Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— że, gdy wtedy na Kanonii...
Urywa.
Cyprjan patrzy w okno — na wąskim parapecie jakaś książeczka, flakonik z pękiem polnych kwiatów — dalej kraty — w ich prostokątach wydłużonych: sad, pasieka — zewsząd wracają pszczoły nospiesznie — ule jak centrale — przylot jak migające druty — duży był dzisiaj skwar — wyległy teraz pszczoły przed oczko gęstymi rojami — poza sadem i pasieką wznosząca się powoli płaszczyna ku zboczu górzystemu poszatkowanemu poletkami aż po lesisty szczyt — nieba nie widać, ścina je góra — —
Głos niewieści nieco gardlany — dolna szczęka odrobinę wysunięta — stąd ten głos taki — wśród maleńkich, zmysłowych warg bielą się równym szeregiem drobne, piękne zęby — pobłyskują wilgotnym szkliwem w napierającym od gór mroku.
— sztuka i poezja to dla mnie... przez ten... okres...
Urywa.
Podsuwa w płaskim pudelku papierosy; damesy — popiół można, o, tu — podstawka gliniana.
Cyprjan nie podtrzymuje rozmowy; poco? —
Ognik papierosa powtarza swą krótką drogę od stołu ku ustom; na tle okna.
Więc ona raz jeszcze, zająkliwie:
— przecież jakiś ratunek — ten był jedyny — poezja...
Urywa.
Milczenie w głośnej burzliwej ciszy.
A potem wszedł Boruta, chłop wysoki, aż przygarbiony z tej śmigłości, młody, pogodny, głośny;