Szkapa/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Kto winien?
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
Kto winien?

Ostatnie wyrazy mego listu, że „czas obecny jest wiekiem miłości i że w nim istnieje „towarzystwo opieki nad zwierzętami“, przeczytałem głosem tak donośnym, tak silnym, że aż się rozległo w całym lesie; tak, jakby wszystkie stworzenia miały się rozradować, jakby się miały objąć wzajemnie z radości, powinszować sobie wieści szczęśliwej i wykrzyknąć: Niech żyje i niech zdrowem będzie „towarzystwo opieki nad zwierzętami!“ Nawet nazwę „towarzystwo“ słyszałem bardzo wyraźnie rozlegającą się po lesie.
Szkapa jednak milczała ciągle, kiwała łbem i patrzyła na mnie z uśmiechem, jak gdyby chciała powiedzieć: oj, oj, jakiżeś ty naiwny! Przykro mi się z tego powodu zrobiło, ale pomyślałem sobie: et, ona nie ma najmniejszego pojęcia o piśmie, i nic dziwnego (niech to na was pomyślanem nie będzie) przecież tyle lat jest już szkapą!
Podrapałem się w tył głowy, wyciągnąłem z kieszeni inny arkusz papieru i zacząłem czytać to, co komitet „towarzystwa“ odpowiedział na moje przedstawienie:
„W odpowiedzi na przedstawienie pańskie co do szkapy, albo też stworzenia, którego nieszczęścia nie możemy zrozumieć, komitet „towarzystwa“ ma zaszczyt odpowiedzieć szanownemu panu, że niezależnie od niego, już mnóstwo osób podawało prośby dotyczące tej samej szkapy. Część tych prośb opisuje nieszczęśliwe jej położenie i żąda wpływu naszych członków, aby wszędzie tam gdzie się szkapa znajduje, obchodzono się z nią po ludzku, na równi ze wszystkiemi innemi stworzeniami. Odpowiadamy wszystkim jednakowo, że na podstawie prawa litości wszystkie stworzenia są sobie równe, nawet szkapa... i ktokolwiek ją ukrzywdzi, ten będzie miał z nami obrachunek według prawa. Znajduje się również pewna ilość ludzi piszących o tej szkapie całe komentarze, opowiadających o niej dziwne i osobliwsze rzeczy — akurat jak szanowny pan to czyni. Naodwrót znowuż, są inni piszący, którzy przedstawiają sprawę zupełnie w innem świetle. Twierdzą oni mianowicie, że szkapa potrzebuje szturchańców („a klap”), że bez nich obejść się nie może, gdyż w inny sposób niepodobna dojść z nią do ładu. Według tego co oni powiadają, owa szkapa prowadzi się bardzo dziko, a postępowanie jej, cały jej chód, nie jest taki jak należy. Skoro ją zaprzęgną, porządnie jak potrzeba, w tej chwili staje dęba, zaczyna się oglądać raz po raz, wyskakuje z hołobli, zrzuca z siebie cały ciężar, a nawet lubi z nienacka wierzgnąć, kąsać małe dzieci... Trzeba koniecznie mieć dobry bat, gdyż bez bicia nie sposób dojść z nią do ładu; przy tem wszystkiem jest bardzo nieporządna, nieczysta, wisi na niej długa kołtunowata grzywa.... Jest tak szkaradna, że nie sposób puszczać jej pomiędzy inne konie, gdyż może je pozarażać. Co się tyczy roboty, jest leniwa, nie zdatna do żadnej pracy, oprócz chyba do pewnych, nie bardzo pięknych zatrudnień. W dodatku do tych wszystkich przymiotów, lubi ona jeszcze chodzić w szkody. Nieraz już złapano ją w zbożu, które pożerała i deptała, wyrządzając chłopom wielkie krzywdy, podczas gdy inne konie, bez porównania piękniejsze i lepsze aniżeli ona, pasły się bardzo przyzwoicie. Ztąd też niebezpiecznie jest trzymać taką szkapę na wsi.
„To też nie należy się bardzo za nią ujmować, jeżeli kiedy dostanie szturchańca — i członkowie towarzystwa nie nad każdą istotą powinni się litować; — ta szkapa bowiem niejednokrotnie zasługuje na porządny szturchaniec. Jest ona albowiem istnem nasłaniem, plagą Bożą.”
Szkapa westchnęła ciężko. Nastroszyła uszy słysząc takie denuncyacye, takie oskarżenia. Ja, odetchnąwszy cokolwiek zacząłem dalej czytać.
„Komitet, wysłuchawszy uważnie obydwie strony i zebrawszy sekretnie, za pośrednictwem członków towarzystwa, dokładne wiadomości o owej szkapie, powierzył całą sprawę oddzielnej komisyi, która ma obmyśleć odpowiednie środki. Komisya wzięła się gorąco do pracy i jest nadzieja, że (jeżeli Bóg pozwoli) przyjdzie do jakiegoś ładu.“
— Powiedz mi — rzekła szkapa — czy będzie kiedy koniec tej pustej gadaninie? bo dalibóg, aż mi się niedobrze robi, gdy słucham tych głupstw!.
— Czekaj no, czekaj — rzekłem — wkrótce zaczniesz słuchać z przyjemnością.
— „Na pańskiem przedstawieniu — czytałem dalej — komisya napisała swe zdanie w następujących słowach: „przedewszystkiem potrzeba obciąć tej szkapie kołtuny, ażeby naprawdę była trochę czyściejsza. Ażeby zaś polepszyć jej położenie na przyszłość, potrzeba, według naszego przekonania, ażeby nie była ona taka gruba, nieokrzesana, potrzeba ją nauczyć chodzić (wykształcić); nauczyć w jaki sposób powinna stawiać nogi. W takim tylko razie będzie mogła korzystać z naszej opieki, w takim razie powtarzamy, gdy będzie umiała wszystkie sztuki, jakich wymagamy zwykle od szkap uczonych. Wówczas towarzystwo stanie w jej obronie. Tymczasem trzeba pilnować, aby od pól ze zbożem trzymała się zdaleka; należy tego pilnować dla jej własnego dobra. Skoro bowiem przestanie robić szkody, nikt na nią napadać nie będzie. Taki plan wypracowany został przez komisyę — i my, zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy, by takowy, przy Bożej pomocy, wykonać.
„Zawiadamiając o tem postanowieniu, nie możemy się powstrzymać, aby nie wyrazić ci, łaskawy i szlachetny panie, podziękowania za gorliwość z jaką służysz sprawom towarzystwa i za miłosierdzie, z jakiem ujmujesz się za niewinnemi, nieszczęśliwemi stworzeniami. Komisya bądź pan pewien, ma oko, i wie jak cenić takich pożytecznych ludzi i t. d. i t. d.”
Szkapa leżała spokojnie: nie odzywając się wcale. To jej milczenie przestraszyło mnie, sądziłem albowiem, że utraciła mowę...
W chwilę później usłyszałem w lesie jakieś głosy i zacząłem drżyć: przecież to las! może człowieka co niedobrego spotkać. Może wilk, a może rozbójnik! Chwyciłem się za kieszeń i skryłem pod gałęzie, mocno przerażony. Głos rozlegał się coraz wyraźniej, i po kilku minutach ujrzałem chłopa i wielką furę drzewa. Krzyczał on, klął, wymyślał i ćwiczył okrutnie małego konia, który nie mógł podołać tak wielkiemu ciężarowi i ustawał co chwila... Jakby mi kamień z serca spadł, gdym ujrzał, że mi nie grozi niebezpieczeństwo. Uśmiechnąłem się i siedziałem spokojnie.
— Szlachetny i miłosierny panie — odezwała się do mnie szkapa, jakżeż możesz pan siedzieć spokojnie, wówczas gdy chłop tak bije konia? Jakżeż pańskie litościwe serduszko może to znosić?
Zawstydzony, wstałem natychmiast i zbliżyłem się do chłopa.
— Czujesz! — rzekłem do niego — dlaczego tak okładasz swego konia? Nie godzi się tak bić! nie można!..
— Szczo win każe nie można? — odpowiedział zdumiony chłop — i swoją drogą dalej konia okładał.
— Nie pozwalam ci bić! nie dam bić! — zawołałem z gniewem.
— A któż cię myśli słuchać? jakie prawo masz tu wtrącać się i nie pozwalać mi robić co mi się podoba z moją chudobą?
— Jestem jednym z członków „towarzystwa opieki nad zwierzętami” — odpowiedziałem z dumą, i sądziłem, że chłop zlęknie się ogromnie i zaraz zdejmie czapkę...
— Niech cię czort zabierze razem z twojem towarzystwem! odczep się szaleńcze, do wszystkich djabłów; ja nie mam czasu zabawiać się z tobą, bo muszę wcześnie dostawić drzewo do miasta!!
— Ale koń nie może uciągnąć tak ogromnej fury!
— To zaprząż się i pomóż mu ciągnąć, kiedyś taki ochotnik!
— Lepiej ty zrzuć trochę drzewa!
— Oj, oj! zapłać mi za drzewo, to zaraz je zrzucę — odpowiedział śmiejąc się chłop.
— Widzisz go jaki mądry! — rzekłem. Zapłać mu? za co ja tobie mam płacić?
— Czyś ty szalony? czy pijany? czy czort jaki?! tfu! odczep-że się raz do wszystkich djabłów, zawołał chłop z gniewem i zaczął jeszcze lepiej ćwiczyć swego konia.
— Ja jestem członkiem towarzystwa, ja nie pozwolę ci bić tego konia! Rozumiesz?!
— A ja ci gnaty poprzetrącam, waryacie! umykaj ztąd zaraz razem z twojem towarzystwem! — wrzasnął chłop i zamierzył się na mnie batem.
Przestraszony uciekłem co prędzej i usiadłem na dawnem miejscu....





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.