychmiast skończy...
Utknione w niej, ciemne i bez wyrazu, wielkie oczy Fanny nie krępowały jej wcale. Usiadła na łóżku i podniosła kosmyk czarnych włosów, który opadał na biały policzek.
— A teraz opowiadaj. Jak to się stało?
Fanny zacisnęła swoje zamknięte dłonie, zebrała siły, aby milczeć.
„Jeśli powiem, Jane krzyknie: „Co! I o to! Ponieważ Farou i ja...? Ależ to są zamierzchłe czasy! Przecież nie przywiązujesz do tego żadnego znaczenia! Przecież powiedziałaś sama dwadzieścia razy...“
— Czyżbyś była przypadkowo w ciąży?
Słowo to wydało się Fanny tak śmieszne, że uśmiechnęła się.
— Cóż ja powiedziałam tak śmiesznego? Czy uważasz się za zabezpieczoną przed wszelkiemi małemi Farouami czy Faroutkami?
— Nie, — rzekła onieśmielona Fanny...
To, co w niej było najbardziej pospolitego i wrażliwego, przyglądało się przez chwilę obrazowi, mącącemu spokój wszystkich kobiet: niewyraźnego i małego dziecka... Fanny położyła rękę na jasnem czole Jane i z wahaniem udała nieroztropną.
— To... to nie sprawiłoby... No, nie sprawiłoby ci to przykrości, gdybym wydała na świat niedobrego małego Farou?
Powieki Jane opadły, wszystkie rysy jej twarzy — rozdęte i zbielałe nozdrza, drżące kąciki ust, broda, zdradzająca poruszenia gardła, połykającego ślinę — walczyły i zwyciężyły.
— Nie, — rzekła, — otworzywszy znów oczy. — Nie, — powtórzyła, odpierając jakąś żądzę rewindykacji, którą stłumiała, — nie.
„Nie wierzę, aby kłamała“, pomyślała Fanny.
Nie cofnęła swojej ręki, która przygniatała jasne włosy. Podobnie trzymała zdala, na odległość ramienia, głowę i ciało, które byłaby chwyciła w swoje ramiona, uścisnęła w równouprawniającym bezładzie haremu.
Nieco później domagała się drobnych korzyści swego położenia. Była przedstawicielką dwóch potęg, szanowanych przez służbę domową: choroby i bogactwa. Dostała do łóżka filiżankę zupy, duszone kartofle, polane sosem z pieczeni, winogrona, ilustrowane dzienniki. Jane przebywała w salonie, aby nie nużyć „chorej“.
„Jak się mną zajmują“, pomyślała Fanny.
Ćwiczyła się w leżeniu na grzbiecie, z ramionami wyrzuconemi za łóżko, nagiemi, szukającemi chłodu.
„Mam prawdopodobnie lekką gorączkę. Nie, to są szumy z aspiryny...“
Pełny, przypływający i odpływający dźwięk zbliżał się i oddalał od niej, przynosząc i cofając obraz, którego znaczenia nie pojmowała należycie w tej chwili: obraz Jane, przypartej do ściany, prawie przyduszonej dużem ciałem Farou‘a... Zasnęła i obudziła się około godziny jedenastej. Jan Farou prosił stłumionym głosem Jane o pozwolenie wejścia, Jane, stojąc na progu pokoju, trzymała go na wodzy w sposób pełny pruderji.
— Zmęczysz ją... To nie jest odpowiednie miejsce dla chłopca... Jutro, skoro spędzi spokojnie noc...
Wypocząwszy po krótkim śnie, Fanny nie chciała już, aby ją uważano za chorą i zawołała:
— Tak, tak, możesz wejść! Usiądź tutaj... Wiesz, nic mi nie jest.
— Nic? — zaprotestowała Jane. — Upadła, cała sztywna, o tutaj, gdzie stoję! Wróciła z próby, nie słyszałam nawet kiedy wróciła, i zauważyliśmy nawet, że wróciła późno...
Jan, który nudził się już, jak przy łożu szpitalnem, podniósł rozsądnie głowę:
— Kto, my?
— Twój ojciec i ja... Twój ojciec nie poszedł na próbę. Jego aktorzy byli u krawców. Wykąpał się, ogolił, wystroił jak na ślub...
Ale Jan słuchał. Przestał ostentacyjnie słuchać i milczał, gdy Jane wyszła z pokoju.
— Mogę teraz mówić, — powiedziała Fanny, gdy zostali sami, — Nic mi już zresztą nie jest. Leżę w łóżku, ponieważ w łóżku jest przyjemnie i ponieważ nie chcę być brzydka na próbie generalnej. Ludzie pomyśleliby, że się boję.
Nie odpowiedział. Po chwili milczenia spojrzał na Fanny i rzucił jej tak jaskrawe i tak przykro badawcze „Więc co?“, że się zaczerwieniła.
— Jakto co?... Nic!
Obróciła się w łóżku i podsunęła wyżej poduszkę.
— Więc byli tutaj, — powtórzył Jan, — kiedy wróciłaś?
Nie odpowiedziała nic, a oczy jej unikały kryształowo błękitnego spojrzenia, które ją śledziło.
— Więc?... Więc ty... Więc zemdlałaś? Co?...
Słowa te wywołały w jej pamięci obraz dziecka leżącego na pagórku, ze zwieszoną głową i obwisłemi nogami, z włosami pełnemi grudek ziemi... Ale dzisiaj dziecko było tylko człowiekiem obcym, wściekłym z bólu, egoistycznie oszołomionym żądzą wyrządzenia sobie krzywdy i czegoś gorszego jeszcze. Żaden cień litości nie łagodził błękitnych oczu, które pytały ją beztroskliwie o nią, a na czystych, napół otwartych ustach drżało jedno wstydliwe pytanie, to samo, zawsze to samo...
— Gdzie... oni byli? — wybełkotał.
Nie przypuszczałaby nigdy, że zapędzi się tak daleko.
Ani cienia litości... Odwróciła głowę na poduszce, aby ukryć łzy.
— Kiedy wróciłaś, wtedy to...
Przez rzęsy, zniekształcone łzami, ujrzała dziecko, które pielęgnowała, dziecko, które wzrastało u jej boku od dziesiątego roku życia. Przejęty nawskroś swojem pierwszem cierpieniem, żył jedynie poto, aby je karmić.
„Jakie to okrutne! Dziecko bez nadziei!“ pomyślała Fanny.
I łzy, które polały się szybciej, zasłoniły jej jasną twarz i żarłoczną ciekawość błękitnych oczu.
— Czy byli tutaj?
Kiedy milczała, wykonał ruch porywczego zniecierpliwienia, zdradzający jego pogardę łez.
— Ach, gdybym był tobą, mamo!
Dziecinna buta usprawiedliwiła szeroki gest groźby, który poderwał Jana z krzesła.
„Dziecko..“, pomyślała Fanny, „dziecko, które wychowałam... Był taki łagodny...“
Podwajała oklepane frazesy czułości, aby się podniecić do płaczu. Ale wszystko to, co było w niej nowe i świeżo obudzone, nie zcierpiało tego dłużej.
„Wychowałam?... To pytanie. A co do jego łagodności... Niema litości dla niczego, nawet w tej chwili, dla kobiety, którą kocha...“
Oziębła przy zetknięciu z tem rozjątrzonem dzieckiem i odezwała się bez czkawki:
— Nie będziesz nigdy mną, mój mały. Nie spodziewaj się tego. I pozwól mi wypocząć. Dobrej nocy, mój mały, dobrej nocy.
Nie odszedł. Dotykał wszystkich rzeczy dokoła siebie wzrokiem, wzywającym pomocy, świadków, stronników, powszechnego krzyku. Wstał z posłuszną szybkością, ale dopiero na dźwięk głosu Jane:
— Ta późna wizyta trwa bardzo długo... Czy on nie męczy ciebie, Fanny?
— Trochę...
— Słyszysz, Janie? Uciekaj prędko, mój mały.
Przeszedł próg, strzegąc się dotknąć Jane, a Fanny, uwolniona od wojowniczego dziecka, od jego surowej, nieokiełzanej, rozpaczliwej myśli, odetchnęła.
Samotność i ciszę mąciły jedynie hałasy ulicy i kroki przechodzącej Jane, długiej i jasnej, powiew rytmu jej sukni i jej miękkich gestów niewolnicy, dolatujący aż do łóżka.
Płomyk gazowy z aleji służył za lampkę nocną. Odkryte i blade łóżko Farou‘a oświetlało również pokój.
Bezsenność jest w swoich początkach oazą, do której chronią się ci, którzy muszą myśleć lub tajemniczo cierpieć. Od trzech godzin Fanny pragnęła ciemności i właśnie bezsenności. Tymczasem widziała nieustannie świeży i o barwach życia obraz grupki, przytulonej do ściany łazienki. Badała go szczegółowo, nagi łokieć oparty o ramię męskie, włosy Farou‘a na ścianie jak kula jemioły, dwa fruwające koniuszki fartuszka... Naogół nic straszliwego i nieprzyzwoitego, żadnego blasku ciała, któryby usprawiedliwił owe nierówne uderzenia serca w piersiach Fanny, owo urojone stwardnienie serca, ani strachu z nadmiernej obawy, że para zauważyła jej obecność.
„Muszę powiedzieć Farou‘owi. Farou‘owi czy Jane? I Farou‘owi i Jane...“
Nie poznawała siebie więcej.
— Jesteś zbyt prostoduszna, jesteś potworem, — mawiał Farou.
Gdzież się podziała owa Fanny — potwór?
„Tak, trzeba najpierw pomówić z Farou‘em. Bez żadnych krzyków i scen, trzeba całkiem łagodnie przedstawić mu położenie... niemożliwe... wprost niemożliwe! Nie jesteśmy już młodziutkimi kochankami, nie będę przemawiać w imieniu fizycznej zazdrości, która wchodzi w rachubę tylko w drobnej części...“
Ale wyobrażenie tej drobnej części przypomniało jej zdrowe i pożywne usta Farou‘a i oddech jego nozdrzy, gdy przedłużał uparty pocałunek. Usiadła nagle, zaświeciła światło i wzięła lustro z stolika nocnego. Jej twarz silnej kobiety, górująca nad silną jej postacią, obdarzyła ją fałdzistą brodą, i wysuniętą dolną wargą, którą poprawiała. Prócz pięknych oczu o fascynującem spojrzeniu, uważała się za brzydką, chociaż wrażenie własnej siły i gwałtowności nie wywoływało u niej niechęci.
„Mogę jeszcze wpaść w gniew, pomyślała podobnie jak w czasach oblężenia byłaby powiedziała: „Och, mamy jeszcze cukru na trzy miesiące!“
Pogładziła ręką policzki i brodę, potem odepchnęła i usunęła na drugi plan swoją silną twarz:
„W razie potrzeby... Nigdy niewiadomo...“
Uspokoiła się i nabrała pewności siebie, gdy ujrzała i namacała na swej nietkniętej i odpowiedniej do każdego użytku twarzy wrodzoną dzikość samic. Odruch szczerości sprowadził zawieszenie broni: „Później. W każdym razie, po premierze.“
Zgasiła rozsądnie lampę i kiedy Farou wrócił około godziny trzeciej nad ranem, leżała nieruchomo pod swojemi włosami i śledziła go.
Wiercił się w półmroku bez celu, kaszląc ze zmęczenia i zdenerwowania. Potem porzucił swoją odzież jak zwyciężony. Szerokie jego plecy garbiły się, gdy nic już nie myślał, a ramiona ciągnęły naprzód łopatki. Na widok tego cielesnego smutku dawna niezłomna sojuszniczka, przyczajona pod swoją wielką wstęgą czarnych włosów, chciała już spieszyć na pomoc, ofiarować napoje, uśmiechy, słowa, wszystkie ulgi, wypróbowane w dziesięcioletniej przeszłości... Pohamowała się, odczuła dziwną boleść i udała, że śpi.