Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wyobraźnia — o, wyobraźnia! to gniazdo, w którym lęk wysiada swe pisklęta —
— cóż pan będzie teraz robił — ? —
— pisał będę — przed chorobą rozpocząłem nową powieść, ze sto stron już tego będzie; — teraz mi koncepcja dojrzała, ułożyła się; raźno to pójdzie; — tak mówię, chociaż zawsze diablo boję się tego momentu, gdy siadam do biurka —
— myślałem, że pan łatwo pisze —
— wielu tak myśli; wszyscy wogóle myślą, że jak już jest ten tak zwany talent, to sobie taki obywatel-posiadacz-magik siada i skrobie — samo mu się pisze — o każdej dowolnej porze — ! samo — bo talent! — talent! — cóż to jest? — żywa wyobraźnia, szybka assocjacja, błyskawiczne spięcia i przerzuty myślowe, pamięć wreszcie — czy ja wiem zresztą; — nie wiele z tego pociechy —; zagadnienie tu jest raczej: aparatu; aparatem trzeba być; rondel nie jest głośnikiem; to jasne; a reszta? — reszta to cholerna praca dniem i nocą, bez przerwy, do zdechu! i myśl precyzyjna; i wiedzieć trzeba czego się chce — — no, jak pan widzi niczego panu nie wytłumaczyłem; — twórczość, pisarska, bo o tej tu mówię, jest niezawodnie wyzwoleniem, ąutolecznictwem, spowiedzią i pokutą; zawsze na dnie świadomości pisarskiej leży poczucie krzywdy; to musi być wyrównane — — stąd też wszystko co się pisze, jest autobiografią, względnie przerzutem autobiograficznym, chłostą, ironią, groteską — w najwyższej formie: ziszczeniem! —
— a społecznie — ? —
— kto siebie wyzwala, wzwyża, oczyszcza, przeistacza — i procesy te zaświadcza rzetelną pracą,