Przejdź do zawartości

Strona:Zupelny zbior pism Adama Pluga Serya 2 tomow szesc.pdf/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

A był to dzień pamiętny w dziejach naszej ojczyzny, dzień wielkiej chwały i tryumfu dzielnych polskich zastępów, które pod wodzą Stefana Czarnieckiego rozgromiły przeważne siły nieprzyjacielskie.
Lecz dla mojego rodu stał się on dniem wielkiej żałożci; bo mój prapradziad, ów jubilat sędziwy, z młodym zapałem w najgorętszy się ogień rzucając, ugodzony strzałem smiertelnym, zbyt drogo bohaterstwo swoje okupił. Krwią zbroczonego synowie i dworzanie wzięli z pobojowiska i tego jeszcze wieczora, na wpół żywego, odnieśli do domu, który się wielkim płaczem napełnił.
Cała rodzina z miłością niewymówną skupiła się przy łożu bohaterskiego starca, który luboć blizki już śmierci, miał wszelakoż całą przytomność i swobodę umysłu, a nawet błogi uśmiech na twarzy. Kiedy go rozdziewano, aby rany opatrzyć, nagle spójrzał po sobie i aż zadrżał z radości, znalazłszy bukiet swój ślubny krwią zbryzgany na piersiach. Zerwał go, a podając najmłodszemu synowi, temu właśnie, którego w dniu tym śluby święcono:
„Weź! — rzekł — te myrty! posadź je i pielęgnuj starannie na wieczystą w rodzie swoim pamiątkę! Przyjmą się pewno, przeżyją, bo krew moja serdeczna część mojego życia w nie wlała, i nie zbluźnię, gdy powiem, poświęciła je uroczyście. Niechże się krzewią, niech się rozmnażają w potomne czasy na ślubne wieńce i bukiety