Syn marnotrawny (Kubisz, 1902)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kubisz
Tytuł Syn marnotrawny
Pochodzenie Z niwy śląskiej
Data wydania 1902
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SYN MARNOTRAWNY.

W rodzinnem mieście ukończyłem szkoły
Średnie i w gronie młodzieży wesołej
Jechałem, jak to bywało zwyczajem
Wtedy, do państwa naszego stolicy,
Co się rozsiadła nad modrym Dunajem,
Żeby na sławnej niemieckiej wszechnicy
Nabyć mądrości, rozumu i wiedzy;
Jechałem tedy i moi koledzy,
Nie pomnąc wcale, żeśmy są synowie
Polskich rodziców i żeśmy są wnuki
Polskich praojców i chcemy nauki,
Które na nasze wpłynąć mają życie,
Które o przyszłym orzec mają bycie,
Kończyć nie w swojej ale w cudzej mowie!

Czyliż ty nie wiesz, młody przyjacielu —
O tym przybytku wiedzy, co przed wielu
Wiekami stanął przy starym Wawelu?
Co to jak bóstwo wyszłe z fali Wisły

Taką światłością świeci dookoła,
I że na wszystkie Polski miasta, sioła
Padają blaski. Blaski dalej płyną
Falą świetlaną — aże nad krainą
Śląską jak zorze złociste zawisły!

Ale jam wcale nie zważał na one
Światła — lecz w cudzą podążyłem stronę.
A gdy mię żegnał mój ojciec u progu,
To przedewszystkiem poruczył mnie Bogu.
A potem wskazał na chatę i pola
I na tę Olzę, co przez nasze niwy
Płynie, rzekł: Gdy już taka Boża wola,
Że masz pojechać, jedź, lecz wróć szczęśliwy; —
Lecz wróć mi takim, jakim teraz jedziesz,
Wróć mi z miłością do rodzinnej wioski,
I z utęsknieniem do chaty ojcowskiej,
Z tą mową, w której ślem do Boga modły,
Z temi pieśniami, co je sobie nucisz;
Słowem: wróć z wszystkiem we wiernej pamięci,
Co twemu sercu jest drogiem i miłem,
I co cię kochać wciąż a wciąż uczyłem;
A gdy cię losy w kraj obcy zawiodły,
To mi twej woli do złego nie zwiedziesz,
Nic cię obcego nie zwabi, nie znęci,
I jak mi jedziesz, tak mi kiedyś wrócisz!

Języka obcych ucz się, by ci służył
Jako narzędzie, któregobyś użył,

Gdy ci pracować przyjdzie na kęs chleba,
Gdy ci się przyjdzie znaczenia dorobić;
Albo też, jeśli będzie tego trzeba,
Ażebyś kij miał, gdy psa przyjdzie obić!

Tak mówił ojciec; a chociaż przy słowie
Ostatniem uśmiech przeleciał po twarzy,
Uśmiech szyderczy — to w całej tej mowie
Była powaga, jakiś żal i smutek,
Jak gdyby tego, co się na coś skarży!

A matka tylko z płaczem mię ściskała
I rzekła: «Synu nie zapomnij matki!» —
Siostra przyniosła bukiet z niezabudek,
Które nad naszym potokiem zerwała,
I z niemym żalem przypięła mi kwiatki
Do piersi, a gdy się do mnie nachyliła,
Rzewnemi łzami te kwiaty zrosiła.

Tak mię żegnali ze smutkiem i z płaczem,
Z czystą miłością i słowem prostaczem,
Z tem sercem, które na to, co tam czuje
Głęboko, wiele słów nie potrzebuje,
Z tą dobrą chęcią, co się z łzami zjawi,
Dobrze ci życzy, tobie błogosławi;
Tak mię żegnali, a ja we łzach stałem
I moich miłych wzajemnie ściskałem.
Tak mi się prawie wtedy wydawało,
Jakby mię szczęście wielkie ogarniało
Razem z boleścią, i cudowną siłą

W moją pierś młodą nagle uderzyło.
Żem poznał jasno to wielkie kochanie,
Żem poznał jasno, że mi trzeba na nie
Zarabiać równem kochaniem i czynem;
Poznałem jasno, i że jestem synem
Zacnych rodziców i zacnego ludu,
Któremu trzeba pośród życia trudu
Poświęcić pracę całą siłą młodą!
Poznałem, żem jest cząstką, członkiem żywym
Ojczystej ziemi, że jestem ogniwem
Tego łańcucha, co nas w jedność wielką
Spaja z tą matką ziemią rodzicielką!
Więc zdało mi się w uniesień nadmiarze,
Że ojciec, matka, że w całym obszarze
Chaty i pola, i gaje i drzewa
Z tą ziemią czarną i z tą jasną wodą
W jakowąś postać cudowną się zlewa,
I że ta postać do mnie się przybliża,
Bierze w objęcia, żegna znakiem krzyża!...

Więc mi się zdało, że ten głos ojcowski
Złączył się z głosem wszystkim naszej wioski;
Więc z dźwiękiem pieśni nuconych przy żniwie,
Więc z szumem wiatru, co wieje po niwie,
A więc z jaskółki miłem szczebiotaniem,
A więc na rzece ze srebrnem fal graniem:
To się w głos jeden potężny złożyło,
Aby mię w drogę pobłogosławiło!
Tak więc żegnany i błogosławiony
Ojczyste moje opuściłem strony!


Po długiej drodze z kolegami wielu
Stanąłem wreszcie u podróży celu.
Różnych tu krain zeszli się synowie,
I różne się tu języki jawiły,
Lecz na wszechnicy przedmioty te w mowie
Niemieckiej tylko wykładane były.
Zrazu jam na to nie uważał wcale,
Lecz wiedzy chciwy, w młodzieńczym zapale
Słuchałem nauk. Śród młodzieży tłumu
Chciałem być pierwszym w duchowej gonitwie,
Abym nagrody pierwsze wieńce zbierał;
Ale jam tylko do skarbca rozumu
Cudzą naukę, cudzą wiedzę składał,
A serce moje jam tylko otwierał
W cichej i tęsknej dumania godzinie,
Tylko w pokornej i świętej modlitwie,
Wtenczas, gdym myślał o mojej rodzinie,
Kiedym się w duchu z moimi rozgadał.

Tak więc ukrywam skarb drogi w mem łonie;
Przed okiem świata strzegę go i bronię,
Żeby nie tknęła zgubna moc zepsucia
Tej mej miłości i tego uczucia.

Tak trwałem długo — i pokusy żadne
Ani namowy haniebne i zdradne
Nie mogły długo złamać mej stałości,
Mych zapatrywań złudzić i omamić,
Nie potrafiły długo mej miłości
Zbrukać, ni uczuć mych nie mogły splamić!


Ale się miała zmienić rzeczy postać:
Zbyt słabem jeszcze było moje serce,
Ażeby w ciągłej, zapaśnej szermierce
Ojców swych wierze wiernem mogło zostać!
Nie miałem jeszcze tyle hartu duszy,
Aby nie zachwiać niczem woli swojej,
Ani też stałem w owej ducha zbroi,
Co moc przeciwną rozbija i kruszy!

Za słabem było jeszcze moje serce,
Ażeby ciągłej oprzeć się napaści
Ciągłych gadanin i wrzasku i gwaru,
Ślepych wyszydzań, drwin i naśmiewania
Z mojej miłości, z mojego kochania
Ziemi rodzinnej! — Mówili szyderce:
«Polskiego ludu na Śląsku już niema,
A jeśli żyje — nad brzegiem przepaści
Stoi, a jego już nikt nie powstrzyma
Upadku, bowiem skazan na wymarcie,
I wkrótce będzie on na dziejów karcie
Wymazan; a zaś zapaleńców paru,
Coby to chcieli z jakąś głupią wiarą
I jeszcze z głupszą pracy swej ofiarą
W wymarzonego szale poświęcenia
Powstrzymać chwilę tego zaginienia,
Przepadną marnie — toż próżna ich praca!
Bo przeznaczenie, co ludy wywraca,
Co je w dół spycha z nieprzepartą siłą,
Już się nad ziemią ową wypełniło!


A polskiej mowy, tej tam wcale niema!
Bo czyż się może językiem nazywać
Ta mieszanina słów nędzna i licha,
To wasserpolnisch!... Wszak dzisiaj już wszędzie
Czyto we szkołach, w sądzie i urzędzie
Niemieckiej mowy jest zwyczaj używać.
Ta się wszystkiego coraz bardziej ima,
Narzecze polskie wytępia i spycha
Coraz to bardziej w warstwy ludu niższe; —
A zasię szlachta, panowie, mieszczanie,
Więc owe sfery społeczeństwa wyższe
Przyjęły światło niemieckiej kultury,
Która się wzmógłszy w potęgę — tak z góry
Świetna i jasna zwolna na dół spłynie,
Kędy rozpędzi pozostałe cienie,
I tak ustali swoje panowanie!»

Na słowa takie i takie wywody
Jam się oburzał, bo wierzyłem szczerze,
Że powołuje Bóg swoje narody,
Nie narodowych świętości szalbierze,
A nie narodów podli politycy;
Że ludzkość cała od wieków poddaną
Jest w losach swoich niebieskiemu Panu,
Że naród każdy ma drogę wskazaną
Przez Boga i tak długo idzie po niej,
Dopokąd grzechu spodlenia się chroni
Dopokąd idzie podług jego planu.
Że tylko Bożej ulegnie prawicy,
Nie sile wrogów, ani ręce kata!

Bo ja wierzyłem, że śród tego świata
I ludność polska ma swoje dziedzictwo,
Ma przecież także swoje posłannictwo,
Które wypełni, bo je spełnić musi,
A choć jej dane i pewne męczeństwo,
Ona odważnie drogą swego krzyża
Do przeznaczenia powoli się zbliża,
I do tej chwili, — w której się pokusi
O Ducha świetne i praw swych zwycięstwo!

Lecz słabem było jeszcze moje serce,
A więc upadło. Mówili bluźnierce:
Gdzie Polska dzisiaj? W upadku się chwieje,
Dni swoich końca doszły już jej dzieje.
Ze życia wyżyn lada dzień się stoczy
I los jej piasku nasypie na oczy! —
Lecz lud niemiecki dziś pierwszeństwo trzyma
Pośród narodów, on siłą olbrzyma
Hetmaństwo ludów na ziemi osiągnął,
On rydwan dziejów swą mocą zaprzągnął,
A niszcząc opór i zwalczając trudy,
Do swego wozu przykuł mnogie ludy.
Słowem: on siłą ducha i oręża
Dziś na dziejowej arenie zwycięża,
Europę trzyma swym zbrojnym pokojem
Pod swoją mocą, panowaniem swojem!

I wydał mi się lud mój taki mały,
I taki lichy i taki bez chwały,
Że po raz pierwszy w życiu się wstydziłem
Mojego rodu.


Mnie tak było prawie
Jak studentowi, co się ojca wstydzi,
Że licho odzian, bowiem mu się widzi,
Że, gdy jest biednym, musi być w niesławie.
Lecz znów powstałem, lecz znów się broniłem
Przeciw tym myślom, co mię tak kusiły
Do brzydkiej zdrady... Lecz w końcu niestety,
Nie mając z nikąd przestrogi, podniety,
Aby się oprzeć tej myśli rozterce,
I do odwagi nie mając zachęty,
Ażeby wytrwać w wierze ojców świętej,
Aby być wiernym ojcowiźnie swojej,
W tej ciągłej walce zemdlały me siły —
Upadłem...

Z uczuć i miłości mojej
Gasła iskierka ciągle po iskierce:
I było chłodnem, zimnem moje serce!

A po tej walce i po tej katuszy
Nastała próżnia wielka w mojej duszy,
Tępota uczuć i zobojętnienie
I wielkie, wielkie myśli mych omdlenie.
Krew w moich żyłach jakieś zimno ścięło,
Bo mego serca coś mi ciepło wzięło.
A oko moje ogniem nie płonęło,
A w twarzy mojej nie miałem wyrazu,
A w piersiach moich miałem czucie głazu.

Lecz serce ludzkie ma naturę kwiata,
Co w siebie wsiąka słodycz albo jady,

Miód bierze pszczoła, co za miodem lata,
A zaś truciznę wysączają gady.

A od trucizny pszczoła miód wyróżni,
Który w ul znosi ludziom ku pożytku,
Którym przyjemność człowiekowi sprawia,
Wąż zasię żądło swe jadem zaprawia,
Którym zabija.

Serce to naczynie,
Które nie cierpi nigdy żadnej próżni,
Ani nie znosi żadnego ubytku;
Lecz kiedy z niego czysty zdrój odpłynie,
To się napełnia często brzydkim kałem!

I w moje serce teraz całkiem próżne
Wpłynęły myśli, czucia przekonania,
Poglądy całkiem od dawniejszych różne;
Więc tedy zamiast dawnego kochania
Zobojętnienie; zamiast nabożeństwa
Do tego, co mi najdroższem od dziecka
Było, pogarda; dla ojczystej mowy
Lekceważenie, a dla narodowej
Sprawy — haniebne słowo bezeceństwa!

A zaś niemiecki język i niemiecka
Kultura, sława, wielkość i potęga
Wszystkie me myśli zajmuje, zaprzęga,
Że to mym było tylko ideałem,
Że tylko tego jednego żądałem,
By zostać Niemcem!


A w tej niemieckości
Takem się zażarł i takem się zaciął,
Takem się rozwściekł i takem zapalił,
Że z mojej dawnej szydziłem polskości;
A zaś niemczyznę wynosił i chwalił,
W czemem mych dawnych nawet nieprzyjaciół
Przeszedł. Następnie w mej niemieckiej bucie,
Chcąc to niemieckie objawić poczucie,
Zostałem burszem!

I pośród hulanki,
W hucznym komersie spełnialiśmy szklanki,
Każdy za zdrowie swej wiernej bogdanki.
I ja kochałem, jak tylko za młodu
Miłować można, niemiecką dziewicę,
Starożytnego potężnego rodu,
Sławną ze swego wdzięku i piękności,
Dziewicę Ducha, Pieśni, Poezyi; —
Całą potęgą mej pierwszej miłości
I podziwiałem jej postać nadobną,
W której się wszystkie zalety jednoczą,
Więc główkę cudną, włos w złotym warkoczu,
Okrągłość ramion i jej rączkę drobną
I pełność piersi i białość jej szyi,
I podziwiałem jej cudowne lice,
I podziwiałem jej plastyczność czoła,
I podziwiałem jej nosek niemiecki,
Co mi swym krojem przypomniał nos grecki,
I podziwiałem ten czar modrych oczu,
I dźwięk ust srebrny i ich pieśń uroczą,

I podziwiałem ten uśmiech zdradziecki,
Co łatwowiernych tak omamić zdoła,
I myślę sobie, że ona mi zgoła
Zesłaną z nieba na stróża anioła,
Co baczyć będzie wiernie w życia drodze,
Aby cierń ostry nie uwiązł w mej nodze.
A gdy tak wszystko czule podziwiałem,
Na cześć jej głosem zachrypłym zapiałem:
Die Wacht am Rhein!

Tak więc płynęło nowe moje życie
W rozkosznem gronie i piłem obficie
Z kielicha uciech — piłem pełną czarą.
I co dzień jeszcze płonęły ofiarą
Mojemu bóstwu ostatki pamiątek
Ojczystych, aż wreszcie ostatni ich szczątek
Zgorzał.

Lecz dziwna rzecz, chociaż wesoło
Tak się bawiłem, po każdej biesiadzie
Trosk czarnych chmura obsiadła mi czoło,
A serce było pełne niepokoju,
Pełne przesytu, ckliwości, znużenia.

Tak pijanica, w gorącym napoju
Szukając uciech, ciężką głowę kładzie
Na sen trwożący, rano ze snu wstaje
Niezdrów i kwaśny, a więc klnie i łaje.

Nie tak to było w domu przy robocie
Gdy siostra moja śpiewała piosenki

Miłe i proste, takie, jako ona.
Czasem te pieśni brzmiały w słodkiej nucie,
A czasem znowu jak burza szalona,
Co huczy, szumi i zawodzi jęki,
A wszystko niszczy. A po tym przewrocie,
Jak chmura deszczem ciężarna, uczucie
Łzami lunęło. — Tak ci było błogo,
A marzenie cię wiodło jasną, cudną drogą
W dziedzinę piękna.

Jak róża ze złota
Zrobiona tak cię potrafi ułudzić
I taki podziw u ciebie obudzić,
Bo tak misterna jest listków robota,
Tak się wyraźnie znaczą ich kontury,
Tak naturalne są barw wszystkie tony,
Jakby kwiat cały był dziełem natury,
Że w zachwyceniu powiesz wtedy o niej:
To kwiatek żywy, a nie kwiat robiony!...

A jednak będzie to — kwiatek bez woni...

Tak z mową obcą. Chociażby ci była
Ludzkiego ducha najwyższym utworem,
I choćby ona w swe kształty wcieliła
Najdoskonalszą wyrazów plastyczność,
Dziwne słów dźwięki i form poetyczność,
To ci być może co najwięcej wzorem
Naśladownictwa. Ale w twojej duszy
Nie wzbudzi uczuć, ani nie poruszy
I do marzenia serc nie przysposobi,

Ani natchnienia ognia nie rozdmucha,
Ani wielkiego nigdy nic nie zrobi
Na polu sztuki i nie wyda płodów
Duchowych, ani walczyć będzie bronią
Za niepodległość, za wolność narodów —
Przeciwnie, ona zabija w nich ducha!

Uczucie — mowy ojczystej jest wonią!

Tak więc strwoniłem ojcowską majętność,
Bom lekceważył mą ojczystą mowę,
Bo dla wszystkiego, co jest narodowe,
Miałem w mem sercu chłód i obojętność.

Ale natomiast ducha mego siły
Wszystkie się tylko ku temu zwróciły,
By niemieckiego uczyć się języka.
Ale, chociaż nim doskonale władam,
Choć się nim na wskróś myśl moja przenika;
Gdy jego piękność sercem tylko badam,
Czuję, że jemu czegoś nie dostaje,
Że mimo swojej piękności nie daje
Owego ciepła, co serce zagrzewa
Do natchnień wzniosłych, co ducha porywa
Z tej ziemi w jasne ideału kraje! —
Uczułem raczej coś w rodzaju chłodu,
Co życie nasze powoli zamienia
W kształt ów bezmyślny biernego istnienia.

Nastał głód wielki w uczuć mych krainie,
A w mojej duszy miałem czucie głodu!


A myślą moją było: nasycenie
Tych pragnień dusznych.

Lecz jak zdrajca podły,
Którego czyny na braci przywiodły
Nieszczęście, o to, co złego uczyni,
Nigdy samego siebie nie obwini,
Ale potrafi swój czyn tak wystawić,
Jakoby braciom swym chciał korzyść sprawić;
Tak też i ja kłamałem wciąż sobie,
Że to jest dobrem i słusznem, co robię,
I że niemczyzna dzisiaj szczęściem całem
Człeka, że ona wiedzie do karyery
I że mu zjedna uśmiechy i łaskę
Możnych u świata; ja sobie kłamałem
Umyślnie, że to niemiecka kultura
Jest tą promienną wielką gwiazdą, która
Zeszła dziś ludom wszystkim ku zbawieniu,
I w mych uwielbień wielkiem uniesieniu
Czarno-złocistą przewieszam przepaskę
Przez ramię, na niej błyszczały litery:
«Verein deutscher Jugend aus Ost-Schlesien».

I tę przepaskę publicznie nosiłem,
I tem publiczniem przed światem okazał,
Żem się z narodu Polskiego wymazał,
Że się z wrogami mymi połączyłem!
Była to szarfa we służbie szatana,
Z piekieł od niego samego przesłana
Bowiem do boju się nią przepasałem,

Jaki wieść z bracią swoją własną chciałem!
Nie dosyć jeszcze, ja chciałem na karku
Postawić nogę mej braci rodzonej,
By ją do reszty pognębić, zniweczyć.
Więc idę sobie prosto do Nordmarku[1],
Gdzie mnie przyjęto szalonym okrzykiem,
Że dziś te straszne słyszę jeszcze tony,
Co mi brzmią w duszy jakby piekła wycie;
Gdzie mi kazali przysiądz, że językiem
Polskim już nigdy, nigdy nie przemówię,
Że tylko będę mówił po niemiecku,
W domu, w kościele i w prostej rozmowie!
Gdzie mi kazali bluźnić i złorzeczyć
Ojcu i matce i braci... Słyszycie —
Kazali bluźnić mnie, polskiemu dziecku.

Och, to już wtedy był szczyt mej podłości!

Nordmark! Ha, Nordmark! To szczyt zuchwałości!
Szczyt wszechniemieckiej buty i chciwości:
Od tych pól lackich — tej Piastów sadyby
Pługiem zaborczym odorywać skiby,
Żeby powiększyć niemiecką dzielnicę,
Żeby tu swoją prowadzić granicę!

Ho! ho! Wszechniemcy! Wy tutaj granice
Mieć chcecie, wy, co żyjecie bez granic,
r wszelkie prawo macie w świecie za nic?
Ho! patrzcie na wschód, kędy ona żyzna
Przed okiem waszem leży Słowiańszczyzna,
Czyli was ona nie wabi, nie nęci?

Nie? może przeszłość cięży wam w pamięci!...
Alboście może dostrzegli olbrzyma,
Co zamkniętemi snem twardym oczyma
Spoczywa. Prawda, może się ocucić
I złości wasze przeciwko wam zwrócić,
Może się gniewem straszliwym zapalić,
I Waszą dumną głowę w proch powalić.
.................
.................
.................

Ta sprawa była nie źle obmyślana:
Godna pomysłu samego szatana
Prawdziwie była to sztuka zbójecka,
Żeby w niemiecki zebrać wielki związek
Polską młódź Śląska, aby szkodzić Śląsku,
I polską sprawę zniszczyć już w zawiązku!
To polskie drzewo, co konary swymi
Się rozgałęzia po tej naszej ziemi
Prastarej, obciąć z kwiatów i gałązek.
Była to sztuka prawdziwie zdradziecka
Przeciwko ojcu dać nóż w rękę dziecka!

Tak, jako wabik, który siedzi w klatce,
Ptaszki, swych braci, wabi swoim głosem,
Lecą niebaczne i plączą się w siatce:
Niewola straszna stała się ich losem. —

Tak ja czyniłem. Popieram więc sprawę
Wrogów mych z całem siły wytężeniem;

Popieram sprawę — zgodnie z nowym czasem,
(Iście przewrotnym, zaznaczam nawiasem)
I wkoło siebie gromadzę stronnictwo
Deutsch freudlich gesinnter Polen,
Któreby chciało ojcowskie dziedzictwo
Wrogom za miskę sprzedać soczewicy,
Co zapomocą polskiej jałowicy
Chciałoby zorać niemieckie zagony —
Popieram sprawę jakby odurzony,
Jak opętany tem jednem pragnieniem,
Abym miał pieniądz, ordery i sławę,
Ale, nieszczęsny, zapomniałem o tem,
Żem sobie zyskał tem — tylko niesławę!
I pasłem świnie!...

Karmiłem się młótem
Pogardy, albowiem chociaż zdrajcom płacą,
Jednak się brzydzą niemi i ich pracą;
Bowiem, kto ziarna takie swą wysiewa
Ręką, nie będzie miał pociechy z żniwa!
Bowiem przekleństwem jest podłej przewiny,
Że wróg zje ziarno, zdrajcy da — łupiny!

I jadłem młóto, — bo mi głos sumienia
Brzmiał w piersi mojej, jak głos potępienia
Mojego czynu. Uczułem więc piekło
W mej duszy; coś mnie we wnętrznościach piekło,
Gdyby głód straszny!

Chciałem w tem strapieniu
Zapłakać, ale oczy moje suche

Łez dla ulżenia żadnych już nie miały;
Chciałem się modlić, ale moje wargi
Słowa modlitwy dawno zapomniały!
A więc we wielkiej rozpaczy, zwątpieniu,
Padłem na ziemię, niosąc na los skargi!...

Gdy wielką cierpi natura posuchę,
Spragniona ziemia o deszcz z nieba woła,
Wnet wicher silny pędzi czarną chmurę,
Piorun ocuca zemdlałą naturę,
A deszcz orzeźwia wszelkie zwiędłe zioła.

I mojem sercem wstrząsnął żal i skrucha,
Kiedy wspomniałem na rodzinną chatkę,
Kiedy wspomniałem na ojca i matkę,
I na te siostry nucone piosenki,
Na zapomniane już dawno wyrazy
Ojczystej mowy. Cudowne obrazy
Tej pogardzonej ojczystej krainy,
Szczęście, wesele na łonie rodziny
Wstąpiły w duszę i zgasiły męki!

Spłynęły rzewne łzy po licu mojem,
I błoga radość, nadzieja, otucha
W serce strapione wróciły z spokojem.

A potem cicho spłynęła za niemi
Święta modlitwa, jako anioł z nieba,
Bo wie, że jeszcze czegoś mi potrzeba,
A więc też kornie ukląkłem na ziemi
I tak się modlę:


Przeciwko Tobie, zgrzeszyłem, mój Boże!
Każde z Twych stworzeń Tyś uczcił swym znakiem,
Wszystkoś rozróżnił we świata przestworze:
I mnieś na ziemi dał zostać Polakiem!
A ja z pogardą znak ten odrzuciłem:
Przeciwko Tobie, Boże mój, zgrzeszyłem!

Z Twoich narodów wszystkiego języka
Głos sobieś stworzył uwielbień i chwały,
Tonem mów wszystkich brzmi niebios muzyka
Dźwiękiem wszechświata brzmi niebios gmach cały!
A ja mą mową ojczystą wzgardziłem:
Przeciwko Tobie, Boże mój, zgrzeszyłem!

Przeciwko tobie, zgrzeszyłem, mój ojcze!
Bo pohańbiłem święte twoje imię,
Bom podniósł ostrze pogardy zabójcze,
By niem wytępić własne swoje plemię!
Ja się mej mowy ojczystej wstydziłem:
Przeciwko tobie, ojcze mój, zgrzeszyłem!

Jam twej krwi cząstką, cząstką twego ciała,
Ale stargałem węzły pokrewieństwa,
Bowiem krew moja przeciw twej powstała;
I jam polskiego związki społeczeństwa
Zerwał, bowiem go zgubić zamyśliłem:
Przeciwko tobie, ojcze mój, zgrzeszyłem!

Lepiej być sługą chociażby najmniejszym
W domu ojcowskim, gdzie jest chleba dosyć,

Jak być w obczyźnie panem najprzedniejszym
I służąc podle, łaski wrogów prosić!
I jam był takim — lecz oto wróciłem: —
Przeciwko tobie, mój ojcze, zgrzeszyłem!

A kiedy wrócił syn twój marnotrawny,
Co się w obczyźnie dał w podłą usługę,
Racz go powrócić w stan godności dawnej,
Lub go przynajmniej chciej przyjąć za sługę,
A będzie służyć wiernie i wytrwale
Ku Bożej chwale i ku twojej chwale!

Czule uściskał ojciec swoję stratę
I pocałunek na mym czole złożył;
A potem wyniósł ową przednią szatę
I pierścień złoty na mą rękę włożył.
Szata i pierścień: znak łaski ojcowskiej
I przywróconej godności synowskiej.

A tak stanąłem w tej ojcowskiej szacie
I z tym ojcowskim na ręce pierścieniem
Do wiernej, naszej narodowej pracy!
Stanąłem z cichem i skromnem życzeniem,
Że dla zachęty, kochani rodacy,
Sąd pobłażliwy o niej mi wydacie.





Przypisy

  1. Nordmark, stowarzyszenie wszechniemieckie, pracujące nad germanizacyą Śląska, a opierające się o związki wszechniemieckie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kubisz.