Szaławiła/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Szaławiła
Podtytuł Staroszlachecka powieść
Wydawca T. Rakowicz
Data wydania 1870
Druk J. Buszczyński
Miejsce wyd. Toruń
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Gdy się to działo u Strukczaszego, stary Toboła modląc się a po swojemu rozmyślając nad sprawami ludzkiemi — wlókł się do Żmurek, nie bardzo spiesznie. Dziadzisko miał w sumieniu wątpliwość jakiego rodzaju była sprawa, do której go przekupując użyć chciano. Znaleźli się poczciwi ludziska co go nieco podwieźli, innym wódki kupował, u drugich jak o jałmużnę prosił by mu starych nóg oszczędzili. Dostał się tedy w czas do rodzinnej wioski i z karczmy u której się rozpytał o wszystko pociągnął do syna do dworu. Ludzie wioskowi rozpowiedzieli mu jak tam rzeczy stały; litowali się oni nad panią młodszą, ale czuli już instynktem że ona sobie z takim zawadyaką rady nie da. Od czeladzi na wici przyszły różne plotki, a mianowicie że państwo młodzi cale z sobą prawie nie żyli, że on mieszkał w jednym końcu dworu, ona w drugim, że młoda pani nawet na obiad nie wychodziła, a służącej być przy sobie dzień i noc nakazała, że zresztą ów butny panicz bardzo łagodnie i grzecznie się obchodził z Domcią... ale niemiłosiernie pilnować i doglądać jej kazał, tak że prawie na dziedziniec obcemu wnijść nie dawano...
Dziad się w głowę poskrobał... nie wiedząc co począć... ale do syna pójść do dworu... przecie grzechu nie było. — List z za pazuchy wyjąwszy wsunął stary za podarty rękaw sukmany... Syn jego Piotrek był przy stajni. Stajnie ode dworu nieopodal wystawione... miały jedno wnijście od wielkiego dziedzińca i dostać się do nich nie było można, tylko przerzynając się w poprzek podwórza.
Ledwie most przeszedł Toboła i bramę minął, naprzód go psy podwórzowe opadły i takiego narobiły larum, że aż ludzie poczęli z okien głowy wysadzać... Ze psy to sobie dziadzisko rady dać umiało, bo go wszędzie spotkało od nich to samo powitanie; ale tuż poczęto nawoływać go z ganku... Spojrzał i zobaczył pod słupami dorodnego mężczyznę z kresą czerwoną przez łeb, który jak u siebie stał ręce za pas powkładawszy...
— Sam tu, dziadzie.
Stary tedy poszedł na zawołanie.
— Hę! coś ty to za jeden! zkąd?
— Zwyczajnie dziad, obieżyświat, ale ja tutejszy, ze Żmurek, a przyszło się moje dziecko jedyne nawiedzić.
— A gdzież to te dziadowskie dziecko? gdzie? zapytał stojący w ganku.
— Służy we dworze, Piotrek mu imię, proszę jegomości... w stajni...
P. Zbisław — on to bowiem był — popatrzał długo na żebraka... potrząsł głową... potym dobył powoli z kieszeni trzosika i dał mu — pół talara.
Toboła oczom wierzyć nie chciał. Skłonił się do kolan...
— Niech Bóg płaci... niech odpłaca... niech błogosławi...
— Dawnoście też pewno syna nie widzieli — rzekł gospodarz nowy, słuszna rzecz sercu ojcowskiemu dogodzić — powiedzcie aby go wam zwolnili na cały dzień — a spyta li kto ze starszych, zkąd rozkaz, odpowiecie od tego co ma kresę przez łeb...
Toboła jeszcze raz do kolan mu się skłonił — ale staremu widząc go, tak dla biednych ludzi dobrym serce uderzyło wyrzutem; jednak powlókł się do Piotrka zachmurzony. Sumienie mu wymówiło że nie powinienby zdradzać tak miłosiernego człeka... Poszedłszy do syna i posłodziwszy w stajni, rozpatrzył się zaraz we dworze wprawnym okiem że też tu i do pani samej przystęp był trudny. W rozmowie parobczak mu powiedział że chociaż żadna się jejmości krzywda nie działa... ale srodze ją pilnowano; bez pozwolenia pana nikt dostąpić do niej nie mógł, a chciała wynijść na przechadzkę to zdala były sługi i stróże żeby do nikogo nie przystąpiła. Dziad zważył iż choćby po jałmużnę niby idąc zbliżył się do niej, podpatrzono by kartę... a wówczas i on i syn by za nią odpokutowali.
Siedział więc pod stajnią, markotny do wieczora, sam nie wiedząc co pocznie, a dziwiło go to bardzo że w ciągu dnia razy kilka owego z kresą czerwoną widział, przechadzającego się tu i owdzie jakby go chciał mieć na oku.
Już na mrok się brało, gdy z Piotrkiem mieli iść na wieś, dziad karty oddać nie myślał, ba i nie mógł; ale go frasowało że słowa nie strzymał... Idąc mijali Zbisława krążącego koło dworu; i już za okopy wyjść mieli gdy gromko zawoławszy na dziada zatrzymał go.
— Słuchaj stary — rzekł wzręcz do niego — coś mi po głowie chodzi, a wynijść z głowy nie może, żeś ty tu nie darmo przyszedł. Jeśli to bałamuctwo, no — toć po ludziach chodzi, ale jeśliby cię do prawdy tu kto wysłał z czym, lepiej mi się zeznaj...
Dziad stanął osłupiały... i mimowolnie zadrżał.
— Widzisz ja — dodał Zbisław, zły człowiek nie jestem — ale prędki jak siarka... Kiedy daję to garścią, kiedy biję to pałką — kiedy kocham to całym sercem, a jak nienawidzę to na życie... Takim mnie matka na świat wydała... to darmo! Jeśli cię tu jaki tchórz wysłał z kartą albo ze słowem, sam się bojąc wleść w moje ręce.. lepiej powiedz... na sumieniu ci lżej będzie.
Tobole w ustach zaschło ze strachu, nie mógł sobie tego inaczej wyobrazić, tylko że Zbisław coś wiedział a próbował go, począł więc drżeć, a oku wprawnemu nie trzeba było wiele by się z postawy reszty domyśliło.
— Masz kartę? zapytał Zbisław...
— Mam! rzekł dziad.
— Kto ci ją dał?
— Jakiś pan w karczmie na drodze.
— I kazał ją oddać jejmości żonie mojej tak, aby nikt tego nie widział...
— A no, tak... ale jaśnie panie.
— Nic ci nie będzie, nie bój się... chodź za mną, zawołał śmiejąc się Zbisław...
Nie bez wahania powlókł się Toboła do ganku — czekaj tu i krokiem się nie rusz... odezwał się szybko gospodarz... i wszedł do dworu. Pokój Domci był w drugim końcu... pan młody zbliżył się do drzwi i zapukał; a nie doczekawszy odpowiedzi, wszedł powoli i skłonił się.
— Jest tu do was posłaniec — odezwał się — od kogo, nie wiem, niepokaźny, bo żebrak, miał polecenie oddać pismo do rąk pani tak aby nikt nie widział. To było trudno, dopóki choć imieniem jesteś żoną moją listów pokryjomu odbierać nie możesz. Ale ja też cudzych rozpieczętowywać nie będę. Proszę więc wyjść i list sobie odebrać. Tak mało się tego lękam że w papier nie zajrzę...
Domcia która w początkach nie chciała słuchać i siedziała z głową odwróconą, powoli twarz podniosła zasłonioną.
— Ja o żadnych listach nie wiem! rzekła.
— Właśnie trzeba żebyś pani wiedziała, kto się do niej pisać w ten sposób ośmiela. List może paść w cudze ręce... ja tego nie chcę. Dziad żebrak stoi w ganku, przecież wyjść do niego można...
Zawahała się młoda pani, chwyciła za skronie, wybiegła szybko, mąż powoli poszedł za nią. Spojrzała na Tobołę.
— Masz list? dawaj go! kto ci go dał? gdzie?
— Na drodze jasna pani, na drodze... odparł żebrak — ja nie znam tego pana... młody... jasnowłosy...
Domcia chwyciła list, był bez podpisu.
Zbisław stał za nią.
— Ale tu nie stoi żadne imię! zawołała kobieta...
— Trzeba zobaczyć co w środku, wrzucił mąż z cicha. — Zniecierpliwiona po chwili namysłu, z gniewem list ów rzuciła Zbisławowi i odeszła... Padł na ziemię. Ten podniósł go zwolna, Tobole dał jeszcze jałmużnę i skinął aby sobie szedł, a sam wrócił z papierem za żoną. Siedziała już płacząc w krześle w swoim pokoju, gdy się zjawił z powrotem.
— Cóż mam zrobić z tym fantem, który trzymam w ręku? zapytał uśmiechając się.
— Co się panu podoba!...
— Chociaż nie złamałem pieczęci, czuję że to poczciwy Staszek śle jakieś ostrzeżenie i przyrzeka pomoc jakąś... ale przysięgam pani że to się nie zda na nic... Moim więc zdaniem, ciekawego tu nie może być nic... sądziłbym że najwłaściwiej rzucić to w ogień... bo później gdyby list do tej która nosi nazwisko moje, pisany ukradkowo przez innego mężczyznę tułał się po świecie, mogła by mi przyjść ochota przyszpilić go na piersi winowajcy i spróbować czy w ten cel trafię...
— Panie Zbisławie, obruszyła się Domcia, czyń pan co się mu podoba... czyń co chcesz, ale racz mnie uwolnić od swojego towarzystwa i rozmowy...
— Przecież się nie naprzykrzam... tego mi pani zarzucić nie możesz... Chciałaś mieć służącą nieodstępną, masz ją pani... nie przychodzisz do stołu, jem sam, nie mówisz do mnie, znoszę milczenie... Na uczciwość jestem powolny i grzeczny jak na człowieka znanego z gwałtowności, przezwanego szaławiłą... a któremu pani z dobrą i nieprzymuszoną wolą poprzysięgłaś — posłuszeństwo.
— Pan wiesz że ślub był nieważny!
Ślub —? może, ale przysięga pani... dobrowolna? dla czego?
— Bom przysięgając sądziła żeś pan był wolny... a nie byłeś nim... zawołała mała jejmość perząc się z gniewu.
— Byłem wolny najzupełniej, bo mi panna wróciła pierścionek i słowo, a jeśli ojciec myśli się mścić... to inna rzecz...
— Proszę mnie uwolnić od rozmowy...
— Ale cóż będzie z listem?
— Co pan chcesz...
— Mam go odczytać głośno...?
— Jak się podoba...
— Bo już też ciekawa dla nas obojga rzecz... co pisze? Ale czy pani nie znajduje że uszy służącej może są zbyteczne.
Domcia obejrzała się — nowa sługa wyprostowana, wedle rozkazu jej siedziała u drzwi...
— Proszę niech nie odchodzi...
— A ja — mam czytać...
— Nie — to trzeba mieć anielską litość ażeby wytrwać! zawołała kobieta.
— Wie pani, że to prawda — uśmiechnął się Zbiś — oboje wyjdziemy na aniołów... Mam czytać?
Domcia odwróciła głowę do okna i milczała. Zbisław rozpieczętował, z uwagą po cichu odczytał poselstwo i kłaniając się położył je na stole przed żoną.
Obawiając się zapewne aby karty nie schwytano i nie przejęto, Staszek napisał ją nader enigmatycznie, tak że — zaprawdę nie wiele mogła objaśnić tę której była przeznaczoną. Gdy się drzwi za mężem zamknęły, gwałtownie porwała leżący papier Domcia i przebiegła go oczyma. Były na nim te tylko słowa:
„Nie traćmy nadziei — pomoc niespodziewana przybywa. Czynię co tylko mogę, aby wyrwać panią z rąk tego człowieka. — Wytrwaj do końca... wszystko będzie dobrze i wkrótce niewola się ta ukończy...“
Na pozór karta była skończona. Zbisław też więcej nie czytał, Domcia rzuciła ją była na stół, ale jej na myśl przyszło, że na drugiej stronie dodanym być coś może... Odwróciła prędko kartę i w istocie znalazła dopisek:
„Jeżeli zechcą byś pani jechała do księżnej, nieodmawiaj, jedź. — Jest to jedyny środek wyzwolenia, księżna z nami. — Jechać potrzeba koniecznie...“
Lice Domci zapłonęło, nie tak może nadzieją wielce niepewną uwolnienia z rąk męża narzuconego, jak tą pociechą dziecinną iż Zbisław został oszukany i listu nie doczytawszy porzucił. Ażeby go drugi raz do rąk nie dostał, podarła w drobne kawałki i rzuciła w komin... potym z załamanemi rękami poczęła zamyślona szybko przechadzać się po pokoju.
W istocie tegoż samego dnia Zbisław odebrawszy zaproszenie od księżnej, przychodził z nim namawiać żonę na te odwiedziny, a Domcia stanowczo, o niczym nie wiedząc, odmówiła... Jakże tu było teraz obrócić to inaczej, jak zmienić postanowienie? a nadewszystko jak rozmowę naprowadzić na ten przedmiot, kiedy dotąd ani słowa do męża nie mówiła?
A jednak od tej podróży miało zależeć wybawienie? Któż to mógł przewidywać? Domcia biegała po pokoju myśląc, projektując, gniewając się sama na siebie ale nic wymyśleć nie mogąc. Wieczór i ranek tak zszedł i noc i ranek następny. Około południa zapukano do drzwi, wszedł Zbisław. Spojrzał naprzód na stół żeby się przekonać zapewne co się z listem stało... poszukał go oczyma i odgadł podartym w kominie, a potym grzecznie i spokojnie zapytał. — Czyby pani niechciała przyjść na obiad?
— Nie będziemy sami — dodał, jest ksiądz kapucyn z Lewartowa... bardzo wesoły staruszeczek... przecieżby się pani rozerwała... a potym można wrócić do siebie... gdy się pani podoba...
Domcia zawahała się, nie chciała aby ją ludzie widzieli z mężem razem, więc niby zgadzającą się ze swym położeniem, ale z drugiej strony, był to jedyny sposób... w rozmowie przypadkowej, niby od fantazyi dziecinnej zmienić pierwsze postanowienie i oświadczyć że pojedzie do księżnej.
Chwyciła się więc tego środka i zwracając do Zbisława, rzekła z minką pogardliwą...
— Ksiądz Anioł mój stary znajomy... chcę go widzieć...
— Niechże pani przychodzi, będziemy na nią czekali.
Skłonił się i wyszedł.
Pierwszy raz od powrotu do Żmurek — Domcia pomyślała o przebraniu się, bo choć na obiad nie spodziewała się nikogo obcego prócz księdza, zawsze i przed nim nie życzyła sobie wystąpić zaniedbaną, — zresztą któż wie jakim powodowana uczuciem, zawołała służącej aby jej ubrać się dopomogła. Ostatnią oznaką nieukontentowania i smutku było że cała odziała się czarno, ale z tym jej jeszcze piękniej było... Gdy się spojrzała w zwierciadło aby sobie włoski poprawić, mimowolnie sama uśmiechnęła się sobie. Z dziwnym też uczuciem przeszła teraz puste pokoje... w których była w domu i jakby obcą. Czuła tu jakąś nową władzę panującą nad nią i nad wszystkim, — westchnęła...
Ksiądz Anioł staruszek z siwiejącą brodą, wesół i rumiany, poważny i rubaszny zarazem przywitał ją u drzwi, niemogąc wytrzymać aby dobrodziejce nie powinszować zamążpójścia. Domcia nie śmiała mu nic odpowiedzieć, łza tylko zakręciła się jej w oczkach i westchnęła.
— Moja dobrodziejko, odezwał się ksiądz spostrzegłszy jej wzruszenie — do nowego życia nie od razu się przychodzi, nie bez trwogi serdecznej... Nowe obowiąski, świat nowy... ale czystym sercom Bóg błogosławi... poczciwe i dobrej woli oczyszcza z mętów i gdy się łzami opłacze dola nowa, a modlitwą uświęci... wszystko potym idzie jak na ziemi wlec się zwykło... aby do świętego końca... co daj Boże...
Domcia jeszcze nie zebrała się na odpowiedź, siadła na miejscu które dawniej matka zajmowała przy tym stole, mąż usiadł i domownicy zajęli krzesła. Był to pierwszy obiad w którym występowała jako pani domu... ale nie mięszała się do niczego. P. Zbisław wielce zmieniony, zamyślony, poważniejszy niż był kiedykolwiek w życiu, wysadzał się na grzeczności dla żony, których ona cale widzieć nie chciała. Jednakże przy obcych nie mogła się wstrzymać od odpowiedzi choć pół słówkiem i tak pierwsze lody jakoś pokruszone zostały. Ksiądz Aniół baczne na wszystko miał oko, ale udawał że wiele rzeczy nie widzi i nie rozumie. Wszczęła się tedy rozmowa o różnych rzeczach obojętnych, a Domcia zapomniawszy się, kilka razy dorzuciła do niej słówko weselsze... Naturalnie spytano ks. Anioła zkąd jechał i dokąd zamierza...
— Mam zaproszenie do księżnej Jejmości u której bodaj chorego kapelana przez parę tygodni czy nie przyjdzie zastąpić — odezwał się kapucyn.
— Co to za szkoda, podchwycił Zbisław, mieliśmy i my z jejmością dobrodziejką zaproszenie do księżnej na czwartek, bylibyśmy jegomości do powozu wzięli z sobą, a takby się podróż odbyła wygodniej... ale pani moja odmówiła...
Spojrzał na żonę która chleb kruszyła na drobne kawałeczki i po pruszynce go zbierała.
— Bardzo by mi przyjemnie było towarzyszyć państwu — odezwał się ksiądz Anioł... Kawał drogi, po groblach, kości stare, a choć kapucynowi wygódek się szukać nie godzi... jeśli Pan Bóg sam nadarzy...
— Moglibyście panowie jechać sami odezwała się Domcia...
— Nie — ja sam nie pojadę — rzekł Zbisław...
— Ja nie mam żadnej ochoty do podróży — dodała cicho piękna pani, ale doprawdy aby dobremu księdzu Aniołowi który mnie katechizmu uczył, obrazki mi woził... i kwiatki... ułatwić tę drogę nieprzyjemną... gotowam się poświęcić...
— Biorę za słowo — rzekł mąż — to jest ja i ksiądz Anioł — a więc jutro rano jedziemy, ale chcąc na obiad stanąć musimy wyruszyć z domu zawczasu, a konie na przeprząż dziś wysłać... stósowne więc do tego rozporządzenie uczynię...
— Ale jakże ja mam dobrodziejce mej podziękować — zawołał kapucyn, doprawdy sam nie wiem... będę się chyba modlił na jej intencyą... proszę wierzyć że z całego serca — a Bóg starego, niegodnego sługi modlitwy wysłucha.
Zbisława twarz błysnęła źle ukrywaną radością, ale tryumfu swojego jeszcze bardzo małego nie chciał okazywać jawniej, a po obiedzie zaraz pod pozorem zadysponowania koni na jutro wymknął się z pokoju, by zmusić Domcię do pozostania i zabawienia ks. Anioła...
W ganku czekała go niespodzianka miła... przyjechał Barański któremu się już nudziło że długo Zbisia swojego nie widział. Zapomniawszy o wszystkich sporach jakie kiedykolwiek mieli w życiu, uścisnęli się.
— Tyś pewnie nie jadł... rzekł gospodarz.
— A pewnie że nie jadłem, uśmiechnął się przybyły, ale u was po obiedzie, a mnie byle czym naładować żołądek wszystko jedno... zdaje się że głodny trawę bym jadł... daj nieco bez ceremonii u siebie przekąsić... bo mam ci coś do powiedzenia.
Zostawiwszy więc żonę bawiącą staruszka... gospodarz na prędce i konie i przekąskę zadysponował, a sam pociągnął do pokoju, który sobie wybrał w drugim rogu domu, poczciwego Barańskiego.
Napiwszy się wódki i zakąsiwszy piernikiem, przyjaciel uśmiechnięty stanął naprzeciw Zbisia.
— Naprzód pocałuj mnie na obie strony i podziękuj.
— Za co?
— Nie pytaj a dziękuj...
— Ależ zagadkę mi rozwiążesz...
— Natychmiast — począł Barański, natychmiast... Zdaje mi się żem cię od prześladowania Horwatowskiego raz na zawsze uwolnił...
— Ale ba? czyś go posiekał na drobne kawałki? zaśmiał się Zbisław.
— Nie, to byłby sposób najgorszy, noszono by go potym w sercu jako bohatera i męczennika... do śmierci... trzeba żeby ów zdradził — i — zdradzi.
— Cóż to jest? jakim sposobem...
— Nie wiem po co go licho nosiło w Hrubieszowskie...
— Ale! do Strukczaszego pewnie!
— Być bardzo może...
Nasadziłem na niego w drodze...
— I znowu krzykną na nas żeśmy zbóje...
— Ale — czekaj... pannę! pannę!
— Jaką pannę...
— Znasz Ptasińskich... spytał Barański...
— Dalipan nie przypominam sobie nic a nic... możem o nich słyszał, ale mi z głowy wywietrzało...
— A no, to ci już muszę wszystko rozpowiedzieć. Primo, mówił Barański, bo to grunt że Ptasińscy to herbu Lewart i że szlachta kapitalna, nati et possessionati, ale była to szlachta niezamożna aż do ks. biskupa... który synowcowi a ojcu żyjących Ptasińskich zostawił fortunę magnacką...
— Ale wiem, wiem... fortunę znam... zawołał Zbisław... mów dalej.
— Żyjących Ptasińskich jest dwoje, brat i siostra... Czyś nigdy nie widział brata? Nie — niemasz co żałować, dobry człek, ale szepleni wszetecznie, i niespełna rozumu... tak że go jak dziecko pilnować potrzeba, bo go każdy oszuka kto zechce... głupiusieńki. Ale głupota serdeczna... ściska, płacze... całuje, ślini... przysiada się, przyjaźni i za trzecim słowem gotów dać wieś w dożywocie... Za to siostra jego Urszula, prawda nieładna, niemłoda, ale rozumu ma za dwoje, a że braciszkowi ożenić się nie dała, więc w przyszłości milionowa partya. Tylko że te miliony okupić trzeba nieustannie piastując pana Waleryana brata, i poddając się despotyzmowi starej panny która do rządów nawykła... Długi czas rozmiłowana w swej swobodzie panieńskiej panna Urszula za mąż iść nie chciała... teraz jej słyszę przyszła fantazja znaleść sobie męża i z imieniem... a młodego... Jestem trochę krewny Ptasińskich, przyszło mi na myśl podstawić Urszulkę Horwatowi... a jej jego... Że jemu o podźwignienie się chodzi... chwyci pewnie wędkę złotą... a panna go nie puści byle raz był w rękach... Myślę że Horwatowi miłość i bieganina po kątach się znudziła... Nastawiłem więc tak sieci że jadącego z Hrubieszowskiego Staszka złapano... i pewny jestem że gdy mu tam błyśnie nadzieja bogatego ożenku... da waści pokój.
Uścisnął rękę przyjaciela Zbisław.
— Wiesz co, odezwał się — dalipan rozum i przebiegłość z latami przychodzą... jak cię kocham, tak osnutego planu po tobie się nie spodziewałem. To arcydzieło... Myślałem że Staszka gdzie posiekać zechcesz, albo go otruć... a to na nic... Jeśli go ożenisz z Urszulą... no... Centum laudes... ale cicho. Czy go tylko złapali.
— Ja się tam pokazywać nie mógłem bo mnie jako twojego znają, rzekł Barański — ale to wiem że chłopaka poczciwy pan Waleryan ułapił i do domu wciągnął...
— Czy go potrafią zatrzymać?
— Na to tam postawiłem qua rezydenta, kogoś z mojej ręki co będzie te rzeczy popędzał.. ale cyt...
— Cyt... powtórzył Zbisław śmiejąc się — zdaje mi się że to ze wszystkiego najlepsze... Kobieta daruje winy inne, ale sprzeniewierzenie się nigdy — teraz, gdyś podjadł i wygadał się pójdziemy do kapucyna i mojej żony, a nuż ich tam jeszcze znajdziemy...
— Chodźmy...
Barański choć był po podróżnemu, otrząsł się z pyłu, pokręcił wąsa i poszli. W istocie Domcia znudzona samotnością nie zbiegła była jeszcze do swojego pokoju, zastali ją na żywej rozmowie z ks. Aniołem, który — jak się zdało — pragnął ją uspokoić. Gdy weszli naturalnie rozmowa się przerwała. Barański wesół umiejący sobie dać radę, zręczny, pozdrowił panią, która mu milczącym odpowiedziała ukłonem... i jakby nigdy nic — wdał się w rozmowę prowadzoną bardzo zręcznie tak, by do niej pani mięszać się musiała. Po razy kilka chciała wychodzić już, umiał ją, nie dając poznać że to czyni umyślnie — zatrzymać. — A że mu na konceptach i własnych i cudzych nie zbywało, choć kobiecina pragnęła być smutną i nieszczęśliwą, mimowolnie kilka razy ją rozśmieszył. Gniewała się za to na niego i na siebie. — Barański zaś widząc że Zbisławowi tym dogadza, podwajał i sadził się na opowiadanie i koncepta. Były one tak przytym niewinne że starowinę ks. Anioła nawet w dobry humor wprawiły. Jakoś się to aż do podwieczorku przeciągnęło, a Domcia powiedziała sobie że znowu niema konieczności od towarzystwa uciekać. Zbisław trzymał się z dala nie narzucając do zbytku — śledził skinienia i odgadywał myśli. Na nieszczęście tylko jak to bywa w razach podobnych — im mniej mu teraz miała do zarzucenia tym się nań więcej gniewała Domcia, bo by chciała mieć powody do nienawidzenia go, a tych właśnie znaleść nie mogła...
Przeciągnąwszy do wieczerzy wesołą pogadankę Barański... przy stole siadł obok gospodyni i choć mu z razu mało co odpowiadała, potrafił ją wyprowadzić na słowo... W ostatku gdy do dobrej nocy przyszło, rozeszli się w bardzo wesołych usposobieniach i Domcia odeszła do swojego pokoju w cale innym usposobieniu niżeli tu przybyła. Wprawdzie wpłynęło na to że się jej nieznacznie udało podróż o którą wiele jej chodziło — nie dając żadnego pozoru — doprowadzić do skutku, ale i rozmowa i kilka godzin roztargnienia wiele złego humoru rozpędziły...
W progu pokoju już na wyślizganiu się... Zbisław tak się dopilnował że na dobranoc zażądał ręki do pocałowania. Byli obcy ludzie, Domcia odmówić chciała, nie wypadało, co zresztą znaczy że ktoś w rękę pocałuje?... dwa razy wysunęła i tyleż razy ją cofnęła, w końcu już prawie machinalnie dała do ust przycisnąć.
— Były dla mnie lepsze czasy, kiedyś mi pani nie skąpiła tak rączki — a dziś gdy choć do tego przynajmniej mam cokolwiek prawa... tak mi wybłagać ciężko... Westchnął, Domcia zapłoniła się i uciekła...
Nazajutrz rano wszyscy byli gotowi do podróży, Barański namówiony towarzyszył im... W głębi powozu dano miejsce pani i staremu kapucynowi... na przedzie siedli pan Zbisław i Barański. Choć Jejmość manewrowała tak, żeby nie mieć męża przed sobą, nie potrafiła przecież jego zabiegom zapobiedz. Usadowił się tak, aby jej patrzeć oko w oko... Ale czy to skutkiem rannego wstania, czy rozmysłów nocnych, czy wspomnień dnia wczorajszego, który sobie wyrzucała młoda pani, była w bardzo złym humorze. Gniewała się na siebie szczególniej za tę rękę daną do pocałowania.
W drodze dała się śmiać, gawędzić, paplać wszystkim, kapucyn modlitwy odmawiał, ona milczała uparcie.
Może też ta zagadkowa przyrzeczona pomoc księżnej wprawiała ją w takie usposobienie.
Księżna uwiadomiona przez posłańca o przybyciu, oczekiwała z obiadem na który się nieco spóźnili. Gdy zajechali przed ganek pałacowy służba w barwie odświętnej czekała już tutaj, dworzanie, marszałek dworu..... a w sali jadalnej przez którą przechodzić trzeba było, sama księżna ubrana bardzo ładnie, w klejnotach, w koronkach, wybielona, uróżowana, aby się przy młodej pani lepiej wydała... A mogła nawet świeżo wyglądać, bo biedna Domcia była blada, oczy miała wypłakane, usta przykro zaciśnięte... znać w niej było nieszczęśliwą ofiarę...
Ponieważ na dworze godziny obiadów i wieczerzy bardzo były ściśle oznaczone, prawie zaraz po przywitaniu księżna pani spojrzała na kameryzowany zegareczek i kazała dawać do stołu... sadzając obok siebie panią młodą...
Stół, mimo że prócz przybyłych obcych nie było z rezydentami, plenipotentami, dworzanami i mniej oznaczonych funkcyi ichmościami różnego kalibru... liczył do trzydziestu osób... Mówiono ciągle... ale w tej rozmowie począwszy od pogody, nowin dworskich, procesów w trybunale, sąsiedzkich ploteczek nic tak bardzo ciekawego nie było. Nie przeszła ona jednak bez katastrofy...
Już wszyscy miejsca zajęli i zupę rakową rozdawać poczęto... rezydenci pozatykali serwety pod brody, brzęk łyżek słyszeć się dawał, a piwniczy z butelkami pod pachą poczynał pierwsze nalewać kieliszki, ażeby dla konkokcyi zaraz po zupie każdy miał pod ręką swą porcyą, — gdy do sali wszedł — widocznie opóźniony ogromny drab, dworzanin i amanuensis księżnej, figura pocieszna z długą twarzą, młodą prawda ale nieładną i ostro do góry najeżonemi włosami. Zwano go Żaglem, był z Litwy, gdzie Żaglów rodzina stara niegdyś nawet była można. Jednego z nich czcigodnego prałata jest nagrobek w katedrze wileńskiej.
— Gdzieżci waćpan bywał panie Żagiel, spytała księżna, że zawsze spóźnić się musisz?
— Ale ja proszę W. Ks. Mości, odparł bardzo śmiało chłopak — od dwóch dni polowałem u Chorążyca Ptasińskiego... ledwiem co powrócił...
— U Chorążyca.. toś waćpan może do Chorążanki się zalecał! zażartowała księżna.
— Ale ba, M. Księżno, żwawo odrzucił Żagiel — już by to było za późno, bo tam bodaj pan Stanisław Horwat dobija dziś targu...
Nic pan Żagiel nie wiedział o stosunkach gości, ba może o ich nazwiskach, tylko co przybywszy, nie pytając kto był, obmył się, odział, a że mu o dobry obiad szło, podążył do zupy. Wymówił to więc bez intencyi... Ale zaledwie pochwyciwszy uchem te wyrazy i nazwisko, pani młoda zbladła jak trup... zachwiała się i zdawało się że padnie zemdlona. Szczęściem że księżna dostrzegła zawczasu wrażenia, podstawiła szklankę z wodą, zakrzątnęła się... reszty wstyd dokonał i omdleniu zapobieżono, ale Domcia drżała cała... siedziała jak trup. Nieszczęśliwy Żagiel, który chciał się uniewinnić i zabawić, począł rozwodzić się nad Ptasińskiemi, nad Chorążanką i nad konkurami Horwata, którego tam bardzo miano serdecznie i oburącz przyjmować.
— Ani chybi że on się tam ożeni — dodał w końcu Chorążanka już nie puści, a fortuna pańska, a chłopak ubogi...
Ktoś siedzący obok przez miłosierdzie trącił Żagla łokciem raz i drugi, że przecież dał pokój, choć nie wiedział za co go admonicya spotkała.
Zamilkli tedy wszyscy, ktoś rzucił w rozmowę owę malowaną piłkę lekką którą sobie łatwo potym podają obojętni współbiesiadnicy... Domcia zaczynała przychodzić do siebie, gdy przed oknami sali jadalnej właśnie wychodzącej w dziedziniec mignęły konie zhasane i bryka...
Natychmiast jeden z rezydentów wstał, zrobiono miejsce nim jeszcze dowiedziano się kto przybywa i wszystkich oczy zwrócone były na drzwi, gdy w progu ukazała się poważna postać Strukczaszego w paradnym stroju, kontusz na wyloty, żupan niebieski atłasowy, pas złocisty i buty kurdybanowe czerwone... Przystanął, nieco stary, wąsa pokręcił, oczyma zmierzył zgromadzenie... Księżna się podniosła nieco, podszedł ku niej i ze staroświecka zniżając się do ucałowania ręki, rozpoczął nieuchronną oracyą.
— Z dawna już spragniony byłem zaszczytu złożenia hołdu mojej czołobitności u stóp W. Ks. Mości, której rodziny dostojnej zawsze ja i moi byli najwierniejszemi sługami; więc też miło mi dziś dopełnić najgorętszych serca życzeń i submittując się tu wyrazić mój głęboki szacunek...
Reszta zginęła w niewyraźnym mruczeniu, Księżna przewidująca komplikacyą nieprzyjemną, drżącą ręką wskazywała miejsce Strukczaszemu, które właśnie przy panu młodym przypadało, ale stary odmówił.
— Przebaczysz mi W. Ks. Mość, że do jej stołu nie siądę... acz bym to sobie za zaszczyt w innym razie poczytywał... ale nie chcę spokoju zakłócać, bo bym tu starym obyczajem obrus porzezać musiał...
— Czy przedemną? spytał śmiało Zbisław.
— Tyś rzekł — odparł Strukczaszy... za przecherę cię mam... a z takimi do stołu nie siadają ludzie co słowo całe życie dotrzymywali...
— Na miłość Bożą, panie Strukczaszy, dla mojego domu, proszę cię...
— Milczę przez respekt — odrzekł stary, ale do stołu nie siądę...
Zbisław podniósł głowę śmiało.
— Szanujemy oba ten dom — zawołał — więc nie w obronie mojej, ale czcigodnego domu J. O. Księżnej pani zmilczeć nie mogę. Jest nas tu siła... biorę panów dobrodziejów i samę Księżnę dobrodziejkę osobliwszą za sędziów mej sprawy, bo się jej głośno przed jaki bądź sąd wytoczyć nie waham...
— Panie Zbisławie, przerwała księżna — proszę się nie unosić!
— M. księżno, mówię i mówić będę spokojnie — dodał Szaławiła. Nie jestem ja bez grzechu jako człowiek — ale w tym razie winy w sobie nie czuję. Starałem się za przyzwoleniem pana Strukczaszego o córki jego Anieli rękę, miałem pierścień i przyrzeczenie, dałem słowo — nie przeczę, ale mi pierścień i słowo powrócono, a zatym byłem wolny.
— Ojciec słowa nie wrócił — rzekł surowo Strukczaszy.
— Bom ojca nie widział już, gdy mi mój pierścień w oczy rzucono, dodał Zbisław. I za to zatruto mi małżeństwo, w którym szukałem spokoju... i...
— Sprawa w konsystorzu się toczy... zawarczał starzec... tam ją sądzić będą...
— A więc możemy obrusów zawczasu nie rzeżąc zaczekać na wyrok... rzekł Zbisław.
W czasie tej śmiałej mowy pana młodego oczy wszystkich były nań obrócone... i przyznać potrzeba że jego proste tłumaczenie jakoś do wielu przekonań trafiło.
Księżna przerwała rozprawy kładąc swoje veto... Prędko na jej skinienie staremu przyniesiono osobny stoliczek nakryty i podano jedzenie... goście poczęli zagadywać i spór utonął w gwarze.
W czasie tego nowego wypadku, Domci oczy się iskrzyły, wargi drzały, ale kilka razy ukradkiem rzuciła wzrok na Zbisława i znalazła go nie tak wstrętliwym jak chciała. Sama dobrze nie wiedziała czym i jak ją rozbrajał, to pewna, że mniej doń miała gniewu, a na Strukczaszego za to przerwanie obiadu prawie się dąsała...
Słudzy księżnej byli nader wytrawni ludzie, kamerdyner zgadywał skinienia, nie dziw więc, że na rozkaz wydany nieznacznie przyspieszono podawanie półmisków, którym szary koniec tylko głodny i gotów zajadać bądź co bądź zadał cios śmiertelny. Najdostojniejsi goście prawie ich nie tknęli... Strukczaszego bawiła księżna... a gdy chwila wstawania od obiadu nastąpiła, jakoś tak znacznie pokierowano procesyą, że się strony wojujące w pochodzie z sobą nie zetknęły. — Główny plenipotent gospodyni pan Rejent zabrał pod swą opiekę Strukczaszego, pułkownik Żyrski rezydent ujął Zbisława, rozprowadzono ich po osobnych pokojach i tak groźne wystąpienie starego wprędce przebrzmiało, dostarczywszy tylko do długich gawędek i śmiechów obfitego materyału.
Zbisław szczególniej, mimo żywości charakteru znalazł się z flegmą i zimną krwią jakiej się po nim nie spodziewano... Powszechnie nawet brano jego stronę, a ze starego procesowicza uśmiechano się po cichu, tak że w kłopotliwym będąc położeniu i dalej nie mogąc się posunąć, wkrótce oświadczywszy księżnie iż powróci później, wyniósł się w odwiedziny do miejscowego księdza Infułata.
Księżna odetchnęła a skorzystawszy z bladości Domci i jej zakłopotania wzięła ją pod rękę uprowadzając do swego pokoju.
Z bijącym sercem weszła do niego młoda kobiecina, której wielki takt księżnej, jej postawa, mowa i sposób znalezienia się wielce imponowały. Księżna siadła na kanapce, mieszcząc ją koło siebie.
— Uspokójże się moja kochaneczko, rzekła... nie płacz... nie desperuj... a opowiedz mi szczerze i otwarcie, w czym ci ja dopomódz i usłużyć mogę. Mówiono mi, że nie kochasz męża i żyć z nim nie chcesz... ale... proszęż cię, pocożeście do ślubu dopuściły?
— A! MKsiężno! zawołała Domcia, i ja i matka byłyśmy pewne że przed ślubem zajdzie protestacya... i że go wcale nie będzie... tymczasem Strukczaszy się opóźnił... nie było sposobu cofnąć się i ten nieszczęśliwy ślub, nieważny... dano.
— Ja nie wiem czy nieważny — cicho rzekła księżna, to konsystorz rozsądzi. Potrzeba w konsystorzu się starać... A tymczasem... jesteś z mężem, mieszkacie razem... jeździcie...
Księżna umilkła potrząsając głową.
— Ja całą moję pokładam w pani nadzieję — ozwała się Domcia składając ręce — proszę mi wierzyć... jam bardzo nieszczęśliwa...
I rozpłakała się biedna, księżna ją tulić zaczęła.
— Powiedzże mi, kochasz tamtego? spytała.
— A! od dawna...
— Masz wstręt do Zbisława?
— Ja się go boję.
— A! to dobry chłopak! ja go znam, ty byś go za nos doskonale prowadzić mogła, bo on się w tobie kocha — dodała gospodyni. Prawda że to sercu nakazać nie podobna — prawda że Staszek chłopak ładny, ale na całe życie, gdzie trzeba opieki, opiekuna, gospodarza... powiem szczerze, wolałabym już takiego jak Zbisław człowieka. Staszek miły być może ale rozlazły i bez energii. Jakże mógł opuścić ciebie, dopuścić do ślubu? być tak niezręcznym? Czemu nie wyzwał, nie bił się, nie umiał cię bronić?
Domcia westchnęła ciężko, pomyślała że w istocie księżna miała trochę racyi.
— Zresztą, mówiła gospodyni patrząc na młodą kobiecinę z pewnym rodzajem politowania, słyszałaś z czym się p. Żagiel wygadał niepotrzebnie przy obiedzie... wszak to ten wierny wasz Staszek stara się o Chorążankę? Ja ją widuję w kościele na odpuście, a czasem tu u mnie z bratem bywają, to czysty koczkodan, straszydło — ale że będzie bogata... gotów i tam do spódniczki jej się przyczepić.
— A! ci mężczyzni! zawołała z gniewem wśród łez wybuchającym Domcia, to są wszyscy zdrajcy, i...
— Moja droga — odparła księżna — i oni są nie dobrzy i my czasem nie najlepsze... Ludzkie to sprawy... Ale powróćmy do rzeczy i mówmy rozumnie. Z tego całego protestu Strukczaszego w konsystorzu nic nie będzie, ślub był dany... Konsystorz go potwierdzi... Twój Staszek weźmie Ptasińską... a ty, moje dziecko... zostaniesz ni panną, ni mężatką...
— Ale ja go kochałam...
— To właśnie największe nieszczęście — ozwała się księżna — bo choć dobry chłopak, ale tego był niewart. Co mi za mężczyzna który kobiety obronić i zdobyć nie umie kochając? Lamentuje, lata, prosi, podszczuwa i intryguje... a sam na żaden stanowczy krok się nie zdobędzie! — Niemogąc już inaczej nic dokazać, przyleciał do mnie z prośbami, z lamentami zaklinając abym cię zaprosiła z mężem i — zatrzymała. Mówię szczerze, bo kobieta z kobietą trzymać musi i jedna drugą wspierać... Chcesz się zostać? Chcesz męża porzucić? A co będzie dalej? Mów... rozmyśl się.
Domcia aż położyła się na stoliczku przed kanapą tak się jej na płacz zebrało.
— Ach! pani moja, odezwała się — radź jak matka kiedy matki niema — co ja pocznę! Czy mam się poświęcić dla tamtego czy...?
— Radź się serca, moje dziecko. Jeśli sądzisz że z tamtym będziesz szczęśliwą.
— Sądziłam dotąd...
— Jeśli masz najmniejszą teraz wątpliwość, wierz im, trzymaj się tego co jest, a nie rób ofiar dla człowieka który jest zagadką i zawieść cię może.. Twojego męża ja znam dobrze, był u nas na dworze, patrzałam jak dorastał... zwali go i zowią Szaławiłą... prawda! szalona pałka... bić się, rąbać, awanturę zrobić — nawet jej szukać — o to u niego nie trudno — ale — moja duszko, potrzeba znać ludzi... Piwo co się tak wyburzy i wyszumi, najlepsze... Ty z niego teraz łagodnie, powolnie, dobrocią zrobisz co zechcesz, będzie ci służył na dwóch łapkach. Tamtemu zaś, blondynkowi, kto wie czy byś ty nie potrzebowała służyć całe życie i czyby cię kaprysami nie zamęczał. Ja znam te natury męzkie miękkie i pieszczone, rady sobie z nimi dać nie można, a ci Samsonowie co oślą szczęką biją Filistynów, śpią potym na kolanach dobrodziejki w najlepsze.
Powoli główka Domci podnosiła się od stolika, z oczek łzy osychały, słuchała z uwagą, zamyślona, widocznie ważąc co ma zrobić.
— Zbisław brzydki nie jest... serce ma dobre, burzliwy, prędki ale jak proch spali w momencie i niema nic... Gorszy ten co kawęczy i nudzi bez końca... Ale, jak sobie chcesz moje dziecko... ja nie namawiam na nic, czyń co ci się podoba...
Domcia wstała i zaczęła z założonymi rękoma chodzić po pokoju... Księżna przyglądała się jej z zaufaniem... Śliczna była drobnymi kroczkami biegając po pokoju... a nawet królicze oczki czerwone od płaczu, jakoś jej nie szpeciły. Załamawszy dłonie stanęła przed księżną.
— A, pani, dobrodziejko moja... gdybym ja choć wiedzieć mogła — odezwała się cicho — czy doprawdy Staszek stara się o Chorążankę... bo gdyby to była prawda... gdyby... a! o! wówczas nie wahałabym się podać ręki Zbisławowi... Cóż mam robić nieszczęśliwa...
— Czekajże! cicho! sza! moje dziecko! Ja was dziś a może i jutro ztąd nie puszczę... zatrzymacie się u mnie. Sądzę że ani pan Zbisław, ani ty moja droga... nie będziecie się na to skarżyli... ja wyślę w sekrecie Żagla do Ptasińskich, on nam języka przyniesie.
Domcia zarumieniła się i w chwili gdy Księżna miała wychodzić już, żeby urządzić wszystko, pobiegła ją w rękę pocałować, coś szepnąć nagląco do ucha, prosząc... i kryjąc oczy z jakiegoś wstydu... Księżna zaczęła się śmiać, popatrzyła na nią, ruszyła parę razy ramionami... po tym dodała... — Ale dobrze, ja cię wezmę do siebie... pan Zbisław zajmie dawne mieszkanie w oficynie...
To powiedziawszy Księżna pani którą cała ta historya bawiła... kazała przywołać Żagla, a ten się natychmiast przystawił z dobrą fantazyą.
— Słuchaj Żagiel, ozwała się pani — ja wiem z góry że mi się będziesz od tego wymawiał — ale ja ci rozkazuję. Pojedziesz dziś jeszcze do Ptasińskich... i przywieziesz mi języka co się z Horwatem stało. — Jeśli możesz — rzekła po cichu — pomóż trochę ażeby się sobie z Chorążanką choć zaręczył. Ty tam jesteś dobrze w domu... Dam ci źrebca ze stajni jak go ożenisz....
Żagiel się rozśmiał i ramionami dźwignął.
— Ale szpakowatego chyba... dodał skrobiąc czuprynę.
— No — dam ci szpaczka... rzekła księżna rękę mu podając do pocałowania, którą on długo zatrzymał.
— Ale mój koń zhasany...
— Weź parę ze stajni... siadaj i jedź. Żagiel jeszcze raz pocałował, westchnął, powtórzył: — ale szpakowatego — i zniknął.
Księżna o mroku wróciła z Domcią do salonu, spodziewała się tam jeszcze przejścia przykrego ze Strukczaszym, tego wszakże zręczny marszałek dworu, dawszy znać ks. Infułatowi, — potrafił na ten dzień usunąć. Konie państwa Zbisławowstwa były zaszły... gdy księżna po książęcemu nie prosząc nawet rozkazała im powrócić do stajni.
— Zostaniecie państwo jaki dzień u mnie, odezwała się do Zbisława, ani chcę słuchać by było inaczej... Spojrzał pan młody na Domcię, która pokornie oczy miała w dół spuszczone... skłonił się widząc że żona nie przeczy.
Zostali więc, ale pan mąż nie wiedział wcale o tym że księżna mu żonę do siebie zabrała, gdy przyszło dawać — dobranoc...
— Niemam gdzie moich kochanych gości postawić, odezwała się mrugając oczyma do Zbisława... w domu reparacye, do oficyny przechodzić niewygodnie... więc Domcię biorę do mnie, a pan Zbisław na starą pójdzie kwaterę.
Dosyć kwaśną z tego powodu minę zrobiwszy pan młody, pożegnał żonę pocałowaniem ręki, której mu ona odmówić nie mogła i poszedł na dawne mieszkanie, gdzie też i dawne obyczaje sobie przypomniał. Młodzież dworska go oskoczyła i jak siedli pić a grać z wieczora, pili a grali do białego dnia. Zbisław trupy pozbierał, przekładał na tapczanach i sianie, a sam wykąpawszy się w zimnej wodzie, zupełnie przytomny położył się spać jakby naczczo.
Następny dzień upłynął podobnie do pierwszego; ta tylko zaszła zmiana w obejściu się Domci z mężem iż po kilkakroć sama doń przemówiła... odpowiedziała na jego pytanie i nie boczyła się tak widocznie jak wprzódy.
Wieczorem Księżna która miała wiele taktu i doświadczenia starała się ich zbliżyć do siebie... a powiodło się to jej dosyć, bo zbytecznie nie nagliła i nie żądała rzeczy nadzwyczajnych od razu... wiedząc że i Kraków od razu nie zbudowany. — Przez parę dni pobytu tego Zbisław zyskał bardzo wiele, i nie wątpił teraz że ostatecznie Domcia się ku niemu skłoni. Zabawna rzecz! było to coś nakształt starania przedślubnego po ślubie, pan młody grał rolę usłużnego i troskliwego kochanka, żona nieco zimnej i wyczekującej panienki... która serce oddać się waha.
My tymczasem towarzyszyć będziemy panu Żaglowi do tego domu w którym nieszczęśliwy Staszek, trochę znużony krzątaniną nadaremną dał się tak na lep złowić. Nie uczynił tego bez wielkich zgryzot sumienia, bez wahania i walki, ale z każdym dniem przekonywując się mocniej że ze Zbisławem gra, nawet przy pomocy księżnej będzie trudna... osłabł biedaczysko i zdał się na losy...
Powiedział sobie jak nie jeden — że śmierć i żona, przeznaczona... Na pociechę mu owa bohdanka miała ogromną fortunę...
Nieboszczyk Chorąży synowiec biskupi i spadkobierca jego majętności z tłustych prebend i opactw zebranej, mimo praw kanonicznych tyczących się kumulacyi beneficyów — jak wielu innych dorobkiewiczów w końcu XVIII wieku dobiwszy się posiadłości, postawił sobie pałacyk w owym stylu wieku który miał pretensye do klassycyzmu... a nie miał sztuki pojęcia. Było to więc pokaźne, niewygodne, błyszczące, zimne, zaciekające, ale na oko pańskie i zwało się pałacem. Chorążanka i chorążyc odziedziczywszy to pudełko mieszkać w nim musieli, a Ptasiński ów szepleniący i głupkowaty miał prawdziwą pociechę oprowadzać każdego z gości po splendorach swej rezydencyi. Ledwie wysiadł gość, uśmiechnięty gospodarz brał go pod rękę a wyściskawszy... wiódł chwalić się pałacem.
— Wasibździej — mówił szepleniąc — nie wiziales mojego palacu... plosę zobacyć! Splendory... Oto jest sala malmulyzowana...
I stukał palcem w ścianę... To jest falc — malmul, ale jak plawziwy malmul... To duzo kostowalo... o! duzo lustla... to weneckie!... A to galelia dla muzyki.
I pokazywał ręką na ręku granie na skrzypcach. — Dalej wiódł do sali jadalnej, tłumaczył obrazy, robił inwenturę mebli, opowiadał gdzie które były kupione... Najmilszą jego zabawką było to niewinne popisywanie się domem.
Dobry człeczyna, głupiusienki, zawojowany przez siostrę, robił to co mu pozwalano, ze wszystkiego był zadowolniony i wzdychał tylko do jednej rzeczy — do orderu Św. Stanisława... Więcej już nic sobie w świecie nie życzył.
Panna Urszula zupełnie wyglądała inaczej, ona była właściwie gospodynią, panią, rządzcą, kasyerem i zajmowała się wszystkim za co chorążyc tak jej był wdzięczny iż mówiąc o niej ręce podnosił do góry i jak bóbr płakał.
Powierzchowność dobrze nie młodej panny Urszuli powabną nie była — silnie zbudowana, ogorzałej płci, rysów twarzy męzkich, z małym wąsikiem nad wargą, kilką brodawkami ciemnemi, zamaszystym swym chodem i grubym głosem... przypominała więcej grenadyera niż dziewicę na wydaniu. Ale przy wzroście słusznym miała kibić zręczną, nóżkę i rączkę małą, włosy prześliczne i gdy się starannie ubrała, co się jej nie często trafiało — bardzo wyglądała poważnie. Zdrowie jej służyło wybornie... lice było rumiane, zęby białe... apetyt doskonały, a kieliszeczek starego wina cale jej nie szkodził. Za to brat często z powodu fluksyi miał obwiązaną twarz i w uszach stosy bawełny... a z pod żupana wyglądał mu kaftanik łosiowy którego zimą i latem nie zrzucał...
Staszek z wielu względów podobał się pannie Urszuli — był ładny, młody, łagodny, bojaźliwy, miękkiego serca — cicho mówił, kłaniał się zręcznie i zdawał się mieć wszelkie niezbędne kwalifikacye na męża pod pantofel. Przytym imię było piękne, mitra nad herbem, kolligacye znakomite, szlachectwo stare i pewne... Gdybyśmy powiedzieli że się panna Urszula w nim zakochała, gotówby kto nie wierzyć — tymczasem dziwnie się to czasem trafia... to pewna że jej biło serce i oczy jakoś wilgotniały gdy na Stasia patrzała i ręka jej drżała gdy się do niej ustami dotknął. Zaraz nazajutrz panna Urszula miała potajemną naradę z bratem, z którym, jakeśmy mówili, czyniła co się jej podobało. Gdy Horwat odszedł do gościnnego pokoju, wsunęła się panna Urszula do kancelaryi Chorążyca. Zastała go klęczącego przed obrazem matki Boskiej ze złożonemi rękami i modlącego się głośno. Modlił się zaś głośno dla tego że po cichu zapominał zawsze modlitwy, i w kościele nawet, Ojcze nasz odmawiał w ten sposób: — Ojcze nasz — co chciałem mówić — któryś jest — co chciałem mówić... itp.
Dokończywszy modlitewki Chorążyc przybiegł drobnemi kroczkami do siostry. — Co kochana moja, dloga klólowa lozkaze.
Panna Urszula z ogromnym westchnieniem padła na krzesło, uderzając ręką po poręczy...
— Mój drogi bracie — chciej mnie posłuchać z uwagą.
Chorążyc złożył ręce jak do modlitwy, stanął i rzekł przestraszony:
— Oj! oj! coś to stlasnego! slucham...
— Znasz moje życie, poświęciłam je dla ciebie... zmarnowałam najpiękniejsze lata chcąc ci oszczędzić trudu...
Tu zaczęło jej się zbierać na łzy, a Chorążyc skłonny do płaczu, szlochał zasłaniając oczy.
— Ale cóż ja na to poladzę!
— Ja wreszcie muszę raz pójść za mąż!
— Selce, dusko... a cóż ja niescęsliwy pocnę! co ja pocnę! ja psywyklem do ciebie Ulsulko...
— Mąż może mieszkać z nami...
— A! to będzie paladnie! niech on mieska z nami! ja się na wsysko zgadzam! ja go będę kochal... ja jego będę sluchal... niech on mieska z nami, ale kogoz ty chces za męza?
— Mnie się Horwat podobał.
— A! i mnie się dusko — balzo, balzo Holwat podobal... I owsem... to dobly chlopiec...
— Ale ty Chorążycu nic nie potrafisz, ty sobie rady nie dasz. Inny brat, mówiła panna Urszula, wiedziałby jak siostrze w tym usłużyć... tyś dobry... ale...
— Ulsulko! klólowo moja — odezwał się Chorążyc — to ty mów — a ja zlobię — ty wies ze ja ciebie slucham... bo ja jestem... co chcialem mówic — dobly blat.
Panna Urszula wzdychała ciągle...
— Tymczasem, rzekła, tylko to zrób żeby Horwata z domu nie puszczać aż się oświadczy.
— A jak się nie oswiaccy?
— Ale musi.
— No, to kiedy musi... to dobze. Cy ty chces żebym ja jemu powiedzial że to nic nie pomoze a musi?
— Daj pokój, nie mięszaj się do niczego — ale bądź z nim dobrze i nie puść go z domu, ja resztę biorę na siebie.
— Moja klólowo! ty wies że ja poslusny!
Pocałował w rączki siostrę, wziął od niej dyspozycyą... i konferencya wieczorna na tym się skończyła... Miał jednak tak dalece na sercu interesa panny Urszuli poczciwy brat, że niespokojny aby się czasem co nie chybiło, kazał zaraz do siebie przywołać rezydenta, wielkiego faworyta i pochlebcę, który totumfackim był przy dworze, zabawiał go, służył, śmieszył i trzy lata już przy Ptasińskich wisiał. — Zwano go przez grzeczność panem Pisarzem, choć pono pióra dobrze w ręku trzymać nie umiał, flintą za to dobrze władał, szablą paradnie, myśliwy był, bibuła i na kuferku w pokoju panien siadłszy całe dnie panny respektowe i służące piosnkami zabawiał... Zresztą niemiał innego zajęcia nad przypodobanie się chlebodawcom, które wyżlim sposobem wykonywał. — Uśmiech nigdy mu z ust nie schodził, giął się w pół gdy mówił do Chorążyca... na skinienie panny Urszuli gotów był w ogień i wodę, ale za to jadł i pił za czterech. Ten nieszczęśliwy żołądek zmusił go do rezydencyi na bogatym dworze, bo lada czym głodu niemógł zaspokoić. — O zakład zjadał dwie pieczenie cielęce, wazę barszczu i misę bigosu na jedno danie... Indyk stary postawiony przed nim znikł w pół godziny tak że oprócz świecących kostek, ogryzionych con amore, nic z niego nie pozostawało. Chleba inaczej jak pół bochenka nie dawano mu do stołu. Pił jak piasek suchy... co napadł, nie doznając żadnych złych skutków — wody tylko znieść nie mógł, znajdując ją mdłą i dla gęsi stworzoną. Piwo, wódka, wino, miód wszystko mu było jedno byle w dobrym towarzystwie. Sam na sam nie lubił pić.
Zawołano pisarza, który już pono był na pół rozebrany, ale gdy chłopak do niego przybiegł w mig się odział i poskoczył.
— Mój dobrodzieju, Chorążycu... staję na usługi, co każecie? zawołał z progu.
— Selce, dusko... kładnąc mu ręce na ramieniu odezwał się Chorążyc, ty wis ze ja ciebie, dusko, kocham... Jus ja tobie dam konika z zędem... zlób mi laskę.
— Panie — co rozkażesz... cały na usługi.
— Tak — ale sa! sa! palec na ustach kładnąc — rzekł Chorążyc — bo to delikatna materya... o! delikatna...
Odprowadził go do pół pokoju, nachylił mu się do ucha:
— Seklet! panna Ulsula się zakochala! Plasnął w ręce, pisarz załamał dłonie. — Ją koniecznie tseba ozenić!
— Z kim?
— Z Holwatem...
Wpatrzył się w Pisarza, który nic nie mówił i słuchał.
— Wpadla do mnie, mówię tobie w sekleciku — jak salona! plac! zgzytanie zębów... smierć! stluchlalem! tseba ją ozenić...
— Chyba żeby za mąż poszła... poprawił Pisarz...
— To wsysko jedno! ozenić czy zamęzyć! wsysko jedno! — Ja ciebie plosę — zeby nie puscić Holwata, az będzie po halapie!
— Jak to po halapie?
— Wsysko jedno — ty lozumies — po zalęcynach! A tseba plędko! plędko... aby nie uciek... bo ona mówi ze umze... a ja nie mogę — co chcialem mówić, żeby ona umalla... Ona umze, ja umze i Ptasińskich niema...
— A niech Pan Bóg broni — zawołał Rotmistrz... Ależ pan byś się też mógł ożenić.
— Nie — nie... ja nie mogę!
— Czemu?
— Święty Pawel powiedzial... tak — święty Pawel, balzo lozumnie powiezial — ze dobze się zenić, ale ze jesce lepiej się nie zenić... Otóz ja chcę zlobić jesce lepiej.
Rotmistrz ruszył ramionami i podumał: potym za kolana ścisnął Chorążyca.
— No, słowo się rzekło... dobrodzieju... powiedziałeś że dasz konia z rzędem.
— Jak to? konia z zędem? zdumiony odparł Chorążyc — i z zędem!
— Słowo się rzekło!
— No... to widzis — rzekł Chorążyc — kiedy slowo się zekło, to tylko kobyla byla u plotu... dam kobylę...
A po chwili namysłu dodał:
— Dam juz konia! co lobić... ale ty jego zaręcz...
— Zaręczym go! daję słowo... rzekł Rotmistrz, tylko proszę na jutro sąsiadów na obiad zebrać, zatrzymać na wieczerzę i piwnicy nie żałować, a wszystko pójdzie po myśli.
— Lób sobie co chcesz... plenipotencye ci daję...
Pisarz się skłonił — Bądźże Chorążyc spokojny... a spuść się jak na Zawiszę...
Chorążyc ukląkł się modlić płacząc, a potym wypiwszy szklankę wody spać się położył.
Nazajutrz przybył niespodzianie Żagiel i trafił na pierwszego pana Pisarza który się nadzwyczajnie krzątał, poszeptali z sobą i poszli razem. Ruch we dworze był wielki, goście z sąsiedztwa sproszeni zjeżdżali się na obiad, pod pozorem jakiegoś anniwersarza. — Chorążyc wystroił się jak lalka porcelanowa w jasne barwy, przyjmował wszystkich, ściskał, rozczulał się i po domu oprowadzał — z ukosa spoglądał kiedy niekiedy na pisarza, a ze szczególną atencyą obchodził się ze Staszkiem Horwatem... Przed podaniem do stołu wyszła i panna Chorążanka bardzo wystrojona, w kanakach, koronkach i od jedwabiów... Sąsiadów już przed zupą nastrojono do dobrego humoru kilkakrotnemi kielichami pięćdziesięcioletniej litewskiej starki.
Pisarz pilnował Staszka, który dosyć miał słabą głowę, aby pił jak drudzy, naprzykrzał mu się nawet nieco, ale na swoim postawił. Żagiel którego zapoznano z Horwatem bliżej, także przylgnął do niego. Obiad był suty co się zowie i przeciągnął się długo, a gdy od stołu wstali ogromne baterye butelek czekały na gości w bocznej salce, którą Chorążyc nazywał histolycną dla tego że dwóch królów i jeden biskup wisieli na ścianach.
Staszek Horwat, który u stołu naglony był niepomiernie aby do kielicha dotrzymał, zaraz po obiedzie ujęty przez Żagla, musiał pójść pić z innymi do historycznego salonu...
Tu mu na piękne dolano... a gdy już był w różowym humorze co się zowie, puszczono go swobodnie.
Spiskowym wszystko się jak najśliczniej składało, Staszek bowiem salwujący resztę rozumu znalazł się wychodząc przy Chorążance, z którą przy dobrym rezonie wdał się w czułą rozmowę. Serce czułe zmiękło mu jeszcze od wina, oczy panny Urszuli do reszty je pokonały...
Zostawiony prawie sam na sam, przechadzał się po pałacu, aż do gabinetu z alabastrową lampą w końcu znajdującego się doszedłszy ze swą towarzyszką. Tu przysiedli, a że się biedakowi nogi plątały, niezmiernie był rad tej stacyi. Więc na nowo poczęło się gołębie gruchanie, pół żartem, pół do prawdy...
— Żadnemu z was, moi panowie, mówiła panna Urszula, nigdy zawierzać nie można... Przysięgacie, obiecujecie, a potym fru! i uleciał ptaszek!
— Panno Chorążanko dobrodziejko! zawołał z zapałem starego węgrzyna Staszek — nie przeczę są ludzie płosi... ale są serca wierne... a miłość prawdziwa...
— A gdzież prawdziwa...? i poczym ją poznać? spytała Chorążanka.
— Po gwałtowności jej... Jedno wejrzenie ją zapala... O! pani!
Tu się wstrzymał, a p. Urszula dodała cicho... — Mów pan...
— Kobiece serca są płoche... nasze...
— Kobiece serce raz się oddaje na wieki.
— A! pani! powtórzył Horwat — miłość prawdziwa...
Tu ujął ją za rączkę, był trochę pijany.
— Co za śliczna rączka! pocałował.
— Szczęśliwy co ją będzie posiadał... Rączka się nie usuwała... czułe jej spojrzenie towarzyszyło...
— O pani! nie mógł się jakoś zebrać na jaśniejsze wynurzenie swych uczuć. Gdybym śmiał...
— To co? spytała panna Chorążanka.
— Ale to być nie może...
— Dlaczego? cicho szepnęła panna Urszula..
— Ja się boję...
— To się pan nie bój... A gdybyś się nie lękał — to co?
— A! pani... to bym sięgnął po tę śliczną rączkę...
— Spróbuj pan... Jakże się to w takim razie postępuje... pokaż mi pan...
Staszek wciąż niby żartami, zerwał się z kanapy, przykląkł na jedno kolano i całując rączkę — zawołał:
— Królowo serca mego!
Nie miał czasu dokończyć gdy zaczajeni znać goście z bratem panny na czele, wpadli z kielichami do gabinetu. Chorążyc szedł przodem oblewając podłogę i wołał.
— Oświadczyl się! oświadczyl się! Vivat! państwo mlodzi. Vivant!
W tej chwili pocałował Staszka w głowę i z kielicha wino wylał mu za kołnierz... Chorążanka niby zawstydzona zrywała się i uciekać chciała, ale dokoła był tłum winszujących i zapijających. Horwat ani mógł ani umiał się wycofać. Znaleziono go na kolanach przed panną..... rzecz była tak oczywista iż się oświadczać musiał, iż nie pozostawało nic tylko zamienić pierścionki... Chorążanka niby zmuszona przez brata oddała z palca soliter, a że Horwat nie miał nic oprócz sygnetu z krwawnikiem, zdjęto mu herbowny klejnot który panna Urszula tymczasowo przyjęła...
Natychmiast zalać trzeba było winem niespodziane szczęście, Horwat z rozpaczą i szałem pił, i gdy się uczta owa skończyła, prawda przyznać każe iż go Żagiel z pisarzem wziąwszy pod ręce zanieśli bardziej niż zaprowadzili do łóżka, położywszy na spoczynek, a dla bezpieczeństwa jeden z nich został na straży.
Noc miał narzeczony panny Urszuli niespokojną, dwa razy z garderoby przynoszono rumianek... ale nakoniec usnął snem głębokim i spokojnym i w zapomnieniu trosk żywota dotrwał do godziny dziesiątej rano. — Wszyscy we dworze już byli powstawali, gdy się przebudził; ale przetarłszy oczy nie pamiętał nic a nic, oprócz że wczoraj niepomiernie kieliszka nachylał.
Jeszcze z głową ciężką wydobywać się próbował z pościeli, gdy nadbiegł Chorążyc żałować go już jako szwagra w sposób bardzo czuły, ale nie mniej uprzykrzony.
— Selce, dusko... jak się tobie spalo? bo my wszyscy wcola... pohulali...
— Jakoś mnie głowa boli...
Nad łóżkiem stał też Żagiel i Pisarz. — Oba się śmieli.
Zaczęto bzdurzyć o tym i owym — ale Chorążycowi pilno było do rzeczy.
— Moja dusko, blacisku — bo ja ciebie już od dzisiejsego dnia blaciskiem nazywać będę. Kiedyż będzie wase wesele?
— Jakie wesele? zapytał odurzony Staszek.
Wszyscy się niezmiernie zgorszyli.
— Cóż pan żartuje czy co? zawołał Pisarz. Spojrz że pan na rękę — wszakżeś pan się zaręczył z Chorążanką... sto osób było świadkami...
Horwat popatrzał na palce — zobaczył pierścień, powoli z głębia pamięci dobyły się połamane dnia wczorajszego wspomnienia. — Stało się! — Przekonawszy się iż był zaręczonym, poddał się wyraźnej woli opatrzności i został u Ptasińskich dla dalszej narady o przyszłym weselu.
Żagiel który tylko przebudzenia czekał i ostatecznego na czczo utwierdzenia zaręczyn, poleciał na powrót do księżnej.
Tak się w sposób nader niespodziewany skończyła historya, której wcale zrazu inne rozwiązanie prorokować było można.
Gdy Żagiel przybył ułożono tak, aby znowu w czasie obiadu, niby niespodzianie nadjechał. Zrobiono mu miejsce, a księżna jakby o niczym nie wiedząc, spytała go głośno.
— Gdzieżeś to asindziej znowu bywał?
— Zabawiłem się trochę dłużej, odparł amanuensis, bo mnie tam u tych Ptasińskich zatrzymało... nie było sposobu się wyrwać... Wpadłem na same zaręczyny tym razem... i to uroczyste...
— Czyje?
— A, panny Chorążanki z panem Horwatem...
Domcia która pierwszą razą na wiadomość podobną pobladła, teraz się tylko mocno zaczerwieniła, spuściła główkę i zaczęła pośpiesznie zajadać z talerza.
— No? jakże? poszczęściło się przecie raz temu biednemu Horwatowi? dorzucił Zbisław — na prawdę?
— Mówię państwu, byłem na zaręczynach, a odbyły się przypadkowo tak uroczyście jak rzadko które... Dzień tam jakichś urodzin wypadał, było mnóstwo gości, piliśmy okrutnie. — Pan Stanisław głowa nie tęga, uszedł nam z placu, wysunął się z Chorążanką romansować... W chwili gdy przed nią na kolana padł, zjawiła się kompania cała — Vivant! i oblano pierścionki węgrzynem, a brat panny bodaj czy z pół kielicha przyszłemu szwagrowi z radości nie wylał za kołnierz... Najśmieszniejsza rzecz iż nazajutrz Horwat, dopiero pierścień na palcu zobaczywszy..... przypomniał sobie iż wolność postradał... Teraz tylko o wyznaczenie dnia na wesele chodzi.
W czasie tego skróconego przez nas opowiadania Domcia czerwieniała, łzy się jej kręciły w oczach, usiłowała ukryć wzruszenie, ale szczęściem przytomni począwszy od księżnej przez grzeczność i delikatność udawali, że wcale na nią nie patrzą. Miała więc czas ochłonąć, przyjść do siebie, gniew wziął górę nad innemi uczuciami i gdy od stołu wstali, podała sama rękę mężowi. Nie sprzeciwiała się też wcale powrotowi zapowiedzianemu do domu...
Zbisław miał tyle mocy nad sobą iż ze zwycięstwa nie szukał chluby i skromnie się znalazł... Nazajutrz tylko sproszono sąsiedztwo całe do Żmurek i odbyło się dopiero weselisko co się zowie, na którym i księżna Jejmość i matka pani młodej i stryj i ksiądz proboszcz co ślub dawał, wszyscy byli, śmieli się i radowali pojednaniu nowożeńców.
Na pociechę też Zbisława dowiedział się tego samego dnia, iż panna Aniela zaręczoną została z wołyniakiem, który już od dawna próżno o nią konkurował...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.