Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   35   —

uboga pasterka Joanna od stada, które pasła, chwyciła miecz, dosiadła konia, wypędziła nieprzyjaciół z ojczyzny, prawowitego zaś króla swego i pana napowrót do jego tronu przywiodła.
Michałek wytrzeszczył oczy na księdza i słuchał, starając się słowa nie zgubić, a trzęsło nim, jakgdyby febrę miał co najtęższą.
— Pasterką była? — zawołał nagle.
— Pasterką, owce na błoniu pasła, kiedy ją duch Boży powołał.
— Owce to nawet nie tyle znaczy, co bydlę, a dopiero koń, i wiadoma rzecz, dziewucha każda słaba jest — rozważał w swojej głowie Michałek, dziwując się opowiadaniu.
Ksiądz wziął tymczasem książkę do ręki, poklepał chłopaka po ramieniu i dodał łaskawie:
— Wracaj do roboty, a pamiętaj, że wszyscy, od najmniejszego dziecka, modlić się powinni o zmiłowanie Boże dla Polski, bo nikt nie zgadnie, czyj pacierz przebłaga gniew Pański i uprosi cud, jak pasterka Joanna uprosić go potrafiła dla swojej ojczyzny.
Od tej rozmowy zmienił się Michałek, jakgdyby kto innego chłopaka na jego miejsce podrzucił. Nie cieszyły sieroty nawet konie, nie gwizdał, na błoniu leżąc, psich figlów całkiem zaniechał, a wciąż tylko rozmyślał o tem, co mu powiedział jegomość, wtedy kiedy w wielkiej żałości u nóg jego szlochał.
— Pasterka, głupia dziewucha sprawiła,