Tętniące serce/Część III/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Tętniące serce
Podtytuł Powieść
Rozdział Pogrzeb cesarza
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Kejsarn av Portugallien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
POGRZEB CESARZA.

W ostatnią niedzielę przed Bożem Narodzeniem odbyć się miał pogrzeb Katarzyny ze Skrołyki. W kościele nie dużo bywało ludzi zazwyczaj w takim czasie, bo wielu odkładało udział w nabożeństwie do wielkich uroczystości świętalnych.
Toteż zakłopotanie ogarnęło tę małą grupkę Askadalarnczyków, którzy przyłączyli się do konduktu pogrzebowego w chwili gdy przybyli na plac, leżący pomiędzy budynkiem gminnym, a kościołem. Zastali tłumy ludzi, jakich nikt nie widywał na tem miejscu, chyba wówczas kiedy to w Svartsjö, raz do roku proboszcz z Bro wygłaszał kazanie, albo czasu wyborów do parafjalnej rady.
Oczywiście nie ściągnął tłumów pogrzeb starej Katarzyny, ni chęć oddania jej ostatniej przysługi, sprawa musiała mieć powód inny. Może się spodziewano jakiejś znakomitej osobistości na nabożeństwie, lub też inny nieznany, a słynny proboszcz miał wygłosić kazanie onej niedzieli.
Ludzie z Askadalarny żyli w kącie tak zapadłym, że mogło zajść wiele rzeczy w parafji, o których wieść do nich nie dochodziła, albo przedostawała się późno.
Ci, którzy stanowili orszak żałobny zajechali, jak to bywa zawsze na plac wozami i bryczkami i wysiedli z nich. Plac przed kościołem zatłoczony był pozatem jednak nie spostrzegli nic nadzwyczajnego. Żałobnicy dziwili się coraz to bardziej temu co się działo, ale nie śmieli pytać o przyczynę. Nie wypadało im łączyć się z resztą, którą nic pogrzeb nie obchodził, ale winni byli trzymać się na uboczu, tak by każdy widział, iż stanowią kondukt żałobny.
Zdjęto trumnę z drabiniastego wozu, na którym przyjechała przed kościół, i ustawiono na dwu czarno malowanych kozłach stojących w pogotowiu przed budynkiem gminnym. Tutaj musieli stać i czekać wszyscy zaliczający się do orszaku aż uderzą dzwony, ukaże się proboszcz z kościelnym i pochód ruszy na cmentarz, do grobu.
Od samego rana niebo zasnuło się chmurami i deszcz padał tak nawalny, że snopy wody rozpryskiwały się na wieku trumny. Jakąkolwiek mogła być przyczyna tak wielkiego napływu ludzi, to jednak wątpliwości nie ulegało, że pogoda tego rodzaju nie byłaby w stanie ani jednego skłonić do wychylenia się za próg domu.
Nikt z pośród zgromadzonych nie zwracał najmniejszej uwagi na deszcz i wichr. Wszyscy stali w cierpliwem skupieniu pod gołem niebem, nie starając się chronić do kościoła, czy budynku gminnego.
Sześciu łudzi, mających nieść trumnę Katarzyny, zauważyło, że prócz kozłów na których stała przysposobiono tuż obok drugą jeszcze parę. Miał tedy zostać pochowany jeszcze ktoś drugi. I o tem nie doszły Askadalarnczyków wieści, dziwiło ich też niepomału, że nie jawił się drugi kondukt pogrzebowy, a było już nawet zapóźno, by mógł się ukazać przed kościołem.
Kiedy brakowało ledwo dziesięć minut do dziesiątej i lada moment spodziewano się rozpoczęcia pochodu na cmentarz, spostrzegli Askadalarnczycy, iż cały tłum rusza w kierunku Där Nolu w Prästerudzie, folwarku położonego o kilkaset zaledwo kroków od kościoła.
Spostrzegli teraz czego nie zauważyli przedtem, że od samego budynku gminnego, aż do folwarku droga usłana było gałązkami jodłowemu i wysadzona zielonemu choinkami. Tam leżał przeto zmarły. Dziwili się bardzo, że wieść o tej śmierci nie dotarła do nich,, a jeszcze więcej, że okna nie były zasłonięte kirem jak to być winno w domu, w którym ktoś zmarł.
Drzwi otwarły się na ściężaj i ukazał się kondukt. August Där Nol kroczył przodem z laską żałobnika w ręku, za nim zaś niesiono trumnę.
Ludzie zapełniający dotąd plac przed kościołem przyłączyli się do tego pochodu. Przybyli tedy widocznie poto, by uczcić nieboszczyka.
Trumnę zaniesiono przed dom gminny i postawiono po prawej stronie trumny Katarzyny, a August Doär Nol zesunął kozły, tak by obie znalazły się jaknajbliżej siebie.
Trumna druga nie wyglądała zgoła na nową i nie połyskiwała jak trumna Katarzyny. Zdawało się, że zaznała już niejednego deszczu, także niezbyt się z nią widać ostrożnie obchodzono, bo wieko było porysowane, a wystające kanty poobtrącane.
Jedno, wielkie, zbiorowe westchnienie ulgi uleciała z piersi wszystkich Askadalarnczyków, gdyż teraz rozumieli potrochu co to znaczy. W trumnie tej nie leżał żaden krewny Där Nola. Podobnie też cały ten tłum zebrany przed kościołem nie znalazł się tu dlatego, że ludzie chcieli zobaczyć coś niezwykłego. Nie. Zeszli się tu, by być świadkami połączenia się małżonków.
Spojrzenia wszystkich skierowały się na Klarę Gullę, a każdy chciał się przekonać czy zrozumiała. I tak też było w istocie.
Przez cały czas stała blada i zapłakana przy trumnie matki, gdy jednak zobaczyła drugą trumnę w drzwiach domu Där Nola, na twarzy jej zjawił się radosny wyraz ulgi i zadowolenia, jakim każdy wita spełnienie tego nad czem pracował długo, z wysiłkiem wielkim. Ale uspokoiła się prędko. Miast radości pojawił się w jej oczach smutny uśmiech i przesunęła kilka razy lekko dłonią po trumnie matki.
— Teraz ci tak dobrze, że nie marzyłaś o niczem więcej, matko... prawda? — Tak szepnęła Klara Gulla do zmarłej.
August Där Nol zbliżył się do Klary Gulli, podał jej rękę i rzekł:
— Nie macie chyba, Klaro Gullo, nic przeciw temu, żeśmy się urządzili w ten sposób. Znaleziono go dopiero w zeszły piątek, a ja sądziłem, że będzie wam to łatwiej znieść.
Odpowiedziała kilku jeno słowami, a wargi jej tak drżały, że ledwo mógł zrozumieć co mówi.
— Dziękuję wam, Där Nolu. Bardzo dobrze. Wiem, że nie wrócił do mnie, tylko do matki.
— Do was obu, Klaro Gullo, przekonacie się niedługo! — odrzekł i poszedł.
Stara Erykowa z Falli miała już ośmdziesiąt lat i pochyliły ją zgryzoty i troska, ale uparła się jechać do kościoła, by oddać cześć i towarzyszyć do grobu Katarzynie, swej długoletniej słudze i przyjaciółce. Wzięła ze sobą czapkę i laskę, które jej oddano z powrotem. Miała zamiar włożyć je Katarzynie do trumny, gdyż mniemała, że miło jej będzie mieć przy sobie jakąś pamiątkę po Janie.
Klara Gulla przystąpiła do staruszki i poprosiła o insygnja cesarskie, potem oparła laskę o trumnę ojca i zawiesiła na niej czapkę z piórami, a wszyscy zrozumieli dlaczego to uczyniła. Wspomniała, że od czasu powrotu swego nie pozwoliła Janowi ani razu przyodziać się w strój cesarski. Chciała teraz naprawić swój błąd o ile to leżało w jej mocy. Trudno, dla umarłego nie wiele da się już uczynić.
Zaledwo laska spoczęła na trumnie, rozległy się dzwony, a proboszcz, kościelny i chłopcy pogrzebowi wyszli z zakrystji i stanęli na czele konduktu.
Deszcz rzęsisty padał dnia tego kilka już razy. Ale złożyło się tak, że nastała przerwa pomiędzy dwoma nawałnicami, w chwili gdy formował się pochód, gdy grupowali się mężczyźni przodem a kobiety z tyłu.
Stawali w porządku, a twarze ich wyrażały zdziwienie. Nie przyszli tutaj powodowani żalem z powodu śmierci dwojga starych ludzi, nie chcieli im też oddać czci szczególnej. Sprawa miała się inaczej. Gdy się rozeszła wieść w parafji że Jan ze Skrołyki zjawił się punktualnie na czas, by mógł razem z żoną zostać złożony do grobu, wszystkim wydało się to bardzo piękne i dziwne zarazem i chcieli być świadkami połączenia się starych małżonków w skonie.
Żaden z przybyłych nie sądził, żeby drugiemu miało przyjść to samo na myśl i teraz mieli wyrażenie, że zrobiono niepotrzebnie zbyt wielką rzecz z pogrzebu tych dwojga starców. Spoglądali po sobie, wstydzili się potrochu nawet jedni drugich, że jednak już byli na miejscu, przeto nie pozostawało nic innego, jak przyłączyć się do pochodu.
W skrytości serca myślał sobie ten i ów z uśmiechem, że cała rzecz wypadła zupełnie po myśli życzeń cesarza Portugalji. To by się mu dopiero podobało! Dwie laski żałobne, bo jednę przywieziono z Askadalarny, niesiono przed trumnami Katarzyny i Jana, a cała niemal parafja stanowiła kondukt. Gdyby nawet sam cesarz zarządził własny pogrzeb, nie mógłby wypaść świetniej.
Nikt nie był zresztą pewny, że nie jest to jego własne dzieło, bowiem cesarz stał się teraz, po śmierci swojej osobistością bardzo potężną. Miał on niezawodnie jakiś cel, trzymając córkę tak długo na pomoście przystani i każąc jej tak długo czekać na siebie. Podobnie musiał też chcieć czegoś dokazać, przezto iż wynurzył się z głębi na czas. Cesarz wiedział co czyni i o co mu idzie.
Gdy obstąpiono szeroki grób i spuszczano weń trumny, zaintonował kościelny pieśń: — Nie znany jest człowiekowi czas jego, ni godzina skonu...
Kościelny Svartling był starcem i śpiew jego przypomniał Klarze Gulli śpiew innego starca, którego słuchać nie chciała.
Wspomnienie to było jej nad wyraz bolesne. Przycisnęła ręce do serca i zamknęła oczy, by wyraz ich nie zdradził, jakie przechodzi męki.
Gdy tak stała nad grobem z zamkniętemi oczyma, zobaczyła nagle twarz ojca taką, jaką ją zapamiętała z dzieciństwa i młodości, kiedy żyli w takiej przyjaźni ze sobą.
Widziała go przed sobą zupełnie jak onej niedzieli, kiedy śnieg zawiał wszystko i Jan niósł ją do kościoła.
Widziała go przed sobą, jak zapamiętała z innej niedzieli, kiedy to poszła do kościoła w czerwonej sukience. Pewnie nikt z ludzi nie był tak szczęśliwy, jak Jan tego dnia.
Nagle szczęście jego zagasło, a i ona nie doznawała już potem prawdziwego wesela i szczęśliwą się nie czuła.
Wysilała się, by utrwalić sobie w myśli to oblicze ojca i sprawiało jej to ulgę wielką, a jednocześnie podniosła się w jej sercu i rosła ciągle fala miłości.
Obraz ten zdawał dawać jej spokój, więcej niż spokój, pewność absolutną i niewzruszalną, że niema się czego bać.
Patrzył na nią zacny, kochający ojciec, Jan ze Skrołyki, nie zaś sędzia. Nie miał zamiaru wymierzać sprawiedliwości, nie chciał ściągnąć na jej głowę kary i nieszczęść.
Wielki spokój wstąpił w Klarę Gullę. Od chwili gdy zdobyła możność widzenia go takim, jaki był dawniej, wkroczyła w świat, gdzie nie było nic prócz miłości. Jakże by mogła przypuścić, że ją nienawidzi? Wszystko przebaczył... wszystkiego zapomniał.
Na każdym kroku chciał jej teraz strzec i ochraniać ją. Tego tylko chciał wyłącznie.
Ponowna fala miłości zjawiła się w jej sercu, fala potężna, napełniająca całe jej jestestwo. Jednocześnie wiedziała, że wszystko zostało skończone, a z ojcem łączy ją ta sama co poprzód miłość, większa nawet może! Kochała go, przeto nie trzeba jej było pojednania, ni pokuty nikt jej nie narzucał.
Klara Gulla zbudziła się jakby ze snu. Podczas kiedy stała wpatrując się w oblicze swego ojca, ceremonja pogrzebowa odbywała się. jak zawsze. Proboszcz zwrócił się teraz z kilku słówkami do zebranych i podziękował, że zjawili się tak tłumnie. Nie jest to, powiedział, pogrzeb człowieka możnego i wybitnego, ale tego, który w całej wsi posiadał serce najbogatsze i najgorętsze, serce tętniące zawsze żywo w piersi.
Gdy to usłyszeli, zrozumieli zaraz wszyscy czemu przyszli, spojrzeli po sobie i nie wstydząc się już wzajem uśmiechnęli się do siebie życzliwie. Proboszcz odgadł przyczynę prawdziwą. Dlatego to przecież zbiegła się mimo pluty cała parafja... Naturalnie!
Proboszcz zakończył kilkoma słowami do Klary Gulli, mówiąc jej, że otrzymała od rodziców swych większy dar miłości niżli jakiekolwiek inne dziecko z pośród znanych mu dotąd, tedy pewny jest, że będzie szczęśliwa, bo miłość taka sprowadzić musi błogosławieństwo boskie.
Na te słowa proboszcza oczy wszystkich skierowały się na Klarę Gullę i zebranych ogarnęło ogromne zdumienie.
Wydało się, że to co było zapowiedziane ziściło się w jednej chwili. Oto stała przed oczyma całej parafji Klara Fina Gulla ze Skrołyki, nazwana mianem słońca, stała nad grobem rodziców, a oblicze jej jaśniało zachwytem nieziemskim.
Była tak cudna, jak onej niedzieli kiedy szła do kościoła w czerwonej sukience, a może nawet jeszcze cudniejsza.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.