Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dratwy. Jakiejże to w owoczesnej stolicy sławy zażywały szykowne, glansowne, kornelowe buty; ach śliczne! — Radość była popatrzyć na nie! — Zażywny, szykownie wyekwipowany, pełen wojackiego animuszu poeta słał kochanym żołnierzykom słowa otuchy i zachęty bohaterskiej, walczcie kochane chłopaki, nie dajcie się, my z wami! — I tylko żałośnie żalił się, że, powiada, golec, niczym nie może przyjść z pomocą żołnierzowi-bratu:

więc chciałem ci me buty dać,
by okryć twoją sławę,
lecz taki los mój — psia go mać!
i moje są dziurawe.


Istotnie, piękne i drogie poetowe buty miały olbrzymie — każdy poszczególnie — dziury, przez które, nędzny i zrezygnowany aż po straceńcze nasermater, wkładał znękaną nogę, przyodzianą w podłą jedwabną pończochę; cholera z takim życiem! i — czy to wogóle życie?! — A takby się chciało tym kochanym obrońcom ojczystych dzierżaw, tym szczytnym fragmentom przedmurza chrześcijaństwa, tym kruszącym się w krwawych zmaganiach i niepogodach nielitościwej aury (te błota polskie — ej!) bożym cegiełkom gmachu chwały narodowej — takby się chciało pomóc — cóż, psi los nie pozwalał! ból, tęsknica-osmętnica, bracie, rozpacz! Polska!!
Munduromania feeryczna i febryczna zarazem ogarnęła t. zw. „szerokie warstwy“ — ba, widywało się zaprzysięgłych pacyfistów w szykownych mundurach wojskowych; w tramwajach, w teatrach, w kawiarniach, w szaletach; wszędzie. Wolontariusze! —