Przejdź do zawartości

Sztandar ze spódnicy (Popławski, 1885)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jan Ludwik Popławski
Tytuł Sztandar ze spódnicy
Pochodzenie Prawda, 1885, nr 35
Redaktor Aleksander Świętochowski
Wydawca Aleksander Świętochowski
Data wyd. 1885
Druk K. Kowalewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


SZTANDAR ZE SPÓDNICY.

Każdy z czytelników rodzaju męskiego, chociażby był najgorętszym wielbicielem kobiet, przyzna zapewne, że te „anioły ziemi“ bywają nieznośne w podróży, w licznych zebraniach, na ulicy, słowem wszędzie, gdzie wyłamują się choć w części z pod wymagań względów towarzyskich. W wagonie „piękna“ towarzyszka podróży zajmuje bez ceremonii tyle miejsca, ile jej się podoba, zawiesza nad głową twoją niezliczoną ilość woreczków i pudełek, z miłą poufałością opiera się całym ciężarem podczas snu o twoje ramię; na koncercie lub odczycie toruje sobie drogę wśród ciżby, depcąc po nogach i przeszkadzając słuchać zebranym. Jeżeli niebacznie opuścisz na chwilę miejsce, zajmie je bez pytania, nawet numerowane. Na ulicy potrąca sparaliżowanych starców i zrzuca przechodniom kapelusze parasolką. Wszystkiego zaś tego dokonywa z miłą bezczelnością, z naiwnem zuchwalstwom, z głębokiem przekonaniem, iż jej jako kobiecie mężczyzni przebaczyć i ustąpić powinni.
Ta zuchwałość rozpieszczonych niewolnic najnieznośniejszą jest jednak w literaturze. Całe gromady „wykształconych“ pań i panienek, wyrobiwszy sobie styl na wypracowaniach pensyonarskich, na dzienniczkach lub wierszykach w albumie, poświęcają swój czas (kobieta zawsze poświęca się) wzbogaceniu piśmiennictwa polskiego mnóstwem nowel, nowelek i obrazków. Dzięki „miłej bezczelności“ utwory te wychodzą w druku, chociaż brak im sensu i znajomości gramatyki i pisowni. Tyle tam myśli, ile zmieścić się może w małej, ufryzowanej główce; serce słabo bije pod ciasnym gorsetem, a wszystko to wypowiedziane szepleniącym szczebiotem, cedzonemi przez zasznurowano wargi półsłówkami. Rozmaite Marie, Magdaleny, Elwiry, Maranthosy itd., cała ta wyjątkowa nędza literacka, to wesołe i obdarzone dobrą pamięcią papużki, które powtarzają cudze myśli, cudze zdania, cudze obrazy, przedrzeźniając je w swym ptasim świegocie. W utworach tych nie znajdziesz nic nowego, nic żywego, żadnych spostrzeżeń, żadnych rysów kopiowanych z natury, ale jedynie oklepane ogólniki, przerobione aforyzmy, sto razy powtarzane szablony.
Do tej kategoryi należą i Akwarelle p. Śnieżko-Zapolskiej[1], chociaż pozornie różnią się wielce od zwyczajnych wypracowań „utalentowanych“ pań i panienek. Różnica polega na tem, że autorka posiada temperament gorętszy, że warunki jej życia (p. Zapolska jest aktorką) zrobiły ją śmielszą, pewniejszą siebie, mniej krępującą się przepisami dobrego tonu. Nie rozszerzyły one jednak widnokręgu jej pojęć, nie uzdolniły do czynienia spostrzeżeń, chociaż w życiu artystki nie braknie sposobności do tego.
P. Zapolska w swoich utworach literackich jest także aktorką i niczem więcej tylko aktorką lub reżyserką, ustawiającą na scenie maryonetki i manekiny. W dodatku jest ona aktorką złej szkoły, aktorką prowincyonalną, pełną fałszu i przesady. Nie mówiąc już o wytwarzaniu sztucznych sytuacyj, przyzwyczajenia teatralne odbijają się nawet na przedstawianiu ludzi i życia sfery towarzyskiej, którą autorka zna dobrze, którą mogła obserwować dokładnie. Hrabiowie jej utworów mówią i chodzą jak kochankowie ogródkowi, damy światowe, kiedy się zejdą w salonie, zupełnie jak liche aktorki na mało miasteczkowej scenie, siedzą, „kiwając głowami,“ aż „pióra u kapeluszy szeleszczą,“ a młode panienki nieumiejętnie naśladują minki i szeplenienie „naszych naiwnych“ lub patos pierwszej kochanki.
Ale te właśnie grube efekty, zastosowane do gustów nie wykształconej estetycznie publiczności, zapewniły utworom p. Śnieżko-Zapolskiej względne powodzenie. Ci sami, którzy oklaskują w teatrze piskliwe krzyki, konwulsyjne kurcze lub przesadne wykrzywiania się aktorek, okażą taki sam zachwyt, jeżeli te sztuczki i łamańce znajdą w odmiennej nieco formie powtórzone na kartach książki. Zresztą klaka także urządzona była jak się należy. Mniejsza o to: czy postarał się o nią przedsiębiorca, czy też debiutantka lub jej wielbiciele, ale cały zastęp usłużnych piór reklamował Akwarelle na różny sposób. Pomiędzy oklaskami słychać było czasem umyślne gwizdania, które dodawały tylko zapału klakierom. Jeden z wielbicieli talentu p. Zapolskiej, kiedy nikt jeszcze nie odezwał się słówkiem o jej utworach, przepowiedział już z góry, że „pozioma zawiść“ postara się obniżyć ich wartość.
Do rozgłosu przyczyniła się nie mało ta jeszcze okoliczność, że arystarchowie kuryerkowi, którzy wiadomości swoje o zasadniczych cechach różnych kierunków literackich czerpią zwykle od kumoszek, nazwali p. Zapolską — naturalistką. Nie jestem wielbicielem naturalizmu, ale w danym wypadku stanąć muszę w jego obronie. P. Zapolska zmusza kilkakrotnie swoją bohaterkę do pokazywania kolan — rozumie się czerwonych i brudnych, do obnażania piersi — rozumie się jędrnych i białych, i do wystawiania bioder, nazywając wszystkie to części ciała właściwem mianem. Jest to jedyny punkt wspólny z naturalizmem. Autorka jest romantyczką najczystszej wody, z wybitną skłonnością do histeryi: właściwie w jednej tylko powiastce, w osławionej Małaszce używa kilku pseudo-naturalistycznych efektów.
Na czele zbiorku stoi studyum (!) zatytułowane On. Jest to niby list doświadczonej mężatki do młodej pensyonarki, w którym pierwsza poucza drugą o tem, jakim jest mężczyzna. List ten — to szereg luźnych paradoksów, źle związanych i mało dowcipnych, które poprzednio nie jednokrotnie wygłosili już mężczyźni o kobietach. Autorka bierze pierwszy lepszy aforyzm i odwraca tego kota ogonem, ale w tej pozycyi niewłaściwej zdanie traci zwykle całą wartość, bo zamiast ostrych zębów i pazurów wysuwa się na pierwszy plan miękki i gładki ogon.
„Ja mam jedno słowo na określenie mężczyzn“ — powiada p. Z. — są to dorosłe dzieci. Zdanie oryginalne, tylko że już dawno wygłoszono o... kobietach, i to nie na podstawie kilku przykładów, ale na zasadzie obserwacyi umiejętnej. Każdy, kto czytał dzieła uczonych socyologów, pamięta ten stereotypowo powtarzający się frazes „dzicy, dzieci i kobiety“ itd. Ponieważ on — to dziecko, więc „nie bierz nigdy jego słów na seryo,“ bo „to istota próżna i nadęta jak bańka mydlana“ on — to egoista „ale niewdzięczność mu nieznana.“ Nie będę wypisywał tych dziwacznych aforyzmów, przytoczę jeden tylko jeszcze, który jest niejako wyrazem przekonań autorki, chociaż nie wiąże się z innymi: „Najgłupszy mężczyzna jest mądrzejszy od najrozumniejszej kobiety.“ Jak słusznie zauważył jeden z krytyków, samo wypowiedzenie tego zdania przez wykształconą kobietę zawiera w sobie pewną siłę dowodu na jego korzyść. Aforyzm niedorzeczny w tej formie, w jakiej został wygłoszony, jest prawdziwym, jako stwierdzenie faktu, że w porównaniu z kobietą mężczyzna stoi na wyższym szczeblu duchowego i fizycznego rozwoju. W tem znaczeniu można powtórzyć za panią Zapolską: „to fakt i żadna emancypacya tu nie pomoże.“
Człowiek może wyobrazić sobie, że tak powiem — pojąć małpę, odtworzyć sobie sposób jej myślenia, czucia itd., dlatego że posiada wszystkie te cechy co i ona, plus inne jeszcze, wyższe i bardziej złożone, a między niemi zdolność do abstrakcyi, która pomaga mu w tem właśnie. Mężczyzna więc może pojąć i odtworzyć w najdrobniejszych szczegółach charakter kobiecy, ale kobieta, podobnie, jak ludy pierwotne, które nadają bogom np. swe zewnętrzne i duchowe właściwości, przedstawia sobie mężczyznę tylko „na obraz i podobieństwo swoje.“ Dlatego to on p. Zapolskiej tak jest do niej podobny. Dlatego to jest „skończoną kokietką“ „lubi pasyami plotki i ma zawsze spory ich zapasik“ i jak wszystkie histeryczki lubi jednocześnie „zapach papierosów i holiotropu,“ a bardziej jeszcze „woń stajenną.“ Oprócz tych odwróconych aforyzmów — inne zdania, to zwyczajne niedorzeczności na staropanieński temat: ach ci mężczyźni — to potwory. Ze względu na krytyków widocznie, p. Zapolska zastrzega, że określenia jej nie stosują się do ludzi pracy i inteligencyi.
Pierwszy pocałunek nazywa się obrazkiem z życia. Tutaj uwydatnia się zamiłowanie autorki do urządzania sytuacyj melodramatycznych. Pomiędzy robotnicami, pracującemi przy budowie kamienicy, które „zatraciły w sobie wszystko, cokolwiek mogły mieć kobiecego,“ — a mówiąc nawiasem jest to niedorzecznością — znajduje się jedna tak poetyczna i sentymentalna, że mogła by grać rolę „kopciuszka“ w melodramacie.“ Gałązką jaśminu odpędza ona muchy z twarzy ukochanego, który zasnął pod płotem: czuły kawaler zachwycony tym dowodem przywiązania, odpowiada jej wzajemnością i jak grzeczny salonowiec pyta: czy ona pozwoli odprowadzić się do domu? Potem daje Marysi czerwoną różę i oświadcza się o jej rękę. W wigilię ślubu Pawłowi zachciało się pocałować narzeczoną, ale dogadzając aktorskim zamiłowaniom p. Zapolskiej nie czyni tego w sposób zwyczajny. Kiedy Marysia stoi na rusztowaniu drugiego piętra, Paweł spuszcza się po sznurze z trzeciego i wisząc w powietrzu dotyka ust kochanki. Rozmarzony pocałunkiem, puszcza sznur, spada na ziemię i zabija się. Potrzeba, doprawdy, mieć strasznie chorobliwą wyobraźnię, żeby coś podobnego wymyśleć.
Nakoniec sami, dopełnienie do obrazu Tofany, znanego z licznych reprodukcyj, jest może najlepszym utworem autorki. Przedstawia tu ona scenę poślubną, w której młodej, rozkochanej, drżącej z wzruszenia i ciekawości co to będzie — dziewczynie, mąż robi wyrzuty, że dostał za mały posag. Łza — to wyznanie młodej, nie kochanej przez męża kobiety, którą, kiedy spieszyła na schadzkę zwróciła na drogę obowiązku łza dziecka. Temat nie nowy i niejednokrotnie z daleko większym talentem wyzyskany. Za jedną gwiazdkę i Kocham cię to szeregi obrazków, połączonych nie tak treścią, jak wspólnością końcowego frazesu. Jeden dzień z życia róży, nowelka, w której autorka opowiada historyę kwiatka danego przez młodą panienkę narzeczonemu. Różę tę młodzieniec oddał swej byłej kochance, żonie bankiera, finansista zabrał ją z buduaru małżonki i ofiarował woltyżerce cyrkowej, a ta znowu p. Gustawowi, owemu narzeczonemu, który wieczorem powrócił do swej Adelki z darowanym mu rano kwiatkiem. Bukiet kamelii równie nieprawdopodobna i sentymentalna historya. Szwaczka przynosi suknię bogatej pani, która podczas przymierzania stroju odbiera bukiet a w nim bilecik. Przeczytawszy list, zapala papier i rzuca na ziemię. Grzeczny ogień opalił tylko brzegi, tak, że gdy szwaczka schwyciła liścik, wyczytała treść jego. Ten, który uwiódł biedną dziewczynę, w bileciku tym naznaczał bogatej pani schadzkę na balu. Szwaczka, dziewczyna skromna, która rozumie swoje podrzędne stanowisko, ażeby zrobić przyjemność p. Zapolskiej i dać jej sposobność do wygłoszenia kilku frazesów — umiera.
We wszystkich tych powiastkach nie ma wcale nawet czerwonych kolan, ani wystających bioder, jest tylko kilka „ryzykownych“ wyrażeń, które uchodzą w salonie, zwłaszcza w ustach mężatki. Wszędzie p. Zapolska przedstawia się jako romantyczka, więcej powiem, jako osoba romansowa, której rozkiełznana wyobraźnia, bawiąc się wymarzonemi postaciami, nadaje im pozy nienaturalne i stawia je w położeniach dziwacznych. Miłość stanowi treść wszystkich prawie nowelek, nie jest to jednak uczucie naturalne, zdrowe, ale chorobliwe jego zboczenia. Powiem więcej, autorka nie zna wcale tego uczucia, chociaż nie mogę na pewno określić, czy brak jej doświadczenia, czy też umiejętnej analizy.
We wszystkich prawie utworach p. Zapolska występuje sama jako bohaterka. Może to być dowolny sposób pisania, ale widoczne są reminiscencye przeżytych uczuć i zdarzeń. Mniejsza zresztą o to, kto jest bohaterką tych utworów — nam idzie tylko o odtworzenie jej fizyognomii duchownej.
Młoda dziewczyna wychowana w klasztorze (opisy życia i wychowania klasztornego stanowią najlepsze kartki Akwarelli) pokochała go sentymentalną miłością. Teraz oto nakoniec sami, ale on okazuje się przeżytym egoistą, zwyczajnym łowcem posagowym. Zawiedziona w swoich uczuciach młoda kobieta szuka pociechy, lecz łza dziecka zatrzymuje ją na drodze obowiązku. Zresztą ci pocieszyciele, to także egoiści, lalki — to oni jednem słowem. Temperament gorący dopomina się jednak o swoje prawa. Miłość jest nie tylko roskoszą ducha, ale i potrzebą organizmu, której pogwałcenie mści się rozstrojem nerwowym, histeryą, marzycielstwem, zwłaszcza, że wychowanie klasztorne dało podkład do tych objawów psycho-patologicznych. Czasem znowu popędy zmysłowe występują otwarcie. W takich chwilach bohaterka pojmuje miłość jako proste obcowanie istot różnopłciowych, i przestrzegając młodą przyjaciołkę przed urokiem owocu zakazanego, powiada, jak zwyczajna kobiecina, która jest tylko kawałkiem mięsa: „mąż twój da ci to samo bez trwogi i niebezpieczeństw, bez upadku itd.“ Otóż właśnie kwestya: czy to samo. Praktyczna autorka sądzi, że „poezyę możesz sobie wytworzyć,“ a jakim sposobem, na to przepisy znajdują się w nowelkach, szkoda tylko że rozproszone. Rozkoszne buduary, oświetlone przyćmionemi lampami, miękkie otomany, woń kwiatów egzotycznych, lubieżne lub dziwaczne pozy itd. „Tylko uważaj te chwile jako antrakt i podnoś czemprędzej kortynę“ radzi p. Zapolska — tu spuśćmy zasłonę, bo podczas tego manewru świadkowie są niepotrzebni.
Sławę realistki zjednała autorce Małaszka. Młoda dziewczyna ukraińska, ambitna i próżna dąży wszelkimi środkami do nasycenia swej żądzy panowania i użycia. Żeby zbliżyć się do dworu, wychodzi za lokaja i w parę tygodni po ślubie z egzaltacyą właściwą damie cierpiącej na histeryę, oddaje się młodemu hrabiemu. Później porzuca męża i jedzie do Warszawy jako mamka małego hrabiątka, ale ponieważ jaśnie wielmożny kochanek zapomniał o niej, pragnie zemścić się, kusi go więc na nowo za pomocą wyrafinowanej kokieteryi. Pewnego razu w nocy budzi hrabiego i jego żonę, pod pozorem że dziecko chore, ale właściwie dlatego, żeby pokazać się w roskosznym negliżu i według recepty Zoli, każe klękać hrabiemu na pieluszkach dziecka. Kiedy kochanek okazał się posłusznym, mamką naznacza mu schadzkę. Żeby pozyskać swobodną chwilkę Małaszka poi dziecko wódką, maleńki hrabicz wskutek tego umiera i mamkę wypędzają sromotnie. Powraca więc do domu i tu zastaje męża, który po jej ucieczce i śmierci dziecka zwaryował. Szaleniec chce zabić niewierną, ale z wielkiego gniewu pada zemdlony na ziemię, łuczywo płonące, źle przytwierdzone zsuwa się i zapala chatę. Małaszka ucieka, ale przypomina sobie, że zostawiła czerwoną, jedwabną spódnicę, wraca po nią, tymczasem dach zawala się i grzebie oboje małżonków.
Realizm tej cudacznej powieści polega na tem, że Małaszka prezentuje po kolei to kolana, to biodra, to piersi, to wreszcie inne wdzięki, których wszakże śmiała autorka po imieniu nie nazywa. Hrabia, klęczący na pieluszkach, to także efekt naturalistyczny. Niemowlę w kilka godzin po urodzeniu uśmiecha się, chłopi wracając z roboty wchodzą całą gromadą do karczmy i upijają się jak bydlęta — nie tylko mężczyźni ale kobiety i dziewki, panowie polscy jeżdżą tarantasem a na weselu ukraińskiem drużki śpiewają piosenkę, którą ciekawy czytelnik znaleść może w zbiorze pieśni obrzędowych, zebranych w gubernii twerskiej i to nota bene śpiewają w czystym języku rosyjskim, tylko zwyczajnie jak małorusini, przekręcają trochę wymawianie:

Raztupisa, raztupisa (razstupisia)
Mat syra zemla
Razkalisa grobowa doska (raskolisia)
Probudisa rodnoj batiuszka
Mnie nie godok u was godowat’.

Toż to by się ucieszył Kijewlanin, gdyby posłyszał jak ukraińcy wymawiają twardo sia i g. Dodać trzeba, że imię zdrobniałe Małaszka jest rosyjską formą, po małorusku zaś mówią Małanka. Czytelnikowi, którego dziwi zapewne ten oryginalny realizm polskiej autorki, winniśmy odkryć sekret: Małaszka jest nieudatną przeróbką rosyjskiej powieści, drukowanej w jednem z pism wychodzących w Charkowie. P. Zapolska zapomniała o tem powiedzieć.
Widocznie zresztą, że autorka ma krótką pamięć, nie zaznaczyła bowiem także, iż obrazek Gdybyś ożyła jest przeróbką z francuskiego, przeróbką tak bliską do oryginału, że nudny formalista nazwał by ją plagiatem.
Styl tych utworów odpowiada treści, jest on przesadny, pretensyonalny, zanadto błyskotliwy. Język wogóle staranny i poprawny, kuleje czasem wraz sensem, kiedy autorka stara się być dowcipną: Wtedy „spojrzenie powłóczyste“ bywa „pokryte pancerzem czarnej kamizelki,“ wtedy autorka opowiada, „znałam człowieka olbrzymiej inteligencyi i talentu, było to coś nakształt Hejnego“ itd.
Pani Zapolska nie jest pozbawioną zupełnie talentu pisarskiego i wielu autorów lub autorek zaczyna gorzej jeszcze. Ale w utworach ich tętniło życie i zapał zdrowej młodości, nie zaś wybryki kapryśnej wyobraźni, przebijała w nich wiara młodzieńcza, kiedy w Akwarelach widzimy tylko zarozumiałość. Marta Orzeszkowej jest powieścią słabą, ale autorka podniosła w niej sztandar idei, około którego zgrupowali się jej zwolennicy, p. Zapolska zamiast chorągwi wywiesiła czerwoną spódnicę, pod takim znakiem odbywać się mogą tylko zapasy miłosne młodych byczków.

Wiat.






  1. Warszawa, 1885.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Ludwik Popławski.