Surowy jedwab/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Tytuł Surowy jedwab
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1932
Druk „Monolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MARJA PAWLIKOWSKA
SUROWY
JEDWAB
WARSZAWA 1932
NAKŁADEM KSIĘGARNI F. HOESICKA



LECHONIOWI
OFIAROWUJĘ

Druk. „Monolit“, Warszawa, Ogrodowa 1, Tel. 701-92.


CZARNY PORTRET

Madonno hebanowa o dwóch pręgach na twarzy:
nazbyt pięknym był owal twój święty.
Za nas wszystkie piękności policzek twój się żarzy,
nienawistnie pocięty — — —

I żadne serca złote, srebrne, platynowe,
żywe czy z drogich kamieni.
nie ukoją, nie uciszą zdumienia,
które się w oczach twych mieni...




BRATKI

Gromadą bratków z głębi cmentarza
wschodzą umarli,
strojni w kolory które trumiennym
sukniom wydarli.

Karmią się słońcem, łzami o zmroku,
rosą nad ranem —
jeszcze grymasem niedawnej śmierci
powykrzywiani.




KAMIENICE
I

Kominy: wieże krótkie, dymiące, bez wiary — — —
Rynny: przewlekłe blachy w których czas się pluszcze
i balkon: smętne gniazdo dla chorych i starych,
wyścielone wilgocią, przystrojone bluszczem.

W podwórku, nędznym cyrku katarynek, śpiewów,
chorych papug, ciągnących szczęśliwe numera,
śpiewak z bożej niełaski, schyla się bez gniewu,
i grosz odczepny w bruku jak pieczarki zbiera.

Na gankach krzywi żydzi z worami się wloką,
jęczą: handel! i kaszlą w zzieleniałej sieni.
— Noc latarnię księżyca podnosi wysoko
i świeci w martwe oczy nieboskich kamienic.



II

Wśród tych myśli zwapniałych,
tych sfinksów bez głowy,
wiosna niepostrzeżenie jawi się i znika,
deszczem się tylko znacząc,
ciężkim, jowiszowym,
którego złoto chłoną cytryny śmietnika.



III.

Jaskółki kreślą w locie
wiolinowe klucze,
nietoperz — klucz basowy.
Brzmi muzyka miasta.
Niebo, róża zachodu, krwawa i pierzasta
zrzuca płatek w kałużę
i z barwy go płucze.



IV

Raz na najwyższym ganku, w pełnem słońcu, siadła
dziewczyna jak Zuzanna w słonecznej kąpieli.
Blask jej odbiły oczu pokątne zwierciadła
Promień obleciał mury. Ludzie się zdumieli.

Migotały spojrzenia nieśmiałe, zawiłe,
trzech pięter jak trzech starców, wśród zgorszenia troski,
gdy ona trwała dalej, obrócona tyłem
do słońca co ją w uścisk pochwyciło boski.




O GWIAZDECZKO COŚ BŁYSZCZAŁA

O gwiazdeczko coś błyszczała,
wieczór zdobiąc i firmament!
— Płyną chmury w groźnych zwałach,
i zagasłaś już na amen.

Zwróć kochanko coś płakała,
piękną głowę w stronę nowiu:
o gwiazdeczko coś błyszczała!! — —
Błyśniesz jeszcze, zgaśniesz znowu.




I ANI LILJI WODNEJ

I ani lilji wodnej aby się uchwycić,
w wielkiem jeziorze nieba
w którem serce tonie....
Któż mi przyszłość wywróży
z lotu samolotów,
grających na nieboskłonie?
Jaskółki tulą wieści z różanych poddaszy
do haub pięknych pilotów
szarpiących obłoki.
Zmierzch idzie, za górami
milkną głosy maszyn,
noc nakłada żałobę,
niewiadomo po kim.....




OCZEKIWANIE

Z brzegu powietrza, jak z bretońskiej landy
patrzę w przestworza nieba — oceanu,
gdzie mój jedyny rozwiesza girlandy
krętych loopingów,
śmiałych immelmanów.
Czekam z modlitwą na tęskniących landach
aż zalśni księżyc, powietrzna Islandja.




CZEMU W NIEBO SPOGLĄDASZ

Czemu w niebo spoglądasz, dziewczyno,
przechylona wstecz trzcinowem ciałem?
Oczy Wenus masz dzisiaj, marmurowe migdały....
Ktoś cię odszedł, czy ktoś cię minął?
Biała i położona na kołnierzu z lutrów,
w obłokach szukasz czego,
czy lustra?




SYPIALNIA

Sypialnią jesteś, malowaną w tęcze,
niebo banalne,
małżeński plafonie!
Wielka sypialnia,
i serca szalone!
Samolot komar
w mrocznym kącie brzęczy.....




DO CHOREGO

Idź na śmietnik, odpocznij wśród zgniłej kapusty,
weź w rękę ciemne jabłko, w szarobiałe pryszcze,
przypatrz się starej kości wyżartej i pustej
do której smętek usta przykłada i świszcze.

Daj się deszczom rozkwasić, rozebrać na części,
listopadową pracą, wśród spleśniałych cytryn.
Pies przyjdzie cię obwąchać, bo niemasz już pięści — —
zgniłą gazetę z ręki wiatr wyrwie ci chytry.

Twoje łóżko w lecznicy, gdzie ległeś ochoczo,
to bagno, w które wlany bezsilnie się babrzesz.
A śniło ci się pole, gdzie się rosy toczą,
jak termometr rozbity na maku i chabrze!

Małe serca wiewiórek chodzą jak zegarki,
w najbezpieczniejszem tempie słodkiego allegra.
Dlaczego serce twoje puka jak telegraf,
a życie w tobie słabym pali się ogarkiem?

Wspomnij na siłę dębu, na rycerskość ostu,
na czyste oczy sarny, na zdrową malinę — — —
A przecież świat jest w tobie! Coraminę odsuń!
Pies chrapie pod twem łóżkiem — wypluj Adalinę!

Nie wstyd ci gdy, bezsilny, przyjmujesz wizyty,

gdy chodzą wkoło ciebie jak wokoło jaja,
kiedy — radża szpitalny — blady i umyty,
leżysz, a dłoń kobieca w bańki cię przystraja?

Nie wiesz że tylko duma potrafi uleczyć
i chcesz ziółek wykrztuśnych i ruszyć się nie śmiesz,
więc gałganiarz haczykiem poszturcha cię w plecy
i użali się ciebie zadumany śmietnik.

Albo wstawaj i okno otwieraj na rozścież!
Pielęgniarkę chwyć w uścisk, by z krzykiem uciekła.
Lekarstwo, cenne kłamstwo, wylej, tup i złość się,
niech chlupnie w kącie flaszka gumowa i ciepła!

Tyś maszyną, lecz również i jej mechanikiem —
— Pchnij go więc do roboty, niech zakasze ręce,
i niech naprawia kluczem, dłutem i pilnikiem —
a ty wypręż ramiona — żyj i nie grzesz więcej!




TURKOT ŚWITU

Firmament ostygł w swej grozie,
zszarzał i zbrzydł — — —
Na turkoczącym wozie
z daleka przyjeżdża
świt...




DO MIĘSOŻERCÓW

Dla nich ryby skrzelami pracują w szafliku,
mając na ustach ciszę i krwawiące rany.
Dla nich kuchnia rozbrzmiewa od wrzasku i krzyku
gardzieli podrzynanych i szyj ukręcanych.

Oni to piją grozę z krwią zabitej kaczki
i warzą głowy dzieci: — zadziwionych cieląt.
Wypruwają wnętrzności, krzycząc: flaczki, flaczki,
i jedzą je w niedzielę z rodziną się dzieląc.

Lubią wody na smaku bezradnych piszczeli,
wszechzwierzęce girlandy cynicznej kiełbasy,
krwawe raki z piekielnej wyjęte kąpieli
i baraniego ciała bronzowe atłasy.

Rozsmarowują trupy na niewinnym chlebie,
obwąchują zająca czy aby dość skruszał,
z martwym ozorem w zębach czują się jak w niebie,
i do cudzego mózgu śmieje im się dusza.

Pożerają, dymiący jak nowe cmentarze
te stroskane przystawki, te gorzkie potrawy —
Karki im nabrzmiewają, obwisają twarze,
na których śmieszek hjeny zakwita, trupawy.

Po pięknookiej sarnie nie noszą żałoby,

ale źrą ją na stypie, w dzień pogrzebu radcy,
i zezują miłośnie do gęsiej wątroby
bujni brzuchem jedynie, a łysiną gładcy,
a twardzi tylko sercem — i w całej stolicy
głośni — ale mlaskaniem, smętni biesiadnicy.




POTWÓR

Nous sommes les Soeurs Siamoises
du Luna Parc....
Cały ciężar istnienia musiał spaść jak raz
na wątłość naszych białych bark.
Natura, splatając pnie drzew
szalejąc bujnością wiosny,
spłodziła myślący krzew,
igraszkę o brwiach żałosnych — —

— Mesdemoiselles Margueritte et Mary —
przerażający dziwoląg:
Nóg, oczu i rąk po cztery,
wspólna talja, dwa serca złączone niedolą.

Płoniemy wstydu rumieńcem,
który róż z pudrem przesłania,
gdy na nas patrzą młodzieńcy
godni kochania.

Mamy mężów którzy tańczą z nami
monstrualnego fox-trotta.
Piekło wciąga nas całe, po loki ze złota,
gdy we czworo zostajemy sami.

W cynicznych tonąc uściskach,

do gwiazd w oknie mrugamy skrycie,
i daleka odpowiedź błyska:
„Straszne jest życie!“

Czasem kaszle Margueritte. Nie lubię,
gdy płuc skargą wybucha namiętną.
Chwytam jej rękę w przegubie
i liczę tętno.

Jej gorączka podnosi i moją ciepłotę,
a mój krzyk będzie echem jej krzyku,
gdy otworzą się przed nią drzwi złote
niebieskiego Panopticum.

Dzięki Bogu jestem jeszcze zdrowa,
ale ona ma bronchitis i anemję...
jeśli zechce opuścić tę ziemię,
to jej trumna będzie kwadratowa.

O ile nie zaprzeda nas ojciec lub matka
do muzeum dziwolągów wszelkich ras.
Tam, za szybą, wychylimy kielich do ostatka,
my, zawstydzony szkielet:
— Les Soeurs Siamoises —




Drogiemu Panu BOYOWI-Żeleńskiemu.
MATKA NATURA

Matka Natura wchodzi — babsko tęgie, dziwne,
uśmiechnięte jak Budda, jak lis i Gioconda.
Siada ciężko w fotelu, patrzy na godzinę,
na pokój i na meble ciekawie spogląda.

Będzie ją ktoś z zebranych błagał na kolanach,
otoczą ją lekarze w płóciennych fartuchach,
lecz ona milczeć będzie od rana do rana,
na jęk młodej pierwiastki nieodparcie głucha.

Starszej pani płaczącej spojrzy poprzez ramię
w kąt, gdzie czeka od wczoraj stęskniona kołyska,
poczem oprze się łokciem na okiennej ramię,
by posłuchać jak słowik serce w niebo ciska.

Ze spojrzeniem poczciwem, choć trochę nieszczerem,
zakasze wreszcie ręce, do pracy nieskore, —
i wśród perfum i potu, zmieszanych z eterem,
zaśnie nagle w fotelu, wcielenie przekory.

Aż gdy krzyk w białych murach rozpryśnie się echem,
gdy padną słowa: maska, chloroform i kleszcze,
— ruszy się pra-położna. Pomoże z pośpiechem,
bo i kotka w ogrodzie czeka na nią jeszcze...


MĄDRY I GŁUPI

Mędrcy zawiedli nas bardzo. Ograniczony jest rozum.
Lecz jego brak zasadniczy jest jak noc gwiezdna, bez granic.
Mój głupi milczy o wszystkiem jak milczą kwiaty pachnące
i jest wysmukły jak jeleń, a w oczach ma uśmiech życia.

Jedynie milczące usta umieją mówić dotknięciem....
Przy egzaminie miłości mędrzec najczęściej przepada.
Słowami kaleczy nędznie miłosny sekret przyrody,
cytuje rzeczy czytane, zepsute zęby wyszczerza.

Mój głupi, nieoczytany — gdy westchnie — to wiosna wzdycha,
gdy taśmą zębów zabłyśnie — skaczą światełka po ścianie.
Intelekt nie zmózdrzył jeszcze pachnących, złocistych tkanek
sandałowego posągu, który nie czytał Bergsona.

Mam w rękach ciało strumienia, pień drzewa, brzemię owoców.
Przyroda z kapryśną łaską w ramionach tuli mnie krągłych.
Całując jej piękną skórę jestem sarniątkiem pod łanią,
i tu do prawdy powracam po głupich z mędrcem rozmowach.

Mądry wyłysiał nad książką. Tego mu nikt nie powróci.
Idzie od ignorabimus, zgarbiony, do ignoramus.
Obok są tory zielone. Tam głupi konno przejeżdża,
a włosy jego ze słońcem igrają jak równy z równym.

Pożółkły jak nieśmiertelnik, szeleszcząc kartami książek,

załamał się wśród zagadnień, bezradnie zakaszlał mędrzec — —
Jęknął z miłości mój głupi — odpowiedziały mu koty,
gwiazdy przez niebo przemknęły jak ptaki, jedna za drugą...




JELEŃ

Helenie Bołoz Antoniewiczowej

Jeleniu, na mój widok serce ci zabiło.
Pośpiesznie skręcasz na bok,
w zielone zaułki,
wskroś gałęzi, gałęźną unosząc koronę.
Wiatr zaszemrał, dąb czoło mgłą zakrył jak togą,
w zegarze buka pękła sprężyna kukułki...
A to nie śmierć, jeleniu,
z okiem przymrużonem,
z błyskiem lufy pod szyją.
To siostra, to miłość,
ktoś tak żywy, tak prosty, że mógłby być tobą — — —
z takiem światłem w źrenicach,
z głową tak wzniesioną
żeby go jak i ciebie chętnie zastrzelono.




SEN I PRZEBUDZENIE

Serce moje straciło pół wagi
w czarnej kąpieli...
Przyszło kilku aniołów półnagich — —
miłość ze mnie jak suknię zdjęli.

Kurczę się, ściemniam, zmieniam,
układem, jak groch w łupinie —
zapominam własnego imienia
i czas mi przez głowę płynie.

Przyczepiona jak bańka do sennych porostów,
bezpiecznie żyję w niebycie.
Zapominam poprostu
że jest życie.

Powinnam pozostać raczej
w tym świecie sinym!
bo na powierzchni płaczę,
jak Mojżesz w koszu z wikliny.

Budzę się jak się budzi domniemany nieboszczyk,
z przebudzenia szczęśliwy i dumny,
zanim się nagle zatroszczy,
uderzywszy o ścianę trumny.




SREBRZYSTA LILJA BURBONSKA

Srebrzysta lilja burbońska
u końca każdej gałęzi,
wznosi się dumnie ku niebu,
zanim się w zieleń rozpręży.

Powietrze jest dziś jak powieść —
— żółta, z zerwaną opaską.

Wiosna przelewa sok życia
z Paryża w ławkę warszawską,
gdzie, twarz zasłaniając twarzą,
wieńczą się wpół ramionami...
— W Bulońskim Lesie, o zmroku,
widziałam ich — to ci sami.




JABŁKO

Gdy przekrojony melon półmiskiem złocistym
przycisnął siwe złoże niespokojnych śliwek,
które refleksem nieba lśnią mimo sufitu —
wino, jak grono piersi posążku Cybeli,
nie mieszcząc się, przez koszyk przesypało wdzięki — —
w liściach błysnęły noże, jak ukryte żmije —
i stoczyło się na stół jabłko promieniste,
jabłko, pierworodnego może warte grzechu; —
nowego gniewu niebios i nowego świata.




DRZEWO GENEALOGICZNE

Wiem żeś ojczyzną moją, o morze prześliczne!
Jak krew mi własna szumi twoja głąb trawiasta.
Moje drzewo genealogiczne
koralem z dna twojego tajemnie wyrasta.

Mój srebrnołuski ogon rozdzielono cięciem —
w słońcu ogniem zawrzałam i ginę z pragnienia.
Boli mnie kontakt z ziemią, najlżejsze stąpnięcie,
jak wodnicę niemowę z bajki Andersena.

Dlatego silna fala porywa mnie każda,
dlatego pragnę głębi, powagi, swobody —
A na wieczną pamiątkę rodzinnego gniazda
z oczu płyną mi strugi słonej morskiej wody.




ŁZY

Podaj mi płaszcz — — — deszcz pada....
koniec z pogodą, niestety....
To nie deszcz? nie, to łzy spadły
z jakiejś dalekiej planety....




SEN I POCAŁUNEK

Śnie, okręcie jak indyk rozdęty w sto żagli,
włóczęgo ty bez flagi,
widziadło z akwafort — !
Gdyś dął żaglami w nonsens — rozbiłeś się nagle
o usta, nachylone
koralową rafą.




MORZE W DZIEŃ POCHMURNY

Dal szczotkowana bronzową ulewą,
fale w baranich runach,
i łódź
przerzucana na prawo i lewo,
przez grające muskuły
Neptuna.




JESIEŃ

Zardzewiałe róże jesieni
patrzą w przestrzeń białą od deszczu —
deszcz niebo przyszywa do ziemi
tysiącem ściegów i dreszczów. —

I wszystko psuje się, paczy,
cieknie, zgnilizną broczy
lecz nie na zawsze, z rozpaczy —
ale na krótko, z rozkoszy.




KOBIETA Z CYRKU

Zębami trzymając się sznura,
wyprężona, tęskniąca niewiadomo za czem,
jest jak gołębica w chmurach,
rozpostarta




∗             ∗

Magnolje chylą na bok ciężar białych twarzy — — —
Nie mówmy dziś o śmierci,
gdy świat się rozmarzył.
Na ławkę pod drzewami spadła kwiatów wiecha — — —
Nie mówmy dziś o życiu,
gdy śmierć się uśmiecha.




AKACJE

Z gęstwy białych akacji
jakby z dusznej stacji,
wagony otumanień
w różne jadą strony.
W górze szarzeje księżyc —
wisi, zasuszony,
jak mucha, rozhuśtana
w sieciach grawitacji.




NOC LETNIA

Gwiazdy zdwoiły pracę,
szepcąc ziemi:
Nie bój się, nie bój — — —
i ziemia się na wznak obraca
kwiatami
ku niebu.




BUKI

Jeżyny, pajęczyny,
puszczają z niechęcią
w cień, gdzie wznoszą się buków nubijskie nagości,
o ramionach wzniesionych. Na ich wniebowzięciu
bransolety słoneczne skuwa pilny dzięcioł.




NA TARASIE

Krzesła krzyżują nogi,
czekając cierpliwie —
powolniejszy niż ślimak,
pnie się kwiat po kracie.
Słońce zbiera z obrusa fjolety żarliwe,
i obraca promieniem w gorącej herbacie.




KOTWICA

Kotwico! o nadziejo!
dna więcej nie sięgniesz!
Rdzewiej, puste objęcia zakrzywiając chciwie!
Żagiel i żeglarz jego,
na olejnej niwie,
wygnani, gorzką radość
w każdem czują ścięgnie.




∗             ∗

Tobie prawdy nie powiem,
ale zato morzu,
ale wichrom lecącym w dalekie rozboje,
ale mgłom,
kiedy ranne zdejmują zawoje
z namiętnej twarzy świata,
podobnej do mojej.




MIŁOŚĆ

W dłoniach czuje usta, jak ćwieki —
leży, zależna od jutra,
zespolona z ziemią na wieki,
pocałunkiem
twardym jak mutra.




MIŁOŚĆ

Troski, złe oko, zgryzoty,
odpędzić możesz koralem,
wersetem na krążku złotym,
zębem bawoła czy zębu.
Cierpieć nie musi się wcale —
turkusem obronisz się niebu.




AKROBACJE GĄSIENICY

Gąsienica
zgina się i klęczy
na dzikiem winem obrosłej poręczy.
Przez twardym włosem zjeżone obręcze
własnego ciała,
przepycha się, przemyca
z trudu zzieleniała...




KSIĘŻYC

Akacja na ruchliwych palcach liści liczy
ilu ludzi przeżyła. Okna błyszczą złotem.
Na klombie krążą wkoło psy, cienie i strachy,
ku zabawie trzech w oknie liljowych obliczy.
W obłokach stara kwarta z wyszczerbionej blachy,
leje światło słoneczne, zmieszane z blekotem.




CIĘŻARNA

Egzotycznaś, ty, matko,
objuczona ciężarem,
spotykana dziś rzadko,
dzikim owiana żarem.

Cywilizacji obca,
murzyńskie wznosisz łono.
Z ponad żywego kopca
twarzą kwitniesz zmienioną.

Golić powinnaś brwi twe,
być od szkiełek tęczowa,
i łona złotą tykwę
powinnaś tatuować — — —

Mów, czy wymieniasz złoto
na koralików sieczkę,
czy dasz życie z ochotą
za żyjącą laleczkę?

Wśród miasta jesteś zgrzytem,
przeczysz gorączce ruchu —
a zdobiłby cię przytem
kościany talerz w uchu.

Czasem z zarośli zdarzeń

wyjrzy strach — — — już go niema.
To pstra maska przerażeń
zębatego totema.

Ku tobie z polskiej łąki
wybiegnąć mogą lwice,
a najrzewniejsze dzwonki
szeleszczą jak w Afryce.

Jesteś prosta, upalna — — —
stoisz pośród uśmiechów,
pośród spojrzeń — jak palma
obwisła od orzechów.

I jak w gnieździe z listowia
miłosne huśtasz brzemię,
ty, co pod sercem chowasz
pigmeja, który drzemie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.