Przejdź do zawartości

Swój świat

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Swój świat
Pochodzenie W zamyśleniu
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1923
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


SWÓJ ŚWIAT.



 Miały zginąć.
 Powoli kłoniły swe szlachetne, białe, purpurowo-płomienne główki ku ziemi. I ginęły. Mimo starań — ginęły. Patrzyłam na nie przez moje okno z żalem. Pielęgnowałam je tak starannie. Były moją chlubą te begonje o motylich dużych skrzydłach. Obramowane zielenią ruty, okryte płotem ziemnych tuij, miały w sobie wdzięk i siłę barw niezrównanych. Witały mnie, pokryte perłami rosy, a w srebrze księżycowem rozmadlały się jakimś hymnem dla mnie zrozumiałym. I choć nie strzelały w górę wyniosłością linij, przecież miały w sobie Pychę królewien milczących i w milczeniu tem wspaniałych.
 I ginęły.

............................................

 Powiedziano mi, ażeby ze względu na żar słoneczny pozostawić dokoła tych begonij narastające zielsko. „To da im trochę cienia“. Usłuchałam. Kołtuńska brzydota lebiody i ironiczna kłująca szpetność skrzepu zjawiła się bezkarnie w kląbie. Cień padał...
 I moje płomienne, pełne żaru i barwy begonje zaczęły schnąć.
 Co więcej, cień ten, jaki zaczęło rzucać coraz bujniej, coraz silniej rozrastające się zielsko, głuszył barwę królewskich szat, kładł się na płomienną purpurę bezczelnie i butnie. Były chwile, że przez moje okno nie widziałem już mych begonij.
 I zdobyłam się na czyn heroiczny.
 Jednego ranka wyrwałemwyrwałam wszystkie kołtuńskie chwasty precz.
 I delikatne a królewskie moje kwiaty zabłysły znów w słońcu i z dniem każdym wracały do swej pierwotnej, wielkiej piękności.
 I znów modliły się w srebrze księżyca. I miały wdzięk i dumę królewien odosobnionych od tłumu, które nie znoszą tych „potrzebnych towarów“, mających im rzekomo uratować życie cieniem swoim a właściwie dławiącym je i sprowadzającym do gromady chwastów, wytwarzających banalną, prostaczą zieleń.

............................................

 Begonie moje były tak jak te bohaterki Miss Burney.
 Te damy ginęły z pragnienia, ponieważ nie chciały zażądać szklanki wody. Wydawało się im bowiem to żądanie pospolitością.
 Begonie moje nie chciały cienia i świeżości od pospolitych chwastów.
 Wolą cierpieć od słońca.
 Jak żyć, uratowane wulgarnym odruchem tłumu.
 Begonie moje bowiem nie tylko są królewsko odziane i mają na sobie barwę purpury, stojącej Profane Love Tycyana, lecz one są dumne i kontaktu z zielskiem nie znoszą.
 A duma ich, woląca śmierć dostojną nad życie w tłumie, graniczy z Pychą.
 I ma wskutek tego coś w sobie Archanielskiego.

............................................

 A no — tak.
 Bo Archaniołowie są pyszni. Podobno tylko Szatani unieśli ze sobą ten płomień wielkiej namiętności w chwili wygnania z niebios. Ale według mnie, Archaniołowie są najzupełniej równi w pysze Szatanom, co tylko podnosi ich silę i majestat do wielkiej potęgi.
 Talmud mówi nader poetycznie, iż Bóg stworzył dwadzieścia sześć tysięcy Aniołów, aby czuwały nad roślinami. Jestem przekonana, że nad mojemi królewskiemi begonjami czuwały nie zwyczajne, dobroduszne, pucołowate aniołki Belliniego, ale płomienne Archanioły dumne i nieprzystępne, o wargach trochę wydętych i tych ciężkich powiekach Madonny Baptysta Tiepolo.
 Archaniołowie ci mieli w sobie całe zbiorowisko Pychy i złoto ich skrzydeł tworzyło dokoła nich jakoby samotne trony o baldachimach, drgających tęczą poświaty słonecznej.
 I dlatego byli cudni, wielcy, niedostępni i z taką wzgardą patrzyli na rosnące radośnie i bezczelnie kołtuńskie zielsko. Stóp ich nagich a białych jak kość słoniowa nie dotykała czereda drobnych prawd.
 I nic znali SzoppenhauerowskiejSzopenhauerowskiej „zbytecznej dobroci“.

............................................

 Nie.
 Oni byli wyniośli i to zachwaszczenie królewskich kwiatów uważali jako konieczną walkę dla poznania piękna niebezpieczeństw. Wiedzieli, że wreszcie purpura odzyska swe prawa i w niej odbije się żar potęgi słonecznej. Kwiaty, dla których oni byli stworzeni przez Jehowę, przyszły jakby przez szesnastodniową burzę Don Juana i wydobyły się z cienia dobroczynnego na morderczą spiekotę, nie uroniwszy nic ze swej dumy i pychy.
 Archanielską bowiem pychą tchną ich dusze.
 Esencją pychy są bowiem ich archanielscy stróże.

............................................

 Jakże to?
 Pycha podobno grzech główny...
 Złudzenie!
 Główna cnota.
 Bez pychy świat cały byłby nicością. Wszak my jesteśmy sami wytworem pychy twórczej siły.
 Weźmy ten ociekły krwią i rozpaczą sonet Żuławskiego.
 Czem w nim jesteśmy?
 „Dzieci nieszczęścia, syny prochu, ziemi
 Które dla swej igraszki stworzyła Twa pycha“...
 Kto więc nie ma w sobie właściwości siły pratwórczej, zatracił je po drodze i nie jest już tą doskonałością godną do jak najszybszego stopienia się w Boskość, to jest w swą piewotnąpierwotną formę. Archaniołowie powstali z tchnienia Boga. Demony, strącone za Pychę, są to Archaniołowie zbuntowani. Nie mogli oni wytworzyć części składowej swego ducha. Musieli ją mieć w tem tchnieniu, z którego powstali.
 Znaczy się.
 Pycha jest składową częścią Bóstwa a nie może składać się z niedoskonałości, zatem pycha jest doskonałością.
 I cnotą.

............................................

 Pyszne są cudownie zwierzęta, które nie chcą poniżać się do zbliżenia do niższej rasy i ze wzgardą odchodzą. Pyszne są kwiaty, ginące w kontakcie chwastu. Tylko ludzie, niewiadomo dlaczego, zdzierają ze siebie purpurę i koronę i wołają wielkim głosem:
 — Pokora!... pokora!...
 A nawet jest ukuty odpowiednio objaw mądrości narodów:
 — „Pokora niebiosa przebija!“.
 Hm!... pięknie. Ale lepiej do niebios wyjechać na złotym rydwanie, przy odgłosie srebrnych trąb pychy — jak pokornie wcisnąć siesię jakąś dziurą, wygrzebaną z pokornem skomleniem.
 A gdyby brama została zawarta — to lepiej trzasnąć z bicza, zawrócić rydwanem i odjechać.
 Choć należy wątpić. Królewski bowiem płaszcz Pychy jest jedną więcej Pięknością, którą nam z niebios siła twórcza ze swej największej Piękności udzieliła.
 Więc raczej powinna nam właśnie bramy niebios otworzyć.
 Odnosimy bowiem skarb, który nam tylko powierzony został.

............................................

 Bosko dumny był Napoleon, ale i bosko dumną była dusza hiszpańskiego narodu, który jeden ze wszystkich narodów oparł się pysze Napoleona. Pycha Hiszpanów jest, jak mówi Beyle — dziką. I w tej cnocie ludzkiej zachowała się zdaje się właśnie piękność prymitywnej dzikiej natury żywych tworów świata. Trudno bowiem sobie wyobrazić bezmiar pychy Kacyka, lwa, dęba stawiającego czoło rozszalałej burzy i walącym piorunom. Równa im może być także pycha monarchy, idącego wprost anarchisty, pod którego płaszczem zaznacza się bomba, lub duma księżnej Luksemburg, obwołującej głośno nazwiska swoich stu kochanków wobec gorszącej się dokoła rzeszy świętoszków.
 Są to pychy w stylu prostym — i te są prawdziwie majestatyczne i dostojne.

............................................

 Pyszny człowiek mieszka w takim pałacu, jaki był w Eldorado Voltaire’a. Zdaje się wymawiać wytwornym gestem, jeżeli wpuszcza do wnętrza swej orlej siedziby.
 — Darujcie, że drzwi są tylko ze złota, a mury tylko ze srebra — przedsionek tylko z rubinów i szmaragdów....
 Ma bowiem w sobie pychę Don Kiszota połączoną razem z grzecznością. Tylko Szanszo Pansza jest dumny brutalnie i krzykliwie. Dla Don Kiszota była pycha — obowiązkiem. Wykonywał go ściśle względem siebiesiebie. I dlatego choć pławił się między ludźmi — był samotny.
 Stendhal mówi nieprawdę, albo zwyczajny paradoks, twierdząc, iż — ten, który mieszka na wyżynach, nie zdobędzie charakteru. Bo według Stendhala wszystko się zdobywa w samotności, tylko nie charakter. Według mnie, właśnie tylko na wyżynach zmaga się człowiek ze sobą — ociosuje tę skorupę, jaką społeczeństwo i warunki egzystencji na niego nalepiły i jak klejnot najczystszy wydobywa wreszcie swą własną indywidualność.
 A ten — kto ją posiadł, odczuł i zrozumiał, mocarny jest nadewszystko. Skarbiec jego jest pełny i lampa jego płonie doskonałym, równym blaskiem. Może więc być pysznym i niedostępnym. I może już powiedzieć:
 — Ja mam swój świat.
 Bo taki człowiek nie jest z tego londyńskiego zbiorowiska samotników, pławiących się w arystokratycznej (a więc bezprzyczynowej) pysze — i kończących na smutnem, wieczornem pijaństwie, on wie — dlaczego jest pysznym.
 Bo nie chodzi w ciemnościach i zgiełku ogólnym.
 Nie jest tym wygnanym z nieba Demonem, któremu zostało pragnienie Pychy, a nie starczy mu sił.
 Ale jest tym, który już wstąpił na tron, okuty z brył zniesionych na własnych wolą rozpiętych skrzydłach. I rozparłszy się na tym tronie, może rzucić ze wzgardą:
 Ja mam swój świat.

............................................

 Ten — „swój świat“ nie jest do zanalizowania, ani do zrozumienia nawet dla drugiego królewskiego samotnika, który także zapalił swą wiecznotrwałą i nigdy nie gasnącą już lampę duchową. To jest swój świat!

............................................

 I miały ten swój świat odrębnego indywidualizmu, te swoje begonje, które wolą umrzeć w słońcu, jak żyć w tłumie chwastów i zielska.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.