Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


teatr, ma tam siostrę, musi ją koniecznie odwiedzić, więc się spotkają; dobrze? — Powiedzmy, że dobrze!
Dzienniczek położył na biurku.
Wieczorem napisał pierwszy od wielu lat wiersz erotyczny, pierwszy z długiego cyklu.
A wynurzenia pani pułkownikowej odczytał wbrew swemu zwyczajowi (o tej porze wstawał, lecz nie czytywał nigdy) o godzinie czwartej rano, gdy cały ogród pod barwnem niebem pełen jest ćwierkania rannych ptaków, złotych przelotów wilg, uganiania się wiewiórek i gruchania synogarlic, gnieżdżących się na wysokim modrzewiu.
Moment był tak świtowy i intensywny, że i w tej chwili przesącza się przez ściany szpitalne jak przez grube, zmatowione szkło — lecz światło napiera z łagodną stanowczością — prześwietla szklaną szybę, topi ją ciepłym tchnieniem — i oto już wiew rześki od ogrodu szumiący chłodzi czoło i lekko mierzwi włosy; — zmięty ten zeszycik tyle miesięcy w portfelu noszony; miesięcy? — trzy lata, prawie trzy lata; — naścibany drobnym pismem, niektóre stronice ołówkiem — zatarły się już, pokryły w fałdach zmiętego papieru litery, rozpuściły słowa w słonym czasie, zdania wyparowały od ciepła, na sercu leżały zbyt długo.
Od owego ranka nie czytał Cyprjan tego sprawozdania najprostszego i najlepszego, choć przecież tak nieporadnego i naiwnego o myślach wymijanych i bezwolnie wyprowadzonych niejednokrotnie poza prawdziwość zdarzeń, w pole szerokie, kędy przepadły w zawiei burzanów i stały się nieuchwytne.
Dwie rude wiewiórki uganiają po jesionach