Sztuczne życie
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Sztuczne życie |
| Pochodzenie | W zamyśleniu |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1923 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Tak wicher i zimno szarpie mi róże i bzy — tak się znęca nad grzędami niezapominajek, które błękitną szarfą opasały mój dom, że aż boli patrzeć przez okna i mimowoli coś cofa w głąb fotelu, w głąb siebie, i w głąb urządzeń życia — na długie bezsłoneczne, bezcieplne chwile.
Więc stworzyliśmy sobie doskonale całe sztuczne życie i co więcej, kazaliśmy je przeżywać przed naszemi oczyma innym, mniej uposażonym dostatnio stworzeniom. Za leniwi jesteśmy, aby brać czynny udział w tragedjach i farsach, których jesteśmy żądni.
Pragniemy dreszczu, ale już z drugiej ręki, przefiltrowanego przez cudze nerwy i wrażliwość. Chcemy zebrać wrażenia doskonalsze jeszcze i podszyte miękkim atlasem cudzego bólu i cierpienia. Lubimy kontorsje gimnastyków, drżących na trapezie. To nam sprawia miłe łaskotanie. Lecz samym wleźć na trapez byłoby niemożliwe. Fotel zapłacony nam wystarcza. I ta siatka bezpieczeństwa nas drażni. Policyjny sentyment. Nawet nie byłoby zgruchotanej czaszki. Co najwyżej skręcenie karku na miękko.
Lecz — w braku czegoś lepszego...
Ot, tak sobie ładniuchno urządziliśmy życie. Ci, którzy mają trochę pieniędzy, mają i wybór użycia ich. Tam na trapezie jest cała gromada, odtwarzająca w celu zabawienia sztuczne życie. Więc rozmaite twórcy w rozmaitych kierunkach sztuk, dalej odtwórcy... Słowem ci, którzy znów swoje serca harfą uczyniwszy — podatnie je oddają na wygranie tych pieśni. Wszystko to, — cała ta banda, zdenerwowana, zdeprawowana, chora, wyzyskiwana, często obdarta i bosa — czasem nawet wyklinana — to są artyści!
A jakże — artyści...
Bo niech tam kulturalny kołtun (specjalna roślinka obecnych czasów) co chce mówi, przewracając oczy, jakoby tych artystów też pod sercem nosił, cenił ich i nawet szanował — tak nie jest. On zawsze odnosić się do nas będzie z ukryta pogardą. My jesteśmy tolerowani. Niby to konieczne, ale w gruncie rzeczy możnaby się bez nas obejść. Tylko, że to dodaje pewnego pieprzyku morowo nudnej egzystencji. Tedy przecież potrzeba na coś patrzeć ze swego fotelu i przeżywać przed naszemi oczyma innym, mniej.
Tylko — jak powiedziałam — z drugiej ręki!...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ci którzy nie widzą rzeczywistego życia, wydobywającego się z niego przemocą, zadając gwałt swem duchowem przeznaczeniem — czynią sobie wielką krzywdę, niespodziewając się tego. Każdy bowiem człowiek jest stwórcą i ma jego siłę w odpowiedniej ilości. Z roli widza biernej odczuwającej na odległość mógłby wejść w rolę autora, dającego nam o wiele większe zadowolenie. Tylko naturalnie musiałby zastosować się do swych środków — tyle oddychać, na ile go tchu stać. Nic więcej. Na to trzeba mieć samokrytycyzm czysty zupełnie, bez domieszek i doskonałą szlachetność pełnej rezygnacji. Jeśli nie można przerazić wszechświata jękiem tragicznego Bólu, trzeba umieć wdzięcznie płakać cichemi łzami. I w tem jest wielki Artyzm, a kto wie nawet, czy nie większy.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Mam więc myśleć o życiu sztucznem, skoro mi mgła przysłoniła słońce i zieleń, a o szyby siecze drobna siatka drutów mroźnego, podłego deszczu. Na trapez, do góry patrzę i w pierwszej linji wysuwają mi się figurki powichrzone, ciżby w szeregi poformowane. Każda z nich ma w ręku szmatek papieru. Na nim panoszy się napis „Kontrakt“. Są to więc pajacyki za kontraktem — ujęte skrzętnie w jakieś skarby i solidnie gwarantujące, że tylko to i tyle kontorsji, krzyków, łamań, grymasów i epilepsji mają dostarczyć i przefiltrować przez swój mózg, nerwy, struny głosowe i objęcie duchowe. W zamian za to mają zapewnioną strawę i dach, kobiety podwyższoną możność lepszego działania na mężczyzn, a wszyscy w danych chwilach rozkoszowanie się klepaniem charakterystycznem, wynikającem z uderzenia jednej dłoni o drugą. W ten sposób ci, którzy siedzą na dole, manifestują tym z trapezu, iż dobrze ich połaskotali, a nerwy swoje tak silnie i chorobliwie rozszaleli, że oni odczuli łaskawie na swoich nerwach przyjemną senzację.
Figurki z kontraktami kłaniają się, kiwają, klną w duszy. Dźwigają bowiem jeszcze bagaże rozmaite oprócz tych kontraktów. Szczególnie dają się im we znaki kuferki, poznaczone etykietami — Charaktery. Dalej niewielkie, ale ciężkie i zasmarowane necessery, poznaczone jako głębia psychiczne. Są takie figurki, które nie czynią wiele gestów, mówią niskim głosem i obnoszą się z łzawicami, które napełniają prawdziwemi łzami, lub krwią. Są to tragiczne lalki, oddają wizyty, biorą udział w uroczystościach narodowych i doznają szacunku. Lalki zaś z pociętemi gębami, jak człowiek śmiechu Wiktora Hugo bywają lubione, a nawet taki Pan z fotela klepie je łaskawie po kolanie. Taki autor, czy to tragiczny, czy komiczny tedy, jest nawet uważany za kogoś możliwego w danych chwilach w społeczeństwie. Powinien się z tego cieszyć, Boga chwalić, kontrakt chusteczką owijać, jak dewotka książeczkę do nabożeństwa, nie szczędzić serca, łez, sił, głębi i czego tam jeszcze i tak najwięcej ze siebie dawać, dawać, dawać...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ba! ale teraz oto chodzi, aby mu wolno było dać ze siebie najwięcej...
On już się nato zrezygnował, poszedł już na ten trapez, zrezygnował z wygody leniwego wyczekiwania. I w czem leży największa tragedja takiego aktora, takiej aktorki? Że całe ich życie może przejść, a oni nigdy nie będą mieli możności dania ze siebie tego, co dać mogli i chcieli. A co jest najstraszniejsze, to jest właśnie to, że są sądzeni przez całą teorję powierzchownych, płytkich sędziów, którzy nie wiedzą, że aktora sądzić należy nie z tego co dał, lecz z tego co dać mógł.
Czyż bowiem dane było u nas naprzykład wypowiedzieć się w całości p. Fritschemu? Jest to bardzo ciekawa organizacja artystyczna, która dać może bezcenne kreacje. Gdybym miała teatr, nigdybym Feldmanowi nie dała się wyłamywać w powodzi śmiechu. Tam jest taka potęga grozy tragicznej, że mnie każdy ryk śmiechu gawiedzi rozpasanej, przesłany ku Feldmanowi — boli. Trzeba było wypadku w Brandzie, aby objawiła potęga prostej linji uczucia Kwiatkiewiczowej.
O pannie Nałęcz, która może być szczera serdecznością, nie wiemy nic, to samo i o pannie Urbańskiej, nadzwyczaj ciekawej organizacji, wspartej dużą inteligencją. Zjawia się czasem jako pokojowa pani Okornicka, którą miałam sposobność obserwować gdzieindziej, jako wdzięczne, stylowe zjawisko.
Jako zgrywający się komik pojawia się p. Berski, a ten artysta ma w sobie ogromną dozę tragicznej zgryźliwości, która mogłaby w danej sytuacji niejedną sprawić senzację.
I nietylko tu, ale to samo dzieje się na scenie krakowskiej, warszawskiej — innej. Taki Nowacki — który zdaje się już został na zawsze przeznaczony na role grymasujących błazenków, daćby mógł całe gamy najserdeczniejszych, najdelikatniejszych nastrojów.
Przypominam tu prześliczną sztukę Wójcickiej, noszącej tytuł „Psyche“, w której taki Nowacki targał mi duszę na strzępy odtworzeniem postaci neurastenicznego zabójcy. Była to bezprzykładna prostota i zarazem sięgnięcie do najtajniejszej duchowej głębi. — Nikt nie domyśla się nawet, czem mogłaby być energja gestu i chmurna siła Rybickiej, która lata już chowa się po kątach i zapada w cień.
Pan Chmieliński mocą niezbadaną został skazany na reprezentowanie godnych ojców i wspaniałych gestów kleru. A tenże sam pan Chmieliński jest według mnie żywiołową, burzliwą potęgą sangwinicznych porywów, zdolnych stokroć godniej reprezentować zbrodniczą złość szatana, jak miodopłynne tyrady ojca zadżumionych. To samo dzieje się z panną Bednarzewską. Przypięto jej etykietę, klasyfikującą ją jako uosobnienie „słodyczy, anielskości, kobiecości“ — i rozmaitych „ewig weiblichów“ niemieckich. I wtedy pani Bednarzewska w jasno złotych fryzurach i pastelowych sukniach gra gołębio, marnując bezwarunkowo swe prawdziwe zdolności mściwej, silnej natury artystycznej, o stalowych zimnych błyskach w oczach. Wszak nieszczęśliwa Ogińska także dla tego, że była złotowłosą i drobną, skazaną była na „słodkie dziewczynki“ przez lata całe. I oto w przeddzień swej tragicznej śmierci objawiła się w „Peer Gyncie“ ku zdumieniu wszystkich, uosobieniem namiętnej i gwałtownej natury aktorskiej.
Bez końca mogłabym przeczytać te żywe przykłady i zawsze byłoby ich za mało. Trzeba tylko zamiast bezmyślnie krytykować grę aktorów, zapytać się siebie, — dlaczego ktoś grał nieodpowiednio. Byłże on tym, którym być mógł — dałże on wszystko, co dać mógł?...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Czyja w tem wina? Nie dyrekcji. To bezwarunkowo. Tak mało jest miejsca dla dramatu w tym jednym gmachu, gdzie się to wszystko mieścić musi razem, iż inaczej być nie może. Całe miesiące mijają a często aktor, albo aktorka błąka się za kulisami zjadając czas w bezczynności, a nie mają odwagi oderwać się od większej sceny, by pójść na tułaczkę i tam próbować swych skrzydeł do lotu.
Mało teraz energji i odwagi w „młodych“. Niewiedzą, co to jest wykorzystać każdą chwilę. Błądzą bezczynni, narzekają, łamią ręce. Nie umieją, jak my dawniej, gdy źle, gdy ról nie dawano, nadać rzeczy na zaliczkę — wsiąść do trzeciej klasy — przyłapać gdzieś po drodze jakąś „działówkę“ — i grać! grać! grać!...
Prawda, iż teraz na tej prowincji niema już takiej legendowej postaci, jaką był niezapomniany Piotr Woźniakowski. Człowiek ten swój genjalny talent, wiedzę, zapał, inteligencję, swój majątek włożył w scenę prowincjonalną, na której uczył, kształcił, formował artystów. Modrzejewska wiele mu zawdzięczała. Zboiński, Rapacki, Zamojski, Ekier, Ładnowski, Terenkoczy, Benda, Webersfeld, Sachorowski i tylu innych, wyszli z jego szkoły. Ja sama, to co umiem najlepszego — zawdzięczam Woźniakowskiemu. W Dębicy jest samotny, skromniuchny grób. Nikt, prócz wdowy, nie rzuci nań kwiatów. A przecież wszyscy mu tyle winniśmy! Niech tych słów kilka wdzięczności padnie u stóp krzyża rozpinającego swe skrzydła nad prochami wielkiego artysty — jako kwiaty podzięki od nas wszystkich, którzy zdrowie, siłę, zdobytą wiedzę i duchowe pogłębienie braliśmy od Niego z całem okrucieństwem i egoizmem młodości!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Trudno już — Woźniakowski już dawno w mogile. Na prowincji niema już takiej szlachetnej i pięknej, entuzjastycznej duszy, jak on — niema nauczyciela. Ale i na tych większych scenach niema go także. Jest Solski. Pozatem niema nikogo. Więc trzymanie się par force sceny, nie dającej możności wypowiedzenia się, jest dla aktora zabójcze i zgubne.
Tyle co do aktorów, a teraz co do autorów. Nikt niema pojęcia, jaka to cała awantura i tragedja odbywa się przy tak zwanej „obsadzie“ — w gabinecie dyrektora. Artystów cały legjon, ale na tę i na tę rolę niema nikogo. I nieszczęśliwy autor musi poprostu z nożem na gardle przystać na kogoś — kto swą indywidualnością jest zupełnie daleki od tego, co wymarzył.
A tu — nie dalej, jak o miedzę, jest naprzykład w Krakowie, wymarzony aktor, lub aktorka do tej roli. To samo i przeciwnie, w wystawieniu jakiejś sztuki w Krakowie, posiada Lwów siłę odpowiednią dla postaci, która będzie trzymać sztukę wystawianą w Krakowie. Lecz kontrakty strzegą zazdrośnie swoich aktorów. Niech raczej błąkają się za kulisami, nic nie robią i demoralizują się upokorzeniem brania za darmo gaży. Lecz tradycji stanie się zadość.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tymczasem przypatrzmy się, jak się załatwia te sprawy, dajmy nato, we Francji.
Tam także artyści mają swoje kontrakty i stałe engagement. Ale jest to, że dyrektorzy bardzo chętnie pożyczają sobie artystów, nie grając roli pieska leżącego na sianie a nie dającego go krowie.
Autor upatrzył sobie odpowiedniego artystę do sztuki, porozumiewa się z nim, z jego dyrekcją i rozpoczynają się pertraktacje. Nigdy dyrektor nie staje w poprzek podobnej kombinacji. Śmieszne pretensje, że to obniża wartość trupy skoro się dopożycza z innej aktorską siłę, nie pojawiają się nigdy. Chodzi tu o dobro sztuki rzeczywiście i o pozwolenie aktorowi niezajętemu odpowiednio w swoim teatrze — aby dał ze siebie to, co dać powinien. Przytem, dla publiczności jest to system doskonały. Nie widzi ciągle jednych i tych samych artystów, nie zamęcza się nimi. Postacie sztuk nowo odtwarzane, świeże silnie wrażają się w pamięć, wznosząc ze sobą, wraz z nowym, małoznanym aktorem niespowszedniałe cechy. Kraków i Lwów, często prowincja mogłaby dostarczyć doskonale takich pożyczek krótkotrwałych, o najszczęśliwszych dla autorów i aktorów kombinacjach. Aktorzy czuliby się odmłodzeni, odświeżeni, wróciłaby im energia, wiara w siebie i siła. Ta myśl, że jest się poszukiwanym przez autora do kreowania jakiejś postaci, dodaje ważności, podtrzymuje dobre o sobie mniemanie. Naturalnie chodziłoby o to, aby artyści nie robili sobie z takich okazyj źródeł zysków materjalnych, lecz niech gna ich ten zapał, który powinien lampą kryształową, niesioną w piersiach, rozświecać im drogę. Z przestrachem bowiem i smutkiem widzi się teraz te młode szeregi stojące u wrót sceny. Jak pretendenci do złotych kołnierzy, tak się teraz zabierają do scenicznej karjery ci sami następcy i następczynie. Ani śladu tego pędu, tego ślepego rzucenia się na niepewność materjalnej egzystencji, byle tylko osiągnąć cel ukochany... Chwalebna jest zapobiegliwa drobiazgowość i kołtuńskie troszczenie cię o jutro — ale pomyślmy, czy z temi cnotami byłyby złote czasy scen polskich, o których to czasach snują się już tylko legendy dokoła solidnych i dobrze asekurowanych gmachów. Dlaczego dawniej aktorzy z całą pewnością trafiali na swój ton. Oto dlatego, że wypróbowali całą gamę i w niej uchwycili to, na czem ich dusza wygrać się chciała. Czynił to często w szopach, budach, stodołach. Często padł nam na plecy śnieg na scenie, a niewiadomo było, co wieczorem kupić — czy bułkę, czy naftę, aby się roli uczyć. Ale już pomyłek nie było. Zmagało się samemu ze sobą — odnajdywało się w swej głębi zasadniczy nerw i wypływało na wierzch. Dziś nikt nie chce się wypróbować. Chce przyjść do gotowego, zapominając, że czy w rzeczywistości, czy w sztucznem życiu — to Gotowe — podane w korytku smacznie i ciepło, bardzo się mści!
Okropnie się mści!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
I nato zwracam uwagę raz jeszcze... Skoro się ma tam, na trapez, wysłać całą garść, aby gwoli łaskotaniu tłumu żyła życiem sztucznem — należy rodzaj tej sztuczności, którą odtwarzać mają, nie wybierać według maski, którą noszą, jak ludzie rzeczywiści.
Zrozumieć bowiem należy, iż nikt nie jest rzeczywistym w życiu rzeczywistem. Jest on Sztucznością. A prawda jest wtedy, gdy dany osobnik staje na terenie sztuczności. Należy więc dyrektorom, reżyserom, autorom, krytykom patrzeć pod maskę. Ja zwykle uczniom swoim i uczennicom daję do studjowania role wręcz przeciwne ich pozornemu usposobieniu. Otrzymuję w ten sposób jedynie możliwe rezultaty. Jest to praca szalona bo każda organizacja artystyczna strzeże nadzwyczaj zazdrośnie tej swojej rzeczywistej istoty. Przeraża się, gdy nagle uczuwa, iż z jego głębi, z tego lochu, gdzie czasem nigdy nie zadźwięczy nawet z życia — wydobywają się jakieś pasje, furje, namiętności i że zaczynają być dominantą wśród ułożonej i wytresowanej figury usankcjonowanego charakteru i należy wtedy z całą subtelnością i delikatnością pozwolić przełamać się tej chwili, asystując zdaleka i napozór bez zainteresowania całej tej farsie.
Lecz jak powiadam, praca to szalona. Ma się tu bowiem do czynienia z ukrytym zmysłem samozachowawczym.
A na ścieżce artystycznej zmysł ten jest oślepiająco silną bronią — i nikt tak rozpaczliwie, upornie, tragicznie nie broni się, jak artysta, którego nagle postawiono na możności wypowiedzenia się zupełnego.
Lecz gdy bronić się przestaje — staje się... genjuszem!