Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   24   —

— Tak rzekł, a ja, ino to posłyszę, jak nie przypadnę proboszczowi do nóg, jak nie zacznę molestować a szlochać, żeby mnie na wojnę puścił. Napraszał się o to samo pozwoleństwo i twój ojciec, bo trza ci wiedzieć, obaj od maleńkości okrutną mieliśmy do wojaczki ochotę, ale Wojciechowi proboszcz pozwoleństwa nie dał, to doma ostać się musiał.
— A wy poszliście — dopowiedział Michałek, który nieraz słyszał już początek opowiadania i pilno mu było dowiedzieć się dalszych szczegółów wyprawy na Szweda.
— Pewno, że poszliśwa obaj z panem Łukaszem, to jest — poprawił się Piotr — głupio za tobą przytaknąłem, bo przecie nie poszliśwa, tylko pojechali pięknie, co się zowie, pan Łukasz na karym wałachu, a ja na siwej kobyle. Stara była, ale okrutnie pleczysta, że cały pański tobół leżał u niej na zadzie, jak nie przymierzając na stole, ino ten był w niej feler, co się często potykała.
— Tedy jechaliśmy najprzód do Leżajska, które to jest święte miejsce, pan Łukasz trzy msze zakupił i, krzyżem leżąc, wszystkich trzech wysłuchał, a ja się tam ofiarowałem całe życie piątki suszyć, byle mi Pan Bógł dopomógł na wojnie, żeby se lepszego konia mógł gdzie zdobyć i Szwedowi jakiebądź szablisko z ręki wydrzeć.
— To się wam, tatulu, tak szwedzkiej sza-