Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   79   —

a choć nie słyszał wszystkiego, o czem sołtys z posłańcem gadał, tyla wie, że Czarniecki znowu Szwedów pod Leżajskiem wysiekł.
— Pod Leżajskiem! — krzyknął Michałek — to już blizko od nas, przecie te juchy Szwedy, co ich potopiłem, do Leżajska jechały — zaczął na cały głos wołać z wielkiego ukontentowania, ale go sołtysiak w bok huknął i tem do pomiarkowania przywiódł, bo ludzie właśnie na ten czas po nabożeństwie wysypywać się przed kościół mieli. Więc zmilkł na chwilę stajenny, byłby jednak z miejsca w pole leciał, gdyż szaleńcem zawsze został, choć w ostatnich tygodniach strasznie się górnie nosił i ino z mądrymi a najlepszymi w Rudnikach gadał.
Byłby w pole leciał Michałek, tylko że tymczasem... omamienież to czy prawda? samo pole zdawało się ku niemu iść, takie okrutne wojsko wymaszerowało nagle z za olszyny. Widział już nieraz Michałek oddziały szwedzkie, kiedy w tamtę stronę na Lwów szły, ale takiej ćmy, jaką teraz ujrzał, nawet wystawić sobie nie mógł. Zrozumiał dopiero w tej chwili, co za okrutną potęgę ma pod sobą ten Szwed, który, pobity i cofający się, jeszcze tyle tysięcy żołnierzy wiedzie.
Bo tysiące to szły pieszych, jechały konnych, toczyło się wozów i armat za wojskiem co nie miara, że, jak okiem sięgnąć, gościniec pokryty był mrowiskiem głów, niby fala za fa-