Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/341

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skim stole: matowo blada jak pszenna mąka matka Wisi — oczy jej jakby muśnięcie delikatnym, japońskim pędzelkiem zamaczanym w rozwodnionej ultramarynie — siostra Mania „wyprzedzona“ przez Wisię więc z maską romantycznego tragizmu na dużej, o pięknych rysach twarzy — brat w mundurze „kadetschtelfertretera“, przydział: intendantura — jakoś się kręcił i ciągle tylko o tym myślał: jak dalej! — militaryzm jego sięgał do marginesów map sztabowych, w które chętnie wbijał owe szpilki z chorągiewkami— ale już i ta pasja mijała, bardziej interesowały go marki wojenne.
Ksiądz staruszek przypomniał, że gdy chrzcił Wisie, to wysunęła z poduszki nogę bardzo tłuściutką — tu nawiązał życzenia tłustych lat; Mania, jak to miała zwyczaj, uniosła w górę brwi jakby nagle odkryła rozwiązanie wielkiej tajemnicy; tak już, wpatrzona w niewidzialną lampę wiszącą przetrwała z tym zadziwieniem i nikłym sfinksoidalnym uśmiechem do końca „uczty“. Tymczasem osiemdziesięcioletni kanonik narzekał, r rozwlekłym kaznodziejskim akcentowaniem, często pięściami przecierając łzawiące się oczy, że teraz nic nie wiadomo, raz zimno, raz ciepło, że to pewnie od tych strzałów armatnich takie rozdrgane powietrze jak niewiem co, i ile to kosztuje, każdy taki strzał ze sto koron albo i więcej, a w przytułku starców, którym się specjalnie opiekuje, kaszy niema za co kupić — i na co to wszystko? — tylko się pogoda w kraju zepsuła — wdział, powiada, ciepłe kalesony, jegerowskie — no bo chłodno było przedpołudniem, a teraz się chyba żywcem ugotuje taki gorąc. —