Syn pana Marka/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Syn pana Marka
Podtytuł Szkic z życia wiejskiego
Pochodzenie „Ognisko Domowe“, 1875, nr 25-33
Redaktor Bronisław Przyrembel
Wydawca Bronisław Przyrembel
Data wydania 1875
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

Zimowe wieczory upływały jednostajnie i cicho, czasem tylko w święto gość się jaki trafił i nowości ze świata przywiózł, ale pani Markowa nie bardzo chętnie tym nowościom użyczała ucha, bo dusza jej była daleko, przy Czesiu.
Czesio zaś był tak niewdzięczny, że znaku życia o sobie nie dawał, a człowiek posyłany co tydzień na pocztę, zawsze z próżnemi powracał rękami.
Tak upłynęło całe dwa miesiące. Nareszcie jednego dnia upragniony list leżał na stole przed matką, która drżącemi ze wzruszenia rękami rozrywała kopertę, aby jak najrychlej drogą zawartość tego listu przeczytać.
W miarę jednak czytania twarz pani Markowej przybierała wyraz coraz smutniejszy, nareszcie, kiedy doszła do końca, wybuchnęła głośnym płaczem.
— Mój Boże, mówiła, zawsze miałam jakieś przeczucie, żeby go tam nieoddawać...
Usłyszawszy płacz żony, pan Marek wszedł do pokoju.
— Co to jest? zapytał.
— Patrz nieszczęśliwy ojcze, czytaj co oni tam z naszem dzieckiem wyrabiają.
Pan Marek wziął list i czytał go w milczeniu, po chwili zaczął uspakajać wzruszoną matkę.
— Ależ moja droga, cóż mu złego robią?
— Jak to więc nie widzisz, że to słabe, delikatne dziecko, musi wstawać do dnia...
— Przecież ja sam do dnia wstaję, a jednak jestem dzięki Bogu zdrów...
— Ty jesteś stary, przyzwyczajony, wreszcie podoba ci się tak robić, jesteś u siebie w domu.
— No, rzekł pan Marek, toć to jeszcze nie takie męki, wreszcie kto rano wstaje, temu pan Bóg daje...
— Dziecko nie ma godziny odpoczynku...
Pan Marek zaczynał się niecierpliwić.
— Młody jest, odrzekł, niech pracuje, będzie miał swój kawałek chleba to odpocznie.
— Człowieku, ty serca chyba nie masz, czy nieczytałeś na własne oczy, że go ten dyrektor z góry traktuje.
— Bardzo dobrze, niech słucha za młodu, będą go na starość słuchali.
— I ty to mówisz, ty! ty! ty! wołała pani, ja od ciebie to słyszę, nie, to być nie może, mnie słuch myli. — Więc ty go myślisz tam zostawić na pastwę tym niemcom, którzy nie mają względu na dziecko, na jego delikatne zdrowie, na dobre urodzenie, ty to mówisz? i ty myślisz zapewne trzymać go dłużej w tej niewoli. Chyba mnieby tutaj zabrakło, nigdy na to niepozwolę i proszę cię stanowczo, żebyś we dwadzieścia cztery godzin posłał po niego konie, i żebyś mi go tutaj za tydzień sprowadził. Do domu żebyś go sprowadził, wyraźnie ci to mówię. Dobranoc!
I z temi słowy pani Markowa trzasnęła drzwiami tak silnie, że aż się wszystkie szyby zatrzęsły i zniknęła w swoim pokoju, aby tam puścić wodzę łzom i ulżyć zbolałemu sercu.
Saphir powiada: Selbst ein häusliches Gewitter ist angenehm, denn das Gewitter erquickt die Natur. Burza ożywia naturę, a przecież domowa burza jest także burzą. Saphir kreśli piękny obrazek w którym zachwyca się urokiem piorunującej żony i męża olśnionego błyskawicami jej gniewu, cieszy się takiem ożywieniem natury i dodaje aber es gehört eine gezunde Natur dazu!
Pani Markowa, jak to szanowny czytelnik zapewne zauważyć raczył, mogła się zaliczyć do „natur bardzo zdrowych,“ niewiasta ta, przyzwyczajona do wydawania rozkazów i do biernego posłuszeństwa jakie w każdej okoliczności znajdowała w swoim małżonku, nie wyobrażała sobie, aby mogła kiedykolwiek nie wykonać tego co postanowiła.
I teraz wyszedłszy do swego pokoju była pewną, że rozkazy jej natychmiast zostaną spełnione, była najmocniej przekonaną, że za tydzień utuli na swej piersi głowę pierworodka, tego nieszczęśliwego, prześladowanego i przeciążonego pracą dziecięcia.
Gdyby jednak żona mogła widzieć myśli swego męża, to pani Markowa zapłakała by podwójnie.
Pan Marek został w pokoju olśniony błyskawicą gniewu swej małżonki, ale po chwili przyszedł do siebie i spojrzawszy w stronę gabinetu pani Chojnowskiej, uśmiechnął się nader dwuznacznie i powiedział półgłosem:
— Zobaczymy.
Dla czego tak powiedział. Żeby to wyjaśnić należycie, zastanówmy się chwilkę nad usposobieniem pewnych bardzo zacnych i miłych osobników, zwanych pospolicie pantoflami.
Wiadomo każdemu, że honorowy ten tytuł zdobi zawsze głowę tych mężów, którzy w domowem pożyciu ulegają ślepo żonom swoim, którzy przyzwyczaiwszy się do uległości, biernego posłuszeństwa, tracą wszelką samodzielność i we wszystkiem do woli pań swoich stosują się. Dla pewnych usposobień i charakterów, miłą i bardzo dogodną nawet rzeczą jest być pantoflem, uwalnia to od myślenia i daje pewien wypoczynek dla mózgu, odsuwa na drugi plan samodzielność, i przez to daje łaskawą rekreacyę woli, uwalnia od debatów i sporów, znosi kwestye, i czyni człowieka biernym wykonawcą rozkazów swojej towarzyszki.
Że podobna pozycya człowieka w życiu domowem, jest przyjętą na ucywilizowanym świecie, o tem wie bardzo dobrze każdy, kto w życiu swojem spotkał tylko trzy małżeństwa, bo w takim razie musiał spotkać dwóch mężów pantofli. Że podobna pozycya nie przeszkadza mężowi być zacnym i pożytecznym społeczeństwa członkiem, tego dowodzi historya, z której widzimy, że niejeden wysoki dygnitarz, uczony, a nawet srogi wojownik w zaciszu domowem, był także nie mniej znakomitym pantoflem. Zresztą żadne prawo w Europie określające wzajemne stosunki męża i żony nie zastrzega pierwszemu, aby nie był podległym woli żony, a prawo kanoniczne wymagające od kobiety ślubu posłuszeństwa dla męża, nie żąda od mężczyzny ślubu nieposłuszeństwa dla żony.
Z tego cośmy powiedzieli dadzą się wyprowadzić dwa wnioski, a mianowicie, że być pantoflem nie jest ani nadto oryginalną, ani zbyt upokarzającą rzeczą dla męża, a w każdym razie bardzo wygodną dla żony, osobliwie zaś dla takiej, która jak powiada Saphir, ma zdrową naturę.
Tylko jest jedna okoliczność, ta mianowicie że każdy człowiek ma swoją słabą stronę. W mężach pantoflach ta słaba strona nie daje się podciągnąć pod ogólne reguły pantoflostwa. Mąż mieszczanin, cichy baranek w domu, jest głośnym i hałaśliwym przy kufelku na bawaryi. Rzemieślnik pantofel, idzie zawsze za wolą pani majstrowej, ale ekscypuje sobie panowanie absolutne w warsztacie; taki, dajmy na to radca, w domu słucha rad małżonki, ale nie pozwoli nikomu wtrącić się do swoich zatrudnień poza domowych.
Taką słabą, a właściwiej powiedziawszy mocną stroną w usposobieniu i naturze pana Chojnowskiego było gospodarstwo i kasa. Tutaj czuł się prawdziwym mężczyzną, i biada temu ktoby chciał nieproszony wtrącić swoje trzy grosze. Nawet żonie umiałby poczciwy starowina verba veritatis z właściwem ma się rozumieć uszanowaniem, powiedzieć.
A powrót syna z cukrowni miał bezpośredni związek z kasą. Pan Marek zapłacił za naukę, a że był oszczędnym i znał wartość ciężko zapracowanego grosza, więc też nie chciał wyrzucać go na darmo. Zresztą, mając jeszcze dzieci, nie chciał ich ukrzywdzać dla jednego, a przytem pomimo swojej potulności i uległości dla żony, miał dosyć trafne na życie poglądy, i chociaż nie bawił się w szumną frazeologyą, wiedział jednak w czem zawiera się esencya dobrobytu człowieka.
Długo dumał pan Marek, chodził po pokoju i puszczał kłęby dymu z króciuchnej fajeczki, od czasu do czasu pocierał czoło rękami, nareszcie splunął, i głośno sam do siebie powiedział.
— Ani myślę, niech siedzi, niech pracuje, ja pieniędzy nie robię i napróżno ich wyrzucać nie myślę.
Gdyby pani Chojnowska usłyszała była te wyrazy, burza małżeńska przyspieszyła by się o całe dwadzieścia cztery godzin.
Pan Marek jeszcze potem rozmawiał z karbowym, wydał dyspozycye z której sterty groch jutro młócić; a następnie odmówiwszy pacierz klęcząc, położył się spać uzbroiwszy się w odwagę na jutrzejsze przejścia, których się słusznie spodziewał.
Na drugi dzień rano z domu wyszedł oświadczywszy, że na obiedzie być niemoże, a obejrzawszy stodoły, obory i owczarnie, siadł na konia i do proboszcza na obiad i gawędę pojechał.
Musiał tam przy tej gawędce gąsiorek miodu pęknąć, ponieważ pan Marek do domu późnym wieczorem wracając, kiwał się na kasztance, jak rabin nad talmudem, a nawet nucił półgłosem jakąś piosneczkę, co mu się już od bardzo dawnego czasu nie zdarzało.
Zdaje się, że proboszcz musiał umacniać pana Marka w powziętem postanowieniu, gdyż dojeżdżając do domu poczciwy pan Chojnowski miał minę bardzo zdeterminowaną i stanowczą, a na Onufrego zawołał tak srogim i donośnym głosem, że aż we wszystkich budynkach odezwało się echo.
Pani Markowa czekała na męża i skoro ten wszedł do pokoju, nie pozwoliła mu nawet zdjąć burki, lecz odraza przywitała gradem wymówek.
— To ty zamiast posłać po dziecko, włóczysz się po wizytach, z domu uciekasz, a tego biedaka tam męczą, znęcają się nad nim.
Pan Marek, milczał wiedząc zapewne, że to jedyna broń na gwałtowność żony.
— Dla czego nie posłałeś po Czesia? co! dlaczegoś tego niezrobił, kiedym ci wczoraj mówiła, czy zapomniałeś.
— Ależ nie tak gwałtownie, mówił pan Marek wieszając burkę na gwoździu, uspokój się aniołku, poślę po niego, poślę...
— Kiedy poślesz? zaraz poślij, bo oni tam dziecko zamordują.
— Kiedy poślę, to znowu inna kwestya, niech no pierwej praktykę ukończy, to sam po niego pojadę.
Tego tylko było potrzeba, aby tamy żalu macierzyńskiego pękły.
— Ach ty nie godziwy człowieku! ty ojcze bez serca, ty mężu bez uznania, wołała pani Chojnowska w najwyższem oburzeniu, nie masz litości nad dzieckiem.
— Otóż nie poślę! rzekł stanowczo pan Marek.
— Poślesz!
— Nie poślę.
— Otóż poślesz!
— Ani myślę!
Bóg wie do jakich konkluzyi doprowadziła by ta małżeńska wymiana not gabinetowych, gdyby gwałtowne ujadanie psów na dziedzińcu nie oznajmiło gościa.
Zwrócono oczy ku drzwiom, i o dziwy! kwestya małżeńska rozstrzygnęła się od razu.
Do pokoju wpadł Czesio.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.