Strona:Zofja Rogoszówna - Pisklęta.djvu/52

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    rem liznąć bosą nóżkę Jędrusia. Kiedy jednak odprowadziła gromadkę do pagórka, z którego zbiegszy traciła z oczu obejście Wojciechów, nagle się zawracała i podkuliwszy ogon, co sił zmiatała ku chałupie. Biedne jej serce było teraz w ustawicznym rozdwojeniu, między uczuciem dla szczeniąt i dzieci. Powróciwszy, spełniała codzienne swoje czynności: karmiła swoje małe, zaganiała kury i kaczki na podwórko, ujrzawszy, że ktoś obcy przechodzi po za płotem, otaczającym obejście Wojciechów, szybko, sobie znaną tylko dziurą wypadała na drogę i zjeżywszy skórę na karku, ujadała, aż jej ślina z mordy ciekła, a białe zęby błyskały ze złości... Wszystko to jednak nie zagłuszało w niej niepokoju o Jędrusia i Marysię, których het tam gospodyni na rozścielonej płachcie ułożyła.
    Wybrała Jagna miejsce w chłódku, położyła obok Marysi flaszeczkę z mlekiem. Róg płachty naciągnęła na główkę, żeby jej słonko nie obudziło. Jędrusiowi poprawiła na główce kapelusik, podwinęła mu koszulinę i związała w duży węzeł na plecach. Potym posadziła go koło Marysi, mówiąc:
    — Siedź se tu Jendruś i pilnuj Marysi, a nie odchodź nikaj, bo cię wowo zje. Naści chlebusia, pojesz se, jak ci się papać zechce, a jakby cię jaka ciucia ujeść chciała, wołaj za mamą i krzycz, to cię mama usłyszy.
    Jędruś szeroko rozwiera oczka, stara się zrozumieć każde mamine słowo. Nie napiera się iść za mamą, będzie pilnował Marysi.
    — Lisia mala — mówi.