Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


doskonały i nieodwołalny. — Żył i tworzył przeciw niej!
Seksualnie była cudakiem; do stosunku fizycznego miała obrzydzenie. Lubiła tylko pieszczoty w ubraniu; bez odsłaniań się; — to było obraźliwe i denerwujące; po prostu lubiła wzajemną onanię w formie ocierania się o siebie. Można i tak; byle nie długo, W tych igraszkach ceniło jej ciało zmianę miejsca; bywało, że cały tydzień ani jej tknąć, dopiero w sobotę (angielską), do Wilanowa; tym roztrzęsionym niesamowicie natłoczonym, pełnym zirytowanych, niecierpliwych ludzi, samowarkiem: do Wilanowa. Ścisk, to był jej żywioł; to jasne! — I tam, w tym rozrosłym pałacu wskrzydlonym w szpalery i wirydarze — gdzieś między biurkiem ofiarowanym przez papieża Janowi Trzeciemu za defiladę pod murami Wiednia, ą jakimś czaprakiem tureckim — przy ścianie — wzajemne obmacywania, prędkie, na chybcika, mimiczna wersja obłapki — lecz zawsze ze skutkiem; gdy się oparła mocno pośladkami o ścianę — orgazm następował u niej szybko. — Cała ta historia miała z jego strony charakter pociągu zaciętego i zawziętego: wyodrębnienie (niejako) witalizmu; dla niej było to, zepchniętą na dalszy plan, funkcją, jak kichnięcie; jak swędzenie, którego się trzeba pozbyć podrapaniem; było w niej coś ptasiego w tym wszystkim; szybko; w przelocie z gałązki na gałązkę; potem strzepnąć nasrożonymi piórkami i już: ćwierk, ćwierk; tak też otrzepywała i wygładzała suknię, obciągała bluzkę, poprawiała fałdy i już: stworzona jestem na panią takiego pałacu; może byłam kiedyś królową Marysieńką? na-