Szary proch/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Szary proch
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wyd. 1931
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII

Stanęły zręby zagrody na Bubiach.
Pewnego wieczora Wawer z Krystofem ku wsi od roboty szedł, siekierę na ramieniu niosąc. Od niejakiego czasu, zniecierpliwiony powolnością roboty, zaczął Jodasowi pomagać, ucząc się ciosać niby przez zabawę. Stary ojciec przychodził często i chwaląc go, pokazywał różne sposoby.
Listy ze Szczecina stawały się coraz natarczywsze, wzywały go do powrotu.
Już dwa miesiące ubiegło, już kończono żniwa, a jego ten dom zaczęty i obietnica dana ojcu trzymała w Karewiszkach. O tej mitrędze opowiadał Krystofowi właśnie.
— Będzie mi, będzie od pana Matschkego! — mówił, czuprynę markotnie trąc. — Na tydzień, dwa urlop wziąłem, a miesiąc siedzę.
— Napanujesz się jeszcze do woli.
— To pewnie ale i narzeczona nudzi po mnie.
— Wierzysz w kobiecą naturę? Byle gach ją pocieszy...
— Ty wszystkie wedle Magdalenki cenisz.
— Jednakie one.
— Będziesz do Szwedasów swaty słał?
— Będę.
— A Szluguris?
— Szwedas musi ją mnie dać.
— Lubisz ją tak bardzo?
— Chcę mieć. Poniewiera ona mnie siła, oddam jej za wszystko.
— Toci osobliwa twoja natura. Przecie jej bić nie będziesz, jak żoną zostanie.
Jodas nie odpowiedział, ale znać było, że złe ma myśli pod twardą, zaciętą czaszką.
Wieczór był późny i pogodny. Za Piłkalnisem już tylko pamięć słońca została w kilku czerwonych smugach. Po czystych, bezchmurnych niebiosach Wawer oczami powiódł.
— Pogoda będzie jutro, wcześnie się księżyc wysunął... a taki jasny, choć mały — zauważył.
— Trzeci dzień, jak nów nastał — odparł Krystof.
Doszli do jego chaty.
— Wstąpisz może? — zaproponował.
— Z miłą chęcią.
Znaleźli się w izbie pustej.
— Rozalki niema? — zagadnął Wawer, po kątach spozierając.
— Niema — odburknął Krystof. — Do miasteczka motki do farby poniosła. Wróci niebawem.
Usiedli. Biały kotek dziewczyny przyszedł do Karewisa i na kolanach mu się ułożył. Jodas we włosy dłonie wsunął i rozparty, w ziemię patrzał. Rozmawiali o tem i o owem czas jakiś. Wawer widocznie powrotu Rozalki nadczekiwał ale ściemniało zupełnie, a jej nie było. Wreszcie wstał i gospodarza pożegnał.
— Spóźnia się siostra twoja — zauważył już na drodze.
— Licho jej nie weźmie. Może zanocuje w miasteczku.
Wawer w dal na drogę spojrzał — pusta była. Poszedł powoli ku chacie, rozmyślając, gdzie się zabawi dzisiaj.
— Trzecia noc po nowiu, straszna noc — pomyślał, uśmiechając się.
Wyjął zegarek — wskazywał wpół do dziesiątej. Za parę godzin można dziwy zobaczyć na Piłkalnisie, a w każdym razie zabobonnym chłopom dowieść, w jakie brednie wierzą. Zachciało mu się bardzo tej wyprawy.
Zaszedł na chwilę do chaty i rewolwer do kieszeni włożył, potem za wieczerzę podziękował i do Butkisa poszedł.
W gospodzie kilku nieznajomych podróżnych drzemało w kącie. Szynkarz z chłopami o procesach gadał. Nie było zresztą nikogo z kolegów zabawy.
Wawer piwa sobie kazał podać i z procesowiczami wdał się w długą rozmowę o ich pretensjach i sporach. Tak mu zeszła godzina. Znowu na zegarek spojrzał. Niewiele brakowało do północy. Wstał tedy, zapłacił za piwo i wyszedł.
Zrazu gwizdał cicho, kierując się zagonami i miedzami bez drogi, na groźny cień kurhanu, potem ucichł i kroku zwolnił.
Pomimo odwagi, ten trup szewca ze skręconym karkiem plątał mu myśli i towarzyszył jak zmora. Naturalnie zamordowano go. Ale kto?
Stanął w fosie, może w tem samem miejscu, gdzie Grejcziusa Bakutis znalazł. Wzdrygnął się mimowoli. Nie był to jednak człowiek, coby wpół drogi zawracał. Ruszył dalej, ciągle fosą, upatrując w gęstwinie pokrywającej stoki wzgórza ścieżki lub szczeliny.
Cisza była niczem niezakłócona. A wtem posłyszał Wawer gdzieś ponad sobą ludzkie głosy. Zatrzymał się i podniósłszy oczy, nasłuchiwał. Rozmawiano na kopcu, wyraźnie osób kilka, niczem się nie hamując i rzecz dziwna, że jeden z głosów przypomniał mu Rozalkę.
— Tam do licha — pomyślał. — Do duchów trzeba iść przebojem — do ludzi podkopem. Spróbujemy zajrzeć tym nietoperzom w oczy.
Już teraz nie myślał o zamordowanym szewcu ani o baśniach, już nie chciał dać dowodu odwagi, ale był zajęty, zaciekawiony, żądny wytłumaczenia tajemnicy.
Przypadł do ziemi i bardzo powoli i ostrożnie począł się wdrapywać na stromą pochyłość, unikając poruszenia gałęzi, najmniejszego szmeru. Tak pełzł jak kot dziki do upatrzonej zwierzyny. Coraz wyraźniej dochodziła go rozmowa; a raczej jeden głos brzmiał, nieznany mu. Nareszcie dotarł do odwiecznego dębu, co już stał na samym brzegu. Wtedy ostrożnie z za pnia głowę wychylił i patrzał niezmiernie zdumiony.
Przed nim znajdowało się czworo ludzi — trzech mężczyzn i kobieta.
Oczy Wawra rozwierały się coraz szerzej, słuchał, tamując oddech.
Mężczyzna jeden siedział, reszta stała. On jakby rozkazy wydawał, tamci słuchali, plecami do dębu zwróceni, tak, że tylko siedzącego widział dokładnie Wawer. Człek to był już stary — ubrany w samodział i długie buty. Szlachcic zagrodowy z pozoru.
— Młodość ma swoje przymioty, ma i błędy — usłyszał zaczajony dalszy ciąg mowy. — Odwagę i ofiarność. Tylko, że odwaga bywa często szaleństwem, a ofiarność poświęceniem często próżnem. Nie mówię tego do was, Karewis, jako zarzut, ale jako ostrzeżenie. Wydajecie się mnie dzieckiem, możeście od nas, starych lepsi, szczęśliwsi. Poleciłem Szwedasowi i Rufinowi człowieka mi dać — wybrali was. Wielka to wam chluba, wielka odpowiedzialność. Rozumiecie mnie jasno?
Wawrowi się zdało, że człek na niego patrzał i jego pytał i mimowoli zadrżał, ale wtem jeden ze słuchających obrócił się i parę kroków postąpił. Był to drobny i śniady koniucha dworski, braciszek jego najmłodszy — Marcinek. Zbliżył się do starego, w rękę go pocałował a potem, jak żołnierz się wyprostował.
— Rozumiem! — odparł stanowczo. — Nie bójcie się mego wzrostu i lat. Trzy razy na próbę biegłem do was, owe papiery niosąc. Za pierwszym razem tom nic nie pojmował i jak po omacku, szedł. Za to mnie wzięto i bito; ale drugi raz jużem przejrzał i wiedział, co niosę i jak powietrze, nie było po mnie śladu, a za trzecim razem tom całkiem zrozumiał rzecz i odtąd gotówem za tę sprawę nie skórę, ale głowę nałożyć. Zobaczycie!
— Uchowaj, Boże, podobnego nieszczęścia! Głowa twoja potrzebna ziemi i pilnować jej powinieneś. «Bądźcie chytrzy, jako wężowie» powiada pismo. — I to ci powtarzam i zawsze powtarzać będę. Uklęknij teraz.
Marcinek ukląkł a stary wstał, podniesioną jego rękę na książce starej położył i podawał mu słowa:
— Ja, Marcin Karewis, za świadka mając Boga i tu obecnych, przysięgam, jako z duszą całą, myślą i siłami staję w służbę Szkaplerza żmujdzkiego na życie całe, ślubując sprawie swej wierność, starszym swoim posłuszeństwo, braciom swoim pomoc, ludziom obcym milczenie. Jeślibym niewiernym się stał i zdradził, ukaraj mnie, Boże nasz, ukarzcie mnie ludzie, co te moje słowa słyszycie. Amen.
— Amen — powtórzyły trzy głosy.
Stary chłopca z ziemi podniósł, szkaplerz czerwony mu na szyję włożył i jak brata ucałował. Pozostali uczynili to samo. Wówczas zobaczył ich i poznał Wawer.
Był to stary Szwedas i Rozalka.
— Co czynić każecie? — spytał Marcinek głosem uroczystym, dziwnym przy jego chłopięcej postaci.
— Będziesz słuchał dziewczyny tej, mądrej a dobrej. Będziesz od niej ogniwem dalszem łańcucha — bardzo długiego, którego ja sam początku ni końca nie znam. Bóg z tobą, Karewisie młody! Może, w moich latach będąc, lepsze dni zobaczysz. Tymczasem, jak mrówka pracuj, jak orzeł myśl, a jak wąż chytry bądź... Możesz odejść już!
— Pójdźmy — szepnął Marcinek do Rozalki.
Ona zwróciła się do Szwedasa.
— Rufin mi kazał o nową przesyłkę się dowiedzieć, czy czego dla nas niema?
— Jest gazet cały worek. Pod kamień go wsunąłem, naprzeciw Wawrowej kapliczki, przy drodze — od północy. Znajdziesz?
— Znajdę. Rufin też wam pieniądze kazał wręczyć, ile zebrał przez ten czas. Przysłał mnie, bo u niego przed wieczorem dwóch z urzędu było, niby rzeźby oglądali. Ostrzec was polecił...
— Dobrze. Nie przyjdę do niego tedy a jutro rano znowu jadę — pusty. W tamtą stronę.
Ręką ku zachodowi wskazał.
— Prędko będziecie znowu?
— Dopiero na odpust Szydłowski.
— Szczęść wam, Boże, i zdrowo odprowadź! Pochwalony Jezus!
— Na wieki. Amen!
Dziewczyna i Marcinek skłonili się i przeciwną stroną kurhanu poczęli schodzić.
Podniósł się też i nieznajomy.
— Czas i mnie — rzekł. — Droga na stare nogi daleka.
— Podwiozę was — Szwedas się ofiarował.
— By nas kto razem zobaczył? Pamiętacie, jak was przed trzema laty wzięli do więzienia i mnie pytali, czy znam Szwedasa i w jakich z nim jestem stosunkach? Znam, powiadam, ale co do stosunków, to w jakimże ja, obywatel, mogę być względem ciemnego, głupiego chłopa? Takem rzekł wtedy. A coby pomyśleli, żebym nocą z tym samym Szwedasem na wozie jechał? Wypuścili mnie na takie tłumaczenie.
— Myli się pan — ozwał się chłop. — Wypuścili dlatego, że ja na śledztwie, o to samo pytany, powiedziałem: W nijakich stosunkach nie jestem, bo pan mi pierwszy wróg urodzeniem i mową a dwór pierwsza moja nienawiść i obchodzę go, jak gniazdo szerszeni.
Obywatel szczerze się zaśmiał.
— Oddałeś mi z nawiązką, Szwedas!
— Dlatego, żem tak nie myślał, tom rzekł... Czas panu w drogę, czas i mnie. W Szydłowie się spotkamy. Mam tutaj jeszcze jeden interes. Dali mi darmo studenci z tamtej strony książeczek tysiąc, bym je po kraju rozrzucił. Zostało jeszcze dwadzieścia, te już tutaj zostawię.
Sięgnął w zanadrze i pokazał broszurkę małą w żółtej okładce. Obywatel jedną wziął, resztę mu oddał.
— Siejcie Szwedas, dobre to ziarno i niech wam Bóg pomaga. Bywajcie zdrowi!
Uścisnęli sobie prawice.
Obcy zniknął w miejscu, gdzie Rozalka poszła. Szwedas przeszedł tuż koło zaczajonego Wawra. Znał tam widocznie każdy krzak, korzeń, gałąź, bo spuszczał się prędko i cicho, potem jeszcze czas jakiś kroki oddalające się było słychać, wreszcie wszystko ucichło, znikło, rozwiało się a w głowie Wawra zostawiło wrażenie chorobliwej halucynacji.
Zaczął i on schodzić, tak zamyślony, że nie widział jak opodal jeszcze jeden człowiek, czając się do ziemi, w stronę wioski zmierzał, który ani Szwredasem nie był, ani tym obcym szlachcicem. Ze wzrokiem wbitym w ziemię i w sobie zatopiony, młody człowiek szedł powoli miedzami polnemi, wśród zagonów, ze zbóż ogołoconych. Chaotycznie mieszały mu się wrażenia doznane. Dziewczyna, którą tylekroć grubijańsko zaczepiał, chłop z pozoru nieokrzesany i ów Karewis, piętnastoletni bosy pastuch, który za granicami swej parafji świata nie znał... Mówili teraz do jego duszy dziwnym językiem, stanęli przed nim, jak ci dziedzice i obywatele szanowni ziemi, o których kiedyś Rufin mówił. Mrówki te znosiły źdźbła, pyły, igiełki sosnowe i siedmkroć większy, niż siły, ciężar wlokły do mrowiska, sypały przez lat dziesiątki kopce rojne, nie ustawały nigdy. Tak się zamyślił idąc, że zdały mu się te zagony i pola leśną rubieżą, pociętą śladami owadów a te chaty, po nich rozrzucone, mrowiskami, które miljony wznosiły, na trud zapamiętałe, przemyślne. A wtem przed nim coś zaświeciło na miedzy. Schylił się. Leżała tam książczyna mała, którą człowiek ukryty, nieznany, rzucił za siebie, jak siewacz ziarno. Dla pracowników biednych, dla bosonogich pastuszków zostawiona tam była, co, jak ptaszęta, wstaną ze słońcem i ziarno to znajdą na miedzy, na karm dla duszy. Wawer ją podniósł.
Apej żeme — (O ziemi) — przeczytał na okładce i już nie odłożył napowrót, ale schował w zanadrze.
Czasem na wierzchu mrowisk złocą się ziarna żywicy wonnej: taką mu się ta książka wydała kruszyną kadzidła...

∗             ∗

Ukończono żniwa, na ukończeniu też była zagroda na Bubiach. Pracowano przy niej gromadnie. Wawer nie szczędził pieniędzy i poczęstunku, sam od świtu stawał do roboty, śpieszył gorączkowo, pomagali mu też chętnie sąsiedzi i krewni. Na zagrodzie bielał już komin wysoki, świeciła złocista strzecha, rosła, jak na drożdżach, stodoła i obórka.
Wszystko było dostatnie i schludne, przypominało porządkiem i skrzętnością zagraniczne folwarki, wzbudzało w patrzących zachwyt i podziw a Wawra napełniało wielką durną i lubością.
Przychodził zrana pierwszy, a odchodził ostatni, gdy już gwiazdy świeciły. Nad wyraz miłe były mu te węgły świeże, ten szmatek ziemi, przygotowany pod pierwszy zasiew nowego właściciela. A tymczasem dnie i tygodnie biegły niepostrzeżenie i aż się przeraził pewnego wieczora, obrachowawszy sumiennie czas, między swoimi spędzony. Miał to być tydzień odwiedzin, a zmienił się na cztery miesiące i trzy dni już tylko brakło do Szydłowskiego odpustu Narodzenia Matki Boskiej.
Listy od Matschkego przestały dochodzić. Zapewne, obrażeni śmiertelnie, nie chcieli się więcej do zbiega odzywać, bo był zbiegiem i zdrajcą i niewdzięcznikiem...
Choć go nikt nie widział i nie strofował, Wawer wstydem płonął i spuściwszy głowę, szedł, jak winowajca, zaprzysięgając sobie następnego piątku odjechać stanowczo, oprzeć się wszelkim prośbom i zaklęciom rodziny.
Zstępował na gościniec właśnie, gdy go turkot wozu doleciał i raźne parskanie koni, więc się obejrzał machinalnie.
Wieczór jasny był, więc zdaleka poznał siwego i kasztanka starego Szwedasa i zwolnił kroku.
Wóz się wnet z nim zrównał a Szwedas, siedzący na ładunku beczek i tłumoków, pozdrowił po zwyczaju Bożem imieniem.
— Dobre macie oczy, dziadziu, żeście mnie poznali — rzekł młody, uchylając kapelusza z uszanowaniem.
— I poznałem i zapamiętałem, chociem ciebie mało widział — odparł stary, wstrzymując koniki do kroku pieszego.
— Dziękuję wam za pamięć.
— Ty może myślisz, że to z powodu owych pieniędzy, coś moim chłopcom po ogniu rzucił? Otóż nie z tego. Zapamiętałem cię dla twego rozumu i zastanowienia — ciągnął Szwedas dalej, lejce zarzucając na luśnię i dobywając z kieszeni fajkę. — Inni wszelaką rozpustę i swawolę do kraju z obczyzny przynoszą, a tyś przyniósł uczciwy grosz i naukę. Będzie ta chata twoja dobrą szkołą i przykładem.
Na zagrodę ręką wskazał.
Wawrowi niesnadno było wobec tych pochwał powiedzieć, że niebawem odjedzie, więc, by rozmowę zmienić, spytał:
— A wy, dziadziu, do domu wracacie?
— Wracam. Wiozę Butkisowi piwo, a do dworu smarowidło i sól. Konięta mam też zmordowane szpetnie.
— Zabawicie w chacie?
— Zabawię, bo odpust niedaleko, a ślubowałem do Szydłowa z ofiarą i pokutą.
Wawer na furę spojrzał i pomyślał sobie, jaka to ofiara była pod beczkami piwa i worami soli.
— Szczęść wam Boże — rzekł szczerze.
— Dziękuję — odparł stary dobrodusznie.
Skinął przyjaźnie głową i koniki zadawszy, oddalił się ku wsi.
Wawer go oczami przeprowadził i widział, że zamiast do Butkisa, do swojej chaty skręcił, jakby tam zostawić miał najcięższy ładunek.
U Szwedasów znano obyczaje ojca, słuchano go ślepo, nie pytano nigdy nic. Gdy wóz się na podwórze wtoczył, synowie wyszli obadwa, ucałowali ojcowską rękę, zamknęli wrota. Stary nic do nich nie mówił, bo właśnie, przesuwając paciorki, różaniec odmawiał.
Koniki nie kierowane, same zaszły pod szopkę i stanęły.
— Wyprzęgać, tewe? — starszy syn zapytał.
Szwedas głową potrząsnął. Nie złaził z wozu i tylko im drzwi chaty ręką wskazał. Zrozumieli i odeszli.
Po dość długiej chwili stary na progu stanął. Podnieśli się wszyscy z ław i czekali rozkazu. Wstał i Szluguris swawolny, który z Magdalenką w kącie coś szeptał, wstała Barbara, karmiąca u pieca niemowlę.
Szwedas różaniec właśnie skończył i krzyżyk ucałowawszy, na szyi go powiesił. Wtedy się odezwał:
— Weźmiesz Jurgis moją furę i do Butkisa i do dworu ładunek odstawisz. Powiedz, żem zmordowany i jutro z rachunkiem przyjdę.
Parobczak skłonił się i wnet zniknął a stary na ławie pod obrazami usiadł, głowę podparł i tak siedział zamyślony.
Wnuczek mały, czterolatek, do kolan jego się przysunął i ocierał się o nie jak kociak mały, prosząc o pieszczotę, czy upominek. Szwedas ręce od twarzy odjął i pod nogi spojrzał. Twarz jego nie znająca co uśmiech, na małą chwilę zadrgała radością, i nieco się do dziecka pochylił ale wnet się powstrzymał i już znowu surowy, w zanadrze sięgnął, pierniczek złocony dobył i chłopczykowi podał.
— Barbaro — do synowej się zwrócił. — Zabierz małego.
Ale już dzieciak zalękniony srogiemi dziada oczami, umknął sam do matki i oddał jej łakocie, nie śmiąc pokosztować.
— A mnie tatuś nic ładnego nie przywiózł? — spytała Magdalenka z umizgiem.
— Nie — odparł krótko.
— Powieczerzacie, ojcze? — starszy syn wtrącił.
— Powieczerzam, jeśli co postnego macie.
— Zawsze dla was gotowe stoi, jako że nie wiem, kiedy wrócicie, a wiemy, że z omastą nigdy nie jecie — rzekła Barbara, stawiając przed nim miskę postnej kaszy.
Stary jej głową przyjaźnie skinął i jeść począł. Obecni poczęli rozmawiać, ale on ani słowem do rozmowy się nie wmieszał i na nikogo nie patrzał. Odzywał się śmiech Magdalenki i żarty Szlugurisa, gospodarskie uwagi młodego Szwedasa, wioskowe opowiadania jego żony, szczebiot dzieci; stary jakby nie słyszał. Ukończywszy wieczerzę na ławie się wyciągnął i zdawał się drzemać. Powstał wreszcie Szluguris i pożegnawszy się odszedł, a po chwili wymknęła się Magdalenka i gdzieś przepadła, choć niby tylko na moment do sąsiadki za jakimś interesem zajrzeć miała, Barbara poczęła dzieci do snu układać i pacierz im mówić, Juras czółenko tkackie dla żony strugał.
— Długo Jurgis nie wraca — zauważył, do ojca się zwracając.
Stary na łokciu się podniósł.
— Idzie ktoś pieszo — rzekł, ku drzwiom spoglądając.
— Ktoby tak późno?
— Wyjdź, zobacz.
Juras wstał, ale nim do drzwi doszedł, te się otwarły i na progu stanął czarny, wysoki drab w żołnierskiej czapce.
— Pochwalony — ozwał się posępny głos Krystofa Jodasa.
— Na wieki — odparł Szwedas młody. — Nie poznałem ciebie po tej czapce. Myślałem, że wojna w kraju.
— Słyszałem, że ojciec twój jest we wsi a że go trudno doma zastać, przyszedłem choć pod noc, bo mam do niego sprawę.
Stary Szwedas podniósł się z ławy.
— Wejdź i mów — rzekł.
Jodas próg przestąpił, skłonił się gospodyni i czapkę w rękach mnąc, do stołu się zbliżył.
— Mam do was, gospodarzu, interes, prośbę... — ozwał się niepewnym głosem.
— Mów — Szwedas powtórzył.
— Spodobała mi się dziewczyna wasza, więc o nią was proszę.
Zatrzymał się, sądząc, że odpowiedź będzie jaka, ale stary milczał. Juras w kąt się usunął a Barbara tylko, zaciekawiona, tamując oddech słuchała oczy wlepiając w twarz teścia.
— Biedny jestem, jako wiecie, ale siły i zdrowia Bóg mi nie poskąpił. Sto rubli rocznie siekierą zarobię, chata i ogród jest, biedy wasza jedynaczka u mnie nie zazna, bom ani pijak, ani rozpustnik, ani hulaka, jako cała wieś mi to poświadczyć może. Tak tedy z uczciwą prośbą do was przychodzę.
Pochylił się do kolan starego, pokłonił się potem Jurasowi i Barbarze. Szwedas wyprostował się i ręce na piersi skrzyżowawszy, popatrzał mu bystro w oczy.
— Wie-li o chęci twojej dziewczyna? — spytał.
— Jako zwyczaj, do ojca wpierw przyszedłem.
— Toś źle trafił, bo ja jej tobie nie dam.
— Nie dacie? Innemuście obiecali?
— Pierwszy się odzywasz.
— Powiecie może, co macie przeciwko mnie?
— Powiem: z dwóch przyczyn odmówić ci muszę. Jako, że dziewczyna zalotna jest, pieszczona i swawolna a ty zazdrosny i mściwy, więcbyś ją zakatował, a nie poprawił i jako że ty nieprosty mi się wydajesz, nieczysty, niepewny w myśli i czynie...
Jodiis zbielał i wargi drżące zsiniały mu okropnie.
— Obelgą mi odpowiadacie — burknął przez zęby.
— Nie obelgą, ale słowem prawdy, jakeś żądał. Mógłbym ci ojcem być, więc prawo mam co myślę, powiedzieć. Naturę ci Bóg twardą dał, jako żelazo, ale na niej tyle rdzy narosło, że już to żelazo całą wartość straciło. A rdza ta, to twoja zawiść dla lepszych i bogatszych, to twoja niechęć do ludzi, to twoja dzikość, to twoja obojętność dla spraw i trosk sąsiadów, niedbałość i nieużytość. Nie bieda twoja mnie zniechęca, ale taka natura, bo nie strach mi zięcia ubogiego, ale strach mi zięcia zdrajcy, a tobie nie ufam i nie wierzę. Taka jest moja racja.
Jodas trząsł sięcały, zmieniony i straszny wściekłością i wstydem. Oczy mu łyskały jak wilcze a zacięte zęby zgrzytały. Przez chwilę zgrzyt ten tylko i sapanie słychać było, wreszcie ozwał się schrypniętym, dzikim głosem:
— Takim ja, jakim być muszę! Biednemu dwie drogi ludzie zostawili: zdechnąć albo się spodlić! Ostatnie to wasze słowo na prośbę moją?
— Nie zdycha, kto duszę ma, i nie podli się, kto serce czuje w piersi. Takie moje słowo ostatnie. W złości żyjesz i zemście. Pamiętaj, że nóż to ostry i zatruty. Zabije, w kogo uderzysz, ale i ciebie otruje. Więc opamiętaj się, nim go użyjesz...
— Ja wiem, że się mnie lękacie: nie wypuszczajcie mnie stąd z odmową!
Szwedas wstał z ławy i oczy jego dziwnie zabłysły. Kapotę miał rozwartą na piersi i widać z pod niej było pęk szkaplerzy jaskrawych.
— Lękam się, Jodasie, Boga a nie złego człowieka. Nie groź mi i odejdź, bo teraz wiem, żeś zdrajca a w chacie mojej tacy nie bywają — rzekł poważnie i surowo, drzwi mu ręką pokazując.
Potykając się, Krystof wyszedł.
W izbie zapanowało grobowe milczenie. Stary wciąż stał na jednem miejscu, ze wzrokiem utkwionym w czarną otchłań sieni, gdzie tamten zniknął. Zdawało się, że w pasowaniu trwał z jakąś myślą straszną, z jakimś zamiarem złowieszczym. Nareszcie rękę do czoła podniósł i przeżegnał się. A wtem na podwórzu zaturkotało i po małej chwili Jurgis wszedł niefrasobliwy i spokojny.
— Załatwiłem i koniki już wyłożyłem. Każecie je, ojcze, na nocleg gnać?
— Nie. W stajni je postaw i obroku zasyp. Napoję je sam w nocy. Pora spocząć teraz. Możecie zawierać chatę. Ja w stodole się położę.
Wyszedł i już do izby nie wrócił.
Pozostali jeszcze długo nie pomyśleli o spoczynku. Wróciła Magdalenka i we czworo rozprawiali ze zgrozą o Jodasie.
— Puści nas z dymem — biadał Juras.
— On gotów studnię zatruć — szeptała drżąc, Barbara.
— A łotr jeden! — burczał Jurgis. — Jutro go za pogróżki do gminy zaskarżyć i basta! Jakiem prawem ten rozbójnik pomstować się waży?
Dziewczyna była najspokojniejsza.
— Ot, zawracacie sobie głowy lada gadaniem. Ja mu jutro jedno słowo rzeknę i będzie cicho — śmiała się pogardliwie.
— Tylko ty się z tym zbójem nie zadawaj, bo się biedy napytasz — upominał Juras.
— Oho, ja się go nie boję! Wydrwię i tyle! Ale co honor, to mi honor, żem nawet zbójowi głowę zawróciła!
— Mnie ta Rozalki szkoda — szepnął Jurgis nieśmiało.
— Na wszelki wypadek gumna pilnować trzeba — odezwał się starszy brat markotnie.
Zabrali się wreszcie do snu, ale co chwila zrywali się, nasłuchując niespokojnie. Po północy spłoszył ich skrzyp wrót do stodoły. Wypadli z kijami na podwórze. Ale nie złodziej to był, tylko ojciec, wracający na spoczynek. Co robił dotąd, nie mogli zgadnąć, a pytać nie śmieli.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nazajutrz Wawer od godziny sam pracował, nadczekując na Krystofa. Wyglądał go i dziwił się niebywałej opieszałości, a wreszcie, nie rozumiejąc, co się stać mogło, ruszył do chałupy skrajnej, skąd go codzień stuk warsztatu dolatywał. Podszedł pod okienko i zajrzał do wnętrza. Rozalka była sama, pochylona nad robotą. Wydała mu się bardzo blada i mizerna. Przestraszyła się, gdy do niej niespodzianie przemówił.
— Niema Krystofa? — zdziwiony spytał.
— Niema.
— Gdzie on?
— Poszedł z wieczora na robotę do Ramuniszek.
— Na długo?
— Nie mówił.
— Bodajby kark skręcił!
Rozalka milczała, nie odrywając oczu od roboty.
— Rachowałem na niego i nikogom do roboty nie zamówił. Teraz stracę dzień cały przez niego.
— Mało co u was do końca braknie, o dzień jeden mniejsza — zauważyła.
— Wyrachowałem do środy ukończyć, we czwartek poświęcić, a w piątek precz jechać. Dzień jeden dużo mi znaczy. Podłogi nieułożone i drzwi niewyrychtowane jeszcze.
— Tak już prędko jedziecie?
— Zda się, wielki czas. Cztery miesiące, jak tu siedzę. Już mi nawet od roboty odzież się porozpadła w strzępy i bielizna podarła. Już mnie znajomi nie poznają w mieście, jak takiego oberwańca zobaczą.
— To źle was Maryjka dogląda.
— Nie lubię nikomu sobą turbacji robić.
Usiadł na ławce pod oknem i ku niej spoglądał.
— Robotnica z was okrutna. Aż miło patrzeć, jak was to czółenko słucha.
— Wprawę mam, co dnia to samo robię.
— Nie nudzi wam się tak samej w chacie?
— Przywykłam.
— Ale to wam nie służy. Dziewczęta inne krew z mlekiem na licach mają, a wy niedobrą bladość. Bym władzę nad wami miał, nie dozwoliłbym się tak zamęczać, urodę przed czasem tracić.
Dziewczyna spojrzała ku niemu i spotkawszy na sobie jego oczy, spuściła prędko głowę. Zrobiło się jej gorąco na wspomnienie tych buziaków kradzionych, namiętnych, co zda się jeszcze teraz paliły jej usta i szyję. Milczeli chwilę, może o jednem myśląc.
— Szwedasa starego wczoraj spotkałem — ozwał się Wawer, bacznie się jej przyglądając.
— Na odpust do Szydłowa pewnie się szykuje — rzekła spokojnie.
— Chytra jest — pomyślał Wawer. — Ale ją zaraz złapię.
— Z książkami — rzekł głośno.
Dziewczyna drgnęła lekko i warsztat jej ucichł. Zerwała się nić, więc ją związała i przez tę chwilę opamiętała się znowu.
— Nie wiem — odparła, ramiona wznosząc.
Zaśmiał się.
— Ej, Rozalko, nie do twarzy wam kłamstwo. Myślicie, że z Niemiec przyjechawszy, nie wiem, co znaczy ten szkaplerz czerwony, co wam z za gorsetu wyziera?
Dziewczyna mimowoli sięgnęła do piersi i znak ukryła głębiej, potem oczy zdziwione i trwożąc wlepiła w mówiącego.
— Myślicie, że nie wiem, jakie to duchy uśmierciły szewca-pijaka i co tam za czary na Piłkalnisie w trzecią noc nowiu się odbywają?... Zuchom nie warto bajek prawić, bo one ich nie odstraszą, ale zaciekawią. A co, teraz wyście się zlękli!
Rozalka opuściła ręce na kolana, zalękła i onieśmielona.
— Milczcie, na rany Boskie — szepnęła drżąc cała.
— Żebym nie milczał, dawnoby po was wszystkich było. Ale ja różne tajemnice widział w swojem życiu i nigdym nie zdradzał. Powiedziałem teraz, byście mnie za dudka nie mieli i nie okłamywali darmo, a przytem byście się więcej na ostrożności mieli.
Dziewczyna wstała i zbliżyła się do okna. Wyjrzała na podwórze i drogę niespokojnie.
— Nikogo niema — rzekł Wawer. — Samiście ze mną, tak, jak onego wieczora, kiedym was całował, a wyście mi w twarz dali. Pamiętacie? Mógłbym na was się pomścić.
— Moglibyście — odparła przez zęby, marszcząc brwi. — Nad samą siebie mnie ta tajemnica świętsza. Wiem-ci dobrze, żeście nie podły i dla próżnej przechwałki nie wydacie sprawy, co wam obojętną i obcą jest, a ludzkie żywoty kosztować może...
— Nie wydam was i znać po sobie nie dam. Obelgą mi wtedy plunęliście w oczy — pamiętacie — żem nikomu wiary nie dochował. Przekonacie się, żeście krzywdę mi czynili.
— Ja was dawno przeprosić chciałam — szepnęła nieśmiało. — Nie chowajcie żalu! Takem w złości rzekła, niebacznie.
Wyciągnęła do niego rękę i spojrzała tak poczciwie prosząco, że Wawrowi krew gwałtownie nabiegła do serca.
— Rozalka — rzekł — byś wiedziała, jakaś mi ty miła!
— Nie godzi się wam tak mówić — upominała, cofając się.
— Ja wiem, ale żebyś chciała za mną pójść, tobym, dalibóg, tamto rzucił i podeptał...
Niechcący, niespodziewanie mu się to wyrwało.
Dziewczyna cofnęła się jeszcze dalej i potrząsnęła głową.
— Żartujecie, bo wiecie, żebym od swoich nie poszła — rzekła spokojnie.
A wtem od drogi gruby głos się rozległ:
— Toci państwo dopiero! W powszedni dzień od rana na amorach trwają!
Wawer się obejrzał: Krystof to był.
— A tyś gdzie dotąd siedział? Siostra twoja mówiła, żeś do Ramuniszek na robotę poszedł.
— Skąd ta głupia ma wiedzieć? Do żadnych Ramuniszek nie chodziłem, alem w twojej stodółce nocował i zaspał.
— A kłamiesz, bom w stodole był i ciebie nie widział — odparł Wawer, wstając i wychodząc do niego.
— Jakeś patrzał, takeś widział — burknął Krystof.
Poszli obadwa i po chwili siekiery ich słychać było przy robocie, a w chacie Rozalki miarowy stuk warsztatu. Pochylona nad tkaniną barwną, formowała desenie, zmieniała kolory, poprawiała niedokładności. Czasem spoglądała na świat za okienkiem i nuciła smutno.
Czegoś jej ciężko było na duszy...

∗             ∗

Na odpust od Didelisów nikt nie poszedł, bo stary Jan zaniemógł i już od trzech dni z pościeli się nie podnosił, stękając ciężko.
Jak mu Wawer odjazd swój na piątek stanowczo naznaczył, tak starego z nóg zwaliło i nazajutrz nie wstał.
Jak struci, chodzili wszyscy w chacie, robota nie szła, rozmowa się nie kleiła, kobiety popłakiwały po kątach, mężczyźni siedzieli zmarkoceni i osowiali.
Wawer wnet felczera sprowadził, po doktora chciał jechać, zmartwił się okrutnie.
Ale stary niczego nie chciał, tylko wciąż go przy sobie trzymał, odejść mu nie pozwalał.
— Niechta się na ciebie przed śmiercią napatrzę — mówił. — Ty mnie do trumny włożysz i w dół spuścisz. Nie potrzeba mi leków, ni doktora, ino twego widoku do skonania godziny.
Więc na taką mowę lament napełnił chatę, a Wawer z desperacji za głowę się porywał, sam nie wiedząc, co robić, co rzec, co postanowić.
Tak się ten dzień odpustowy im żałobą i smutkiem naznaczył, że i nie pamiętali jak minął. Aż około wieczora ktoś na podwórze wpadł, prędko, bez pozdrowienia do chaty wbiegł. Była to Barbara Szwedasa cała we łzach, z dzieckiem u piersi, rozczochrana.
— O Jezu! Marja! — krzyknęła, łkając.
Porwali się wszyscy do niej.
— Co się stało? Zdechło co u was? Dziecko chore?
Ale ona zdyszana, czepiając się sprzętów, nic więcej z siebie wydobyć nie mogła.
— O Jezu, Marja! O Jezu, Marja!
— Cicho Barbikie! — Wawer krzyknął. — Gadaj porządnie, ojca chorego nie strasz darmo.
Barbara do ojca przypadła.
— Tatusiu, ratujcie! Starego naszego wzięli! — wyjąkała.
— Jakto wzięli?
— Wzięli! Żandary, policjanty, do sądu, do kryminału!
— Matko cudowna! Za co? Gdzie?
— Ja nie wiem, Juras z tą wieścią wpadł, parobczaka zabrał i precz polecieli — ratować. O Jezu! O Jezu!
Jeden Wawer rzecz całą zrozumiał zapewne, bo dalej nie pytając, za czapkę wziął i wybiegł prędko. We wsi czuć było coś niezwykłego. Kupili się ludzie, szeptali, oglądali się trwożnie. On ich wszystkich mijał i dobiegł do Jodasów chaty.
— Rozalko! — krzyknął przez okno.
Nikt nie odpowiedział. Postał chwilę, namyślając się, równie prędko do Rufina zawrócił. W chałupce świeciło się przecie. Wpadł żywo do środka.
— Jest Rozalka? — zdyszany spytał.
— Jestem — odparł głos dziewczyny, bardzo zmieniony.
— No, to chwała Bogu! — rzekł, oddychając z ulgą.
Obejrzał się dopiero po izdebce, Rufina dłoń uścisnął.
— Kto tam jeszcze w kącie siedzi? — spytał.
— Swój — rzekł rzeźbiarz. — Marcinek.
— Wiecie, że Szwedasa aresztowano? — zagadnął ciszej.
— Wiemy — odparł Rufin głucho.
— Jakże to było? Wiecie? Znaleźli co przy nim? — badał zajęty i niespokojny.
— Ktoś wydał widocznie... Przed Szydłowem z lasu wyjeżdżał, gdy go opadli. Był wóz pełen. Zabrano wszystko.
— Z was trojga nikogo nie zaczepiono?
— Nikogo tymczasem. To dopiero początek.
— Któż wydał? Tego hycla ogniem piec, za nogi wieszać...
— Nieminie go kara — uroczyście Rufin wymówił. — Dziesięciu wyda, stu — zostaną jeszcze tysiące na zemstę...
— Kto on? — Niemacie posądzenia na nikogo?
— Dotąd nie. Wczoraj wieczorem to się stało. Rozalka przed chwilą z wieścią przybiegła. Marcinek na noc dalej pójdzie.
— Wy się na ostrożności miejcie!
— Bóg ci zapłać za troskliwość! Mniejsza o nas. Szwedasa nikt nie zastąpi, a ten już zginął.
— Wykręci się.
— Już nie! Trzeci raz go biorą. Teraz już go więcej oczy nasze nie zobaczą. A my teraz, jak stado bez przewodnika, rozlecim się na cztery wiatry.
— Gadacie — wtrącił Wawer. — Na jednym człowieku sprawa nie stoi.
— Prędzej na jednym, jak na tysiącu. Jeden wielki głaz pod węgłem dłużej budynek utrzyma, niż drobnych kamieni setki, choćby je na cement najtęższy kładł.
Głuche milczenie zapanowało po tych słowach. Marcinek je przerwał, wstając:
— Pójdę już — rzekł. — Ostańcie z Bogiem, a jakbym się spóźnił, do koni kogo na moje miejsce poślijcie.
— Daj ci, Boże, szczęśliwie — pożegnali.
Zatrzymał się w progu i do Rozalki zwrócił:
— Skrzypki moje z budy zabierzcie, jakby deszcz padał.
— Zabiorę, wracając do domu.
Chłopak zniknął a oni siedzieli jeszcze chwilę, bardzo smutni i zgnębieni.
— Masz co do schowania u siebie? — zagadnął Wawer Rufina.
— Rozalka zabrała już.
— Oddajcie mnie lepiej — zwrócił się do dziewczyny.
— Nie trzeba. Mnie to już nie pierwszyzna.
Wyjrzała oknem, a pod chustkę ukrywszy zwitek nie wielki, skinęła głową kalece i wyszła.
Poskoczył za nią Wawer.
— Jakem o Szwedasie usłyszał, tom się o was przeraził okropnie. Uchowaj, Boże, na was co złego — mówił, towarzysząc jej wytrwale.
— To i co? — odparła z jakąś niebywałą u niej goryczą. — Mnie i tak życie niemiłe. A najgorszy strach i zgryzota, skoro mnie oszczędzą!
— Nic was nie rozumiem.
— Bo nie wiecie tego, co ja wiem i krew w was tak, jak moja z rozpaczy nie zamiera.
— Co wam takiego? Przecie wam Szwedas ojcem nie był, przecie nie przepadnie z nim wszystko. Osobliwa z was dziewczyna! Kochać wam i bawić się, a nie o spiskach rozmyślać.
— Do kochania i zabawy dosyć jest bezemnie. Nikomu ja niepotrzebna, bom ni wesoła, ni miła.
— Dalibyście pokój! Zgryzła was ta awantura. Ot, jeszcze wszystko się uspokoi. Będzie, jak było.
— Nie będzie już — westchnęła żałośnie.
— A mnie z pomocą macie. Co schować macie, oddajcie. Nie dam wam samej po nocy się błąkać. Teraz może śledzą a na mnie nikt posądzenia nie poweźmie, bom zwykł włóczyć się o wszelkiej porze.
Weszli do chaty Rozalki. Nie zapalając światła, zakrzątała się, on stał w progu.
— Chcecie znowu iść? — zawołał, gdy znowu stanęła przed nim.
— Pójdę.
— Nie! Zostaniecie! — rzekł stanowczo. — Pójdę ja sam, a wy spoczniecie. Dajcie, co macie.
Przemocą wziął jej z rąk zawiniątko.
— I skrzypki tego chłopca do chaty zabiorę, a to tak schowam, że i pies węchem nie znajdzie. Bądźcie spokojni i dobrej myśli.
— Dziękuję wam za usługę.
— Krystofa niema?
— Niema — odparła, jakby przerażona, oglądając się wokoło.
— Co macie sama tu siedzieć, chodźcie do nas. Ojciec tam chory leży, ale przy Maryjce raźniej wam będzie.
— Dziękuję. Zwykłam sama być. Wyście bardzo dobry!
— Ot, osobliwość! Żebyście wiedzieli, jakem o was niespokojny tutaj z domu biegł! Bardzo mi was, szkoda, Rozalko!
Dziewczyna nic nie odrzekła i odeszła w głąb izby. Myślał, że ją rozgniewał więc tylko: «dobranoc» rzekł i odszedł, nie chcąc drażnić.
Gdy wrócił do chaty, rozprawiano jeszcze o Szwedasie. Istotnie, sprawa jego była ciężka. Trzeci raz powtarzało się to samo. Za pierwszym razem opłacił karę, za drugim odsiedział w więzieniu, teraz go ześlą niechybnie. Wieś poruszona była, zgrozą przejęta, przeklinano duszę i życie zdrajcy. Bo zdrajca był w tej sprawie. Ale kto?
Stary Jan już nie stękał, ale z okiem, w sufit utkwionem, rozmyślał, nic nie mówiąc. Rozjaśniły mu się oczy na widok Wawra, obrócił się z trudem i rękę jego ująwszy, zcicha rzekł:
— Synku! Jakeś mi odjazd swój oznajmił, pomyślałem, że dziecko ojcu nie potrafi gorszej troski uczynić, jako ty mnie uczynił. A oto teraz myślę, żem cię skrzywdził. Bo jako boleć musi ten ojciec, którego syna do zdrady szatan skusił! Jako on boleć musi! O Jezu!
— Tatusiu miły, nie karzcie mnie taką mową!
— Nie, synku, nie! Już ci się opierać nie będę kiedy ci co innego sądzone, zatrzymywać się nie ośmielę. Mój ta ból próżny jest i niesłuszny naprzeciw tamtego. Nauczył mnie Bóg...
Mało co spano owej nocy po wszystkich zagrodach. Rankiem, niewiadomo, skąd, słuch się rozszedł po wsi — jeszcze nieśmiały, niewyraźny szept.
— Jodas wydał Szwedasa!
Skoro do Didelisów to doszło, zakipiało, jak w garnku. Maryjka z początku jakby skamieniała, potem z jękiem, krzykiem, z łkaniem poleciała do Rozalki.
Wawer iść nie śmiał. Siedział zgarbiony, milczący, ze wzrokiem, wlepionym w ziemię.
— Może to być? — spytał Jan oburzony, siadając na łóżku i po synach spoglądając.
Nikt nie potwierdził.
— Jak żmija, plotka pełza i niewinnego kąsa — rzekł Piotr.
— Pójdę do Szwedasów prawdy się dopytać — dodał Andrzej.
— Tyś ludzi siła znał Wawer! Może to być? — stary uparcie badał.
— Nie powiem, ojcze, aż palca w ranę nie włożę. Ze wszystkich to zbrodni najcięższa.
Andrzej powrócił. Ponury był i z wieścią się nie kwapił.
— Prawda-li to, co mówią? — Jan pytał.
— Prawda! Juras właśnie przyszedł z miasteczka. Widział na śledztwie, przy spisywaniu protokółu Krystofa między policją. On doniesienie zrobił.
— Tedy mu hańba po ostatnią jego godzinę i hańba temu, co go imieniem Bożem pozdrowi! — zawołał stary dzikim głosem, opadając wyczerpany na posłanie.
Wawra dreszcz wstrząsnął. Uciekł z chaty od tych słów okropnych, od klątw, które bracia ciskali... Ale we wsi mały, duży to samo miał na ustach, a w oczach nieubłaganą, cichą żmujdzką zaciętość.
Nie podnosił nikt głosu, ale w szmerach były dzikie zgrzyty, szepty dyszały wściekłością.
U Szwcdasów było zbiegowisko na podwórzu, tłok w chacie.
Juras, schrypnięty, trzęsący się od złości i zapamiętania, opowiadał przebieg katastrofy i śledztwa. Jurgis płakał, jak dziecko.
— Niedoczekanie jego po naszej ziemi chodzić i z niej chleb jeść! Niedoczekanie jego do kościoła wstąpić i słowo od człowieka posłyszeć! Niech się udławi temi pieniędzmi, co mu dadzą, niech się na nieświęconym cmentarzu obwiesi, gdzie cholerników i samobójców grzebią! — pomstował okrutnie Juras.
— Nie ośmieli się on tutaj powrócić — mówili wszyscy.
— I tatusio nie wróci! — wzdychał Jurgis. — Jutro go, jak złodzieja czy zabójcę do Kowna powiodą.
Wawer i stamtąd uciekł i mimo woli do Rufina swe kroki skierował. Co ten mu powie?
Kaleka przy stole swym roboczym siedział, figurkę świętą rzeźbiąc. Był blady jak papier, trzęsły mu się wargi, a na chude ręce, pracą zajęte, padały z oczu rzadkie, wielkie krople — jak perły. A on ich nie ocierał, ani się wstydził, ani chował, choć skrzyp drzwi usłyszał i gościa poznał.
— Rufin!... Spodziewałeś się ty łajdactwa takiego? — wybuchnął Wawer, stając przed nim.
Rzeźbiarz roboty zaprzestał i ręce swoim zwyczajem wyciągając na stole, złożył na nich głowę znękaną.
— Można w co wierzyć na świecie, co czynić, co kochać — Karewis wzburzony dalej mówił — kiedy ludzie, jak psy się gryzą, jak niewolniki zdradzają! A gdzież to ziemi umiłowanie, gdzie ta wiara, coś ty kiedyś tak sławił. Ten na obczyźnie nie był, ta chata go wychowała, ta ziemia wykarmiła, a taki on! Mnieście wytykali palcami, sądziliście, nazywaliście odstępcą, Niemcem! Któż on — ten wasz chłop — ten wasz brat?
— On jest mordercą i zginie — powoli, uroczyście mówił Rufin.
Łzy mu zaschły, głos stwardniał.
— Jego, jako kąkol wyrwą i spalą innym na przykład. I tylko ja jeden po nim zapłaczę i ta matka-ziemia we wnętrznościach swoich ból poczuje po synu zgubionym, po sile zmarnowanej, po nadziei zagasłej... Tak on przepadnie marny i przeklęty, tak on zgnije oplwany, a zgubi go właśnie ta moc, którą pogardził, to kochanie i wiara, których się odprzysiągł. W bojowaniu one i we łzach trwają i trwać będą ale nie daj nikomu z nas, Boże, bojowania tego być kwasem, łez tych być przyczyną. Takim on jest — ten zdrajca!
— A wiesz, dlaczego zdradził? Dlatego, że Szwedas mu dziewczyny odmówił.
— Dlatego, że Bóg tak dopuścił — Rufin poprawił poważnie. — Wszelakiemi — On wielki — ohydami świat ten obsiał, gryzące pyły rozrzucił, kolące osty po ścieżkach zastawił, zjadliwe gady pod głazami ukrył, gorzkiemi smaki napoje naprawił. A wszystko — On dobry — tak zrobił, byśmy, nieba żądając, do Niego wciąż tęsknili, wśród ziemskich nędz i bólów, zawsze hen, w górę nagrody i wypoczynku wyglądali. Taki — On mądry jest!... A ten zdrajca o tem zapomniał — przeto ja płaczę po nim — bo z biednych, z nędznych — on najbiedniejszy, najnędzniejszy!
— Rufin, tyś chyba święty, że ty tak wszystko inaczej, niż ludzie, widzisz. Ty chyba z Bogiem rozmawiasz!
— Nie święty ja i nie inaczej wadzę. Tylkom sam zawsze. Z kimże rozmawiać mam, jak nie z Bogiem, co mi sierocie jeden pozostał — za wszystko, czem wy się cieszycie.
Wawer nie śmiał się więcej odezwać, szacunkiem i czcią zdjęty a kaleka znowu do roboty się wziął i już zwykłym tonem spytał:
— Widziałeś potem Rozalkę?
— Nie. Nie godzi się jej widokiem obcego smutku powiększać.
— Słusznie uczyniłeś. Ranne zwierzę i człowiek nieszczęśliwy jednaką naturę mają. W jamę czarną, w pustkę daleką skryć się i cierpieć.
— On tu nie wróci chyba?
— Nie poważy się, myślę.
— A jakby się poważył?
— Uchowaj go, Boże, od takiej doli!
— Ludzie zapomną — lękać się go będą zresztą.
— To naszych ludzi nie znasz. I nie zapominają oni i raz zrażeni, nie znają, co lęk.
— Zdradził kogo więcej?
— Nie.
— Wrócił Marcinek?
— Wrócił. Już o tej porze zkońca wkoniec kraju wiedzą, że w łańcuchu jedno ogniwo pękło stalowe, hartowne ogniem i wodą, i z nami wszyscy biadają...
Zagawędzili się długo i zmierzch był, gdy Wawer niespokojny o ojca, do domu z powrotem ruszył. We wsi było cicho. Nie odzywały się jak co wieczór skrzypki u Butkisa, a po ogrodach śpiewy i śmiechy. Jakby żałobę włożyli wszyscy, tak głucho było i niemo.
Skręcając na gościniec, Wawer zmorę ujrzał i o krok się cofnąwszy, przeżegnał.
Zdało mu się, że przed nim przeszedł Krystof. Szaro było, więc oczom nie wierzył, ale i przekonać się nie śmiał, zdjęty wstrętem i grozą. Onże to był. Niepodobna!
Przywidziało mu się coś, bo głowę miał Jodasem nabitą. Mógł urlopnik jaki czapkę żołnierską włożyć, innej pod ręką nie mając, mogło wielu parobków mieć wzrost Krystofa i jego chód ciężki, spracowanego wyrobnika. On się wrócić nie poważy, tak prędko przynajmniej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.