Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   65   —

dzicielom, że im drogę z własnej ochoty poszedł pokazywać. Toż insze paroby krzty tego, co on, nie słyszą ani w bogobojności są chowane, a żaden z nich się nie ważył od koni odejść, jako odszedł ten urwis, ten powsinoga, który stado rzucił, kiedy na niego gwizdnęli, byle lecieć, bez żadnego pomiarkowania będąc, że na zgubę swojej matki-ojczyzny leci.
Tak rozmyślał pan Piotr, po izbie chodząc i raz po raz przystając a nadsłuchując, czy Michałek do domu nie wraca. Bo, choć zakrystyan przyznać tego nie chciał, bał się okrutnie o sierotę po Wojciechu. Wiedział, że Szwedzi za nic sobie mieli płatnąć przez łeb chłopa, gdy im już nie był potrzebny, albo zgoła postronek ukręcić i przewodnika na gałęzi powiesić, żeby nie wydał przed swoimi, gdzie wojsko prowadził. Michałek za oddaną usługę mógł też taki poczęstunek dostać.
— Skąd mu się wzięło w ciemnotę, w bezdróż prowadzić wozy do Leżajska, raz był tam ze mną na odpuście i miałby zaś drogę pamiętać — mruczał zakrystyan.
Przystanął, gdyż wydało mu się, że słyszy stąpanie konia. Wyjrzał przez okno, ale noc ciemna, gwiazdy nawet nie świeciły, to cóż dojrzysz, człeku? Stąpanie jednak było coraz wyraźniejsze, jechał ktoś od olszyn.
— Michałek przecie nie z tamtej strony —