Przejdź do zawartości

Ta druga/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Ta druga
Wydawca Wydawnictwo „Globus“
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia „Sztuka“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Bukowski
Tytuł orygin. La seconde
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

— Listonosz nie przyniósł nic o jedenastej godzinie. Jeśli Farou nie napisał wczoraj wieczorem przed udaniem się na spoczynek, to była z pewnością próba nocna.
— Tak sądzisz, Fanny?
— Z pewnością. „Mieszkanie bez kobiety” nie jest trudne do inscenizacji, ale mała Asselin nie nadaje się zupełnie do roli Zuzanny.
— Jest jednak bardzo piękna, — rzekła Jane.
Fanny wzruszyła ramionami.
— Moja biedna Jane, cóż jej z piękności? Do roli Zuzanny nie jest potrzebna piękna kobieta. To było dobre dla Kopciuszka, jak Dorilys. Widziałaś sztukę na pierwszem przedstawieniu?
— Nie.
— To prawda, jestem niemądra... Tysiąc dziewięćset dziewiętnaście!
— Sztuka nie postarzała się, — rzekła Jane.
Fanny zwróciła ku niej oko, napół przysłonięte kosmykiem czarnych włosów.
— O tak, moja droga. Jak wszystkie sztuki, nawet Farou‘a. Tylko Farou nie starzeje się.
— Tem lepiej dla ciebie! — rzekła Jane.
— I dla małej Asselin w tej właśnie chwili, — dokończyła Fanny.
Zaśmiała się dobrodusznie i obrała ze skórki soczystą brzoskwinię.
Jane wskazała jej głową małego Farou‘a, ale mały Farou zbierał paluszkiem miał cukru, lizał go i jakby nie słuchał, co mówiono.
— Pojmujesz, — ciągnęła dalej Fanny Farou, — Asselin miała w sztuce rolę na tournee, ponieważ tournee obejmuje Deauville, plaże i kasyna. Cóż to znaczy takie tournee po kasynach, jeśli się ma, jak Asselin, samochody, kochanków, suknie, płatną reklamę, wkońcu wszystko, co zapobiega temu, aby tournee zmieniło się w zwyczajną katastrofę... Rozumiesz mnie, blada Jane?
— Rozumiem.
Była blada i roztargniona, co zdarzało się jej przez cztery dni w tygodniu. Usprawiedliwiła się pospiesznie:
— Wyobraź, sobie, spałam źle...
Mały Farou podniósł na nią niespodziewanie błękitne swoje oczy, więc zwróciła się do niego odruchowo:
— ...A powtóre mam wrażenie, że w boazerii był szczur...
— I odchylona żaluzja i sowa w platanie, nie licząc wiatru, który wyje „hu, hu“ pod drzwiami, i okien w kuchni, które robią „tiketak“, — ciągnęła Fanny. — Co, Jane? Nie zapomniałam jeszcze o tem?
Zaśmiała się i skłoniła ich do śmiechu.
— Zrozum to, moja droga Jane, że masz równe prawo do bezsenności, jak do letargu. Jest gorąco, żyje się swobodnie, Farou poci się, wymyśla i kinie, a Asselin „odbiera“ za to!
— Podziwiam... — zaczęła Jane...
Ale spostrzegła znów błękitne oczy małego Farou‘a, wyblakłe w pełnem świetle południa, i urwała.
— Mały Farou, podaj mi porzeczki, please.
Usłuchał skwapliwie i ręka jego zetknęła się z ręką Jane pod koszykiem z plecionego srebra chińskiego. Skurczył palce ruchem identycznym z porywem odrazy i zaczerwienił się tak bezmyślnie, że Fanny wybuchnęła śmiechem.
— Jest jeszcze ta o czwartej, — rzekła po chwili Jane.
Fanny, która gryzła dalej brzoskwinię, zapytała zmoczonemi ustami:
— Co... ta o czwartej?
— Poczta.
— Ach!... — rzekła Fanny i podniosła palcem kosmyk włosów. — Zapomniałam o tem. Ta poczta nie przynosi nigdy nic z Paryża. Chcesz pić, mały Farou?
— Tak, dziękuję.
— Komu dziękujesz?
— Dziękuję mamie.
Zarumienił się, ponieważ był blondynem i macocha wydawała mu się nieco brutalna. Potem zapadł znów w swoje młodzieńcze marzenia, w których dzikie jego nazwisko Farou stosowało się do niego jak chałupa z kory lub słomiana przepaska. Nie mógł się wysłowić, zmarszczył brwi, otworzył czyste usta i ukrył pod zwyczajną martwotą skrytą chciwość i delikatność, którą dręczyło jedno słowo, jeden śmiech. Miał szesnaście lat.
Cień werandy pozwalał na to, że w czasie każdego południowego posiłku przesuwano aż do progu hallu wielki stół, uprzątnięty z gazet i przyborów do szycia, Kiedy wielki Farou przybywał do rodziny, cztery nakrycia tłoczyły się na żelaznym, ozdobionym ornamentami stoliku, który nie opuszczał terasy.
— Zjadłam za dużo, — westchnęła Fanny, wstając pierwsza od stołu.
— Na odmianę, — rzekła Jane.
Leniwie dotarła do szerokiej kanapy i wyciągnęła się na niej. W pozycji leżącej wydawała się bardzo piękna. Miała skórę białą, czarne długie włosy, usta i oczy łagodne i wypukłe, ale była dumna tylko z swojego nosa, krótkiego, srebrzystego, o zaokrąglonych nozdrzach.
— Utyjesz Fanny Farou! — zagroziła jej Jane, stojąca koło niej.
Zamieniły spojrzenie pełne złośliwej pewności. Jedna wiedziała, że jest piękna i leżąc tak rozciągnięta ukazywała odwrócony uroczy swój nos i delikatną brodę kobiety gwałtownej i bardzo dobrej. Druga wyprężyła piękne ciało, ochronione od zatłuszczenia, głowę uwieńczoną jasnemi włosami, jeśli jasnym można nazwać kolor delikatnego popiołu, lekko złocistego na karku i srebrzystego na skroniach. Ogarnięta szczerą i fizyczną troską Jane pochyliła się, wsunęła pod kark Fanny płócienną poduszkę i osłoniła sztywnym tiulem ramiona i nagie kostki:
— Tak! I nie ruszaj się, bo muchy wpełzną pod tiul... Śpij, leniwa, niepoprawna, łakoma Fanny — ale tylko pół godziny!
— Co będziesz robiła, Jane, w taki upał?... Gdzie jest Jan?... Nie wolno mu, gdy słońce tak praży.... Powiem ojcu...
Ubezwładniona gwałtownym snem smakoszów Fanny szepnęła coś jeszcze, potem zamilkła. Jane przyglądała się jeszcze przez chwilę odprężonej twarzy, jej kształtom i południowej cerze, potem odeszła.
Pod rytm bijącego serca Fanny spłodziła banalny i niewytłumaczony sen. Widziała hall, terasę, dolinę bez wody, zwyczajnych gości willi. Ale wisząca w powietrzu fiołkowa burza przejmowała lękiem zwierzęta i ludzi, a nawet sam krajobraz. Jane ze snu stała pod werandą, śledziła wzrokiem pustą aleję w dole terasy i płakała. Fanny obudziła się nagle i usiadła, ściskając dwiema rękami ciężki żołądek. Przed nią stała pod werandą prawdziwa Jane, nieruchoma i bezczynna. Uspokojona Fanny chciała ją zawołać. Ale Jane pochyliła głowę i oparła czoło o szybę, a słaby ten ruch oderwał z jej rzęs łzę, która stoczyła się po policzku, zabłysła na omszonej krawędzi wargi, spadła aż do gorsetu, gdzie dwa palce chwyciły ją delikatnie i rozgniotły jak miękuszkę chleba. Fanny położyła się znowu, przymknęła oczy i zasnęła.
— Mamo! Poczta!
— Co! Już czwarta? Jak długo ja śpię? I dlaczego Jane... Gdzie jest Jane?
— Tutaj, na drabinie, — odparł wysoki i przytłumiony głos, który Wielki Farou nazywał głosem anioła.
Oszołomiona snem i marzeniem sennem Fanny szukała Jane w powietrzu, jak gdyby szukała ptaka, a Jan Farou wybuchnął wyjątkowo śmiechem.
— Dlaczego ty się śmiejesz, mały głuptasie? Wyobraź sobie, że w chwili, gdy mnie zbudziłeś, śniło mi się....
Ale uświadomiła sobie wkońcu, że wielki biały list tańczył przed nią w ręce Jana i chwyciła go szybko.
— Odejdź, posłańcze! Albo nie, zostań, Janku. Jest to list od naszego Farou do nas wszystkich, moje dzieci...
Czytała jednem okiem, bo drugie było przysłonięte kosmykiem czarnych włosów. Wysoko podpięta suknia ściskała jej piersi. Oddawała na łup spojrzeń tę nieokreślenie niedbałą piękność, co nadawało jej wyraz trochę kreolski, tylko trochę, jak mawiał Farou. „George Sand“. Podniosła rękę, prosząc o uwagę.
„Po wczorajszych i przedwczorajszych próbach“, czytała, „mam wszelkie podstawy do przypuszczania, że zespół tournee będzie znakomity i „Mieszkanie bez kobiety“ będzie lepiej grane niż na pierwszem przedstawieniu... Mała Asselin....“ Hoho, Jane!... „Mała Asselin zadziwia wszystkich i nawet mnie. Pracujemy jak anioły. Daliśmy spokój scenom zazdrości, atakom nerwowym, omdleniom i innym banialukom, i to niedość wcześnie. Ach, moja Fanny, gdyby kobiety wiedziały, jak nudne wydają się mężczyźnie, jeśli on nie pragnie być przyczyną ich łez ani ich rozkoszy!...“
Fanny podniosła palcem kosmyk włosów i zrobiła komiczną minę zgorszonej:
— Słuchaj, Jane, słuchaj Jane (Janie odejdź), wygląda to, jakby się ten biedny Farou, że tak powiem, poświęcił?
— I mnie się tak wydaje, — rzekła Jane.
Usiadła na kanapie obok swojej przyjaciółki i gładziła łagodną dłonią jej włosy, poprawiając delikatny, błękitny przedział, który dzielił je ponad lewą brwią.
— Już jesteś uczesana... A ta twoja spódnica cała zaśrubowana fałdami... Mam dosyć tej sukni. Jutro przyniosę z miasta piękną materję żółtą lub bladoniebieską i do powrotu Farou‘a w sobotę będziesz miała nową suknię.
— Tak? — rzekła obojętnie Fanny. — Czy to potrzebne?
Spojrzały na siebie, wypukłe, czarne oczy o gęstych rzęsach rzuciły pytające spojrzenie szarym oczom jasnej przyjaciółki. Jane potrząsnęła głową:
— Ach, podziwiam ciebie, Fanny... Jesteś doprawdy nadzwyczajna.
— Ja?
— Tak, jesteś nadzwyczajna. Przypuszczasz bez drgnięcia, bez gniewu, nawet bez żadnego snobizmu, że Farou... poświęcił się.
— Muszę, — rzekła Fanny. — Gdybym nie przypuszczała, to coby się stało? Zupełnie to samo.
— Tak... tak... Jednak przyznam się... tak, przyznam się...
— Że na mojem miejscu nie czułabyś się dobrze?
— Nie to chciałam powiedzieć, — rzekła wymijająco Jane.
Wstała i poszła aż do terasy, aby się upewnić, czy mały Farou, umiejący znikać jak płatek śniegu na ciepłej szybie, nie słucha ich:
— Poprostu, Fanny, sądzę, że mężczyzna, należący do mnie, który wziąłby mnie za żonę... Ale dowiedzieć się, że ten mężczyzna zwąchał się teraz z jakąś kokotą z teatru i wywnioskować z tego filozoficznie, że „on się poświęcił“, że „zawód tego wymaga“ — och, nie, nie... Podziwiam ciebie, ale — nie potrafiłabym tak nigdy!
— Doskonale, Jane. Na szczęście nikt nie wymaga od ciebie, abyś to potrafiła!
Jane skoczyła ku Fanny i przytuliła się do jej nóg.
— Fanny, nie gniewasz się na mnie? Mam dnie, w których nie jestem nic warta, jestem niezręczna, zła, nieszczęśliwa. Znasz mnie dobrze, Fanny...
Ocierała o białą suknię policzki i malutkie okrągłe uszy i szukała czołem ręki swojej przyjaciółki.
— Masz takie piękne włosy, moja mała Jane, — szepnęła Fanny.
Jane zaśmiała się wymuszonym śmiechem:
— Mówisz mi to, jak gdyby to mogło służyć mi za usprawiedliwienie!
— W pewnej mierze, Jane, w pewnej mierze. Nie mogę gniewać się na Jane, która posiada tak piękne włosy. Nie mogę łajać Jana, gdy ma bardzo niebieskie oczy. Twoje włosy, cera i oczy, wszystko to pokryte jest srebrnym, delikatnym popiołem, pyłem księżycowym, jakimś...
Jane zwróciła ku niej zagniewaną twarz, pełną nagłych łez i krzyknęła:
— Nie mam nic pięknego! Nie jestem nic warta! Zasługuję na to, aby mną pogardzać, obdzierać ze skóry, bić!
Położyła znów głowę na kolanach Fanny i łkała głośno, gdy tymczasem pierwsze odgłosy burzy huczały cicho i lekko, ciskane od wierzchołka do wierzchołka echami małych gór.
„To jej kryzys, myślała cierpliwa Fanny. Czas burzy“.
Jane uspokoiła się już, wzruszyła ramionami, aby zadrwić z siebie i wytarła dyskretnie nos.
„Jednak, pomyślała Fanny, powiedziała „kokota teatralna“ i „zwąchać się“. Nigdy nie słyszałam, aby użyła jakiegoś wyrazu ulicznego lub mocnego słowa. Odskok od zwyczajnej mowy w jej ustach wygląda jak jakiś gwałtowny ruch. Gwałtowny ruch wśród takiego upału!... To rzecz niezwykła!“
— Co robimy po obiedzie?
Jane, która trwała w błagalnej pozycji u nóg Fanny, podniosła głowę:
— Nie zechciałabyś pójść do miasta i napić się herbaty u piekarza? Wrócilibyśmy pieszo...
— Och! — skrzywiła się przerażona Fanny.
— Nie? — Tyjesz, Fanny.
— Tyję zawsze, gdy jest gorąco i gdy mam więcej niż dziesięć tysięcy franków w kasie. Znasz dobrze „porządek rzeczy“ i wiesz, że nie pomijam żadnej okazji do chudnięcia.
— Tak... Chcesz, abym ci umyła włosy? Nie, nie chcesz. Chcesz wyciskać sok z porzeczek i borówek, które zostały z śniadania? Garść cukru, trochę wiśniówki, wylewa się sok na przedwczorajszy tort Savoie, który nabrzmiewa, podaje się osobno garnuszek świeżego kremu i jest na wieczór gotowa przystawka, która nic nie kosztuje.
— Tak się robi w pensjonacie, — rzekła z odrazą Fanny, — Nie lubię odmładzanych przystawek.
— Jak chcesz, droga Fanny! Niechaj Bóg uchowa ciebie nadal od pensjonatów, gdzie nauczyłam się wielu użytecznych rzeczy...
Łagodność wyrzutu znudziła Fanny, która oparła się o plecy Jane i wstała.
— Z tego wszystkiego, — zawołała, — świeży krem i sok porzeczkowy... Tak, zgadzam się! Ale pod jednym warunkiem, Jane...
— Boję się...
— Że zajmiesz się sama tym klejnocikiem kulinarnym, Ja napiszę parę słów do Farou‘a, potem pójdę pokropić się świeżą wodą i...
— I?...
— I to wszystko. To okropnie dużo!
W pozycji stojącej wydawała się mniejsza niż w pozycji leżącej. Brakowało jej pewnego rodzaju obronnej kokieterji i kołysała się w biodrach z ufnością nieco pospolitą. Jane śledziła ją wzrokiem.
— Fanny, kiedy zdecydujesz się nosić przepaskę?
— Kwestja temperatury, moja droga. Pięć stopni poniżej zera, a będę nosiła przepaskę. Zbadaj termometr. I nie pozwól, aby świeży krem zjawił się dzisiaj wieczorem. Tak go lubię...
Jane zbliżyła się do niej i wyciągnęła obrębek z jej spódnicy, potem przyszpiliła lekką ręką kosmyk długich czarnych włosów.
— Idź, niedobra Fanny! Wszystko będzie dobrze dzisiaj wieczorem. Postaram się nawet przywołać Jana na obiad, bębniąc w misę, jak w farmach, gdy rzuca się kurom ziarna. Jakie ty dajesz zajęcie swojej przyjaciółce!
Śmiała się bez przymusu i już zbierała do stulonej dłoni opadłe na obrus płatki kwiatów, zdmuchiwała okruszki, wypróżniała popielniczkę...
„Moja przyjaciółka?... Tak, jest moją przyjaciółką. Jednak, moja przyjaciółka, to zbyt mocno powiedziane...“ myślała Fanny, wspinając się po schodach, stopień po stopniu. „Kto mi okazał kiedyś tyle przyjaźni? Nikt. Jest więc moją przyjaciółką, prawdziwą przyjaciółką. To ciekawe, że w myślach nie nazywam Jane moją przyjaciółką...“
Zrzuciła suknie, gdy znalazła się sama w pokoju o dwóch łóżkach. Wszystkie gałęzie drzew dotykały balkonu i drapały w nocy zamknięte okiennice. Niedbały właściciel zapomniał od dwóch lat obcinać gałęzie i wielki, otwarty otwór w listowiu zamykał się powoli. Miejscowość ta, obsadzona drzewami, falista, przesiąknięta była smutkiem krajów bez wody. Rzeki nie było, morze o sto mil, żadne jezioro nie podwajało nieboskłonu. Fasada domu i jego terasa, oświetlone rano słońcem, przybierały znów o drugiej godzinie prawdziwe swoje oblicze, poprzecinane beleczkami, okapami i czekoladowemi okiennicami, które pagórek z naprzeciwka oświetlał wskutek odblasku fałszywem światłem, naśladującem w smutny sposób słońce. Fanny, oparta o balkon, ledwie okryta koszulą, przyglądała się krajobrazowi, którego nie spodziewała się zobaczyć więcej, opuszczając go ubiegłego lata.
„Tak chciał Farou, pomyślała. Dwa lata, jedno po drugiem, w tym samym kraju, to się nam rzadko zdarzało. Z chwilą, gdy się Farou‘owi tutaj podoba...“
Odwróciła się i zmierzyła za sobą pokój, obszerny jak stodoła, powiększony cieniem napół zamkniętych okiennic.
„Wszystko jest tutaj za wielkie. Ale gdy się ma dwie służące? Gdyby nie było Jane, możnaby oszaleć“.
Słuchała żwawych kroków, przemierzających hall w parterze.
„Ona jest zdumiewająca. W taki upał! I taka miła, poza swojemi atakami wrażliwości. Drobinkę zbyt użyteczna jak na przyjaciółkę... Tak: drobinkę zbyt użyteczna...“
Spostrzegła w lustrze swoją postać, brunatną i zaniedbaną, z rękami na biodrach, z rozpadającemi się włosami, i skarciła siebie:
„Co za gęba! I jak tu uważać Jane za zbyt użyteczną przyjaciółkę! Ja nie umiem nawet przepisywać na maszynie rękopisów Farou‘a!“
Skoczyła do świeżej wody, jak gdyby chciała tem udowodnić ruchliwość gospodyni, uczesała się, wdziała letnią suknię w różowe kwiaty, z ubiegłego roku, i zasiadła do pisania. Znalazła kartkę białego papieru, żółtą kupiecką kopertę, zadowolniła się tem bez skrupułów i zaczęła pisać list do Farou‘a.
Drogi Wielki Farou!
Pozostawiam jednej lub dwom małym Asselin urozmaicanie twego życia i streszczam w dwóch słowach nasze życie: nic nowego. Czekamy na ciebie. Ruchliwa Jane wymyśla wyborowe potrawy. Mały Farou wygląda, jak zawsze, znudzony. Wkońcu twoja leniwa Fanny...“
Z terasy doleciała piosnka angielska.
„Ach, pomyślała Fanny, to dzień, w którym Jane opłakuje Davidsona“.
Zawstydziła się tego żartu, potem rozkoszowała się swoim wstydem.
„Co! To chyba nie jest niegodziwe, co pomyślałam. W dniach, w których przypomina sobie Meyrowicza, woła Jana Farou‘a: „Chodź, Janie, nauczę cię popularnego tańca polskiego!“ A kiedy przyjdzie kolej na Quemere‘a, wygrzebuje wspomnienia hippiczne, starą smutną czułość dla jakiejś bretońskiej, dereszowatej i łęgowatej kobyły...“
Napudrowała jeszcze raz twarz i spostrzegła, jak na najbliższym pagórku rósł cień drugiego pagórka.
„To smutna miejscowość. Co w niej widzi pięknego Farou? Wracać już drugie lato do tego samego kąta. Nie zdarzyło się to nigdy w ciągu dwunastu lat naszego małżeństwa. Nawet nie zauważyłam, że tutaj jest smutno. Lato w przyszłym roku...
Ale straciła odwagę wobec przyszłości dwunastu miesięcy.
„Trzeba wpierw wiedzieć, czy sztuka będzie skończona i czy Farou będzie mógł korzystać z swojej drugiej tury w „Wodewilu“. A jeśli wznowią „Atalantę“ w Teatrze Francuskim, w październiku... Och, nie myślmy już o tem: to najmądrzej.“
Nie nauczyła się innej mądrości.
„Najbardziej pilne jest to, że Farou wraca tutaj pracować nad trzecim aktem. Jesteśmy wszyscy tacy głupi, gdy jego tutaj niema...“
Delikatny podmuch uniósł gałęzie, dotykające balkonu i ukazał biały spód liści lipowych. Fanny skończyła list i udała się na balkon, gdzie oparła się z rozpuszczonemi włosami i odsłoniętem ramieniem. Jane stała pod nią, z ramionami skrzyżowanemi na niskim murze terasy i nachyliła się również nad krajobrazem Franche-Comté, w którym brakowało rzeki, stawu, śmiechu wody, odblasków, mgły, zapachu gąbczastego i ukwieconego brzegu. Fanny rzuciła z góry śpiewny krzyk, który spadł na okrągłą głowę z krótkiemi i pięknie uczesanemi włosami koloru popiołu, o złotych żyłkach, a Jane przekręciła kark, nie odwracając się, jak to robią koty.
— Założę się, że znowu spałaś?
— Nie, — rzekła Fanny, — nawet i to nie. Wyobraź sobie, ten kraj przejmuje mnie wstrętem.
Jane poruszyła się i oparła biodra o ceglany mur.
— Nie? Niemożliwe? Od kiedy? Powiedziałaś to Farou‘owi? Nie mogłabyś więc...
— Mój Boże, Jane, poco tyle hałasu! Czy nie mogę już wypowiedzieć tak prostego sądu, abyś nie zakręciła się w kółko wśród bezładnych słów i nie uderzyła głową o mur?
Śmiała się pochylona i potrząsała chorągwią czarnych włosów, zarzuconych na ramię.
— „Moje długie włosy spadają aż do podnóża wieży“, — śpiewał Jan Farou, zdążając ku terasie przez stromą górkę.
— Jeszcze jeden, — krzyczała Fanny, — który śpiewa, tak samo fałszywie jak ojciec!
— On nie ma głosu Wielkiego Farou‘a, — rzekła Jane. — Janie, spróbuj powiedzieć jak Wielki Farou, gdy wraca: „Ach, te kobiety! Jakie ja mam kobiety w domu!“
Jan przeszedł koło niej bez odpowiedzi i znikł w hallu, a Jane pokiwała głową ku balkonowi pierwszego piętra:
— Moja droga, jakie on mi rzucił spojrzenie! Panicz nie lubi żartów!
— Nie lubi się żartów w jego wieku, — rzekła zamyślona Fanny. Obdzieramy żywcem skórę z tego dziecka, wbrew naszej woli.
Usłyszała na schodach kroki i zawołała:
— Janie!
Chłopak otworzył drzwi pokoju i zatrzymał się w progu:
— Słucham, mamo.
Miał na sobie letnie ubranie, prawie nędzne, zniszczoną koszulę tennisową, spodnie z białego płótna, zazielenione na kolanach, za krótkie, pas i pantofle, któremi pogardziłby syn ogrodnika. Czekał, aż odezwie się Fanny i otwierał usta, aby oddychać, ukazując cierpliwie swojej macosze zadyszaną, czystą, ruchliwą i nieprzeniknioną twarz szesnastoletniego dziecka.
— Jużeś gotów!... Skąd przychodzisz?
Zwrócił głowę ku oknu, aby wskazać w nieokreślony sposób, że przyszedł z pól, z całego pola, z fioletu zmierzchu i zieloności łąk... Błękitne jego oczy błyszczały zwierzęcem życiem, prawie bezładnem, ale ukazywały tylko błękit, tylko blask. Jane zaczęła znów nucić na dole swoją angielską piosnkę, a Jan Farou zamknął gwałtownie drzwi za sobą i wrócił do swego pokoju.
„Jaki trzpiot! — pomyślała Fanny, — Już zakochał się w Jane, Byłoby to bardzo dobrze, gdyby ona była dla niego bardziej uprzejma.”
Obiad zgromadził ich troje na terasie. W nieobecności Farou‘a Fanny i Jane promieniowały niepewną wesołością, gdy Jan Farou, bez względu na to, czy ojciec był obecny czy nieobecny, zachowywał nietolerancyjne milczenie, rzadko przerywane.
— To ciekawe, — rzekła Fanny, wznosząc głowę ku białemu niebu, — jaki niewdzięczny jest tutaj koniec dnia. Słońce zachodzi dla innych, tam, poza...
— Góry mają oblicze monotonne, — rzekła Jane.
— Maeterlinck, — mruknął Jan Farou.
Obie kobiety wybuchnęły śmiechem a mały Farou zgromił je spojrzeniem.
— Mam dosyć waszej wesołości amputowanych! — krzyknął, opuszczając stół.
Fanny wzruszyła ramionami i odprowadziła go wzrokiem.
— On się staje niemożliwy, — rzekła Jane. — Jak możesz pozwolić, Fanny...
Fanny podniosła łagodnie białą rękę:
— Pst, Jane!... Nic nie rozumiesz.
— Jesteś tak niesłychanie dobra...
Potrząsnęła głową a delikatne jej włosy zadrgały na czole i na malutkich, prawie okrągłych jej uszach, Kiedy chciała przekonać Fanny, otwierała szeroko swoje szare oczy, nakrapiane złotem i podnosiła górną wargę, ukazując cztery krótkie i białe ząbki, Ale Fanny nie zwróciła uwagi na to, co nazywała „dziecięcą twarzą“ Jane. Paliła bez zadowolenia i zgasiła papierosa, przygniatając go kciukiem, z ukrytą zawziętością.
— Nie, Jane, nie mów mi ciągle, że jestem dobra. Pozwól powiedzieć sobie jeszcze raz, że nie rozumiesz zupełnie tego dziecka.
— A ty? — zapytała Jane.
— I ja nie, to możliwe. Wiem tylko to, że robimy często małego Farou a nieszczęśliwym. Szczególniej ty. Bo on jest naturalnie zakochany w tobie. A ty obchodzisz się z nim niekiedy z nieco surową niedbałością.
— Och, zaiste, on nie marnuje czasu!
— Mój Boże, jak ty się łatwo oburzasz, Jane! Jesteś piękna a mój pasierb liczy szesnaście lat. Wiem doskonale, że Jan nie odważy się nigdy i nie będzie może pragnął nigdy złożyć ci „wyznania“...
— I dobrze zrobi.
Jane wstała i oparła się o niski mur terasy.
„Otóż masz, pomyślała Fanny. Odpowiedział mi oschle jak kół i będzie mi rozprawiać o edukacji, jaką otrzymują młodzieńcy w Anglji. Jest to bezwzględnie dzień Davidsona.“
Ale Jane odwróciła się i ukazawszy uśmiechniętą twarz dziecka, mającego około trzydzieści lat, zawołała:
— Czy nie sądzisz, Fanny, że to denerwujące, gdy już od tygodni nie można znaleść koło siebie ani jednego przedmiotu bardzo zimnego, lub przynajmniej świeżego w dotknięciu? Mury są gorące po północy, srebrne naczynie jest ciepłe, a posadzka kamienna... To jest męczące...
— Czyja to wina? Tego przeklętego Farou‘a... Chce kończyć tutaj sztukę...
— Powinnaś się bronić, Fanny, bronić nas, nas wszystkich! Aż do pokojowego, który umiera z przygnębienia...
Zmarszczyła popielate brwi, podkreślone delikatnem pociągnięciem ołówka, i spojrzała surowo na okolicę, usypiającą wśród suchego wieczora.
— Ale ty ciągle potakujesz... Gdyby chociaż to niewolnicze „tak, mój drogi“, pomogło ci do czegoś... Doprawdy, kobiety są...
— Kss!... Kss! — syknęła Fanny.
Jane zamilkła, zaczerwieniła się po swojemu, to znaczy, że szaro-brunatna jej cera stała się jeszcze ciemniejsza.
— Mieszam się do nieswoich rzeczy, wiem o tem...
— Och, cóż to szkodzi!
Fanny zmiarkowała naraz, że tak dwuznaczne rozgrzeszenie mogło dotknąć Jane i dodała:
— Jane, nie bądź tak szydercza wobec małego Farou. On ma szesnaście lat. To przykre dla młodego chłopca.
— I ja miałam szesnaście lat. A nikt się nie litował nade mną.
— Ale ty byłaś dziewczyną. To zupełnie co innego. A zresztą — rzekła Fanny w odpowiedzi na patetyczne spojrzenie — w tym wieku, lub nieco później, rzucałaś z rozpaczy przechodniom przez mur róże...
— To prawda, to prawda, — potwierdziła wzruszona nagle Jane. — Masz rację, jak zwyczajnie, Fanny... Mówię ci, że jestem zła, niegodziwa, nieszczęśliwa...
Przyciskała do siebie ramiona Fanny, opierała policzek o jej czarne, lekko związane włosy, powtarzając:
— Jestem zła... zła...
— Dlaczego? — zapytała Fanny, która troszczyła się rzadko o uprzejme kłamstwo.
Jane zwróciła ku różowemu niebu naiwną twarz i pokazała cztery swoje ząbki:
— Czy ja wiem!... Życie nie obsypywało mnie pieszczotami... Dawne krzywdy wysuwają swój obrzydliwy pysk... Najdroższa Fanny, najdroższa Fanny, zatrzymaj mnie... Nie mów Farou‘owi, że byłam taka... niemożliwa w jego nieobecności...
Siedziały tak, aż do godziny zapalenia lampy, przytulone do siebie, mówiąc mało, wskazując palcem nietoperza, gwiazdę, słuchając szumu świeżego wiatru w drzewach, wyobrażając sobie czerwony zachód słońca, którego nie widywały nigdy, chyba że wspięły się na przeciwległy pagórek.
Na pierwszej terasie, w dole, zaskrzypiał żwir. Jane zawołała łagodnie:
— Halo, Janie Farou!
— Słucham, — odparł ochrypły młody głos.
— Zagramy na gramofonie? Albo wyłożymy pasjansa?
— Dobrze... Tak... Co pani chce, — rzekł nadąsany głos.
Ale przybiegł tak szybko, że Fanny zadrżała, widząc go tuż koło nich, całego białego, prócz twarzy i ramion, i oświetlonego tragiczną obwódką, otaczającego nimbem wiek młodzieńczy.
Jane wzięła go po bratersku za łokieć i poprowadziła do stołu gry, którego zielone sukno, podziurawione przez czerwie, cuchnęło pleśnią i starem cygarem.
— Hello, boy!
„Jest to bezwzględnie dzień Davidsona“, pomyślała zadowolona Fanny.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .