Ostry obelisk nagiej ciemnej skały,
Skrzesane złomy, skrami szronu lśniące!
A w okrąg — bezmiar śnieżny, oniemiały
I blaski zimne, a oślepiające:
To szczyt! — Tam w dole przepaści, ziejące
Lawin śnieżycą, straszne lodozwały —
Otchłań, gdzie wiatr rozwiewa skrzydła rwące
I ton przewala mgły skłębionej, białej!
To szczyt! A nad nim jeno błękit czysty,
Jak kryształ jasny, zimny przeźroczysty —
I słońce, białe, roziskrzone słońce!
I Bóg — jako te głazy niewzruszony,
Zimny, spokojny, w dali niezmierzonej,
Oślepiający jak to skrawe słońce!