Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   52   —

osobę do bójki wzywając, a potem dumnie skinął na Michałka, konia sobie podać nakazując. Chłopak jakoś bardzo wolno i ostrożnie podprowadził szkapę do ganku, gębę sobie kułakiem zatykając. Musiał urwis nieczyste mieć sumienie, bo, jak tylko obcy nogę w strzemię włożył, on na drabinę, przy domu stojącą, śmignął i z dachu za szwedzkim sługą spoglądał.
Było bo na co patrzeć: ledwie obcy kulbaki dotknął, koń łeb do góry poderwał, zastrzygł uszami, na tylnych nogach przysiadł i, jakby go kiez ukąsił, z taką wściekłością z miejsca ruszył, że w mgnieniu oka płot od podwórza przesadził i pognał prosto do lasu.
— Kolery dostał czy co? gotów łeb o sosnę rozbić — mówił proboszcz, z ganku schodząc i za koniem patrząc, który znikł już na zakręcie drogi.
— Michałek! — zawołał nagle, bo spostrzegł, że chłopak pokłada się na drabinie od okrutnego śmiechu.
— Gadaj prawdę, nie może być, tylko tyś, hultaju, coś temu koniowi zadał.
Chłopak zsunął się z drabiny i do nóg jegomości przypadł.
— Ino tyla wszystkiego grzechu, co mu parę gałązek tarniny i hangrystu pod siodło wściubiłem.
— A jeśli przez twoje psie figle kości połamie i duszę zgubi, to co?