Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


no, jeszcze — a teraz oczka, z których uchodzi modra mgła — błyszczą jak brzask —
Te stwierdzenia, odurzające pieszczoty słowne, roznamiętniały ich ponownie — elektryzowały ich wyobraźnię erotyczną.
— An, chodź, chodź —
Była zmysłowa i płodna.
Jej czynne jajniki, jej absolutna płodność — były paralelą kompleksu: mąż-żona, dom-gniazdo. Jej zuchwale wyrazista erogenetyczna strefa analna wypowiadała się wyrafinowaną schludnością w stosunku do siebie i otoczenia, ludzi i przedmiotów — co znachodziło również ujście w aż udręczającej manii ładzenia i porządkowania. To się udzielało, to było zaraźliwe.
Tak trwało.
Nareszcie nadszedł moment zgęszczenia się nowej koncepcji; ze zgliszczowych, parzących dni i nocy poczęło się wyłaniać oblicze nowej książki — wyraziste i jasne. Jak do magnesu przylgnęły do niej wszystkie myśli, namiętności i potrojona czujność i wrażliwość zmysłów. Pamięć poczęła gromadzić i segregować. Materializował się kształt jawnie i zdecydowanie. Teraz przydało się wszystko, gesty, ruchy, słowa, szepty, melodie i obrazy — wszystko. Powoli, nagrzane zapędy zaczęty żarzyć się, wyogniać i płonąć podsycane faktami i zdarzeniami, buchały wielkim ogniem. W pewnym momencie zaczęły warczeć i tętnić motory — koła i pasy nabierały siły i pędu.
Milo! Milo!
To przecież właśnie, ty, Milo!