Syn pana Marka/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Syn pana Marka
Podtytuł Szkic z życia wiejskiego
Pochodzenie „Ognisko Domowe“, 1875, nr 25-33
Redaktor Bronisław Przyrembel
Wydawca Bronisław Przyrembel
Data wydania 1875
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Wizyta na wsi tak jest niepodobną do wizyty w mieście, jak wieś niepodobną jest do miasta.
W mieście przyjeżdżasz przed kamienicę, i nikt niezauważy nawet przybycia twego ekwipażu — dzwonisz — otwierają ci, wchodzisz, i albo jesteś przyjęty osobiście, albo też obowiązki gościa przelewasz na kartkę wizytową, załamawszy jeden jej rożek.
Na wsi zupełnie co innego.
Skoro bryka lub powóz wyjedzie z lasu na wzgórek, jest już przedmiotem obserwacyi trzech małych gapiów, którzy pasąc rogaty lub nierogaty inwentarz przypatrują ci się zdaleka, dzieląc się pomiędzy sobą wrażeniami, jakie na nich sprawia żółty kolor bryczki, lub czerwona kierezya woźnicy.
Wjeżdżasz do wsi, musisz przejechać koło młyna i nie ujdziesz bystrego oka arendarza, który natychmiast z zadziwiającą biegłością i wprawą, oceni wartość twoich koni, bryczki, zaprzęgów, tłomoka, garderoby, i obliczy z fizjonomji maximum kredytu, jakim ci może usłużyć w razie potrzeby.
Nawiasem powiedziawszy, pachciarze i arendarze wiejscy, są to znakomici fizyonomiści — nie czytali oni co prawda Lavatera ani Galla, ale wielu z nich na twarzy szlachcica widzi wykaz hypoteczny jego majątku. Zdawałoby się, że ciężary, zobowiązania i służebności ryją jakieś tajemnicze znaki na obliczu hreczkosieja, hieroglify dla wszystkich nieodgadnione, ale dla pachciarzy i arendarzy widoczne.
Na drugi dzień, w czterech najbliższych miasteczkach, gminy izraelskie wiedzą do kogo przyjechałeś, po co, jaki masz interes, a jeżeli posiadasz prawną ewikcyą, to możesz być pewnym, że zawiązane zostały cztery spółki, celem pożyczenia ci pieniędzy, lub co na jedno wynosi, celem kupna zboża, któregoś jeszcze nie zasiał.
Minąwszy ten punkt obserwacyjny, jesteś już we wsi. Trzeba Wam wiedzieć, że każda wiejska ulica nie byłaby ulicą, gdyby nie miała na sobie łokciowego pokładu błota, tyle razy garnirowanego sosnową faszyną, ile razy jaka znakomitość z powiatu bywa spodziewaną. Każdy chłop jadący z ciężarem, przejedzie szczęśliwie wszystkie groble i mostki, ale uwiąźnie w błocie przed własną chałupą, a dopiero przebrnąwszy tę ostatnią trudność, może sobie z dumą powiedzieć „si finis bonus, laudabile totum,“ ale ponieważ cywilizacya nie doszła jeszcze do tego, żeby chłop z Podlasia miał mówić po łacinie, przeto właściciel wozu wybrnąwszy z błota, ogranicza się tylko na dobitnej i dosadnej klątwie mazurskiej, co w rezultacie prawie to samo oznacza co i łacińskie przysłowie.
Dla tych to przyczyn, ekwipaż twój nie może się przesunąć z szybkością ścigającego wiatry pustyni farysa — ale raczej, zmuszony jest toczyć się majestatycznie i powoli, jak wóz tryumfatora, a ty wraz z woźnicą, kiwasz się na wszystkie strony, irytując gromadę psów, która z głośnem szczekaniem odprowadza cię aż do końca wsi.
Wreszcie wydobyłeś się na szeroką lipami wysadzoną aleję, twój Bartłomiej lub Maciej zbiera krótko lejce, pali z bata dwa razy, a zacinając zlekka lejcowe konie, nadaje im pewną ruchliwość i fantazję, puszcza w lancady, znów strzela z bata i wyciąga dobrym kłusem, aby je potem z techniczną znajomością fachu, na miejscu przededworem osadzić.
Mały Kuba, jeden z licznych potomków kucharza, nie mając nic lepszego do roboty, bawił się z psem nieopodal od dworu na środku gościńca, skoro cię spostrzegł, zrywa się z piasku, i puszcza pędem wołając „ktoś jedzie,“ zasmolona Magda karmiąca przed kuchnią indyki, podchwytuje ten sygnał i biegnąc ku dworowi woła znowuż: ktoś jedzie!
Słyszy to siedząca w oknie panienka, i klaszcząc w ręce, wpada do pokoju siostrzyczek powtarzając to samo.
Wreszcie psy wybiegają przed wrota, i z głośnem ujadaniem biegną przy bryczce, powiększając wrzawę i zamięszanie ogólne.
Gospodarz domu oczekuje na ganku, ekwipaż wjeżdża na dziedziniec, jeszcze dwa wystrzały z bata, Bartłomiej osadza przed gankiem, a kury, kaczki, indyki i prosięta używające przechadzki po dziedzińcu, umykają w różne strony ku wielkiemu zdumieniu cielęcia, które obserwując tę wędrówkę zwierząt, apatycznie spogląda w koło siebie, jak gdyby chciało powiedzieć „vanitas vanitatis et omnia vanitas...“
Nie inaczej przyjmowano u państwa Chojnowskich, a przyjmowano tem serdeczniej, że gość przybyły czwórką spienionych dereszów, byłto ukochany, dawno oczekiwany brat pani Markowej, pan kapitan walecznej armji Austryackiej, Władysław Pomian Iskrzycki.
Całował go też pan Marek w oba policzki, koląc niemiłosiernie od tygodnia niegoloną brodą, ściskała pani Markowa, przytulając do piersi siostrzanej, cmokały po rękach dziewczęta i chłopcy, witając ukochanego wujaszka co dobre cukierki przywozi, i zawsze jak z puszki Pandory rozmaite osobliwości i zabawki z tłomoka wydobywa.
— Hej Onufry! wołał pan Marek, głosem dochodzącym do stajni przynajmniej o trzysta kroków odległej; Onufry, a wziąć tam do stajni konie pana kapitana — pójść do Jacentego do stodoły, niech przyjdzie po klucze — obrok wydać! — a ty Krakowiaku, dodał zwracając się do woźnicy pana Kapitana, przyjdziesz do kuchni, żeby ci jeść dali.
— Słucham jaśnie Panie, odpowiedział woźnica.
— Słuch a a a m! odzywał się ze stajni głos Onufrego, a wołanie to przypominało wyszłe dziś z użycia sygnały szyldwachów, lub nawoływania w lesie podczas obławy.
Potem pan Marek znów całował szwagierka.
— A mój drogi, jedyny, kochany; i znów przerywając to wylanie uczuć braterskich, zwracał się do służby, krzycząc:
— Magda, biegaj po kucharza... a mój Władysiu jedyny.., Maciek, a znosić rzeczy, gamoniu jakiś!
Opuśćmy tę scenę rozrzewnienia, niech ją czuły słuchacz w własnej duszy dośpiewa... przypatrzmy się kapitanowi.
Zrzucił z ramion burkę krojem płaszcza wojskowego zrobioną i odsłonił postać niewielką wprawdzie, ale czupurną i militarną.
W palonych butach, w krótkiej marynarce ze wstążeczką w guziku — wąs wykręcony węgierską pomadą, czupryna posiwiała cokolwiek ale jeszcze gęsta, krótko przystrzyżona, twarz pełna, rumiana i czerstwa, oko niebieskie, oto aktualny konterfekt pana kapitana.
„Oesterreichisch — ungarischer Militär,“ tak sam siebie lubił nazywać pan kapitan, który był sobie człowieczkiem dobrym, ale nie bez... ale.
Przedewszystkiem miał to ale, iż był Lwowianinem, i to Lwowianinem czystej krwi. Jak każdy prawie Lwowianin mówił bardzo głośno i bardzo niegramatycznie, i należał do wiecznej opozycyi. Są ludzie nigdy z niczego nie zadowoleni... pan Władysław wymyślał na sejmy, chociaż mandat deputowanego był jego marzeniem — nie cierpiał orderów, co wszelako nie przeszkadzało mu nosić w pętelce wstążeczkę czarną z białemi wypustkami, nienawidził tytułów, a lubił gdy go nazywano kapitanem, chociaż był tylko podporucznikiem Austryackiej piechoty.
Pan Władysław był pessymistą i wojownikiem — należał do wielu bractw i stowarzyszeń nabożnych, a klął po węgiersku, po niemiecku i po polsku. Miał się za człowieka pełnego odwagi, gdyż pamiętał różne bitwy w których nie brał udziału, miał się za uczonego i erudyta, gdyż czytywał „Dziennik Lwowski“ i „Szczutka.“ Pragnął słynąć jako agronom, gdyż był posiadaczem trzeciej części z czwartej części dóbr Sowie głowy w Tarnowskiem, spadłej na niego po ś. p. Hilarym Pomian Iskrzyckim, rodzonym a nieodżałowanym stryjaszku.
Zresztą, zbytecznem byłoby tutaj spisywać biografią pana Władysława, czem zaś był w chwili kiedy przyjechał do Wólki, świadczy bilet wizytowy, który pan Władysław zostawiał chętnie w przedpokojach lwowskich i krakowskich znakomitości, a którego wierzytelny odpis przedstawiamy:
„J. C. K. A. M. Wojsk Austro-Węgierskich 42-go regimentu piechoty, podporucznik w pełnej dymisyi

Władysław Pomian Iskrzycki.

Właściciel dóbr Sowie głowy
Orderu Korony Żelaznej kawaler.“
Cały ten tytuł, jakkolwiek bardziej długi niż imponujący — pewność w zdaniu, głos donośny i mina wojownicza — wszystko to w oczach pani Markowej podnosiło braciszka do takiej powagi, jaką nie cieszyła się chyba i nieboszczka Pythia, rzucająca wyrocznie z trójnoga.
Pani Markowa, ta potęga wobec swego małżonka, była nicością wobec brata, bo brat był dla niej autorytetem, wyrocznią, kwintesencyą doświadczenia, nauki i rozumu.
I cóż dziwnego, że poczciwa kobiecina, powodowana czystą miłością macierzyńską, nie śmiała sama zadecydować o losie ukochanego pierworodka, nie ważyła sobie zdania męża, rad i uwag księdza Symforyana, ale całe zaufanie położyła w mądrości Władzia.
Któż się zadziwi, że poczciwa pani Markowa, która oprócz napisania kilku kwitków na mięso, nie zgrzeszyła jeszcze żadnym literackim utworem, sama napisała długi list do brata, malując położenie rzeczy, i prosząc o jak najrychlejszy przyjazd i radę w kwestyi przyszłości kochanego Czesia.
Wprawdzie z listu siostry, pan Iskrzycki pomimo, iż czytywał Dziennik Lwowski, położenia rzeczy zupełnie nie zrozumiał, pojął jednakże to, że siostra wzywa go aby przyjechał. Będąc zaś w „pełnej dymisyi,“ i nie mając nic lepszego do roboty w Sowich-głowach, zapakował po wojskowemu swoje manatki, i po dwóch tygodniach jazdy, stanął szczęśliwie i zdrowo przed wrotami Wólki.
Był oczekiwany, ale też i przyjęty serdecznie — cały zapas najlepszych przysmaków ze wzorowej spiżarni pani Markowej był ustawiony na stole, pół tuzina kurcząt z krwi niewinnej złożyło ofiarę siostrzanej miłości, a dziewczątka uwijały się około stołu, usługując kochanemu wujaszkowi.
Ma się rozumieć, że o interesie, o celu dla którego pana kapitana sprowadzono i mowy nawet być nie mogło, gdyż strudzony podróżą Władzio, potrzebował przedewszystkiem zwątlone siły pokrzepić, i braterstwa o zdrowie i powodzenie wypytać.
Pan Marek wydobył z piwnicy dwie stare omszone bocianki, i tak jedząc, gawędząc o drożyznie robotnika, wysokiej opłacie od wódki, wygłaszając barbarzyńskie opinje na temat samorządu włościan, a zakrapiając to wszystko ożywczym napojem, ani się obejrzeli jak zegar z kukułką jedenastą godzinę wydzwonił i wykukał.
Pan Władysław w gronie rodziny nie żenował się wcale, i ziewnąwszy szeroko, powiedział:
— Trzeba iść spać.
Po tem dictum, nastąpiły pocałunki i życzenia dobrej nocy, a gospodarz ująwszy gościa pod ramię, zaprowadził go do swego pokoju, gdzie mu wygodne łóżko przygotowano, wyegzmitowawszy z tej przyczyny cztery stare chomonta, dwie banie z oliwą do maszyn, i cztery pęki postronków, co wszystko ułożone z pewną symetryą, zdobiło jeden kąt pokoju pana Marka.
Pokój ten powszechnie nazywano kancelaryą — kto go tak nazwał i dla czego? o tem kroniki pisane i tradycya milczy, widocznie jednak, miano to wynalazł jakiś złośliwy bardzo człowiek, dla tego chyba, że tam nigdy nic nie pisywano.
A — przepraszam, mimowoli popełniłem błąd, sam byłem świadkiem, że przed dwoma laty zawarto tutaj i spisano dobrowolną umowę pomiędzy Wielmożnym Markiem Chojnowskim, i Janklem Milchmacher spekulantem, o trzyletnie wydzierżawienie pachtu i propinacyi w dominium Wólka.
Tak, pokój pana Marka był rzeczywiście kancelaryą.
Ułożył się do spoczynku pan Władysław, legł odmówiwszy krótki pacierz pan Marek, zapalili sobie fajki do poduszki, pogawędzili parę minut, westchnęli na ciężkie czasy, a potem, kancelarya stała się przybytkiem głośnego chrapania, świadczącego że podróż zarówno jak krzątanie się przy gospodarstwie, bezsenności nie sprawia.
Tylko jeszcze w apartamencie pani domu światło nie zgasło, poczciwa matka tonęła w dumkach i marzeniach, i dopiero donośne pianie kogutów przypomniało jej, że to już północ, i że jutro o godzinie czwartej, minucie 28, wstanie jasne słońce, a z niem i ciemne czarnego życia kłopoty.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.