Szkapa/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Ledwie żywa wyszła z ich rąk
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.
Ledwie żywa wyszła z ich rąk.

Kiedym się obejrzał na moją szkapę, zobaczyłem, że leży wyciągnięta jak martwa, i ciężko sapie.
— Ach! — odezwała się do mnie z westchnieniem — oni mnie już całkiem zamęczyli! Czuję, że czem dalej, tem bardziej siły tracę. Ach tak! strasznie jestem zbiedzona — strasznie słaba! Każda kość, każdy członek mnie boli, tak mnie zmordowały te kilka osób, z których rąk ledwie żywa wyszłam.
— Opowiedz mi — rzekłem — kto były te osoby i co ci one zrobiły?
— Pomóż mi, proszę cię, podnieść się trochę i oprzeć na boku, nieprzyzwoicie jest bowiem leżyć w tej pozycyi — a sama, o swoich siłach, nie mogę się ruszyć. Aj! moja głowa! moja głowa!
— Co? — zapytałem z litością — ciebie głowa boli?
— Aj! — odrzekła — boli mnie każdy członek, każda kość oddzielnie: Boli mnie głowa, boli mnie cała przednia część, boli z przeproszeniem, cała tylna część — wszystko mnie boli!
— Nie poddawaj się temu tak bardzo, prosiłem. Rano, pójdziemy do miasta, to poproszę doktora, żeby cię obejrzał i co zapisał.
— Aj! aj! — krzyknęła przestraszona — nie wspominaj mi, proszę cię, o żadnym doktorze! Kto może znać lepiej doktorów, konowałów, z ich lekarstwami, z ich zapisywaniem?! U nich, to przedewszystkiem puścić krew i zaciągnąć zawłokę! Mam ja na mojem ciele dość znaków, od ich zapisywania. Czy widzisz te świeże siniaki? Niedawno mi je zrobił dnieprowicki konował swemi przyborami, swojem zapisywaniem! On jest uszczęśliwiony, bardzo uszczęśliwiony, jak mu się trafi sposobność co zapisać. Znajduje się mnóstwo takich doktorków, którzy na najmniejszą rzecz, na głupstwo, zapisywaliby chętnie całe „megile”[1], całe foliały.
Gdy szkapa oparła się trochę na boku i leżała jakiś czas cicho, odpoczywając i chwytając oddech, ujrzałem, że jakby zmieniła się jej fizyognomia; patrzyła na mnie rozumnemi oczami, zupełnie jak człowiek, a później zaczęła opowiadać w te słowa:
— Jeżeli byłeś kiedy w Głupsku, to na pewno musisz wiedzieć, że niedaleko miasta, koło lasu, stoi wielki pałac, ruina od bardzo dawnych lat. Wielki, szeroki plac, na którym ów gmach się wznosi, zachwyca oczy przechodnia piękną zielonością, owocowemi drzewami, aczkolwiek zapuszczony jest i zupełnie trawą zarosły.
Niejeden z tych, którzy chodzili w tamtą stronę na spacer, myślał sobie, że jeżeli mu Bóg pozwoli wygrać 200,000 rubli, albo też znaleźć skarb, lub coś podobnego, (czem Najwyższy może obdarzyć człowieka) — nie jeden sobie myślał, że w takim razie zarazby kupił tu plac i postawił bardzo piękny dom. Lepszego miejsca trudno znaleźć. Tu możnaby żyć szczęśliwie i między Bogiem i między ludźmi! Tak życzyło sobie bardzo wielu i życzenia te, jak to zazwyczaj bywa — kończyły się na niczem. Tymczasem stary pałac pozostawał ciągle w opuszczeniu i stał tak przez długie, długie lata.
Wszystko na świecie ma jednak swój koniec; więc też i pałac doczekał się reperacyi. Zjawił się niespodzianie szczęśliwy człowiek, któremu było sądzono przyjść do posiadania pięknego mienia...
Sądzicie może, że człowiek ów wygrał na loteryi? albo że znalazł skarb? Broń Boże — nawet złamanego szeląga! Więc myślicie, że trudnił się handlem i zarobił tak dużo? Jeszcze raz: nie! Broń Boże! przeciwnie, wiadomo każdemu, że on nigdy do handlu szczęścia nie miał. Owszem już kilkakrotnie w swem życiu i własne i cudze pieniądze (niech to o was pomyślanem nie będzie) stracił.
Do czego tylko się dotknął, to musiał zepsuć. Raz przyczepił się do cukrowni, należącej do wielkiego, sławnego kupca i tak dobrze interes poprowadził, że zanim ów kupiec zdołał się obejrzeć — już był wpakowany w błoto po samą szyję. Nie naumyślnie, nie! ale tak sobie po prostu, ponieważ ten człowiek nie miał wcale szczęścia do handlu. Jakimże więc sposobem doszedł do posiadania placu? Oto Bóg mu dopomógł wkręcić się do kahału i zostać „dobroczyńcą miejskim.” Zaledwie pobył jakiś czas na tem stanowisku, przy kahalnej skrzyni, wnet mu Pan Świata odrazu wypłacił nagrodę za wszystkie jego dawne cierpienia. Za jego dobroć, za jego trudy dał mu ten stary pałac...
W owym to czasie ja, nieszczęsna szkapa, znajdowałam się w jego rękach. On wziął się do mnie z wielkim gustem i zapędził mnie do ciężkiej roboty. Zaprzągł mnie do wozu i ja biedna musiałam mu zwieźć wszystką cegłę i glinę na wielki dom, który sobie zbudował. Aj! strzeż mnie Boże nadal od takiego gospodarza!!
Zaledwie zbudowałam mu „Pythom” zapędził mnie zaraz do budowania „Rameses.”[2] Na wielki plac w środku miasta, który przez wiele lat był pusty, musiałam znowuż zwozić glinę i cegłę, na ogromne, murowane budowle z mnóstwem sklepów.
Ciężej jednak aniżeli ziemię i glinę było mi wozić różne „jarmułki” z całą ich świtą, które rozmnożyły się w rozmaitych miasteczkach. Miałam dosyć latania, aby każdemu oddzielnie dostarczyć wszystko co do życia potrzebne. Kładli ciężary i pędzili mię, pędzili! Już nie miałam siły wytrzymać... Tymczasem wypadło mi nieść jeszcze większy ciężar, jak to zaraz usłyszysz.
W jednem miasteczku, nad Dniestrem, leży pogrzebany od stu lat pewien wielki uczony. Nagle w pomniku postawionym na grobie tego uczonego zaprowadzono „ciągły ogień” to jest lampkę, zwyczajną lampkę olejną z knotem. Jak myślicie: cóż to jest taka lampka? co za ważna rzecz? za kilka groszy może się ciągle palić...
Mnie jednak kosztowała ona dość zdrowia i życia! Ci ludzie, którym przyszedł pomysł urządzenia owej lampki — i którzy tak od tutejszych jak i od przejeżdżających brali i pieniądze i olej, ci ludzie zabrali mnie w swoje ręce. Od tego czasu musiałam im zwozić do sklepów różne rzeczy; całe beczki oleju, beczki śledzi, tranu i tym podobnych towarów, jakie tylko potrzebne są w handlu. Oj! od tej jednej lampki robiło mi się ciemno w oczach!!
Ledwie żywa wydobyłam się z ich rąk, lecz widać sądzono mi było już ciągle cierpieć i przenosić wszystkie plagi świata, każdą oddzielnie. Tego, do kogo djabeł znowuż mnie zaprowadził, widziałam po raz pierwszy w mem życiu. Ciężar, który na mnie wówczas wpakowano, nie był bardzo wielki na wagę, miał on jednak straszliwą objętość. Rzeczy zaś mające bardzo wielką objętość gorzej jest wozić, aniżeli glinę i cegłę, niż beczki oleju i śledzi. Ów człowiek tak mnie obładował arkuszami drukowanej bibuły, że z pod niej widać było tylko parę długich uszu i z przeproszeniem... ogon[3].
Ludzie trzymali się za boki śmiejąc się z tego co tam było wydrukowane! Śmieli się do rozpuku i ze mnie i z niego i z nas obojga razem. On, i to jest właśnie ciekawe, zachowywał się całkiem spokojnie, jak gdyby o niczem nie wiedział i nie domyślał się nic. Mnie jednak, jak na złość, wydało mi się to bardzo nieprzyzwoitem; nie podobało mi się wcale, że dla jego miłości jestem przedmiotem pośmiewiska. Rwało mi się również serce z żalu nad nim, że tak ludzie drwią z niego. Był to człowiek, który przez cały czas mego pobytu u niego, ani odrobiny nie skłamał, ani troszecki. Był to mąż pełen tajemnic i wydawał częstokroć takie „tajemnice” („sejdejs”), które były każdemu doskonale znane; jak naprzykład: że w tem i owem mieście mieszkają ludzie, że jeden Rubin nazywa się Rubin, Szymon nazywa się Szymon, a Lewi nazywa się Lewi... Że tam i tam znajdują się „bejshamidrasze” (domy modlitwy) i rzemieślnicy; że bydło wypędzają do stada, i że kaczki chodzą boso... W tem właśnie może, iż wydawał on takie „tajemnice” leży największa tajemnica... i to zapewne nie było robione napróżno[4].
No — i żeby taki dobry, prawdomówny człowiek, taki mąż prosty, bez żadnych figlów mądrości, mógł mieć aż tylu wrogów?! Żal, dalibóg żal! Mało mam własnych cierpień, muszę jeszcze dźwigać jego cierpienia! Dość jestem nieszczęsna, a tu djabeł przyczepił mnie jeszcze do tamtego nieszczęsnego. Musiałam znieść wiele i za siebie i za niego! Wolałabym już taczki ciągnąć, byle się tylko uwolnić od dźwigania tej strasznej objętości i od ludzkiego szyderstwa! Uważałabym się za bardzo szczęśliwą, gdyby był rozgniewał się o co i sprzedał mnie komu innemu. Życzyłabym mu za to wiekuistego życia! gdyż rozłączenie się byłoby najlepszem dla nas obojga... Za sprawą szatana jednak, podobałam mu się bardzo i widocznie przypadłam mu do gustu. Jednem słowem lubił mnie, bardzo lubił! Aż mnie nudności porywały, słysząc taką mowę, (niech to dziś pomyślanem nie będzie!) Kilka razy przewróciłam się z całą paką nastroszonego towaru, a potem długo nie widziano nas włóczących się po świecie. On jednak bywało, wzmacniał się na sercu i, przy Bożej pomocy, na nowo zaczynał wyrabiać ze mną komedye, aż szatan nareszcie ubawił się mną i nim dowoli, dowoli się naśmiał i nawyprawiawszy ludziom uciechy, ulitował się nademną i rozłączył nas.
Ledwie żywa uciekłam i rzuciłam się w Dniepr, aby obmyć się trochę i strząsnąć z siebie kurz i błoto. W mieście ty mnie spotkałeś — i co się dalej stało wiesz już.




Przypisy

  1. Obszerna historja.
  2. Rameses i Pythom miasta zbudowane przez żydów podczas niewoli egipskiej.
  3. Dwuznacznik.
  4. Aluzya do literatury żydowskiej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.