Szkodliwy
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Szkodliwy |
| Pochodzenie | Przez moje okno |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Drukarnia Udziałowa |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Przez moje okno podaje mi jeden z moich znajomych podłużną kopertę a w niej fotografję.
— Pożyczam tylko, jutro mi pani zwróci.
— Dobrze, dobrze!
Zamykam okno i siadam przy biurku. Kładę kopertę i przez chwilę nie mam odwagi wyjąć z niej owej fotografji. Wiem, co to jest, wiem, co ona przedstawia, a jednak się lękam.
Wreszcie przemagam wstręt, wyciągam fotografję i patrzę.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Na podłużnym kartonie wizerunek kilku osób. Grupa mężczyzn, mająca pośrodku, jako centr, jakąś jasną postać. I do tej postaci biegnie wzrok, a wchłonąwszy ją w siebie, martwieje przez długą chwilę, tak straszną, tak groźną, tak potworną jest ta postać, występująca jak kościotrup na tle ciemno odzianych figur.
Jest deska — prosta, zwyczajna deska. Na tej desce wbity u góry hak. I u tego haka, na podłożu tej deski, zwiesza się na postronku trup chłopa, odzianego w parcianą koszulę, rozerwaną na piersiach, przepasaną powrozem. Bose nogi wyciągnięte rozpaczliwie ku ziemi, jakby szukały ratującego je oparcia, jedna ręka zaciśnięta konwulsyjnie, druga zwisa już z rezygnacją. Z ust nabrzmiały wypada język, oczy bielmem zaszłe, czaszka zwierzęca prawie, pokryta rzadkim włosem... Ile w tym zadławionym trupie nędzy, ile żałoby, ile tragizmu! A dokoła niego, dokoła tego trupa, którego serce dopiero po dziesięciu minutach bić przestało, uwieczniają się w pozach pełnych pretensji, jakieś figury, bardziej zwierzęce, niż ten powieszony, bo niema ohydniejszej grozy nad tego kata, upozowanego nad głowa wisielca, kata (słuchajcie dobrze!) uśmiechniętego i trzymającego papieros tak blisko twarzy zmarłego, iż tym papierosem dotyka prawie, tej tragicznej, strasznej swą bezsilną rozpaczą głowy!
A ja widziałam tę głowę jeszcze żywą, gdy z sali sądowej czytano nad nią wyrok śmierci. Widziałam, jak spadł na nią grom, przepowiednia bliskiego zgonu, a tępy umysł tego chłopa i tego nawet zrozumieć nie mógł. Bo Fedko Bekierski był „tępym“ ciągle, nawet gdy w zeznaniach swych mógł odnaleźć deskę ratunku, nawet gdy zbrodnię swą mógł „złagodzić“ przyznaniem się do namiętności. „Nie — odpowiadał — nie... ja zabił, nie wiem czemu!“ I gdy wreszcie zrozumiał, że on zabił, więc i on ma być zabity — zczerniał cały, twarz mu pokryła jakby warstwa popiołu i wyszedł z sali już pół-trupem, już takim, jakim w tej chwili mam go na fotografji, przylepionego do szubienicznej deski, w zgrzebnej koszuli, bosego — z tym strasznym katem, który zimny, spokojny, uśmiechnięty, pali papierosa, nie pomny, że z tej ręki przed chwilą zrzucił rękawiczkę, zmoczoną jeszcze pianą zdławionego skazańca.
A czem był ten trup, wystawiony, jak na pokaz, w otoczeniu obojętnych ludzi? Czy w tym Fedku, w tym mordercy zbudzono ludzkie instynkta? Czy nie było to zwierzę bardzo niskiego gatunku, które do ostatniej chwili wykazywało, co było na dnie jego moralnej istoty? Czy to on, Fedko, jest odpowiedzialny za zbrodnię, którą popełnił i za którą rozpięto go na szubienicznej desce, jak triumfalny łup, schwytany i zdławiony.
Zabili go, bo był dla społeczeństwa szkodliwy, ale — czy na tym haku powiesili razem z tym trupem zbrodnię ciemną, zwierzęcą, zrodzoną z nędzy i nieświadomości — zbrodnię tak marną a straszną, że w tej marnocie przestaje być zbrodnią jednostki, zbrodnią Fedka, a staje się gangreną i rakiem, zarazkiem, nurtującym dusze tysięcy takich ludzi-zwierząt, ludzi skazanych przez całe życie na nędzę fizyczną, na ciemnotę moralną — na pełzanie, — a nie chodzenie po świecie, bo dla nich niema ciepła, niema jasności, niema rozwinięcia się duszy w dobrodziejstwach kultury i pięknie cywilizacji. Fedko od dziecka szedł w cieniu, w paśmie błota i żaden głos mu nie mówił — „nie rób tak“, — bo dość było słyszeć zeznania jego rodziny, ażeby zrozumieć, że ta gromada zaharowanych i ciemnych chłopów nie miała dość moralnej siły, aby oddziałać na krwiożercze instynkty tego chłopa. Więc nic w dzieciństwie. A potem miasto i w niem bagno rozpusty — jakieś zaułki na Sieniawszczyźnie, szynki, oto szkoła, w której Fedko się obracał. Przyszła niedziela i po nocy — pod parkanami, z krwią, rozpaloną trucizną alkoholu, włóczą się bandy Bekierskich, nie mając co począć ze sobą... włóczą się, wyją, kłócą — padają w błoto, podnoszą i dalej idą — idą.
Bo gdzie pójdą? Czy myślano o nich? W salonach bawią się elegancko i estetycznie, teatr aż kapie od złota — Bekierscy chodzą z chęcią mordu i użycia w duszy, a nikt nie przemówi do nich uczciwym głosem, nikt nie wygna z ich duszy czarta, co kusi, choćby chwilową uczciwą rozrywką.
A potem — deska szubieniczna, na niej rozpięty trup w zgrzebnej koszuli, trup bosy i groźny jak wyrzut sumienia, a ponad nim uśmiechnięty kat, uosobiający całe społeczeństwo, rade, że się wreszcie jednego niebezpiecznego człowieka pozbyło.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
W sali szkoły imienia Konarskiego — w sali dużej, czystej, białej, zapalono choinkę.
Zajaśniały świeczki jakoś nieśmiało i smutno. Przez otwarte drzwi dolatuje szmer i nagle wpada cała fala dzieci.
Idą, idą — taka ich moc wielka, że zapełniają całą salę i stają ściśniętemi szeregami, otaczają choinkę. Są ubrane bardzo ubogo, ale czysto i ciepło. Światło lamp i płonących świeczek padło na ich twarze. Patrzę i dziwię się, jak te wszystkie dzieci do siebie podobne. Ta sama szara, ziemista cera, ten sam wyraz twarzy, już stary i przedwcześnie zwiędły, te same oczy, trochę zalęknione, a często dziwnym błyskiem strzelające.
Są pomiędzy niemi inne twarzyczki, delikatniejsze, oczęta pełne wyrazu, usta świeższe i ożywione, ale to są wyjątki. I żadne z tych dzieci się nie śmieje, żadne nie ma na widok choinki tej swobodnej radości bogatych dzieci. Stoją zbite w szeregi i patrzą. Niektóre mają wyraz bardzo cierpiący na wynędzniałych twarzach, a od wszystkich wieje straszna piwniczna atmosfera, właściwa ludziom skazanym na mieszkanie po suterenach, po piwnicach, po norach, w których wilgoć płynie ze ścian strumieniem, a na ubitej ziemi lub kamieniach, kilka szmat zastępuje pościel i łóżko na zimowe noce.
I noc wieczysta w tych jamach roztacza panowanie swoje. Przy ścianie tli lampka. W jej świetle najczęściej kobieta, raczej do widma podobna, pierze bieliznę, a kłęby pary wypełniają tę jamę, służącą często za mieszkanie kilku rodzinom. Wymysły, klątwy bójki, często rozpusta, pijaństwo, gnieżdżą się tu po kątach. A jeśli rodzina wypadkowo jest „porządna“, to chłód i głód — ciemnica, zaducha... I w tej jamie mają róść, rozwijać się dzieci — tu chłoną zabójcze i wilgotne powietrze, tu dusze ich od dzieciństwa poznają, co szał pijacki, co bezwstyd, co zbrodnia. W tej jamie — dzieci, które chodzą rano do szkoły, mają przygotowywać lekcje, mają się uczyć i rozwijać umysłowo...
I oto — powstał ów „Związek rodzicielski“, siłą woli i ofiarnością ludzi dużego serca i dusz niesamolubnych. Chętne ręce wyciągały się do owych jam i wyprowadzały z nich owe dzieci, skazane na moralną i fizyczną zagładę. Wyprowadzono całe szeregi smutnych i pobladłych istot, w których zepsucie i anemja pożarły już po części serca i krew i oto — te właśnie dzieci stoją przedemną w sali szkoły imienia Konarskiego. Na uroczystość gwiazdki sprowadzono je z innych sal, z innych szkół i jest ich przeszło trzysta — odzianych, umytych, napojonych herbatą, nakarmionych chlebem, która to herbata i chleb często dla niektórych całodzienne utrzymanie stanowi.
I nie tylko pożywienie daje im ten Związek rodzicielski, ale dając tym zziębniętym, często obdartym brudnym parjasom przytułek w poobiednich godzinach, pomagając im w odrabianiu lekcji, kształcąc im umysł i serce — jak wielki, jak święty, jak szlachetny cel spełnia w tak napozór prosty sposób!
Oto — materjał na zbrodnie, na rozpustę, na trupy Bekierskich, na łup, zwisający u szubienicznego haka! — W atmosferze nędzy złe instynkty rozrastają się szybko. Związek rodzicielski, dając przytułek dzieciom nędzarzy w godzinach pozaszkolnych, dając im gorącą strawę i dobre, uczciwe, szlachetne słowo, walczy z demonem złego i walczy z bohaterstwem stokroć większem, niż dają je kanonady armat i huk morderczych strzałów na polu bitwy. Wejść do takiej szkolnej sali w popołudnie zimowe — spojrzeć na te ławki, wypełnione setkami dzieci, posłyszeć ich śpiew, zobaczyć, jak te odziębione ręce wyciągają się do kubka herbaty i spojrzeć w oczy, te oczy, w których częścią dziedziczność, częścią nędza rozpala zwierzęce instynkty, a szlachetna ofiarność serc ludzkich instynkty te goi i powoli w ludzkie, szlachetne porywy zamienia — wtedy dopiero można zrozumieć całą doniosłość i olbrzymią wagę czynów Związku. Szubienicą plenić mord i zło — to za późno. Wcześniej należy zwrócić się do źródła złego. Bo gdy taki Bekierski stoi w sądowej sali i sądzą go — mnie zdaje się, że to sądzą nas wszystkich, całe społeczeństwo, gdyż nie on winien zbrodni, ale ci, którzy mu wyrosnąć wśród zbrodni i nędzy dali!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Śpiewając kolędę, dzieci zbliżają się kolejno do stołu i tam z rąk opiekunek otrzymują odzież, podarki. Czasem błysk radości przesunie się przez pobladłą twarzyczkę. Z całą abnegacją, z całem poświęceniem grono kobiet, które życie swe trawi na usługach ludzkości, zwraca się ku tym nieszczęsnym dzieciom, które, jak w piwnicy wyrosłe rośliny nagle znajdują się w cieple, jasności, szlachetnej atmosferze. Kto wie... może kiedyś wspomnienie jednego dobrego słowa zbudzi się w chwili krwawej i od mordu rękę powstrzyma. Wiemy sami, jak dziwnie tajemniczo działają na nas wpływy z lat dziecięcych. Lecz ten Związek rodzicielski prawdziwym cudem wywalcza sobie fundusze na swe istnienie. A członków stałych, wspierających, tych, na których opiera się głównie podstawa istnienia, jest tak mało! Dwa guldeny rocznie — to szesnaście centów miesięcznie! I do was się zwracam, rodzice, którzy z taką troskliwością dbacie, aby dzieci wasze w godzinach pozaszkolnych miały wszystko, co do nauki potrzebne. Lampa nie psująca oczów, stół wygodny, krzesła do wzrostu dobrane, ciepło w pokoju. Dokoła siedzą dzieci — odrabiają zadania, młodsze ustawiają zabawki, matka ogarnia wzrokiem swoją gromadkę. „Proszę się nie rozsypiać! — upomina niby groźnie, widząc, jak jasna główka chyli się na wyciągnięte rączki. — Zaraz będzie kolacja!“
Łóżeczka czysto posłane czekają na dzieci. Kołderki sama matka wygrzeje przy piecu... Ale teraz przypomnijcie sobie — może pod wami, w suterenie, na ubitej ziemi, koło ściany, z której leje się wilgoć, zagrzebuje się w łachmany skostniałe dziecko i marzy o tem, że jutro przepędzi w Związku rodzicielskim trzy godziny w ciepłej izbie i wypije kubek gorącej herbaty... Szesnaście centów miesięcznie to nic, to oszczędność na szpilkach, rozrzucanych po ziemi, to dwa ciastka nie zjedzone przy kawie, to jedno cygaro na miesiąc mniej dla męża przygotowane. — A gdy wszyscy nad tem się zastanowią — i Związek rodzicielski liczyć będzie tysiące rodziców, współdziałających z nim razem, kat nie będzie odbywał podróży do Lwowa. Kat nie zapali papierosa nad martwą głową wisielca, deska szubieniczna nie będzie szafotem, na którym wystawiać będą trupa zbrodniarza. Bo zbrodnia rośnie na gruncie nędzy, bo z obdartych, głodnych, zmarzniętych moralnie i fizycznie dzieci powstają Bekierscy, a wierzcie mi, ten trup na tej fotografji, którą mam przed sobą — to wyrzut, to skarga bez słów, groźna i straszna, za niespełnienie obowiązku. Bo obowiązek rodziców, to nie tylko umiłowanie swych dzieci, ale i tych dzieci, których rodzicom nędza nie dozwala być... rodzicami.
Do was — matek — zwracam się z mą prośbą. Przystępujcie wszystkie do Związku rodzicielskiego, a gdy to uczynicie, będziecie mogły z spokojem o wieczornej porze ogarnąć wzrokiem uczące się wasze dzieci, bo drobną ofiarą umożliwiłyście ogrzanie się, nasycenie i zapobieżenie moralnemu rozkładowi jakiegoś jednego biednego dziecka!
A to jest wielka pociecha — ocalić może jedną głowę od... szubienicznego haka!