Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   25   —

bli zachciało? — pytał Michałek, a oczy chłopaka błyskały, jak ślepia u kota, kiedy w nocy z przypiecka złazi.
— Juści, że mi się szabli chciało, bo pan Łukasz miał przy boku wielkie szablisko, a ja nic, ino te pańskie toboły, co ich pilnowałem dzień i noc.
— A jakżeście to Szwedowi szablę odebrali, tatulu? — pytał znów Michałek.
Chciał jeszcze coś rzec, ale nie mógł tchu złapać, tak go zatknęło w piersiach na myśl o szabli, bo Piotr dawał mu czasem szwedzkie szablisko, które wisiało nad łóżkiem zakrystyana, przypasać jednak do boku nie pozwalał i zaraz na dawne miejsce wieszał.
— Czekaj, przecie bez pomiarkowania gadać nie będę. Najprzód tedy kiedyśmy z Leżajska wyjechali...
Miał dalej mówić Piotr, ale nagle ozwały się dzwony na nieszpór, i zakrystyan skoczył z przyźby, bo należało kościół otwierać, a potem kapę przyładować i krzesło dla proboszcza przed ołtarzem ustawić.
Michałek podrapał się w głowę, zaturbowany, westchnął ciężko raz i drugi, gdyż zmiarkował zaraz, że już dziś tatula na przyźbę drugi raz nie złapie, nie usłyszy więc o tem, jak to Piotr całą niemal Polskę z południa ku północy przejechał na siwej kobyle, zanim się nad morze dostał, gdzie Szwedzi już ze swych