Tęsknota (Reymont)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Tęsknota
Pochodzenie Ave Patria
Data wydania 1935
Wydawnictwo Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
TĘSKNOTA

Słoneczny dzień już się śnił domom, śpiącym w zimnych mgłach, śnił się drzewom skulonym i drżącym, śnił się morzu, bełkocącemu sennie u brzegów, i śnił się tęsknie wszystkiemu, co w odrętwiałej, zimnej cichości nocy marcowej cierpi i czeka i pragnie.
Naraz, jak zwiastun świtu, gdzieś z bardzo daleka, zasyczała syrena okrętowa; chrapliwy, pierzasty głos z trudem przedzierał się wskroś mgieł lodowatych i jakby się skarżył żałośnie, łkająco i długo w pustych ulicach na śpiących jeszcze pilotów.
Aż miasto usłyszało, wciśnięte pomiędzy ocean i góry, ulice, zasypane kołtunami mgieł, zaczęły się budzić, zatopniałe szyby pięter patrzyły jeszcze nieprzytomnie, ale już na dole w szarych tumanach wykwitały światła, zaklekotały saboty na oślizgłych chodnikach, otwierały się drzwi, jakaś klapa sklepu opadła ze szczękiem łańcuchów, mur obciążony kurzami, wyłaniał się z mgieł, a od portu rozległy się śpiewne wołania rybaczek, idących z koszami na głowach.
I niebo już bladło, jak twarz po śnie niespokojnym, mgły osuwały się z domów, niby ciężkie, przemiękłe, szare płaszcze, że już gdzie niegdzie szyby spoglądały różanym blaskiem dnia; zamigotały żółte i zielone dachówki, pokrywając ściany nieprzemakalną łuską, i stare, odwieczne domy, wiszące wysuniętemi nad ulicą piętrami, wynurzały swoje boleśnie ociężałe cielska.
Od strzelistych szczytów i wież katedry, majaczącej nad miastem w sinych tumanach, zaśpiewała sygnaturka; niby głos dnia się rozdzwaniał. Wtedy wąską i stromą uliczką, spadającą od katedry, zaczęła schodzić jakaś wysmukła, czarna postać i jakby jeden z dźwięków płynęła przez mgły. A gdy minęła domek, przyczepiony w połowie wzgórza, wyszła za nią druga, w czerni również i w kapturze na głowie.
Drabina stromych stopni zdała się nieskończoną, miasto leżało pod stopami, z morza mgieł wzburzonych wynosiły się wieże i dachy spadziste, jak ostre skały, a z nieprzejrzanych sinych dali szły głuche, posępne gwary oceanu.
A kiedy szły obok domu, co spięty czarnemi belkami, błyszczący czerwonym fajansem szczytów, tulił się do stóp góry, trzecia postać ukazała się za niemi.
I wszystkie trzy, jakby o sobie nie wiedząc, poszły ku morzu.
Przystań jeszcze spała, okutana we mgły, niby w siecie, ociekające wodą, fale z dzikim bełkotem gryzły kamienne ściany i spienionemi łbami waliły się o brzegi, stado czarnych i długich statków, podobnych płazom na łańcuchach, miotało się niekiedy wściekle i jakby gryzło między sobą, tłukąc się zajadle bokami.
Gdy dochodziły głównego basenu, mały holownik z przeszywającym świstem zamajaczył na chwilę i przepadł w mgłach.
Z morza zaryczały znowu syreny.
A one szły wciąż jedna za drugą ku tamie, wysuniętej daleko w morze.
Przemykały się, jak cienie lękliwe, wskroś nieodgadnionych zarysów rzeczy, wskroś majaków jakichś domów, jakichś pociągów, jakichś wind, szarzejących rzędem, niby żurawie, uśpione na omglonej łące, i ginęły jedna za drugą na tamie w zielonych mgłach, ociekających deszczem.
Z niewidzialnej latarni rozkrążały się ustawicznie śmigi bladych połysków i błyskawicami migotały w skłębionych tumanach.
Nie było nic prócz nieprzeniknionej topieli mgieł, ocean leżał prawie niemy; szare, nieprzejrzane pustynie drgały zdławionemi szumami, z ciężkiej szarości drążyły się ciche jęki fal konających u zagubionych wybrzeży; posępny ruch ociężałych szamotań, wszystkie huragany leżały teraz w sennym bezwładzie przerażającej ciszy, wzdychając tylko niekiedy nieprzytomnym bełkotem.
Każdy głos człowieczy marł bez echa, spojrzenia wracały oszalałe, jak ptaki oślepłe, myśl wiła się w trwodze śmiertelnej przed otchłanią.
Ale one stały cicho, jak co dnia, i, wsparte o balustradę, patrzyły tęsknemi, wołającemi oczami w nieodgadnioną przestrzeń.
Smagał je deszcz, oblewały złe fale, słone bryzgi wyżerały twarze i przenikały boleśnie jęki mew, odprawiających swój pacierz poranny.
Nie wiedziały o tem, czekając, jak co dnia, na statek, zawijający do portu.
Ryk syren już zahuczał gdzieś bliżej, że prawie zwisły z balustrad i przechylone czatowały gorejącemi oczyma na potwora.
Białe cielsko statku wynurzyło się zwolna w kanale: płynął, nie przestając huczeć niskim, wstrząsającym basem.
Zamarłe prawie z oczekiwań, gorejącemi oczami przepatrywały pokłady statku, ale wśród mgieł i dymów ludzie mrowili się, jak cienie niepochwytne, więc biegały śpiesznie naprzód i niby psy przywarowały na przystani.
Statek zwolna i ostrożnie się podciągał; setki ludzi czerniały na pomostach, a setki na brzegu parły się gorączkowo do barjer; wychlusnęły spienione gwary, ktoś chustką powiewał na dziobie okrętu, ktoś ręce wyciągał przez burty, ktoś krzyknął jakieś imię, i krzyk przejęty radością mu odpowiedział, radość zawrzała jak burza.
Olbrzym wreszcie przystanął, związały go z ziemią liny i pomosty, i jakby z niezgłębionej gardzieli zaczęli wychodzić ludzie.
A one blade, przyczajone w sobie i jakby przywarte do miejsca, głuche na wrzawę, nieczułe i martwe na wszystko, nie przepuszczały ani jednej postaci, wysiadającej ze statku. Chwytały każdą stęsknionemi oczami, i każda przepadała w zapomnieniu, i każda budziła sroższy ból zawodu, a przewijały się nieskończonym szeregiem, były dobre i złe, piękne i smutne, starcze i dziecinne, były i białe, i żółte, i czarne, i zgoła niepodobne do wiary; twarze wszystkich stron świata, wszystkich ras i klimatów, tylko nie było tych, na które czekały…
Już statek opustoszał, skrzypiały tylko windy, zawzięcie pracujące, odchodziły zapełnione pociągi, wybrzeża rozlegały się głosami, a one jeszcze długo nie mogły uwierzyć, że i dzisiaj nie było tych, na których czekały.
A potem, kiedy ulewny deszcz zatopił mgły, kiedy zielonawy dzień marcowy wyłonił poczerniałe miasto, kiedy ocean przebudzony jął trzepać płetwami przypływu, kiedy blada źrenica słońca błysnęła z za powiek posępnych, że już kształt każdy i rzecz każda stała się tylko smutną rzeczywistością i bólem, szły za miasto, na wzgórza nagie i puste, siadały na urwisku i, zawieszone nad przepaściami, wtapiały się w nieskończoność, nasłuchując gędźb oceanu, przejmującego wołania przestrzeni, a za każdym statkiem, wiszącym na widnokręgu, rwały się ich dusze oczekujące, za każdym żaglem niosły się ich oczy roztęsknione, za każdą chmurą leciały myśli wołające…
A potem szły przed Madonnę z Lourdes, co ze skał wyciągała ręce błogosławiące światu, i tam się modliły żarliwie.
I tak było codzień od wielu, wielu dni. I tak być miało jeszcze przez wiele jednako ciężkich, jednako długich i jednako tęsknych dni. I zawsze nadaremnie. Aż po wielu takich tygodniach spostrzegły się i poznały.
— Na kogo czekasz? — spytała najstarsza.
— Na męża! — szepnęła łzawo kobieta ze starego domu.
— A ty na kogo?
— Na kochanka, na przyjaciela — odrzekła smukła, kryjąc twarz.
— A ja czekam na syna — powiedziała pierwsza.
Podały sobie dłonie i zajrzały w duszę; tęsknota je wiązała kolczastym łańcuchem już ordzewiałym od łez. Ucałowały się serdecznie jak siostry i zajrzały sobie w twarz.
Pierwsza była najstarsza, szczupła, wysoka, o twarzy jakby z białego wosku, oczy jej gorzały gromnicznym blaskiem i mądrość cierpienia opromieniała siwą głowę.
Druga była w pełni lat, silna, różowa, o stromych piersiach i nienasyconych ustach, oczy miała pełne obietnic i dłonie, łaknące obejmowań.
Trzecią była młoda dziewczyna, smukła i świeża, jak pęd wierzbowy, w oczach miała niebo przeczyste, a pełne usta nabrzmiewały krwią żądzy, niby dźwięk miedzi w poranek wiośniany, pachniała kwiatem jabłoni.
— Mój mąż zrobił majątek w Klondyke i powraca bogaty.
— Mój narzeczony powraca z Kanady, pobierzemy się i wyjedziemy daleko.
— Mój syn powraca do mnie, powraca! — szeptała słodko matka.
Już się teraz znały i kochały współczuciem tęsknoty.
Mieszkały na tej stromej uliczce, spadającej od katedry.
I już odtąd jednocześnie budził je ryk syren i razem chodziły do portu, razem na wybrzeże i razem do katedry, w cień głęboki naw i razem lały łzy błagające i szeptały modlitwy.
Ale dnie przechodziły nieubłagane.
Wiosna już nadeszła i dnie nizały się w różaniec blasków, woni i kwiatów, w hymn wszechmocnego słońca.
...I były jak marzenia młodzieńcze, różaną mgłą przysłonięte, pełne cichych westchnień, uśmiechów, tęsknych śpiewań, zapachów, rozbrzmiewających pęków, nagłych smutków i słodkich łez zarazem.
A one czekały.
...I były jakby utkane z płomienistych barw, ziemia lśniła szmaragdem, niebo wisiało płytą błękitu, a morze było jakby czarodziejskim kwietnikiem, każda fala tryskała purpurą, złotem i szafirem, każda struga pian wykwitała śnieżnemi liljami, nawet mewy, ważące się nad oceanem, mieniły się srebrem i fioletem.
A one wciąż czekały.
...I były dnie, jak muzyka nieopowiedziana, huragan grał na starych rozjeżonych drzewach, pluskały drzewa, grały rynny starych domów, śpiewały wieże katedry, świstały pociągi, ludzie, holujący w porcie ciężkie statki, krzyczeli smutną pieśń trudu, a ocean huczał dziki hymn potęgi, hymn śmierci i zniszczenia...
A one, jakby umarłe, na te dnie czekały niestrudzenie.
— „Nadzieja“ już bardzo dawno wyszła z Rio-Janeiro!
— Od miesiąca już powinna zawinąć do portu.
— To opóźnienie mnie niepokoi.
— Wyszła i przepadła, a może... — mówili raz w porcie, ale one, dosłyszawszy, uśmiechnęły się pobłażliwie i poszły na wzgórza patrzeć w nieskończoność i czekać.
— Ludzie małego serca! — myślała o nich matka.
— Przecież to mój mąż, czekam na niego — myślała żona.
— Pobierzemy się, i już go nie puszczę na morze! — postanawiała dziewczyna.
A w mieście trwożono się coraz bardziej o los „Nadziei“. Wielu mężów, wielu synów i wielu narzeczonych miało na niej powrócić.
Już szły pytające depesze na wszystkie strony świata, już kłopotały się gazety, i nawet giełda się trwożyła, bo statek był kosztowny, a codzień więcej kobiet klęczało zalanych łzami w mrokach naw wyniosłych, więcej mszy wychodziło i obfitszą brał jałmużnę stary żebrak pod katedrą, i dłużej w noc paliły się w oknach światła. Ale one jakby o tem nie wiedziały, zatopione w tęsknocie oczekiwania, w marzeniu o szczęściu powrotu ukochanych.
Przepędzały już ze sobą dnie całe i długie wieczory.
Dla pokrzepienia serc zebrały się najpierwej u żony, której dom dźwigał się u stóp góry. Odwieczne izby o pożółkłych ścianach i sczerniałych belkach, ogarnęły je cichą błogością i spokojem, kominki z niebieskiego fajansu buchały ogniem, lśniły się cynową zastawą na półkach i stare, poszczerbione dzbany z Limoges bełkotały z gardzieli słodkim, szumiącym cydrem. Siedziały oczarowane bogactwem, a ona z zapałem opowiadała o jego dobroci, pokazywała podarunki od niego i pokazywała stroje, przygotowane na jego przyjęcie; pokazywała z wilgotnym blaskiem ust i ze drżeniem piersi małżeńską ich komnatę, a potem, gdy już dzban stał pusty i na kominku tylko węgle żarzyły się krwawo, i ciepła, pachnąca piżmem cisza przejmowała lubieżnym dreszczem, zwierzała się ze śmiechem, że sąsiad, piękny oficer, kwiaty jej przysyła i listy namiętne…
— Niech wróci mój mąż, niech jak najprędzej wróci, bo oszaleję! — wołała ze łzami, całując namiętnie przyjaciółki niedoli.
A później schodziły się u matki, w starym domku, co niby gniazdo jaskółcze przyczepiono w połowie wzgórza; stare pokręcone wiązy go otaczały, i stare bluszcze go spowiły aż po granitowe płyty dachów. W niskich pokoikach pachniało jabłkami i suszonem zielem, bretońskie stare szafy świeciły mosiężnemi ozdobami, stary zegar kaleka mamrotał godziny, jak dziad bezzębnemi ustami, a matka usadziła je w niskich fotelach, spłowiałą kanwą wybitych, i, otworzywszy drzwi do pokoju syna, siadła w progu i zaczęła snuć swoją serdeczną pieśń tęsknoty.
Ze ścian, z szerokich ram, patrzyła ognista twarz młodzieńcza o purpurowych ustach, o oczach lwich i potężnych, jak morze wzburzone.
— Piękniejszy, niźli ten oficer, co mi kwiaty przysyła!
— Piękniejszy, niźli nasz organista katedralny!
— To on, to mój syn! Umrę spokojnie, gdy powróci! — szeptała z dumą matka, a tamte długo patrzyły w cudną twarz młodzieńca.
Wiele długich wieczorów snuła swoją przędzę nadziei, a one patrzyły w portret pobożnej adoracji.
Aż wkońcu zaprosiła je do siebie dziewczyna. Mieszkała wysoko, u szczytu uliczki, w spleśniałym domu, jakby wtulonym w katedrę, w niskich pokoikach, skąd było widać ocean i gdzie zaglądały smoki i potwory, siedzące wiecznie na balustradach i rynnach katedry.
Głuche brzmienie organów i głosy chórów przedzierały się tutaj echami, a czasem zapachy kadzielne wonnym obłokiem zapełniały izdebki poddasza. Dziewczyna haftowała ornaty, śpiewała w chórze i pielęgnowała starą, sparaliżowaną ciotkę i kwiaty na kamiennym balkonie.
Zwierzała się im, z jakiem strasznem utęsknieniem czeka. Wiedziały, co to znaczy. Że kocha go nad wszystko, wiedziały dobrze, i o tem, iż będzie z nim najszczęśliwsza w świecie! Pragnęły dla niej tego szczęścia, tylko stara ciotka się oburzała, zapewniając, że Alice robi głupstwo, czekając tyle czasu, że mogłaby zrobić świetną partję, gdyż stara się o nią sam organista katedralny.
Dziewczyna rozpłakała się żałośnie, przysięgając na swoją miłość.
Wierzyły jej najszczerzej.
I tak oto wlokło się ich życie całe w tęsknocie i oczekiwaniu, że już niekiedy rozchodziły się bez słowa, nie patrzyły sobie w oczy i szły osobno każda płakać, bo trwoga się w nich rodziła.
Aż pewnego dnia przyleciała złowroga wieść.
„Nadzieja“ się rozbiła.
Przyniósł ją telegraf, i wkrótce wielki statek angielski miał przywieźć pozostałych przy życiu rozbitków.
Miasto stało się cmentarzem.
Wszyscy wylegli do portu, żałobną ciszę przerywały płacze, tysiące ludzi czekało na przystani z zapartym oddechem, tysiące serc biło w męce bolesnego oczekiwania, tysiące oczów krążyło po wzburzonym oceanie.
I one stanęły na swojem zwykłem miejscu, bledsze tylko były i bardziej niespokojne, ale najpewniejsze ze wszystkich.
Statek przybił do brzegu i zaczęli wychodzić ocaleni z rozbicia.
Ale nie było pomiędzy nimi męża!...
Nie było kochanka...
Nie było syna!
Leżeli już dawno gdzieś na dnie oceanu.
Płacz powszechny, krzyki i łkania wstrząsnęły powietrzem.
Dziewczyna rzuciła się w morze, ale ją ocalili, a żonę zemdloną z rozpaczy musieli zanieść do domu.
Tylko matka stała spokojnie i rzekła kamiennym głosem:
— Nieprawda, mój syn żyje i powróci!
Ale odtąd już sama chodziła do portu, sama siadywała na wzgórzu, i sama przepędzała wieczory przed portretem syna.
Zapomniała o życiu, i śmierć też jakby o niej zapomniała.
Spotkała kiedyś żonę, idącą pod rękę z pięknym oficerem.
— To życie! — szeptała, uśmiechając się pobłażliwie.
I ujrzała kiedyś w oknie domu, przytulonego do katedry, cudną twarz dziewczyny, roześmianą i szczęśliwą, a obok niej łysą czaszkę organisty, śpiewali razem.
— To życie — powtórzyła dobrotliwie.
— A tyś kto? kto?! — pytał ją stary dziad z pod katedry.
— Ja jestem tęsknotą, czekam, aż syn mój powróci!
I czekała z uporem drzew marzących o wiośnie.
Aż wylawszy wszystkie łzy przed Madonną z Lourdes, rozsypawszy wszystkie jęki w głuchych nawach świątyni i wydawszy wszystkie grosze na msze i ofiary, zaczęła się modlić do nieba, do mew, do chmur, do drzew, do kamieni.
Ale i te modlitwy były nadaremne.
Aż raz, gdy burza rozsrożyła się, morze i pioruny biły oślepiającemi grotami, gdy fale spiętrzyły się z wyciem oszalałych szatanów, gdy ocean stał się już samem przerażeniem, że cały świat zdawał się rozpadać w gruzy, zeszła nad sam brzeg i, wyciągnąwszy ręce, wołała błagalnie:
— Zlituj się któryś mocen nad śmiercią.
— Zlituj się, któryś sam wieczną tęsknotą.
I oto jakby przyszedł kres jej męki oczekiwania, w kłębach grzyw i w górach fal spiętrzonych, w blaskach piorunów ukazał się jakiś kształt ludzki, zielonawy był jak fala, czerwone źrenice miotały się piorunami, blade usta szeptały coś do niej; wychodził z głębin, z huraganu i na rękach wynosił białe ciało jej syna... chwiał się, jak kwiat, targany burzą, i szedł wskróś burzy ze słodkiem słowem ukojenia.
Poszła naprzeciw z nadludzkim krzykiem szczęścia.
Mewy zajęczały nad nią żałośnie.
Fale były już do kolan, chwytały za piersi, ześlizgiwały się z ramion, przeskakiwały przez głowę, obejmowały za szyję, całowały ją chłodnemi ustami, zabierały w moc swoją, ale ona rwała się naprzód ku synowi.
— Czekałam na ciebie! Wiedziałam, że powrócisz! Tęskniłam!
Mewy krzyczały nad nią żałośnie.
— Ja jestem tęsknota — śpiewał ocean, zamykając się nad jej głową.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.