Szklana Góra

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Szklana Góra
Pochodzenie Baśnie
Data wydania 1940
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Przemysłowa E. Podgórczyka i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Bracia Grimm - Baśnie (Niewiadomska) str 169.jpg
SZKLANA GÓRA

Pewna królowa miała śliczną córeczkę, która nie umiała jeszcze ani mówić, ani chodzić, lecz śmiała się tak dźwięcznie, jakby dzwonił srebrny dzwonek, a na czole miała cudną złotą gwiazdkę, świecącą wśród ciemności księżycowym blaskiem. Matka kochała bardzo to jedyne dziecię, stroiła je w drogie klejnoty, najpiękniejsze sukienki, lecz nie była cierpliwa, gdy maleństwo płakało i zdawało jej się wtedy, że jest najnieszczęśliwsza.
Razu jednego piastunka oddała królowej śliczne, uśmiechnięte dzieciątko, a sama poszła do zamku po jakąś zabawkę. Królowa była w ogrodzie, siedziała na złotej ławce pod zielonym jaworem i pieściła się z córeczką życząc jej, aby była najszczęśliwsza i najpiękniejsza na świecie.
I nie daremnie królowa wyrażała te życzenia, wiedziała ona, że skoro na wiosnę jawor okryje się liściem zielonym, dopóki słowik śpiewać nie przestanie, cudowne drzewo ma własność ziszczenia wszelkich pragnień i nadziei wyszeptanych w jego cieniu.
Nie każdy wiedział o tej własności jaworu, lecz król powiedział o niej młodej żonie, która dziś właśnie usiadła pod cieniem drzewa, aby jej życzyć wszystkiego, co szczęście dać może.
Wtem dziecina zaczęła płakać i grymasić; matka uspokajała ją, ale na próżno; w końcu, jak zwykle, straciła cierpliwość, a że niańka nie powracała, chcąc postraszyć maleńką podniosła ją w górę i zawołała głośno do kruków przelatujących:
— Kawki, kruki i wrony, weźcie sobie to niegrzeczne dziecko, nie chcę go widzieć więcej!
Nieszczęśliwa królowa zapomniała, że stoi pod cudownym jaworem. W tej samej chwili, kruki, wrony, kawki otoczyły ją w nieprzebranym mnóstwie, porwały śliczną królewnę i uleciały daleko.
Biedna matka w rozpaczy głośnym wybuchnęła płaczem, potem — zapominając o przestrogach męża — chciała skorzystać z własności jaworu i odzyskać dziecinę; lecz zaledwie wyraziła życzenie przeciwne temu, które wypowiedziała przed chwilą — zagrzmiało, piorun błysnął, drzewo stanęło w ogniu, a królowa upadła na ziemię zemdlona.
Tak przez jedną lekkomyślność nieszczęśliwa kobieta straciła dziecię i cudowne drzewo, naraziła się na gniew męża i w smutku i żalu pędziła odtąd życie.
Kruki tymczasem uniosły prześliczną królewnę do ciemnego lasu, zamieniły w kruka z białą gwiazdką na głowie i puściły na wolność, żeby sam, pod opieką starej czarownicy, szukał sobie żywności, żył na drzewach jak ptaki i nigdy nie odzyskał już ludzkiej postaci.
Wiele lat upłynęło od tej smutnej chwili; królewna dnia każdego na jedną godzinę zrzucała ptasie pióra, lecz zła czarownica czuwała nad nią, aby w ciągu tego czasu nie znalazła sobie wybawcy.
Pewien ubogi rycerz przejeżdżał raz przez bór ciemny szukając służby u jakiego króla, gdzieby mógł swoją odwagę okazać i zdobyć sławę i mienie. Wtem na gałęzi dębu usłyszał głos kruka, wzywający go po imieniu.
Zatrzymał się zdziwiony i zbliżył do drzewa.
— Dzielny młodzieńcze — przemówił ptak smutnie — znam twoje myśli i wiem, czego szukasz na świecie, lecz ulituj się nade mną i uwolnij mię od zaklęcia, gdyż jestem najnieszczęśliwszą księżniczką.
— Cóż mam czynić? — spytał rycerz. Z całego serca pragnę dopomóc ci, księżniczko.
— Wszystko zależy od ciebie. Idź śmiało w głąb tego lasu, a trafisz na chatkę czarownicy, która czuwa, by mnie nikt wybawić nie mógł. Zrób wszystko, co ci każe i pozostań tam przez trzy dni, ale nie przyjmuj od niej żadnego pokarmu ani napoju, bo uśniesz twardo i zbudzić cię wczas nie zdołam. Każdego dnia w południe przyjadę do chaty i będę cię szukała w ogrodzie pod dębem. Czy mi przyrzekasz nie przyjąć nic od czarownicy, choćbyś umierał z głodu?
— Przyrzekam ci, księżniczko, nie lękaj się o mnie, wyzwolę cię spod opieki niegodziwej jędzy, choćbym miał umrzeć z głodu.
— Dziękuję ci, mój rycerzu — przemówiła królewna — ale chociaż ci wierzę, obawiam się bardzo, że przebiegła wiedźma namówi cię do skosztowania jadła albo napoju.
— Bądź spokojna księżniczko, nie godzien byłbym dłużej być rycerzem, gdybym nie dotrzymał słowa i nie wykonał twej woli. Przysięgam ci, że nie spocznę aż do chwili, w której odzyskasz swe prawa.
Ucieszyła się biedna zaklęta królewna, a rycerz pospieszył naprzód. Szedł długo, bardzo długo, do późnego wieczoru, nim odnalazł w lesie starą chatkę. Czarownica oczekiwała go na progu, a widząc, że jest znużony i głodny, wyniosła mu kubek wina i kawałek chleba.
— Posil się, piękny rycerzu — przemówiła z dobrocią — język ci usechł z pragnienia i oczy wpadły z głodu; mam litościwe serce i nie mogę patrzeć na cierpiącego człowieka.
Przemawiała tak słodko, iż trudno było uwierzyć, że coś złego ma na myśli, rycerz jednak, pamiętny na swą obietnicę, nic przyjąć nie chciał. Staruszka dziwiła się bardzo, sama posłała mu łóżko, nakarmiła konika, umieściła go w sieni i znowu powróciła do rycerza zachęcając, by się choć napił, nim uda się na spoczynek.
Rycerz pamiętał, co przyrzekł księżniczce, ale był tak spragniony, że język jak kawał kości sterczał mu w ustach sztywny i suchy; mówić prawie nie mógł; zdawało mu się, że zbawienie wieczne oddałby za szklankę wody; więc gdy stara podała mu pachnące wino, nie miał siły oprzeć się strasznej pokusie i umaczał w nim usta.
Rozkoszne uczucie ogarnęło go natychmiast: nie czuł pragnienia i głodu, kropla wina nasyciła go i napoiła, a prócz tego pogrążyła w śnie tak słodkim i błogim, jakiego nie kosztował jeszcze nigdy w życiu. Sen ten jednakże był zarazem tak twardy i tak głęboki, iż żadna moc ludzka spłoszyć go nie była w stanie.
W południowej godzinie zatętniało w lesie, zajechała kareta w cztery białe konie, wysiadła z niej królewna ciemnowłosa, ze złotą gwiazdą na czole, z perłowymi ząbkami i smutnymi oczyma. Wysiadła i pobiegła prosto do ogrodu; ale pod dębem nikogo nie było, więc zapłakała łzami, a gdzie łezka padła, rozwijał się kwiat biały, podobny do dzwonka, z kroplą rosy w kielichu, a tak cudnie pachnący, że cały las napełnił się tą śliczną wonią, piękniejszą niż zapach róży i fiołka.
Nic to jednak nie pomogło, nie obudził się rycerz, więc królewna zbliżyła się do czarownicy i zapytała ze smutnym wyrzutem:
— Gdzie mój wybawca?
— Zobacz, jak smacznie zasypia! Do roboty go nawet obudzić nie mogę.
Weszła do izby królewna, popatrzała na rycerza, potrząsnęła go za rękę, wołała po imieniu, wszystko nic nie pomogło: leżał bezwładny jak kamień.
Uderzyła godzina, zarżały konie przed chatą, z płaczem wybiegła królewna, wsiadła do karety i zniknęła w ciemnym borze.
Teraz i rycerz obudził się nagle, zerwał się przestraszony, spojrzał, że słońce zaszło już z południa, ze wstydem i rozpaczą wybiegł do ogrodu, ale pod starym dębem ujrzał tylko cudne białe dzwoneczki, z kroplą rosy w kielichu, pachnące piękniej niż fiołki i róże.
— Cóż uczyniłem? — szepnął nieszczęśliwy młodzieniec — nie godzien jestem imienia rycerza!
A wtem kropelki rosy upadły na ziemię, a kwiaty zamieniły się w białe motylki ze złotymi gwiazdkami na skrzydełkach i otoczyły rojem smutnego rycerza.
— Przysięga! przysięga! przysięga! — szemrały jedne cichutko. — Biedna zaklęta królewna! — skarżyły się drugie. — Tak daleko do Szklanej Góry, daleko do Szklanej Góry! — zawołały wszystkie razem i uleciały w górę, i zniknęły między drzewami.
A rycerz usiadł pod dębem i rozmyślał z goryczą o swej słabości i biednej księżniczce. Postanowił nie ruszyć się już z tego miejsca do drugiego południa i błąd popełniony naprawić.
Tymczasem nadeszła stara i spojrzawszy na niego, rzekła łagodnym głosem:
— Proszę cię, mój synu, narąb mi trochę drzewa, bo sama sił nie mam, a chciałabym rozpalić ogień i zgotować sobie posiłek. Wiem, żeś dobry i nie zechcesz odmówić mi tej przysługi za okazaną gościnność. Jeśli jesteś głodny, może zjesz kawałek chleba i popijesz winem.
Rycerz za wszystko grzecznie podziękował, lecz uczuł, że za gościnność winien odsłużyć starej, więc poszedł na podwórze i tępą siekierą zaczął rąbać kłodę drzewa, twardą jak żelazo.
Rąbie godzinę, drugą, pot spływa mu z czoła, język w ustach kołkiem stanął, a zaledwie kilka szczapek odłupać zdołał. Zmęczył się tak strasznie, że padł wreszcie na ziemię bezsilny i wyczerpany, a gdy litościwa babula podała mu wino, gdy wspomniał rozkosz, jakiej doznał wczoraj umoczywszy usta w tym dziwnym napoju, nie miał siły oprzeć się słodkiej pokusie i wypił łyk jeden.
Natychmiast ogarnęło go błogie uczucie, miłe, rozkoszne ciepło przeniknęło członki, w uszach zabrzmiała cudowna muzyka, przed oczyma zajaśniały tęczowe blaski i gwiazdy, i zapadł w sen głęboki, pełen najsłodszych marzeń, ale twardy jak sen śmierci.
Nazajutrz o południu zatętniało w lesie, przed chatę czarownicy prześliczną karetą, w cztery siwe konie zaprzężoną zajechała królewna z jasną gwiazdą na czole, z perłowymi ząbkami i smutnymi oczyma. Wysiadła i pobiegła prosto do ogrodu, ale pod dębem nikogo nie było, więc zapłakała łzami, a gdzie łezka padła, rozwijał się prześliczny dzwonek purpurowy z kroplą rosy w kielichu, pełen cudnej woni, piękniejszej od zapachu róży i konwalii.
Potem poszła przed chatę i zapytała starej:
— Gdzie mój wybawca?
— Śpi na podwórzu, podźwigał się wczoraj siekierą.
Zbliżyła się królewna, potrząsnęła młodzieńca, zawołała go po imieniu, ale nic nie pomogło: nie zbudził się ze snu twardego.
A wtem uderzyła godzina, zarżały koniki, biedna królewna wsiadła do karety i poniosły ją siwki w głąb czarnego boru.
A rycerz w tejże chwili obudził się także, spojrzał na słońce i jęknął z rozpaczy i wstydu. Zerwał się na równe nogi i wybiegł do ogrodu, ale pod dębem nie było nikogo; spoglądały nań tylko purpurowe dzwonki z perłami rosy w swych wonnych kielichach.
— Jakże nikczemny jestem! — szeptał zrozpaczony młodzieniec — czemuż mnie święta ziemia nie pochłonie! Wolałbym zginąć niż przeżyć wstyd taki!
Wtem zadrżały leciuchno dzwonki purpurowe, spadły wonne krople rosy na ziemię, a kwiaty zamieniły się w rój złotych motyli z purpurowymi gwiazdkami na błyszczących skrzydełkach i otoczyły rycerza.
— Przysięga! przysięga! przysięga! — szumiały. — Biedna królewna! Jeszcze jedna doba! Ostatnia doba! Do Szklanej Góry daleko! daleko!
Uniosły się wysoko i zniknęły między drzewami.
A młodzieniec stał długo na tym samym miejscu, rozmyślał gorzko o swej ciężkiej winie i postanowił nie ruszyć się stąd i nie tknąć więcej żadnego napoju.
Lecz na samo wspomnienie cudownego wina, ogarniał go taki smutek i tęsknota, iż czuł, że gotów oddać życie i sławę za czarodziejski napój i rozkosze snu kamiennego.
Wtedy zrozpaczony przypomniał sobie świętą przysięgę, rycerskie swe słowo, los nieszczęśliwej księżniczki, jej wdzięczność, własną sławę... Ach, gdyby mógł stąd uciec! nie zobaczyć więcej niegodziwej kusicielki i jej zatrutego wina, którego zapach osłabiał w nim wolę i zacierał wszystkie wspomnienia.
Zbliżyła się do niego staruszka łagodna jak zawsze.
— Piękny rycerzu — rzekła — oddaj mi przysługę za gościnność, której udzielam ci chętnie. Oto złote żołędzie dojrzały na dębie, zbierz je do tego worka, nim słońce zajdzie.
Ucieszył się bardzo rycerz, bo mógł oddać starej żądaną przysługę i nie opuszczać miejsca, gdzie postanowił wytrwać do jutrzejszego południa. Robota przy tym łatwa i przyjemna skracała mu godziny żalu i oczekiwania, więc zabrał się do niej chętnie; wdrapał się na drzewo, wstrząsnął gałązki, a które żołędzie spadać nie chciały, zrywał je z osobna.
Dąb był olbrzymi, stary, gałęzi moc wielka, więc ta robota dosyć czasu mu zajęła, przy tym siedząc na drzewie narażony był więcej na palące promienie złocistego słońca; toteż zmęczył się bardzo, i kiedy strudzony, aby dokończyć pracy, wspiął się aż do szczytu drzewa, złamała się pod nim zbyt cienka gałązka i spadł na ziemię na twarde gałęzie.
Wielkiej szkody nie poniósł w tym nagłym wypadku, gdyż nie połamał kości lecz podrapał się mocno, potłukł i pokaleczył. Teraz uczuł dopiero, jak niezmiernie jest zmęczony, jak go dręczy pragnienie... Och, wino, czarodziejskie wino.
Starał się nie myśleć o nim, pamiętać o swej przysiędze, o nieszczęśliwej królewnie, lecz stara już śpieszyła z kubkiem pełnym i słodkimi wyrazy.
— Napij się, piękny rycerzu — mówiła — raz wychyl do dna ten puchar rozkoszy, a wtedy poznasz dopiero całą jego potęgę. Pij! więcej w życiu nie skosztujesz tego nektaru.
Rycerz jak oszalały sięgnął po kubek, pełen aż po brzegi i wychylił go do dna. Ale w tejże chwili gorycz okropna napełniła mu usta, członki zesztywniały, tchu zabrakło w piersi, straszny śmiech starej zabrzmiał mu w uszach i stracił zupełnie przytomność.
W południowej godzinie zatętniało w lesie, zajechała kareta w kare konie zaprzężona, wysiadła z niej królewna ze smutnymi oczyma, w czarnej żałobnej szacie, ze złotą gwiazdką na czole, wysiadła i pobiegła prosto do ogrodu, pod stary dąb stuletni. Pod dębem na ziemi leżał uśpiony rycerz, nieruchomy jak posąg, jak marmur biały, z wyrazem bólu na twarzy i śladem krwi na czole.
Zapłakała królewna, ale nadaremnie wzywała go po imieniu, oblewała łzami, ze snu twardego zbudzić go nie mogła, i tylko z łez jej, które padały na ziemię, wyrastały czarne dzwonki cudnego zapachu z perłami rosy w kielichu.
Uderzyła godzina, zarżały koniki, królewna wstała zwolna, wzięła trzy żołędzie i wetknęła je w ziemię, potem załamała rączki, podniosła je do góry i zawołała głośno:
— O gwiazdko moja, ty użycz mu siły!
Wsiadła do karety i odjechała pośpiesznie.
Rycerz spał długo jeszcze; kiedy się obudził, czuł znużenie i wstyd wielki. Nie rozpaczał głośno, lecz serce jego pełne było żalu. Wstał, złamał miecz swój, zbroję odrzucił daleko i rzekł:
— Rycerzem zwać mi się nie godzi; jak żebrak pójdę dalej i będę się starał krwawą zasługą zdobyć na nowo to wszystko, co utraciłem przez nikczemną słabość. A ty, księżniczko, jeśli mogę jeszcze co uczynić dla ciebie, błagam, wskaż mi drogę i pozwól życie położyć za ocalenie.
Zadrżały czarne dzwonki, spadły rosy kropelki, a kwiaty się zmieniły w rój czarnych motyli i jeden brzęknął cicho:
— Królowa z gwiazdką na czole mieszka na Szklanej Górze.
— Zostawiła ci dary — dodał drugi.
— Bułeczkę niedojadkę.
— Butelkę niedopijkę.
— Pieczeń niedogryzkę.
— I pierścień z jej imieniem.
W tej chwili jeden z motylków usiadł na palcu rycerza i zamienił się w pierścień złoty z czarnym kamieniem, na którym wyryte było imię zaklętej królewny; a na miejscu zasadzonych przez nią trzech żołędzi, leżała bułeczka niedojadka, której nie zabrakło nigdy, choćby kto karmił całe rzesze ludu, butelka niedopijka, zawsze pełna wina, i pieczeń niedogryzka, która również odrastała po każdym użyciu.
Rycerz ułamał sobie gałąź dębu, wziął dary, pozostawione przez królewnę i udał się niezwłocznie w drogę. Szedł długo ciemnym lasem, potem przez łąki, pola, góry i rzeki, lecz nie wiedział wcale czy zbliża się do Szklanej Góry czy od niej oddala, bo nikt mu powiedzieć nie mógł, w której stronie się znajduje.
Na koniec dnia pewnego po długiej wędrówce usłyszał w wielkim lesie dziwne, straszne wycie, lecz nie mógł dojść skąd pochodzi. Szedł, jak mu się zdawało, w kierunku głosu, ale i wieczór zapadł, a on nie natrafił na ślad żadnego dzikiego zwierzęcia. Dopiero kiedy zupełnie ściemniało, dostrzegł w dali światełko. Pośpieszył w tę stronę i ujrzał stojącego przed domem olbrzyma, który okropnym wyciem napełniał las cały.
Rycerzowi przyszło na myśl, że zły potwór może pozbawić go życia, ale rozważywszy, że olbrzymy przebiegają świat cały w różnych kierunkach i mogą mu dać wskazówki co do Szklanej Góry, powiedział sobie, że dość już nabroił, nie powinien tchórzostwem powiększać swej winy, śmiało więc postąpił naprzód.
Olbrzym ujrzał go wreszcie i wyć przestał, ale na pozdrowienie odpowiedział tylko wzgardliwym ruszeniem ramion.
— Dobrze, żeś mi się trafił — odparł szyderczo — wytępiliśmy zwierzynę w tym lesie i jeść co nie ma; marny z ciebie wprawdzie kąsek, ale cóż robić?
— Jeśli ci o to chodzi — odparł rycerz — nakarmię cię wnet do sytości. Chodźmy do chaty.
I weszli obydwaj, a gdy olbrzym głód zaspokoił za pomocą pieczeni niedogryzki, bułki niedojadki i butelki niedopijki, zaczął z gościem rozmawiać na pozór łaskawie, rozmyślając, jakby mu odebrać te skarby.
Rycerz zapytał go o Szklaną Górę.
Zaśmiał się olbrzym.
— Sami się tam wybieramy z bratem — rzekł wreszcie — by zabrać księżniczkę i jej nieprzebrane skarby.
Przestraszył się młodzieniec usłyszawszy, że takie niebezpieczeństwo grozi zaklętej królewnie, lecz nie okazał tego i rzekł bardzo uprzejmie:
— Jeżeli się zgodzicie, poszedłbym tam z wami. Całą drogę będę was karmił, a za to dacie mi część skarbów.
— Mnie się to podoba, ale za brata nie ręczę. Zatrzymaj się do jutra, a tymczasem on powróci i zobaczymy, co powie.
Rycerz udał się wcześnie na spoczynek, gdyż był zmęczony drogą, lecz około północy, gdy wrócił drugi olbrzym, obudził go hałas i udawał tylko śpiącego, by poznać zamiary braci.
Młodszy potwór opowiedział wszystko, co się stało i dodał, iż chciał zabić gościa, aby mu zabrać jego skarby, lecz zdecydował się czekać na powrót starszego brata i zasięgnąć jego rady.
— Dajmy mu pokój teraz — odparł drugi — ludzie to małe i nędzne stworzenia, lecz mają czasem wielki rozum, więc i ten może nam się przyda w tej wyprawie, a gdy zdobędziemy księżniczkę, nie trudno nam będzie pozbyć się takiego robaka.
Tak uradzili i nazajutrz w zgodzie wszyscy udali się ku Szklanej Górze. Rycerz karmił olbrzymów, a oni go nieśli, gdyż inaczej nie mógłby nadążyć im w biegu. Przebywszy tym sposobem ogromne przepaście, dnia dziewiątego stanęli na koniec u stóp olbrzymiej Szklanej Góry.
Na szkło przynieśli młoty, które je skruszyć miały, lecz nie przewidzieli tego, że góra dokoła była obrosła nieprzebytym, niezmiernej wysokości płotem cierniowym. Olbrzymy kaleczyli ręce i twarze, a zbliżyć się nie umieli do tej niebezpiecznej zapory.
Na koniec przyszło im na myśl podpalić żywopłot.
— Zaczekajcie — rzekł rycerz — z ogniem nie można żartować, kto wie, czy nie spłonęłaby cała Szklana Góra z królewną i skarbami, a wtedy wszystko stracone.
— Więc cóż mamy robić? — pytali.
— Posłuchajcie mej rady: ja się przemknę od spodu pod cierniowym płotem, zobaczę z tamtej strony, czy nie ma ukrytego przejścia, i jeżeli je znajdę, wskażę wam natychmiast.
Podobało się to olbrzymom, pomogli rycerzowi przesunąć się pod płotem, a kiedy dostał się do wnętrza powiększył znacznie otwór, nie zważając na ostre kolce, które raniły mu ciało, i powiedział towarzyszom, iż za jego przykładem tędy przesunąć się mogą ostrożnie.
Aby im pomóc, zrobił pętlicę ze sznura; jeden olbrzym wsunął w nią głowę i zaczął pełzać, pociągany przez rycerza. Gdy uwiązł dosyć mocno, młodzieniec odciął mu głowę i przerzucił pętlicę drugiemu, utrzymując, że razem łatwiej przebędą te kolące wrota. Drugi olbrzym uwierzył i zginął jak brat starszy z ręki odważnego przeciwnika.
Ocaliwszy tym sposobem królewnę od zguby rycerz czuł, że choć w części naprawił swą winę, i pilno mu było teraz dostać się na Szklaną Górę. Lecz trudności wzrastały przed nim niezwyciężone.
A naprzód: płot cierniowy. Gdyby nań spadł ze śliskiej góry, zabiłby się na miejscu: trzeba się go było pozbyć. Więc ciężką pracą, siekierą i nożem podrzynał ostre krzaki krwią zlewając ziemię, aż po kilku miesiącach jedna strona góry wolną była zupełnie od tej strasznej zagrody.
Przez ten czas widział co dzień zaklętą księżniczkę, odbywającą przejażdżkę w złotej karecie dokoła zamku — lecz jakże daleko była od niego!
Próbował wdrapać się na Szklaną Górę konno i pieszo, ale nadaremnie: zsuwał się z niej zawsze i zrozumiał na koniec, że musi innego szukać sposobu przebycia tej drogi.
Rok cały przebył już pod Szklaną Górą żywiąc się wyłącznie darami, pozostawionymi mu pod dębem, lecz postanowił sobie, że choćby miał umrzeć, nie ruszy się z tego miejsca, nikogo innego na górę nie dopuści a sam albo zginie, albo zaklętą królewnę ocali.
Gdy raz tak rozmyślał smutnie, ujrzał pięknego konia, którego aż dwóch ludzi prowadziło za cugle, a każdy trzymał mocno i nie spuszczał z niego oczu. Gdy się zbliżyli do góry, każdy chciał wsiąść na rumaka, a drugi go nie dopuszczał. W końcu zaczęli się kłócić, konia przywiązali do drzewa, a sami uderzyli na siebie z dziką zawziętością.
Nasz rycerz patrzał na to, a podszedłszy ku nim zapytał, o co im chodzi.
— Jesteśmy złodziejami — odparli mu szczerze — ukradliśmy konia, który ma ostre kopyta i podobno może się wedrzeć nawet na Szklaną Górę. Otóż chcemy go spróbować, lecz nie dowierzamy sobie i stąd walka.
— Ja was pogodzę — rzekł rycerz. — Wsiądę na waszego konia i w waszych oczach spróbuję, co on potrafi; ażebyście jednak nie myśleli, że was chcę skrzywdzić, powierzę wam tymczasem rzeczy sto razy więcej warte od tego rumaka.
I pokazał im dary królewny.
Złodziejom podobały się te rzeczy i przystali na układ, ale ponieważ dawał im do ręki tylko bułeczkę i pieczeń, chcąc go uspokoić i skłonić do zostawienia im także butelki ofiarowali mu w zamian jeszcze płaszcz niewidkę. Potem zasiadłszy pod drzewem niezwłocznie zabrali się do posiłku, gdyż głodni byli bardzo, a myśleli sobie, iż skorzystają zostawiając konia i płaszcz nieznajomemu, a zabierając w zamian jego skarby.
Rycerz dosiadł rumaka, płaszcz zarzucił na ramiona i tak rozpędził się na Szklaną Górę, że w mgnieniu oka stanął na jej szczycie.
Serce mu biło mocno, kiedy zbliżył się do zamku i zapukał do złotej bramy. Lecz ta otworzyła się natychmiast, gdyż dotknął jej pierścieniem, otrzymanym od królewny. Teraz szedł naprzód śmiało. Zamek zdawał się pusty, lecz wspaniałe komnaty pełne były skarbów i klejnotów wielkiej wartości. Minąwszy salę srebrną, złotą, kryształową, wszedł do olbrzymiej zielonej altany. Na środku stał jawor stary, okryty świeżymi, zielonymi listeczkami, obok biła fontanna i perłowe krople czystej jak kryształ wody bezustannie skrapiały drzewo, w koło pięły się rośliny i tysiące kwiatów okrywało plecione, przeźroczyste ściany tego ukrytego ogrodu. Na gałęzi jaworu siedział kruk czarny z białą gwiazdką na głowie i niespokojnie patrzył na drzwi sali, którymi wszedł rycerz w swym płaszczu niewidce.
Rycerz spojrzał na kruka, potem zdjął pierścień z palca i rzucił go do fontanny, a w tej samej chwili spadły złote kajdanki z nóg ptaka, rozsypały się w koło czarne piórka i pod starym jaworem stanęła dziewica z gwiazdką złotą na czole, z perłowymi ząbkami i diamentową koroną na kruczych warkoczach.
— Gdzież jesteś, mój wybawco? — zawołała głosem, który brzmiał jak srebrny dzwonek.
Lecz rycerz zachwycony nie śmiał odrzucić płaszcza, teraz dopiero przypomniawszy sobie, że zamiast zbroi ma szaty żebracze.
— Cudna królewno — przemówił nareszcie — wybacz, że nie śmiem stanąć przed twoim obliczem w sukniach nędzarza, które nosiłem od chwili, gdy stałem się niegodny imienia rycerza.
— Wiem wszystko — rzekła królewna — wiem, coś uczynił dla mnie, widziałam walkę twoją z olbrzymami i pokutę za słabość, wszystko już minęło. Teraz mocą tego cudownego jaworu chcę, abyś stanął przy mnie w srebrnej, kutej zbroi, gdyż pilno mi powrócić do zamku rodziców, którzy dotąd opłakują swe stracone dziecię.
Jeszcze nie domówiła tych słów piękna królewna, gdy rycerz w srebrnej zbroi stał obok niej pod jaworem. Milczał i z wdzięcznością tylko patrzał na nią, a królewna rzekła znowu:
— Przez moc tego jaworu chcę być u ojca, matki, w naszym starym zamku.
Zadrżała ziemia, podniósł się wiatr gwałtowny, iż komnata przez chwilę kołysała się jak na morzu, a gdy rycerz i królewna otworzyli olśnione oczy, znaleźli się przed starym zamkiem, w pięknym, obszernym ogrodzie. Z bram zamku król wyjeżdżał na czele orszaku, złożonego z dworzan i rycerzy; w otwartym oknie siedziała królowa otoczona damami dworu.
Nagle królowa krzyknęła radośnie: ujrzała stary jawor na swym dawnym miejscu, a pod nim cudną dziewicę ze złotą gwiazdą na czole i rycerza w srebrnej zbroi.
Król spostrzegł także gości i zsiadł z konia natychmiast; królewna rzuciła się do nóg drogim rodzicom, a potem rzekła:
— Oto jest szlachetny zbawca, któremu zawdzięczam wolność. Jeśli pozwolicie, chciałabym zostać jego żoną, gdyż inaczej nie mogę odwdzięczyć się za to, co uczynił dla mnie.
Rodzice uszczęśliwieni uściskali córkę i zięcia; tegoż jeszcze wieczoru odbyło się wesele, które przez trzy dni trwało, a zaproszeni goście bawili się tak wesoło, iż wyjeżdżać nie chcieli. Więc młody król z piękną żoną udał się do zamku swego na Szklanej Górze obiecując za powrotem nową wydać ucztę i zaprosić wszystkich życzliwych.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.