Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ostrożności mieszkańców, już nie bliskich przecie, a obcych, wrogich, dalekich — słyszał przez ściany, podłogę i sufit żucia i mlaski; na tę wyokropnioną chorobę słuchu rady nie było żadnej.
Lecz nie to było przyczyną, nie to potworne konanie kościaka obleczonego ciasno suchą skórą — markotności pani Kle; oczywiście: Cyprjan; aktualnie: Wiedeń; — ustawiczny lęk o wymknięcie się, zawsze stróżująca nieufność, podejrzliwość, zazdrość; to to było.
I nic tej tragicznej maski jej twarzy, jej starzejącej się twarzy, nic tej nadmiernie wydłużonej górnej wargi nie zdołało wygładzić i skrócić; ani perswazje, ani odurzania, ani najprzychylniejsze — dla niej — kłamstwa.
Wiedziała! — a to jest najgorsze.
Z wszystkiego pozostało — ostatnia ucieczka strapionych — odczytywanie poezji —; lecz obecne jej zachwyty i egzaltacje były sztuczne, z tym podżegliwym sugerowaniem, że nikt tak poezji jego nie odczuwa i nigdy odczuwać nie będzie, jak ona, że tylko ona; że ona go przeczuła, gdy jeszcze nikt; ona jedna miała zawsze pewność, że murzyniątko będzie miało świetną kartę w literaturze; to ona; tylko ona; sama jedna ona; czepliwie; rozpaczliwie;— jemu w tym wszystkim, poza niecierpliwiącą dokucznością, brak było elementu pobudliwości; wyłączony motor warczał, bzdyczał, churkotał, straszył i irytował; — cholernie obrzydliwe momenty! — Cały nowy nurt jego pracy był poza panią Kle, poza jej już nieco okrąglącymi się plecami.