Syn pana Marka/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Syn pana Marka
Podtytuł Szkic z życia wiejskiego
Pochodzenie „Ognisko Domowe“, 1875, nr 25-33
Redaktor Bronisław Przyrembel
Wydawca Bronisław Przyrembel
Data wydania 1875
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Żeby określić stosunki rodzinne państwa Chojnowskich, trzeba przedewszystkiem zawrzeć bliższą znajomość z samą panią właścicielką Wólki, i rozkazodawczynią swego małżonka.
Znać Wólkę, nie znając pani Markowej, jest to samo, co być w Rzymie a nie widzieć papieża. Nie chcąc, aby czytelnicy z winy autora narażeni byli na niekonsekwencye tego rodzaju, przystępujemy do określenia tej samodzielnej i wybitnej w swojej sferze osobistości.
Nie mamy trzech potrzebnych rzeczy, to jest talentu, farb i płótna, gdyż moglibyśmy dołączyć do niniejszego numeru portret pani Chojnowskiej, który mógłby być nad wszelki opis plastyczniejszy.
Rozporządzając niestety tylko piórem i atramentem, musimy poprzestać jedynie na dobrych chęciach zamiast na uczynku, i na piórze zamiast pędzla.
Mieszkańcy stali trzech sąsiednich powiatów w ogóle, a mieszkańcy parafii Wólka w szczególności, wiedzieli aż nadto dobrze, że osobistość płci żeńskiej ukazująca się w powoziku nie zbyt świeżego fasonu, ciągnionym przez czwórkę rumaków, z których każdy tak maścią jakoteż usposobieniem i wiekiem różnił się od swoich towarzyszów, była pani Markowa.
Ci mieszkańcy widzieli ją przejeżdżającą czwórką, a czwórka prezentowała się nieźle, stary Onufry na koźle wyglądał dziarsko, powozik chociaż trzeszczał i niemiał skrzydła z lewej strony a klamki u drzwiczek z prawej, imponował zieloną barwą pudła; pani Markowa wyglądała pokaźnie, a we wzięciu się i ruchach miała coś arystokratycznego. Dlaczego arystokratycznego zobaczymy poniżej.
Wyglądała jak Semiramida na wspaniałym rydwanie, wleczona przez lwy, co przynosiło ogromny zaszczyt staremu Onufremu, który umiał cztery różnorodne charaktery końskie zjednoczyć, i pozór przyzwoity im nadać. Mózg Onufrego wysilał się nad debatami, jak sprządz te cztery indywidualności zwierzęce, z których jedna zdawała się być stworzoną do włóczenia brony, druga do siodła, trzecia do monotonnego obracania kieratu, czwarta zaś, do szalonej jazdy jarmarcznego bałaguły.
Nikt nie wie, ile to Onufry wymyślił kombinacyi w jakich dozach rozdzielać owies i razy batoga, jak długo dumał nad najstosowniejszą dla każdego rumaka długością postronków, i nad stroną z której go w zaprzęgu umieścić należało; zasługi te przepadły bez uznania, bez zaznaczenia.... a jednak były to zasługi, których jedyną nagrodą były mizerne 30 rubli zasług i ośmnaście korcy ordynaryi.
Onufry miał jeszcze jeden talent, z którym chętnie popisywał się przy każdej sposobności, i za co dostawał od pani kieliszek szumówki, nie mającej wprawdzie 32% według probierza Trallesa, ale rozdawanej zwykle wszystkim pracownikom ziemi w dominium Wólka.
I teraz, w rozwartych szeroko wrotach dworu Wólki, ukazała się naprzód para lejcowych, skarogniady z bułanym, potem dyszlowy kasztan ze srokatym, za niemi na wysokim koźle Onufry z czerwonym nosem, a nakoniec, sama pani w kapeluszu przypominającym kląb kwiatów.
Onufry strzelił z bata, stado kaczek spłoszone uciekło w stronę sadzawki, a kilka psów głośnem szczekaniem anonsowało przybycie Jaśnie Pani. Bo powiedziawszy nawiasem, w naszych poczciwych okolicach jest taki zwyczaj, że kto ma siedm włók gruntu, ten z natury rzeczy jest „Jasnym“ aż do dnia subhastacyi, i mieszka we „dworze“ aż do dnia, w którym osiada na bruku.
Kiedy Jaśnie Pani przywitana przez dzieci i domowników zatoczyła się do swego pokoju, a Onufry zatoczył powóz do wozowni, prawo autora pozwala nam otworzyć drzwiczki buduaru pani Markowej, i opowiedzieć czytelnikowi jak nasza jejmość wygląda.
Na jej twarzy znać jakieś zakłopotanie, widać że ma na myśli coś, co jej dolega, jakąś troskę, kłopot czy też kwestyą ważną, a do rozwiązania trudną.
Zrzuciwszy z siebie okrycie i kapelusz, zdjąwszy suknię odświętną, a przywdziawszy płócienkowy negliż, usiadła zadumana przy swej tualecie, a przymknąwszy powieki wsparła głowę na dłoni i utonęła w medytacyach, co nie było wcale dziwnem, ze względu na liczne jej potomstwo i nieodłączne od tej pociechy kłopoty.
Pani Markowa była niezwykle pełnej tuszy, wdzięki jej wybiegały daleko po za te formy, jakie przyroda kształtowi kobiety przeznaczyła, jej twarz była pełna i nadto rumiana, podbródki w ilości kilku egzemplarzy tworzyły wdzięczną harmonią z jej obliczem, na którem zresztą malowała się poczciwość i energia. W tej kobiecie były dwie sprężyny pobudzające ją do ruchu i działalności, a temi sprężynami było przywiązanie do dzieci i zamiłowanie w gospodarstwie.
Są typy śmieszne ale zacne i sympatyczne, bo ten element konieczny, który się w nich wyrobił, powstał z poczciwych i poczciwie przesadzonych chęci.
Do takich typów należeli państwo Chojnowscy. On dobry, poczciwy, pracowity gospodarz, kochał swoję żonę, i miłość dla niej objawiał przez bezwzględną uległość. Ona kochała go nie mniej, kochała dzieci do szaleństwa, i dla tej miłości robiła wszystko, co tylko macierzyńskie jej serce podyktowało.
Uczeni, którzy się znają na ludziach, i jakoś tam własności ducha człowieczego kombinować potrafią, powiadają, że serce błądzi częstokroć, jeżeli nie jest kierowane rozumem. Ależ miły Boże, skąd brać tego rozumu i jak go pojmować! Ileż to razy, to, co jeden nazywa rozumnem, drugi gani i chrzci brzydkim epitetem, i odwrotnie.
I pani Markowa podług skali swych pojęć miała rozum, postępowała rozumnie. I pan Marek tak samo. Sumienie ich własne nic im nie wyrzucało — pełnili swoje obowiązki; a chociaż można w ich życiu dostrzedz pewne niekonsekwencye, chociaż oboje byli śmieszni pod pewnemi względami, niemniej jednak stanowili parę poczciwą i zacną, która gdyby miała tyle oświaty i nauki, ile posiadała uczucia, serca i cnót domowych, byłaby podobno feniksem, mogącym służyć za wzór tym wszystkim uczonym, którzy piszą szerokie i mądrze obmyślane dzieła pedagogiczne.
Ale cóż, kiedy nie zawsze trafiają się szczęśliwe kombinacye uczucia i rozumu w jednej osobistości.
Zresztą, co nam po tych debatach, wplątały się one tutaj jak Piłat w Credo, i przerwały na chwilę gawędkę o losach państwa Marków, którąśmy rozpoczęli i mamy niekłamany zamiar zakończyć.
Gawędźmy więc.
Pani Markowa utonęła w marzeniach i myślach — i ani śliczny wieczór lipcowy, ani hałaśliwie traktowana na dziedzieńcu kwestya zajętego przed chwilą włościańskiego bydła ze szkody, nie mogła jej wyrwać z tego stanu spoczynku dla ciała a niezwykłej ruchliwości i pracy umysłu.
O czem marzyła, nad jakim debatowała przedmiotem?
Widzieliśmy przed chwilą Onufrego, co nam dowodzi, że zacny ten pracownik i specyalista hippiczny, powrócił z miasta, do którego onegdaj był wysłany — a stąd możemy łatwo przyjść do przekonania, że przywiózł pierworodka państwa Marków, i sprawunki ze sklepu.
Zapoznamy się później z tym młodym człowiekiem, który od najmłodszych lat okazywał szczególniejsze zdolności do rybołówstwa, rakołapstwa i bąkostrzelstwa, i dla tych sztuk wyzwolonych poświęcał naukę.
Obecnie jednak idźmy za myślami rodzicielki naszego bohatera, idźmy za temi dumkami, które jak nitki w ręku pracowitej prządki nawijają się na ostre wrzeciono. Wrzecionem w danym razie była przyszłość pierworodka.
Ta zawiła kwestya obserwowana przez pryzmat rodzicielskiego serca pani Markowej, przedstawiała się w kolorach jaskrawych i świetnych, ale jednak otoczonych mgłą jakiejś niepewności.
Kwestya synowskiego losu była w swoim rodzaju pewnem perpetuum mobile, nieprzestającem nigdy poruszać się w duchowej jaźni rodzicielki, i dającem jej powód do zastanawiań się, długich medytacyi i bezsennych nocy.
Nie mamy powodu mniemać, że pani Markowa była skłonną do rozmyślań w przedmiotach abstrakcyjnych, i nie mających związku z gospodarstwem domowem; ale też nic nie upoważnia nas do przypuszczeń, żeby kwestya synowska nie była jedną z największych kwestyi, jakie kiedykolwiek rozwiązywały się pod czepkiem pani Markowej.
Kwestya ta była tem ważniejszą, że łączyła się silnym węzłem z kwestyą losów całej młodej generacyi tego szczepu.
Bo chociaż nie śmielibyśmy posądzić pani Markowej o znajomość ułamków, matrona ta wiedziała jednak dobrze, że jeżeli Wólka w całości przedstawia nie wielką wartość dodatnią, to też Wólka podzielona przez ośm, i obciążona dożywociem rodziców, jest wielkością, jeżeli nie urojoną to ujemną, i korzyści przynosić nie mogącą.
Pani Markowa kombinując kiedyś w myśli ilość inwentarzy żywych, znajdujących się na gruncie Wólki i porównywając z ilością osobników rodziny, mających prawo do podziału, i czyniąc takowy podział w myśli, z uwzględnieniem praw żyjących rodziców, przyszła do takich rezultatów: że na każde z dzieci przypada jedna dziesiąta część konia wierzchowego, piąta cugowego, cały koń fornalski, 12½ owcy, 3¾ sztuk bydła rogatego, pół psa i 28 sztuk tego rodzaju inwentarza, którego miano niewiadomo z jakich logicznych powodów, nie przechodzi przez cenzurę towarzyskiej przyzwoitości.
Rozdzieliwszy w podobny sposób myślą grunta orne, łąki, lasy, nieużytki, młyn i dochód z propinacyi, pani Markowa, przyszła do tego smutnego przekonania, że potomstwo jej nie tylko nie będzie mogło imponować Rotszyldom, ale nie zaćmi nawet bogactwem skromnej firmy handlowej: „Pinkus Apfel und drei Söhne“, w sąsiedniem miasteczku.
I któż się zadziwi, że pani Markowa od niejakiego czasu niemogła sypiać spokojnie... że przed dwoma miesiącami wyprawiła list do brata mieszkającego w Galicyi, i że obecnie siedzi zadumana, milcząca, a poczciwe niebieskie jej oczy zapatrzone w jakiś punkt oddalony, nie dostrzegają nawet, że tłusty bury kocisko, z uciętym ogonem, gospodaruje w śmietance troskliwie zebranej na przyjęcie ukochanego brata, pana kapitana Władysława Pomian Iskrzyckiego.
Marzenia pani Markowej trwałyby dłużej jeszcze, przerwałyby się może dopiero z zachodzącem słońcem, gdyby nie gwałtowne ujadanie psów, turkot bryczki, i krzyk radosny wszystkich dzieci.
Jeszcze pani Markowa nie zdążyła zdać sobie sprawy z tego hałasu, gdy do jej sypialni wpadła jasno-włosa Magda, wołając:
— Proszę Jaśnie Pani, pan kopiton przyjechał.
— Nareszcie! zawołała pani Markowa, a po chwili na ganku, brat i siostra witali się po kilku latach niewidzenia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.