Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   93   —

— Michałko.
— Czyj jesteś?
— Księży.
— Byłeś księży, ale będziesz swój własny! — odrzekł Czarniecki.
Lecz Michałko nie słyszał już ostatnich słów, bo z ran, z upływu krwi zachwiał się i padł głową na strzemię wodza.
— Wziąć go, dać mu wszelki starunek. Ja w tem, że na pierwszym sejmie równy on wszystkim waszmościom będzie stanem, jako duszą już dziś równy!
— Godzien tego, godzien! — zakrzyknęła szlachta.
Poczem wzięto Michałka na nosze i zaniesiono do plebanii. Zdawał się nieprzytomny, bo go krew ledwie nie ze wszystkiem uszła, jednak poznał zakrystyana, gdy ten z płaczem do niego przypadł, otworzył oczy i szepnął słabym, jakby leciuchne wionięcie, głosem:
— A pamiętajta, tatulu, oddać panu Czarnieckiemu te kule i fuzye, co my je z jeziorka dostali.
— Oddam, oddam, synku, ino teraz leż spokojnie, aż ci razowego chleba z pajęczyną na rany zładuję. — Potem zaś obrócił się Piotr do czeladzi, która pół izby zaległa, i rzekł, wskazując na Michałka: