Sybaryta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Sybaryta
Pochodzenie Mój świat
Pieśni na gęśliczkach i malowanki na szkle
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wydania 1926
Druk Zakłady Graficzne Instytutu Wydawn. „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SYBARYTA

Znałem starego księżunia, —
Emeryt to był prawdziwy, —
Nie posiał go obcy Pan Bóg,
Wśród naszej kiełkował niwy.

Urodził się w chłopskiej chałupie,
Zamłodu pasał krowy,
A kiedy urósł, już z niego
Filozof był całkiem gotowy.

Rodziciel jego zwykł mawiać:
„Juścić, że u nas jest nędza,
Ale ten nędzy nie zazna,
Kto w swoim rodzie ma księdza“.

I wysłał chłopaka do szkoły,
A iżby postęp był szybki,
Zachodził nieraz do miasta,
Niosąc potrzebne oscypki.

Raz nawet rozsierdził się stary:
„Ha, wyniesiecie stąd trupa,
Jeżeli osełką masła
Nie zjednam sobie biskupa“.

Taka to była młodość
Mojego przyjaciela,
Który w swem całem życiu
Zbytków nie zaznał wiela.


Nic nie pomogły oscypki,
Osełki na nic się zdały,
Nie dostał nigdy probostwa
Wikary posiwiały.

Ale co jemu probostwo,
Martwił się tylko, że ludzie,
A jego bracia rodzeni,
W zbytnim się gubią trudzie.

Czytał gdzieś w jakiś książczynie
O jakimś sybarycie
I lubił swe sprawy załatwiać
Na polu, w owsie lub życie.

„Nie było też“, mawiał, „mędrca
Większego nad Epikura,
Bo tylko ten żyje długo,
Komu jest bliska natura.“

Krzyczał też nieraz z ambony,
Iż szerzy się chciwość prostacka,
Że ludzie mają moskala,
A chcą pszennego placka.

Sam też zwykł często mawiać,
Patrząc na krągły swój brzuszek,
Że niema godniejszej strawy
Od kilku rumianych jabłuszek:

„Jeno to owoc zbyt drogi,“
Tak ci się gorzko użala,
„Widać, że Pan Bóg niełaskaw
Na sady naszego Podhala.


Nie wiedzieć wcale, dlaczego
Słońce się na nas gniewa,
Jabłko tu nie dojrzeje,
Chodź, jako chcesz, koło drzewa.“

Ta, zda się, była największa
Ze wszystkich trosk emeryta,
O inne dolegliwości
Niedużo, bywało, się pyta.

Do modłów brewiarzowych
Modlitwę dodawał też jedną,
Ażeby się Pan Bóg zlitował
Nad tą krainą biedną.

Ażeby ją darzył nietylko
Owsem, lecz także owocem,
Iżby nie była śród innych
Jakiemś pomiotłem sierocem:

„Przydałoby się i wino,
Potrzebne jest do zbawienia:
Bez wina mszy nie odprawisz,
A bez niej świat w zło się przemienia.

Lecz z winem mniejszy jest kłopot,
Dość mają słoneczne go kraje,
Niedrogie też bywa na Węgrach,
Że jakoś nabyć się daje.

Lecz jabłka nie rosną tak u nas,
Jak w jakimś tam szwabskim Tyrolu.“
To było najgłębszem źródłem
Jego zawiści i bólu.


„To mnie też“, mawiał, „zabije,
Zanim mnie starość nawiedzi.“
Miał wówczas lat dziewięćdziesiąt,
Wiedzą to dobrze sąsiedzi.

Pewnego razu w dzień piękny
Wielkie nieszczęście się stało,
Gdzieś w polu śród owsa znaleźli
Martwe staruszka ciało.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.