Szósty pawilon/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Szósty pawilon
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka Wydawnicza Polska
Data wydania 1905
Druk Drukarnia »Czasu«
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Палата № 6
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

III.


Pewnego razu, rano, podniósłszy kołnierz u palta i brodząc po błocie, szedł Jan, po różnych zaułkach, z wyrokiem egzekucyjnym do pewnego mieszczanina. Był w ponurym nastroju, jak zawsze rano. Na jednej z bocznych ulic, spotkał dwóch aresztantów w kajdanach, a przy nich czterech uzbrojonych żołnierzy. Przedtem bardzo często spotykał Jan aresztantów i za każdym razem budziło się w nim współczucie, teraz spotkanie to wywarło na nim jakieś szczególne wrażenie. Wydało mu się nagle, że jego też mogą okuć w kajdany i w ten sam sposób prowadzić po błocie do więzienia. Odwiedził mieszczanina, a gdy wracał do domu, spotkał przy poczcie znajomego policyanta, który ukłonił mu się i przeszedł z nim razem kilkanaście kroków: to wydało mu się podejrzanem. W domu przez cały dzień nie schodzili mu z oczu aresztanci i uzbrojeni żołnierze i nieokreślony niepokój w sercu nie dał mu czytać, lub skupić się choć na chwilę. Wieczorem, nie zapalił światła, w nocy zaś nie spał, myśląc bezustannie o tem, że go mogą zaaresztować, okuć w kajdany i zamknąć w więzieniu. Czuł się niewinnym i mógł przysiądz, że i w przyszłości nie będzie zabijał, podpalał, ani kradł; ale czyż to trudno popełnić zbrodnię nieumyślnie, mimowolnie i czy niemożebną jest potwarz, lub też omyłka w sądzie? Nie darmo uczy wiekowe doświadczenie, że torby i katorgi zarzekać się nie trzeba. Omyłka w sądzie przy teraźniejszej procedurze sądowej bardzo możebna i nic tam dziwić nie może. Ludzie, którzy zapatrują się na cierpienia innych z punktu widzenia swej służby, lub swego urzędu, np. sędziowie, policyanci, lekarze, z czasem, siłą przyzwyczajenia zahartują się do tego stopnia, że choćby chcieli odnosić się do swoich klijentów inaczej jak formalnie, to nie mogą; pod tym względem nie różnią się w niczem od chłopa, który gdzieś, za dworem, zarzyna barany i cielęta i nie widzi ich krwi. Przy formalnym zaś i bezdusznym stosunku do jednostki, chcąc niewinnego człowieka pozbawić praw stanu i skazać go na katorgę, sędzia potrzebuje tylko czasu. Czasu dla przeprowadzenia jakichkolwiek formalności, za które pobiera wynagrodzenie, poza tem — wszystko skończone. Szukaj potem sprawiedliwości i obrony w tem małem, brudnem miasteczku, oddalonym o dwieście wiorst od kolei żelaznej! I czyż można myśleć o sprawiedliwości tam, gdzie każdy gwałt znajduje u społeczeństwa uznanie, jako rozumna i celowa konieczność, a każdy uczynek miłosierny, naprzykład wyrok usprawiedliwiający, wywołuje wybuch niezadowolenia lub uczucie zemsty?
Rano wstał Jan wystraszony; zimny pot okrywał jego czoło i nie wątpił już, że lada chwila mogą przyjść go aresztować. Jeśli wczorajsze, ciężkie myśli tak długo nie dają mu spokoju — myślał — to znaczy, że w nich jest cząstka prawdy. Nie mogły przecież przyjść mu do głowy bez powodu.
Policyant wolno przeszedł pod oknami: to nie przypadkiem. Oto dwoje ludzi zatrzymało się blizko domu i milczą. Dlaczego oni milczą?
Od tej chwili nastąpiły dla Jana straszne, męczące dni i noce. Ktokolwiek przechodził koło okien, lub na podwórze wchodził, wydawał mu się szpiegiem. Zwykle w południe przejeżdżał tędy naczelnik policyi powiatowej; jechał ze swego podmiejskiego majątku do zarządu policyi, ale Janowi zdawało się teraz, że on za prędko jedzie i że niezwykły ma wygląd: widocznie spieszy się, aby oznajmić, że oto zjawił się w mieście wielki zbrodniarz. Jan drgał przy każdym odgłosie dzwonka w bramie, zamęczał się, gdy widział u swej gospodyni nieznajomego człowieka; przy spotkaniu z policyantami i żandarmami uśmiechał się i pogwizdywał, żeby się wydać obojętnym. Spędzał noce bezsenne, oczekując aresztu, ale głośno chrapał i wzdychał, żeby gospodyni myślała, że on śpi; bo przecież, jeśli nie śpi to znaczy, że mu dokuczają wyrzuty sumienia — co za przekonywający dowód! Fakty i zdrowy rozsądek mówiły mu, że wszystkie te obawy głupstwo i psychopatya, że w areszcie i w więzieniu, jeżeli spojrzymy na tę sprawę szerzej, w rzeczywistości nic niema strasznego, jeśli sumienie spokojne, ale czem rozumniej i logiczniej myślał, tem silniejsza i bardziej męcząca budziła się w jego sercu trwoga. Tak, jak pewien pustelnik, który chciał wyrąbać sobie kawałek przestrzeni w dziewiczym lesie: im gorliwiej pracowała siekiera, tem gęściej i silniej rozrastał się las. Jan w końcu, widząc, że to na nic się nie zda, zupełnie przestał rozważać i całkowicie oddał się rozpaczy i trwodze.
Zaczął się odosobniać i unikać ludzi. Służba i dawniej mu dokuczała, teraz zrobiła się dla niego nieznośną. Bał się, że go podejdą, włożą mu niepostrzeżenie do kieszeni łapówkę, a potem dowiodą mu tego, lub też on sam zrobi w papierach rządowych błąd równy fałszerstwu, albo zgubi cudze pieniądze. Dziwna rzecz, że dawniej myśl jego nie była tak gibką i obfitą w nowe pomysły, jak teraz, kiedy wynajdywał codziennie tysiące przeróżnych powodów do tego, żeby istotnie módz się obawiać o swobodę i cześć swoją. Z drugiej strony, zainteresowanie się jego życiem zewnętrznem, książkami, osłabło znacznie i pamięć często zawodzić go zaczęła.
Na wiosnę, gdy stopniał śnieg, znaleziono w wąwozie przy cmentarzu dwa nawpół zgniłe trupy — staruszki i małego chłopca, z oznakami gwałtownej śmierci. W mieście nie umieli o czem innem mówić, jak o tych trupach i niewiadomych zabójcach. Jan, bojąc się, aby nie pomyśleli, że to on zabił, chodził po ulicach z uśmiechem na ustach, a przy spotkaniu ze znajomymi bladł, czerwienił się i gorąco przekonywał, że niema podlejszej zbrodni, jak zabójstwo słabych i bezbronnych. Kłamstwo to wkrótce zmęczyło go i zastanowiwszy się trochę, doszedł do wniosku, że w jego położeniu najlepiej jest schować się u gospodyni w piwnicy. Przesiedział tu cały dzień, potem noc i dzień następny, a gdy zmrok zapadł, potajemnie, jak złodziej poszedł do swego pokoju. Do świtu pozostał na środku pokoju, nie ruszając się i przysłuchując. Rano przyszli do gospodyni zduny. Jan wiedział dobrze, że mają oni przerabiać piec w kuchni, ale strach podszepnął mu, że to przebrani policyanci. Pocichutku wyszedł z pokoju i zdjęty strachem, bez czapki i bez surduta, pobiegł na ulicę. Za nim ujadając puściły się psy, jakiś chłop nawoływał go, w uszach świstał wiatr i Janowi wydało się, że gwałt i przemoc całego świata zgromadziły się za jego plecami i gonią go.
Zatrzymali go, odprowadzili do domu i posłali gospodynię po lekarza. Doktor Andrzej, o którym niebawem mówić będziemy, przepisał zimne okłady na głowę i laurowe krople, smutnie pokiwał głową i odszedł, uprzedziwszy gospodynię, że więcej już nie wróci, gdyż nie trzeba ludziom przeszkadzać, gdy dostają pomięszania zmysłów. W domu nie było zaco żyć i leczyć się i wkrótce odwieźli Jana do szpitala i położyli go na sali chorób wenerycznych. Nie sypiał po nocach, dziwaczył i niepokoił chorych, niezadługo też przenieśli go z rozkazu doktora Andrzeja do szóstego pawilonu.
W ciągu roku zapomniano zupełnie o Janie, a jego książki, zwalone przez gospodynię do sani, zostały rozkradzione przez łobuzów ulicznych.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: anonimowy.